Batoh 1652 – Wiedeń 1683. Od kompromitacji do wiktoriiTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Batoh 1652 – Wiedeń 1683
Od kompromitacji do wiktorii

Autor:

Marek Groszkowski

Redakcja:

Michał Przeperski

Korekta:

Maria Buczkowska

Skład i łamanie:

Tomasz Kiełkowski

Projekt okładki:

Tomasz Kiełkowski

Konwersja do EPUB/MOBI:

www.inkpad.pl

ISBN: 978-83-934630-7-7

All rights reserved.

Copyright © 2014 by

PROMOHISTORIA Michał Świgoń

Warszawa 2014

e-mail: redakcja@histmag.org

www: http://histmag.org

Wydanie elektroniczne. Jeśli zdobyłeś ten egzemplarz z naruszeniem praw autorskich, zachęcamy: kup oryginalny e-book i wesprzyj jego twórców.

PRZEDMOWA

Były czasy, gdy polska sztuka wojskowa budziła postrach wszystkich wrogów. Rzeczypospolita była potężna, a jej armie nie tylko chroniły granic państwa, ale prowadziły wojny na terenie przeciwnika. Husaria była wtedy prawdopodobnie najlepszą formacją kawaleryjską świata, a polscy wodzowie potrafili gromić wielokrotnie liczniejsze oddziały wroga. Tak było jeszcze w XVII wieku. W ostatnim stuleciu potęgi I Rzeczypospolitej.

W drugiej połowie XVII wieku Rzeczypospolitej nie oszczędzono wojen. Jej żołnierze stawali przeciwko Kozakom, Tatarom, Szwedom, Rosjanom czy Turkom. Wszyscy słyszeli o walkach pod Jasną Górą w czasie potopu szwedzkiego czy też o bitwie pod Wiedniem. Dziś przyszedł czas na przypomnienie tych bojów i kampanii, które były ważne, choć popadły w zapomnienie.

Swoje rozważania rozpocząłem od bitwy pod Batohem w 1652 roku. Była to jedna z największych klęsk w historii polskiej wojskowości. Jej kontynuację stanowiła analizowana przeze mnie dalej kampania żwaniecka. Mało znanym epizodem w dziejach polskiej wojskowości była również kampania zadnieprzańska, toczona w latach 1663–1664 – ostatnia tak wielka ofensywa Rzeczypospolitej. Skutkiem tych działań wojennych okazał się rozejm w Andruszowie podpisany z Rosjanami w 1667 roku. Zmienił on zasadniczo układ sił w Europie Środkowo-Wschodniej. W konsekwencji już kilka miesięcy później doszło do kampanii podhajeckiej, która zakończyła się pierwszym wielkim sukcesem późniejszego króla Rzeczypospolitej Jana Sobieskiego. Kolejnymi powodzeniami były wyprawy na czambuły tatarskie w 1672 roku i bitwa pod Chocimiem (rok 1673). Ostatnie teksty dotyczą kampanii lat 1683–1684. Gdy wojska koronne walczyły pod Wiedniem, armia litewska dopiero co zbierała się w pole, by na rozkaz Jana III Sobieskiego iść na Węgry, o czym opowiada kolejny artykuł. Tymczasem wojska koronne po bitwie pod Wiedniem stoczyły też mniej znaną batalię pod Parkanami, którą omawia ostatni tekst. Była to jedyna porażka Jana Sobieskiego w otwartym polu.

Zapraszam do wspominania dni chwały polskiego oręża. Czas przypomnieć wielkie dokonania naszych przodków.

RZEŹ ARMII KORONNEJ. BITWA POD BATOHEM 1652 ROKU

Wydawało się, że po zwycięstwie nad Kozakami i Tatarami pod Beresteczkiem w 1651 roku Ukraina zazna nieco spokoju. Tak się jednak nie stało. Po niecałym roku, w czerwcu 1652 roku doszło do kolejnego starcia pomiędzy Rzecząpospolitą a sprzymierzeńcami. Jak się później okazało, trwale zmieniło ono sytuację polityczną w regionie Ukrainy. Doszło wtedy do rzezi armii koronnej…

Po zwycięskiej bitwie pod Beresteczkiem pospolite ruszenie zaczęło wracać do domów. Wraz z nim do Warszawy powrócił też król, a armia koronna, licząca 20 tysięcy żołnierzy, wyruszyła w głąb Ukrainy. Miała spacyfikować ten region, ale jej morale stało się nienajlepsze. Żołnierze musieli maszerować przez opuszczone tereny, gdzie trudno było zdobyć żywność. Sytuację tylko nieznacznie polepszyło połączenie się z oddziałami litewskimi. W tym czasie hetman kozacki Bohdan Chmielnicki zaczął gromadzić wokół siebie nowe siły wojskowe. W obozie pod Białą Cerkwią miał do dyspozycji ok. 60 tysięcy Kozaków, których wspomagało 10 tysięcy Tatarów.

Bohdan Chmielnicki


Oba nieprzyjacielskie wojska spotkały się pod obozem sprzymierzonych. Dnia 23 września 1651 roku doszło do bitwy, w której wojska litewskie, pod dowództwem Janusza Radziwiłła, odniosły sukces i spędziły całą armię kozacko-tatarską z pola. Hetmani koronni odmówili jednak udziału w szturmie na tabor. Głównodowodzący oddziałami polskimi Mikołaj Potocki był za pokojowym rozwiązaniem konfliktu. W rezultacie doszło do rokowań i podpisania 28 września ugody w Białej Cerkwi. Zmniejszała ona limit Kozaków rejestrowych do 20 tysięcy i pozwalała im przebywać tylko w województwie kijowskim, z wyjątkiem dóbr szlacheckich. Była więc, mimo niewykorzystanej szansy na definitywne rozwiązanie konfliktu, niewątpliwie korzystna dla Rzeczypospolitej.

Dla Bohdana Chmielnickiego porozumienie to oznaczało natomiast przekreślenie koncepcji księstwa ruskiego w ramach Rzeczypospolitej. By zrealizować swe plany, musiał szukać innego rozwiązania. Zdawał sobie sprawę, że w aktualnym układzie politycznym szansa na niezależną Ukrainę jest bardzo nikła. Manewry pomiędzy Moskwą, Rzecząpospolitą, Turcją a Chanatem Krymskim nie przynosiły większych rezultatów. Wobec tego w 1652 roku hetman kozacki postanowił zmienić układ polityczny w tym regionie i wyegzekwować obietnicę hospodara mołdawskiego Bazylego Lupu z 1650 roku. Pod presją zgodził się on wtedy wydać swoją córkę Rozandę za mąż za syna Chmielnickiego, Timofieja. Zyskanie realnych wpływów w Mołdawii w zasadniczy sposób mogło zmienić znaczenie wojska zaporoskiego.

Chmielnicki starannie przygotował wyprawę do tego regionu. Przede wszystkim obsadził swoimi oddziałami województwo czernihowskie. W ten sposób zabezpieczał się przed ewentualnym atakiem wojsk litewskich. Następnie uzyskał wsparcie Tatarów. Po stronie polskiej planom Chmielnickiego zamierzał przeciwstawić się hetman polny koronny Marcin Kalinowski. Według pamiętnikarza Mikołaja Jemiołowskiego, ten ostatni sam był zainteresowany córką hospodara. Mógł on działać niezależnie, gdyż hetman wielki Mikołaj Potocki zmarł w listopadzie 1651 roku, a król Jan Kazimierz nie mianował nikogo nowego na to stanowisko. Odniesienie zwycięstwa nad Kozakami zwiększyłoby szansę hetmana polnego na buławę wielką.

Pierwszy sejm 1652 roku został zerwany, a ugoda podpisana pod Białą Cerkwią nie została ratyfikowana. Oliwy do ognia dodawały także liczne nadużycia stacjonujących na Ukrainie wojsk koronnych. Chmielnicki świetnie zdawał sobie sprawę, że gdy wyruszy na Mołdawię, wojna z Rzecząpospolitą będzie nieunikniona. Obie strony rozpoczęły przygotowania do konfliktu.

Tuż przed bitwą i pierwszy dzień starcia

Kalinowski na miejsce koncentracji wojsk koronnych wybrał uroczysko Batoh, leżące w jego dobrach nad rzeką Boh. Było ono usytuowane na południe od Bracławia, pomiędzy Ładyżynem a Czetwertynówką, na szlaku mohylowskim prowadzącym z Czehrynia do Mołdawii. Hetman polny w ten sposób tracił nie tylko walor zaskoczenia, ale, zdradzając miejsce koncentracji, oddawał inicjatywę w ręce przeciwnika. Co więcej, przestrzeń wybrana na obóz była zbyt obszerna. Według relacji, mogło w nim się pomieścić nawet 100 tysięcy żołnierzy. Tymczasem skoncentrowana pod Batohem armia koronna liczyła ich zaledwie 10 tysięcy (4 tysiące piechoty, tysiąc dragonii, 5 tysięcy jazdy). Co gorsza, była bardzo zdemoralizowana, do czego przyczyniały się zarówno problemy z aprowizacją, jak i nieuchwalenie przez zerwany sejm wypłaty zaległego żołdu.

Tymczasem 27 maja armia kozacko-tatarska wyruszyła z Tarasówki, odległej od Batohu o około 230 kilometrów. Liczyła 17 tysięcy Kozaków (piechota) i 7 tysięcy Tatarów (jazda) – miała więc ponad dwukrotną przewagę liczebną nad wojskiem koronnym. Dowodził nią Bohdan Chmielnicki. Tatarzy wykonywali głównie działania rozpoznawcze i z Kozakami połączyli się trwale dopiero drugiego dnia bitwy pod Batohem – 2 czerwca.

31 maja Kalinowski otrzymał od hetmana kozackiego list utrzymany w zuchwałym tonie, w którym ten ostatni radził „być ostrożnym”. Polski dowódca, prawdopodobnie ze względu na osobistą wrogość do Chmielnickiego, zlekceważył tę przestrogę. Nie wysłał żadnego zagonu rozpoznawczego. A gdyby to zrobił, dowiedziałby się, że koncentracja armii kozacko-tatarskiej nie jest jeszcze zakończona i dopiero szykuje się ona do przeprawy przez Boh. Gdyby wojska koronne zaatakowały ją tego dnia, to następujące później starcie musiałoby się zakończyć ich zwycięstwem. Tak się jednak nie stało.

Do bitwy doszło dopiero 1 czerwca. Obóz polski został wówczas zaatakowany przez ordę tatarską. Walki trwały cały dzień i zakończyły się sukcesem wojsk koronnych. Ich rezultat nie mógł być jednak inny, gdyż Polacy mieli przewagę liczebną, a poza tym dysponowali jako takimi fortyfikacjami. Celem ataku na polski obóz nie było jednak odniesienie ostatecznego sukcesu. Chmielnicki chciał w ten sposób jedynie odwrócić uwagę Kalinowskiego od Bohu, przez który cały czas przeprawiali się Kozacy. Wieczorem hetman polny zwołał naradę. Nastroje podczas niej panujące nie były zbyt optymistyczne. Zdawano już sobie sprawę z wielkości sił kozacko-tatarskich, choć nie znano ich dokładnej lokalizacji. Jeden z najbardziej doświadczonych żołnierzy, Zygmunt Przyjemski, zgłosił wtedy propozycję wycofania jazdy. Piechota miałaby pozostać w obozie i podjąć próbę obrony, czekając na odsiecz. Pomysł ten został jednak odrzucony przez Kalinowskiego. Prawdopodobnie z powodu osobistej niechęci do Przyjemskiego, powziął on brzemienną w skutki decyzję kontynuowania walki i próby obrony obozu całością rozporządzanych sił. To posunięcie wzbudziło olbrzymie niezadowolenie wśród żołnierzy, co miało ujawnić się później.

 
Drugi dzień bitwy

2 czerwca rozpoczął się przedpołudniowym, kolejnym atakiem Tatarów, który został odparty. Część oddziałów nie widziała jednak w dalszych walkach możliwości powodzenia i zbuntowała się. Ta grupa zdecydowała się uciec z obozu. Zamierzała wykorzystać sukces odniesiony we wcześniejszych starciach, aby swobodnie wyjść zza obrębu okopów. Na wieść o tym hetman podjął jedną z najtragiczniejszych decyzji. Rozkazał wiernej sobie piechocie cudzoziemskiego autoramentu strzelać do buntowników. Trudno powiedzieć, dlaczego Kalinowski zachował się tak, a nie inaczej. Prawdopodobnie kierowała nim duma, nakazująca zmusić do posłuszeństwa wszystkie oddziały. Koszta prestiżowe były tu nie bez znaczenia. Odejście części wojska z pewnością zostałoby odebrane jako słabość Kalinowskiego. To z kolei zmniejszyłoby jego szansę na buławę wielką.


Moneta ukraińska wybita z okazji 350. rocznicy bitwy pod Batohem


W tym momencie na okopy uderzyły połączone siły kozacko-tatarskie. To posunięcie zaskoczyło Polaków, którzy w ogóle nie byli wówczas przygotowani do zorganizowanej obrony. Buntownicy, znajdujący się na przedpolu obozu, rzucili się do ucieczki. Boh, który stanowił swoistą „drogę do ocalenia”, udało się przekroczyć zaledwie kilkuset żołnierzom.

Wojsko koronne próbowało podjąć walkę w okopach. Od wschodu, gdzie znajdowały się błonia, uderzyli Tatarzy, a od pokrytej lasem strony zachodniej – Kozacy. Z niewyjaśnionych przyczyn w obozie wybuchł jednak pożar, który jeszcze bardziej pogorszył sytuację oddziałów polskich. Piechota cudzoziemskiego autoramentu, broniąca terenu od strony lasu, straciła możliwość ucieczki. Od przodu miała nieprzyjaciela, a od tyłu zagrażał jej ogień. Pozbawiona została również kontaktu z resztą obozu, gdzie rozpętała się panika. Decydującym ciosem był kolejny atak kozacki – swoista „poprawka” po poprzednich starciach. Bitwa zmieniła swój charakter. Rozpoczął się ciąg indywidualnych pojedynków, trwający aż do zmroku.


Rzeź jeńców polskich pod Batohem


Rzeź jeńców i podsumowanie starcia

Wraz z nastaniem wieczora pole walki wyglądało potwornie. Obóz polski i jego okolice zalegały stosy trupów. Niepogrzebane nagie ciała (pozbawione odzieży przez Tatarów) stały się pokarmem dla zwierząt. Ale tych, którzy przeżyli bitwę i nie uciekli, czekał los jeszcze okrutniejszy. Większość jeńców polskich została w bestialski sposób wymordowana. Sprawa ta do dzisiaj nie została wyjaśniona. Trudno jednoznacznie ustalić motywy i sprawców. Kozacy czy Tatarzy? Być może dopuścili się tego zarówno jedni, jak i drudzy. Autor monografii poświęconej bitwie pod Batohem, Wojciech Jacek Długołęcki, wskazuje bardziej na tych pierwszych.

Starcie pod Batohem zakończyło się pogromem armii koronnej. W trakcie walk i późniejszej rzezi jeńców strona polska straciła co najmniej 8,5 tysiąca wyborowych żołnierzy. Zginęła duża część kadry oficerskiej wyższego i średniego szczebla. Śmierć ponieśli między innymi ludzie mający bezcenne doświadczenia z wojny trzydziestoletniej tacy jak wspomniany Zygmunt Przyjemski czy brat późniejszego króla Jana Sobieskiego, Marek Sobieski. Nie ominęła ona też głównego winowajcy tej tragedii, hetmana polnego Marcina Kalinowskiego. To jego fatalne dowodzenie było główną przyczyną klęski. Jego cel strategiczny – nie dopuszczenie armii kozacko-tatarskiej do Mołdawii – nie został osiągnięty. Rzeczypospolita znalazła się w stanie wojny. Pozbawiona większości swoich sił, mogła się spodziewać frontalnego ataku kozacko-tatarskiego. Tylko chęci Chmielnickiego do szybkiego załatwienia spraw w Mołdawii może zawdzięczać to, że do tego nie doszło.


Marek Sobieski


Bitwa pod Batohem trwale przekreśliła szanse porozumienia z Kozakami. Była to jedna z największych klęsk polskiej wojskowości w całych jej dziejach.

„ZAWARTO WIĘC NIESŁAWNY UKŁAD…”. KAMPANIA ŻWANIECKA 1653 ROKU

Wydawało się, że pokój podpisany 28 września 1651 roku pod Białą Cerkwią zapewni uspokojenie Kozaków i porządek na Ukrainie na dłuższy czas. Tak się jednak nie stało. Zawarta 360 lat temu ugoda żwaniecka oznaczała całkowite zaprzepaszczenie sukcesu spod Beresteczka. Co ciekawe, akt ten nie wynikał z przegranej kampanii, ani tym bardziej bitwy.


Przypomnijmy, że od 1648 roku na Ukrainie trwało powstanie kozackie, na którego czele stał Bohdan Chmielnicki, wspierany przez chana tatarskiego Islama Gireja III. Po klęsce pod Beresteczkiem (28 czerwca–10 lipca 1651 roku) i ugodzie pod Białą Cerkwią hetman kozacki zdał sobie jednak sprawę, że w panującym wtedy układzie politycznym szansa na niezależną Ukrainę jest bardzo nikła. Manewry pomiędzy Rzecząpospolitą, Moskwą, Turcją i Tatarami nie przynosiły poważniejszych rezultatów. Największymi zwycięzcami (w myśl zasady „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”) byli zawsze ci ostatni.


Bazyli Lupul


Chmielnicki pamiętał o obietnicy, złożonej mu w 1650 roku przez sojusznika Rzeczypospolitej, hospodara mołdawskiego Bazylego Lupula, który pod presją zadeklarował się wydać za mąż swoją córkę Rozandę za syna Chmielnickiego – Timofieja. Hetman kozacki postanowił więc w 1652 roku wyegzekwować to postanowienie. Zyskanie przez niego realnych wpływów w Mołdawii mogło zasadniczo zmienić układ polityczny w tym regionie.

Chmielnicki uzyskał dla swojego przedsięwzięcia wsparcie Tatarów. Po stronie polskiej starał się temu przeciwstawić hetman polny koronny Marcin Kalinowski. Zebrane przez niego oddziały poniosły jednak pod Batohem (1–2 lipca1652 roku) całkowitą klęskę. Kozacy i Tatarzy zamordowali wtedy ok. 50% zawodowych żołnierzy armii koronnej, a hetman kozacki już bez przeszkód udał się do Mołdawii i doprowadził do planowanego małżeństwa.

Reakcja Siedmiogrodu, Wołoszczyzny i Rzeczypospolitej

Wspomniane powyżej posunięcie wywołało obawy władców Siedmiogrodu (Jerzego Rakoczego) i Wołoszczyzny (Macieja Basaraby). Uknuli oni spisek, który miał na celu pozbawienie Lupula tronu. Intryga zakończyła się powodzeniem i w kwietniu 1653 roku nowym władcą Mołdawii został Stefan Gheorghe. W odpowiedzi 20-tysięczna armia kozacka przywróciła Lupula i jego zięcia Timofieja na tron mołdawski. Jednym z dowódców korpusu interwencyjnego był znany z Ogniem i mieczem pułkownik Iwan Bohun. 27 maja w bitwie pod Fintą wojska siedmiogrodzko-wołoskie pokonały jednak Kozaków, a ich niedobitki schroniły się w Suczawie, gdzie zostały oblężone przez przeciwników.


Stefan Gheorghe


Interwencje Kozaków w Mołdawii nie mogły podobać się Rzeczypospolitej. Król Jan Kazimierz słusznie obawiał się wzrostu potęgi Chmielnickiego i zmiany układu sił w tym regionie. Na przełomie lutego i marca 1653 roku na Ukrainę został wysłany oboźny koronny Stefan Czarniecki, który, według różnych szacunków, miał pod swoją komendą od 8 do 20 tysięcy żołnierzy. Po początkowych niewielkich sukcesach ekspedycja ta zakończyła się jednak niepowodzeniem. Jej skutkiem było przesunięcie linii demarkacyjnej między Rzecząpospolitą a Kozaczyzną i wycofanie się polskich placówek wojskowych o kilkadziesiąt kilometrów na zachód.

W takiej sytuacji 24 marca w Brześciu rozpoczęły się obrady kolejnego sejmu. Na mocy jego postanowień uchwalono utworzenie 50-tysięcznej armii w Koronie i 15-tysięcznej na Litwie. Zdawano sobie przy tym sprawę, że ze względu na stan finansowy państwa, wystawienie tak dużej ilości żołnierzy jest niemożliwe; formalnie pozostano jednak przy tej liczbie ze względów propagandowych. W trakcie obrad wysłannicy księcia siedmiogrodzkiego proponowali zawarcie natychmiastowego sojuszu skierowanego przeciwko Chmielnickiemu. Mniej więcej w tym samym czasie, na krótko przywrócony na tron Mołdawski Bazyli Lupul proponował, za pośrednictwem kanclerza Stefana Korycińskiego, porozumienie z Rzecząpospolitą i pośrednictwo w rokowaniach z Chmielnickim. Na sejmie brzeskim nie zapadły jeszcze wiążące decyzje, co do kierunku przyszłych działań. Zjawiło się na nim bardzo mało senatorów, a większość szlacheckich deputatów skłaniała się raczej do kontynuowania sojuszu z hospodarem mołdawskim, gdyż, nie będąc pod presją Chmielnickiego, przejawiał on przyjaźń w stosunku do Rzeczypospolitej.

Ostatecznie jednak realizm polityczny zwyciężył i w trakcie posiedzenia rady senatu w maju 1653 roku zdecydowano się przyjąć propozycję Siedmiogrodu i Wołoszczyzny. Układające się strony zagwarantowały sobie wzajemną pomoc w walkach z Kozakami i Tatarami. Rezultatem tych postanowień miała być kampania wojenna podjęta przez Rzecząpospolitą.

Problemy z wojskiem

Zgromadzona w czerwcu 1653 roku pod Glinianami koło Lwowa armia koronna liczyła ok. 38 tysięcy żołnierzy. Była ona jednak, ze względu na zaległości w wypłacie żołdu, „aktualnie największym zagrożeniem Rzeczypospolitej” (jak określił to autor biografii Chmielnickiego Janusz Kaczmarczyk). Stojący na jej czele hetman polny Stanisław „Rewera” Potocki w swoich listach alarmował króla o powadze sytuacji. Mogło ją tylko uratować natychmiastowe wypłacenie zaległego żołdu, którego termin ostatecznego wydania przypadał 16 czerwca. Tego dnia rozpoczęła też pracę komisja wyznaczona na sejmie do czuwania nad opłaceniem wojska. Należało mu się dokładnie 6 107 622 złote, tymczasem posłowie przywieźli ze sobą zaledwie 2 miliony. W skarbie Rzeczypospolitej, poza ową sumą, nie było ani grosza. Konsekwencje tego stanu rzeczy nie kazały długo na siebie czekać. W obozie dochodziło do regularnych bitew pomiędzy piechotą polską a niemiecką, a konfederacja wojskowa wisiała w powietrzu.


Stanisław Rewera Potocki


Tymczasem pod Zbarażem, a więc o zaledwie ok. 150 kilometrów dalej, stał Bohdan Chmielnicki wraz z 35 tysiącami żołnierzy. Gdyby uderzył na obóz wojsk koronnych, to odniósłby bardzo łatwe zwycięstwo i Rzeczypospolita musiałaby się martwić o własną niepodległość. Jednak hetman kozacki wolał wtedy czekać na wieści spod Suczawy i przybycie Tatarów.

Znając powagę sytuacji, koła rządzące Rzecząpospolitą zdecydowały się przekupić delegatów wyznaczonych przez poszczególne jednostki na komisję lwowską. Zastosowane środki okazały się skuteczne. Termin wypłaty zaległego żołdu został przesunięty na 15 września, a po jego upływie (w wypadku niewypłacenia tych pieniędzy) dobra królewskie i hetmańskie miały stać się łupem żołnierzy. Jan Kazimierz zdecydował się również zwołać pospolite ruszenie. Ostatnie – trzecie – wici ogłoszono 11 lipca.

Na skutek dezercji liczba armii koronnej znacznie stopniała. W liście do jednego z biskupów król skarżył się 24 sierpnia, że „z trzydziestu kilku tysięcy wojska, któreśmy pod Gliniany przyjechawszy zastali, (…) ledwo już 16 000 wszystkich do boju ludzi się znajduje”. Potwierdza to też znajdująca się w Bibliotece Czartoryskich relacja niejakiego Janickiego do „pewnego” księcia. Poza tym wojsko było źle uzbrojone: według jednego źródła, na kilka tysięcy ludzi przypadało niecałe dwieście par pistoletów. Wobec trudności aprowizacyjnych zdecydowano się przenieść obóz bardziej na wschód. Dnia 21 sierpnia oddziały koronne wyruszyły spod Glinian.


Jan Kazimierz Waza


Sytuacja pod Suczawą

Tymczasem wojska siedmiogrodzko-wołoskie stały pod dosyć dobrze obwarowaną Suczawą, w której broniło się zaledwie kilkuset ludzi. Atakujących było prawdopodobnie ok. 7–8 tysięcy; nie mieli oni jednak żadnych ciężkich dział. Broniący twierdzy Kozacy mieli natomiast ponad 20 armat, a ponadto dysponowali sporymi zapasami prochu i żywności. Działania oblegających ograniczały się więc raczej do blokady zamku niż do bezpośredniego oblężenia. Obrońcy zyskali zatem czas na budowę umocnień w pobliżu Suczawy. Chmielnicki na początku sierpnia wysłał na odsiecz kilka tysięcy żołnierzy, których bezpośrednim wodzem był Timofiej. Wobec niemożności rozbicia blokujących wojsk, Kozacy zdecydowali przebić się do twierdzy. W tym samym czasie dotarło też pod nią ok. 4 tysięcy żołnierzy polskich pod wodzą kapitana Jana Kondradzkiego. Zostali oni wysłani w lipcu z obozu pod Glinianami przez króla Jana Kazimierza. Ta część oddziałów Rzeczypospolitej była dosyć dobrze zaopatrzona i nie poddała się panującemu w armii koronnej defetyzmowi.

 

Timofiej Chmielnicki


Sojusznicze wojska, natychmiast po połączeniu się, rozpoczęły zdecydowanie bardziej ofensywne działania. Na wspólnego ich dowódcę wybrano Kondradzkiego. 21 sierpnia (a więc tego samego dnia, kiedy reszta armii koronnej wyruszyła spod Glinian) miał miejsce pierwszy wspólny szturm sprzymierzonych. Zakończył się jednak niepowodzeniem. W kolejnych dniach walki pod Suczawą również nie przynosiły rozstrzygnięcia. Obydwie strony czekały na pomoc z zewnątrz. W przypadku wojsk sprzymierzonych była to armia koronna, Kozacy zaś liczyli na odsiecz ze strony Chmielnickiego i Tatarów.

Najzacieklejsze starcia miały miejsce między 10 a 12 września, kiedy to oblegający – nieskutecznie – próbowali wyrwać się z okrążenia. Warto tutaj zaznaczyć, że w Suczawie oprócz Timofieja znajdowała się również wspomniana powyżej córka Bazylego Lupula, Rozanda. Podnosiło to niewątpliwie znaczenie starcia. W trakcie jednego ze szturmów, 15 września, syn Chmielnickiego poniósł śmierć. Morale w wojsku kozackim po tym wydarzeniu szybko zostało odbudowane, zaczęły się jednak kłopoty aprowizacyjne. Oblężeni zaczynali już zjadać własne konie, w związku z czym poddali się 9 października. Na mocy zawartego układu pokonani uzyskali prawo odejścia „z bronią w ręku”, w zamian zażądano od nich zaprzysiężenia, że będą wiernymi poddanymi króla i Rzeczypospolitej i że utrzymają pokojowe stosunki z władcami księstw naddunajskich , a samemu hospodarowi nie udzielą już więcej pomocy. W trakcie odwrotu na Ukrainę mieli utrzymać porządek i wstrzymać się od rabunków. Jak zostało wspomniane wyżej, mogli też zabrać własną broń – za wyjątkiem dział, które przejęli sprzymierzeni.

Opuszczające Suczawę zgrupowanie stanowiło znaczną siłę militarną. Obiecało ono wprawdzie wierność Polakom, jednakże zobowiązania tego nie miało zamiaru dotrzymać.

Marsz armii koronnej i działanie Chmielnickiego

Zostawiliśmy wojsko polskie w chwili, kiedy 21 sierpnia wymaszerowywało spod Glinian. Jego dowództwo nie miało jednak jasno sprecyzowanej koncepcji, dokąd należy się dalej udać. Ostatecznie zdecydowano skierować armię w kierunku Halicza, a więc zupełnie nie tam, gdzie znajdował się nieprzyjaciel. Król w liście do jednego z biskupów uzasadniał tę decyzję tym, że oddziały są zupełnie nieprzygotowane do walnej bitwy bądź obrony w ufortyfikowanym obozie. Oficjalnie ogłoszono, że chciano przez to nakarmić wojsko w żyźniejszym kraju. Dla kampanii było to posunięcie brzemienne w skutki, gdyż oznaczało podjęcie działań defensywnych. Armia koronna znalazła się u celu 30 sierpnia, a odpoczywała tam do 7 września. W tym czasie wzmocniły ją nowe oddziały pospolitego ruszenia. Zdecydowano się na przeprawę wojska pod Kamieniec Podolski, gdzie miano osłaniać Suczawę. 3 września do Mołdawii został wysłany, w celu wzmocnienia oddziałów Kondradzkiego, płk Henryk Denhoff wraz z grupą kilkuset dragonów i kilkoma armatami. Cztery dni później reszta armii koronnej wznowiła marsz i 18 września znalazła się pod Kamieńcem Podolskim przy granicy z Mołdawią i imperium osmańskim. Na miejsce postoju wybrano okopy usypane w 1633 roku przez Stanisława Koniecpolskiego podczas wojny z Abazy paszą.

Deszczowa pogoda sprawiła, że warunki obozowe były bardzo złe. Plagą była czerwonka, która powodowała wśród żołnierzy wysoką śmiertelność. Wówczas przybył też do obozu Jerzy Lubomirski, który podczas narad wojennych kilkukrotnie ścierał się słownie z królem. Były to początki olbrzymiego konfliktu pomiędzy nimi, który później przerodził się w wojnę domową.

W tym samym czasie Chmielnicki również nie prowadził aktywnych działań, cały czas czekając na nadejście Tatarów wraz z chanem Islamem Girejem III. Miał on wtedy pod swoją kontrolą niecałe 30 tysięcy ludzi. Na wieść o tym, 24 września w polskim obozie zdecydowano się wreszcie na podjęcie przeciwko niemu bardziej aktywnych działań – oddziały koronne miały udać się na Ukrainę w kierunku Białej Cerkwi, gdzie było można odciągnąć od Chmielnickiego chłopstwo – coraz bardziej krytycznie nastawione do Kozaków – i przywrócić tam władzę Rzeczypospolitej. 30 września armia wyruszyła w drogę, docierając pod Zieleniec. Tam, 4 października otrzymano wiadomość o rychłym wkroczeniu na teren działań ordy tatarskiej. Tego samego dnia została podjęta więc decyzja o odwrocie pod znajdujący się koło Kamieńca Żwaniec. Chciano „w żyznym kraju” założyć obóz, z którego będzie można osłaniać oblężenie Suczawy i oczekiwać na posiłki z głębi kraju.


Chan krymski Islam Girej III


Po przybyciu na miejsce przystąpiono do budowy fortyfikacji. Prace te przeciągnęły się do początku listopada. Tatarzy natomiast w październiku rzeczywiście połączyli się z Kozakami. Do ich obozu przybyły też oddziały, które opuściły Suczawę. Celem chana nie była jednak walka z Rzecząpospolitą, a jedynie udzielenie pomocy Chmielnickiemu w jego walce o wpływy w Mołdawii. Po kapitulacji Suczawy przestał być możliwy do osiągnięcia. Kolejnym dążeniem stało się więc doprowadzenie do układu z Rzecząpospolitą na warunkach zborowskich z 1649 roku, które były dla niej bardzo niekorzystne.

W październiku do Żwańca przybyły posiłki siedmiogrodzko-mołdawsko-wołoskie w liczbie ok. 5 tysięcy żołnierzy. W sumie armia sprzymierzonych liczyła wtedy ok. 34 tysięcy ludzi, cały czas jednak topniała na skutek dezercji. Olbrzymim problemem były, mające miejsce już od listopada, ujemne temperatury. Na wojsko, które nie było przygotowane do takich warunków, oddziaływały one bardzo negatywnie. W tym samym czasie pod Żwańcem pojawiły się również zagony tatarskie. Poważnym kłopotem stawały się zatem wyprawy w małych grupkach po drewno na opał, gdyż groziły dostaniem się „w jasyr”. Relacje źródłowe zgodnie podają, że mróz, choroby i głód praktycznie unicestwiły piechotę. W innych formacjach straty ludzkie były mniejsze, natomiast zastraszającą formę przybrał pomór koni.

Tymczasem siły kozacko-tatarskie liczyły w sumie ok. 60 tysięcy żołnierzy, ale nie doszło do ich formalnego połączenia. Przez cały czas w okresie trwania kampanii utrzymywała się oddzielna komenda Chmielnickiego i chana nad poszczególnymi oddziałami. Pracowały one jednak razem. 18 listopada dotarły pod Husiatyń, skąd powoli posuwały się pod Żwaniec. Zagony tatarskie postępowały pod obóz polski, rozbijając wychodzące z niego podjazdy. Największe zwycięstwo zostało odniesione 3 grudnia podczas potyczki pod Kudryńcami: zabito lub wzięto do niewoli ok. 400 polskich żołnierzy.

W związku z coraz cięższą sytuacją materialną wojskowych rozpoczęto rokowania pokojowe, które zakończyły się 16 grudnia zawarciem porozumienia. Ustalono, że nie zostanie ono spisane i zaprzysiężone, a obie strony ograniczą się do deklaracji ustnych. W sprawach kozackich przywrócono warunki zborowskie i dawne przywileje kozackie; miał powstać na nowo 40-tysięczny rejestr. Na Ukrainie rządził hetman, a Kozacy podlegali tylko jego sądownictwu. Szlachta, która obejmowałaby urzędy w województwach ukrainnych, musiała być wyznania prawosławnego. Tatarom natomiast miała być wypłacona olbrzymia kontrybucja w wysokości 200 tysięcy talarów; mieli też otrzymywać coroczne upominki.

Podsumowanie

Kampania żwaniecka jest jedną z czarniejszych plam w staropolskiej sztuce wojennej. Nie przegrywając w 1653 roku tak naprawdę żadnej większej bitwy, zaniedbując jednak względy logistyczne i prowadząc pasywne działania, bezpowrotnie zmarnowano owoce wielkiego zwycięstwa z 1651 roku nad połączonymi siłami kozacko-tatarskimi pod Beresteczkiem. Na nic się zdał duży wysiłek finansowy i mobilizacyjny, poniesiony w tym okresie przez Rzecząpospolitą. Nic dziwnego więc, że żyjący wtedy ludzie nie pozostawiali na ugodzie żwanieckiej suchej nitki. Tak opisywał ją Albrycht Stanisław Radziwiłł:


Albrycht Stanisław Radziwiłł


Zawarto więc niesławny układ odnawiając nieszczęsne pakty Zborowskie, przyrzeczono Tatarom zwykłe pieniądze zatrzymane przez trzy lata, a żeby wróg nie pustoszył ojczyzny wyliczono na próżno 40 000 zł, bo do tego doszła swawola Tatarów, że zaledwie pół mili od Pińska zawracali i trzecią część dochodów ogniem zniszczyli. (…) 120 lat minęło od czasu, kiedy Tatarzy byli w tych okolicach.

Układ ten jednak nic nie dał Kozakom, gdyż miesiąc później na mocy ugody w Perejasławiu przeszli oni pod panowanie Rosji. Poza korzyściami finansowymi nic nie zyskali też na nim Tatarzy, gdyż w związku z najazdem rosyjskim przeszli na stronę polską.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?