Ta ostatnia niedzielaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Redaktorka prowadząca

Urszula Jocz

Korekta

Izabela Dachtera-Walędziak

Projekt okładki

Marcin Dolata

Copyright © by Marek Chmielewski 2021

Copyright © by Sorus 2021

E-book przygotowany na postawie wydania I

ISBN 978-83-66664-30-2


Przygotowanie, druk i dystrybucja

Wydawnictwo Sorus

ul. Bóżnicza 15/6

61-751 Poznań

tel. (61) 653 01 43

sorus@sorus.pl

księgarnia internetowa

www.sorus.pl

DM Sorus Sp. z o.o.

Konwersja

Epubeum

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Przypisy

O Autorze

Rozdział I

Trzy miesiące przed maturą były dla mnie dość ciężkie. Wszystko zaczęło się po studniówce. Kiedy opadły emocje związane z zabawą, uświadomiłem sobie, co mnie czeka po napisaniu egzaminu dojrzałości. Miałem wreszcie zadecydować o swojej przyszłości. Problem polegał na tym, że nie wiedziałem, czego chcę i kim chcę być. To było w tym najgorsze.

W szkole nauczyciele byli skupieni na przygotowaniu mojej klasy jak najlepiej do matury. Przynajmniej raz na tydzień pisaliśmy próbne testy, z których miałem przyzwoite wyniki. Nie przygotowywałem się do nich, w ogóle olewałem całą szkołę. Oceny w dzienniku nie miały dla mnie większego znaczenia. Nie lokowałem ambicji w systemie oświaty. Bardziej satysfakcjonowały mnie pochwały za honorowe czyny.

W marcu dogadałem się z nauczycielami na konkretne oceny z przedmiotów. Mniej więcej tak to wyglądało:

– Niedziela. Z tego, co mam napisane w dzienniku, to ledwie trzy wychodzi.

– Może być, panie profesorze.

– Może trochę więcej ambicji byś w to włożył?

– Sorze, ambicja w szkole? To dobre dla kotów, co od września zaczną naukę.

– Jak chcesz.

Trzydziesty pierwszy marca to ostatni dzień, kiedy byłem na zajęciach. Przytłoczony myślami o przyszłości chlałem z przyjaciółmi co dnia dla ukojenia duszy. Choć w klasie miałem samych dobrych kolegów i koleżanki, to jakoś po studniówce nasze drogi rozeszły się. Niby ciągle byliśmy zżytą paczką, ale podzieliliśmy się nieformalnie na mniejsze grupy. Nie wiem, czemu tak się stało. Czy nigdy nie byliśmy zgraną klasą? – ta myśl, jako jedna z wielu, nie dawała mi spokoju.

Z maturalnego środowiska i ja mimowolnie wybrałem swoją watahę, w której znajdował się Wojtek, pseudo Bamber. Ksywka odwołuje się do jego wielkiej postury i majątku. Koleś z bogatej rodziny. Dzięki niemu miał nam zawsze kto stawiać, jak zabrakło kasy. Z Bambrem nie baliśmy się zaczepiać nawet liczniejsze grupy. Adekwatną ksywkę nadał mu Janek, pseudo Eksplołżyn. Król imprez i okolicznych barów. Zawsze wiedział, gdzie iść i gdzie wypić. Dziewczyny lubiły jego ciętą gadkę, ale niestety zazwyczaj przeszkadzał im jego niski wzrost. Obok Bambra wyglądał dość komicznie, ale nie bał się przyłożyć mu w żołądek. Choć Wojtek ważył ponad sto kilo, to jednak był łagodny i zazwyczaj bójka kończyła się porozumieniem. Chyba że Bamber się wnerwił, wtedy nie było już wesoło. Gdy chłopaki się kłócili, to zawsze próbował ich rozdzielić Paweł, pseudo Pawełek. Największy luzak z naszej paczki. Jako jedyny palił papierosy i ubierał się jak hippis1. Jego długie blond włosy i czarna koszula w kwiaty przykuwały uwagę przechodniów.

I tak, ostatniego dnia marca w piątek, zerwaliśmy się z połowy zajęć, gdyż uznaliśmy, że na trzeźwo nie znajdziemy pomysłu na siebie. Balowaliśmy od wieczora do rana, a w dzień odsypialiśmy. Potem wstawałem koło godziny piętnastej, brałem prysznic, myłem zęby, ubierałem się, jadłem obiad i ruszałem na kolejną libację z chłopakami. Na początku piliśmy na osiedlowym przystanku autobusowym. Szybko się stamtąd zawinęliśmy, gdy wezwano policję. Musiałem na nią uważać ze względu na kuratora. Tak, kuratora. Kolejny z głupich błędów niepełnoletności. Rok wcześniej, tuż przed ukończeniem osiemnastu lat, wybrałem się z Eksplołżynem do sklepu po piwo. Gdybym poszedł z Bambrem, to na pewno sprzedawczyni nie poprosiłaby o dowód osobisty. Niestety Janek nie przypominał posturą grubawego, wysokiego chłopaka. Choć sam wtedy mierzyłem sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, to jednak moja szczupła twarz z opadającymi na oczy długimi kosmykami włosów, nie wyglądała zbytnio na pełnoletnią. Musieliśmy w tej sytuacji coś wykombinować. Szczęściem lub nieszczęściem do marketu zbliżał się nasz starszy o rok znajomy z technikum. Zagadałem do niego. Janek próbował mnie zatrzymać, ale nie zdążył.

– Siemasz, Zyta. Potrzebna nam pomoc.

­­– Chyba się nie dogadamy. Ten konus obok zarywał tydzień temu do mojej laski.

– I co?

– Rzuciła mnie. Stwierdziła, że jestem za mało romantyczny. – Zyta z groźnym spojrzeniem wskazał palcem na Janka. – Masz wpierdol, konusie!

– Spokojnie. O co tyle hałasu? Znam tę twoją Aśkę. Ona do wszystkich robi maślane oczy. Ostatnio nawet ja z nią bajerowałem.

– Co kurwa?!

– Zapomnijmy o złych chwilach. Kulturalnie chcemy wypić kilka sześciopaków, mamy za co, mamy z kim, mamy gdzie, ale nie możemy ich kupić, bo kobita przy ladzie prosi o dowód. Zyta, przestań się gniewać. W ramach przeprosin Janek odstąpi ci paczkę szlugów i oczywiście zapraszamy cię na piwko. Pod warunkiem, że najpierw je nam kupisz.

– Nie piję z lamusami. Niech będzie, moja strata, kupię.

Zyta poszedł na chwilę w regały z alkoholem, a my grzecznie czekaliśmy przy półce z pieczywem obok wejścia. Po chwili nasz wybawca wrócił i postawił mi pod nogi plecak.

– Niedziela. Weźcie go i wyjdźcie na zewnątrz.

– Dlaczego?

– Przyszedłem do sklepu tylko po zapalniczkę, a że zechcieliście parę sześciopaków, to z tym plecakiem ich nie wyniosę, same książki w nim są w chuj ciężkie.

Jego wytłumaczenie wydawało nam się wtedy logiczne, choć zdziwiło mnie, że Zyta nosi tyle podręczników. Na pewno nie był kujonem. Spełniliśmy jego prośbę i usiedliśmy na pobliskiej ławce przy parkingu. Po jakiś dwóch minutach podbiegł do nas ochroniarz z marketu.

– Otwórz ten plecak, syneczku.

– Po co?

– Otwórz.

Grzecznie rozsunąłem kieszeń. W środku były dwie pełne, litrowe butelki wódki. Z miejsca stałem się złodziejem. Potem sprawy potoczyły się szybko. Kierownictwo sklepu wezwało policję. Razem z Jankiem trafiliśmy na komisariat, gdzie nas przesłuchiwano.

– Więc, jak to było?

Powiedziałem całą prawdę, Janek potwierdził moje słowa, ale miny policjantów nie wróżyły wolności.

– Niestety. Z zapisu z monitoringu nie wynika, jakoby wasz starszy znajomy posiadał plecak.

– Trzymał go w prawej ręce, razem z czerwoną kurtką.

– Na nagraniu widać tylko czerwoną kurtkę, a sam świadek twierdzi, że plecak jest waszą własnością.

Zyta okazał się sprytniejszy, niż myślałem. Skrzętnie schował plecak pod kurtką, po kryjomu zapakował w niego wódkę i kazał go nam wynieść na zewnątrz. Zemścił się za podrywanie jego dziewczyny. Jak mogłem wtedy tak łatwo dać mu się podejść. Szybko doszło do rozprawy ze względu na popełnienie wykroczenia. Przydzielono mi nadzór kuratorski, ponieważ byłem niepełnoletni. Moim prawnym aniołem stróżem został w sumie w porządku facet. Zrobił na mnie dobre wrażenie już podczas pierwszej rozmowy.

 

– Cześć, nazywam się Jerzy Duś, ale mów mi Jurek. Będę twoim kuratorem.

– Adam.

– Jeśli twoje zachowanie przez rok będzie nienaganne, to nasza znajomość długo nie potrwa.

– Okej, panie Jerzy. Znaczy Jurek.

Jurek przez częste wizyty zaprzyjaźnił się z moimi rodzicami. Doszło nawet do tego, że razem z żoną przychodzili do nas na zakrapiane kolacje, więc nie mogłem narzekać na swoją sytuację. Mogło być przecież gorzej.

Po zarekwirowaniu naszego terytorium przez władze, mówię tu o wcześniej wspomnianym przystanku autobusowym, zajęliśmy obszar stadionu miejskiego. Było nawet tam lepiej. Mieliśmy oświetlenie, miejsca na trybunach było w opór i gliny nam nie dokuczały. Podczas nocnego picia wpatrywaliśmy się w gwiazdy na niebie i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, biorąc po łyku piwa co zdanie.

– Lubię patrzeć na nocne niebo. Niestety w mieście przez smog niewiele widać, zaledwie księżyc i kilka najjaśniejszych gwiazd. Słyszałem, że gdy na nie patrzymy, to właściwie patrzymy w przeszłość, gdyż prawdopodobnie już nie istnieją.

– Tylko nie to. Niedziela, nie zaczynaj znowu mówić tych romantycznych tekstów.

– Racja. Swojej lasce takie brednie mów.

– Jeszcze nie mam swojej laski.

– Najwyższa pora, żebyś znalazł. Podobno córka Kowalskich jest wolna.

– A ja szybki. I co z tego?

Chłopaki wybuchli śmiechem. Pawełek aż opluł się piwem.

– No nie, moja koszula w kwiaty.

– Spadaj z tą swoją koszulą, tylko przypał nią robisz.

– Jaki przypał? To modna stylizacja. Nawet Wojciech Cejrowski2 taką nosi.

– Na pewno nie taką. Koszulę Cejrowskiego to sam bym założył, a tę to najchętniej spalił.

– A gońcie się, frajerzy.

– Sam się goń. Z wami to nie można porozmawiać na wyższym poziomie, gwiazdy im się nie podobają.

– Nie jesteśmy rysownikami jak ty. Ty wszystko widzisz obrazem, my nie.

– Właśnie. Zrobiłeś portret dla Anki?

– Nie. Straciłem wenę od studniówki. W niczym nie widzę sensu.

– Ej no, ona na ciebie leci. Nie olewaj tego.

– To nie jest ta, której szukam. To musi być kobieta na każdą okazję. Ania jest za bardzo rozrywkowa.

– W sumie jako pani domu to jej nie widzę.

– Właśnie. Zresztą mam teraz za dużo rzeczy na głowie, a za mało uczuć w sercu. Ciężko mi, czuję się jakiś ciężki, ciężki jak Bamber.

– Ej, ej! Wcale nie jestem ciężki. Poza tym lekki to ja byłem, jak miałem lekkie życie.

– He, a pamiętacie, jak rok temu ta profesorka od polskiego spytała Pawełka, co to jest epika, a Pawełek powiedział, że nie odpowie, bo do osiemnastego roku życia odpowiadają za niego rodzice?

– Pamiętam. Wstawiła mi wtedy jedynkę do dziennika i wpisała naganę. Aż się teraz rozzłościłem. Eksplołżyn dawaj wódkę.

– Trzymaj.

– A co to?! Żubrówka3?! Gestu nie macie?!

– Gest mamy, ale pieniędzy brak.

– Ech, niech już będzie. Za co pijemy?

– Za dziewczyny.

– Ryzykownie, ale dobrze. Po co my w ogóle tyle pijemy?

– Ja, bo mam wątrobę silniejszą od serca.

– Piję, bo świat mnie nie kocha, a ja kocham świat, choć go nie rozumiem.

– Niedziela, powiedz jeden z tych twoich melancholijnych tekstów, bo klimat mnie naszedł.

– Kto nie ma czasu dla przyjaciół, temu czas przyjaciół zabiera.

– Piękne. Kto to wymyślił?

– Niestety nie znam autora. Napijmy się.

– Napijmy!

– Salud, amor y dinero!

Miejski stadion w końcu nam się znudził. Postanowiliśmy poszaleć w klubie. Wybraliśmy Banderolę. Już na bramce uwagę strażników przykuła oryginalna stylizacja Pawełka.

– Zbyniu, patrz! Dziecko kwiatu. Hippisi do nas zajechali!

Jak zwykle przypał z jego koszulą. W lokalu panował fajny klimat. Było przytulne wnętrze, przystępne ceny, dużo dziewczyn i wspaniała obsługa w postaci pani Basi, która miała figurę jak Monica Bellucci4. Szybko przyzwyczailiśmy się do dachu nad głową i klub stał się naszym nowym miejscem spotkań. Co noc zamawialiśmy mnóstwo kolejek alkoholu, tańczyliśmy oraz rozmawialiśmy o przyszłości. Niestety nic z tych rozmów nie wynikało. Ani jednego pomysłu na siebie.

Rozdział II

Mijały dni i tygodnie. Pisałem egzaminy na niezłym kacu. Miałem z chłopakami kompletnie wywalone na szkołę. Nie przejmowałem się tym zbytnio. Mimo uciążliwego bólu głowy testy nie sprawiały mi trudności. Nawet udało mi się przekazać parę rozwiązanych zadań innym. Niestety mój wygląd po parotygodniowej hulance wzbudzał w nauczycielach lekką konsternację.

– Niedziela. Jak ty wyglądasz? Morda nieogolona, oczy zamglone. Chociaż ten krawat popraw, boś krzywo zawiązał.

– Sorze, ciężki okres mam.

– Okresu to akurat u ciebie bym się nie spodziewał. Pokaż ten krawat.

Profesor podszedł do mnie, aby poprawić mój marynarski węzeł na szyi. Niestety z bliska sprawy miały się jeszcze gorzej.

– Do jasnej cholery! Niedziela! Jedzie od ciebie gorzej niż w powrotnym pekaesie z wyjazdu integracyjnego.

– Mówiłem, że mam ciężki okres, profesorze.

– Gdybym cię tak nie lubił, to wywaliłbym cię stąd na zbity pysk. Na twoje szczęście nie wziąłem dzisiaj okularów. Rozumiesz?

– Chyba tak. Dzięki, sorze.

– Siadaj. Byle nie z przodu, aby komisja zbytnio nie widziała twojej zachlanej pały.

– Jak nie z przodu? Przecież numerek trzeba wylosować, nie wiem, co mi się trafi.

– Masz tu. Dziesiąty od lewej. Jak zacznie się losowanie, to wsadź rękę do miski i po prostu udawaj, że go wyciągnąłeś.

– Dzięki, sorze.

Matura minęła szybko, za wiele zresztą z niej nie pamiętałem. Wieczorem, po egzaminach, kontynuowałem z chłopakami zabawę. Raz ja miałem ciężki powrót, raz Eksplołżyn, raz Pawełek. Największy problem mieliśmy, kiedy ciężki powrót zaliczał Bamber. Nie mogliśmy go unieść we trzech. Za którymś razem pożyczyliśmy koszyk sklepowy, aby dowieźć go do domu. Potem z rana, przed testem z polskiego, grzecznie odstawiliśmy cudzą własność na miejsce.

Mogłem sobie pozwolić na taki tryb życia jedynie ze względu na wyjazdy służbowe ojca za granicę. Pod jego nieobecność miałem wolną rękę. Tylko matki mi było szkoda. Widząc mnie ciągle pijanego, traciła resztki sił i nerwów, ale nie miałem wtedy innych pomysłów na siebie i swoją nędzną przyszłość.

– Co spadło w twoim pokoju nad ranem?

– Ubranie.

– Ubranie? A dlaczego tak głośno?

– Nie zdążyłem zdjąć.

– Adam, ty się rozpiłeś. Przestań chodzić z kolegami do tego klubu. Zajmij się czymś innym, tak pięknie rysujesz. Przez te schadzki zaprzepaścisz cały swój potencjał. Zostań dzisiaj w domu. Obejrzymy jakiś film, zamówimy pizzę.

– Nie chcę, mamo.

– Dlaczego?

– Nie wiem, po prostu nie wiem.

– Ty już nie wiesz, co mówisz, dziecko.

– Tego też nie wiem.

– Nie mam już siły na ciebie. Od dwóch miesięcy wychodzisz wieczorami i wracasz pijany nad ranem. Poczekaj, aż wróci tata. Wtedy weźmie się za ciebie.

Zawsze po kłótni z mamą rozważałem, jak się wyprowadzić z mieszkania, mając siedemnaście złotych w kieszeni.

Nastał koniec maja, a do mieszkania wrócił ojciec Leszek. Jak zawsze ubrany w elegancki garnitur, z drogim zegarkiem na ręku i okularach w złotych oprawkach. Przywitał się z mamą w progu i poszli jeść do kuchni. Na zegarze wybiła piętnasta, więc akurat obudziłem się. Zresztą chyba ten zegar ciągle pokazywał tę samą godzinę. Po moim pokoju walały się ubrania, puszki po piwie i zeszyty z liceum. Nie uczyłem się z nich, pewnie z wściekłości na szkołę rzucałem nimi po pokoju. Nie pamiętałem zbytnio. Na ścianach wieszałem swoje rysunki. Lubiłem rysować, ale nie widziałem w tym sensu, w niczym nie widziałem sensu. Słońce ledwo przedzierało się przez zasłoniętą roletę, ale akurat jego promień świecił mi prosto w oczy. Nie miałem siły podnieść głowy, więc ciągle mnie oślepiał.

Rozmowa rodziców w kuchni była coraz głośniejsza. Mówili o mnie, więc nic dziwnego. Po chwili oboje weszli do mojego pokoju. Zamknąłem oczy, aby udać, że śpię.

– Jak tu duszno. Otwórz okno, Beata.

­­­­– Już.

– Dosyć tego. Trzeba z tym skończyć. Tak dłużej być nie może. Adam, wstawaj!

Ojciec złapał mnie za ramię i szarpnął z lekka.

– Co się stało?

– Co się stało?! Chlejesz już drugi miesiąc. To się stało. Właśnie wróciłem z delegacji i zamierzam z tym skończyć. Rozumiesz?!

– Adam, nie możesz tak dłużej – odparła mama.

– Takim gadaniem, to nic nie zwojujesz, kobieto. Od dzisiaj koniec ze szwendaniem się po klubach z pseudokumplami i piciem na umór. Koniec beztroski. Zaraz w czerwcu będą wyniki z matury. Módl się, żebyś ją zdał. Inaczej się nie znamy. Wiesz już, co chcesz studiować?

– A kto pyta?

– Czy ty to słyszysz, Beata?! Na drwiny jeszcze ma ochotę!

– Synku, zrozum. Chcemy dla ciebie jak najlepiej. Tańce i picie nie dadzą ci dobrego życia. Musisz w końcu się określić, kim chcesz być.

– Na razie nie wiem.

– Najwyższa pora, żebyś się dowiedział. Na początek posprzątasz ten burdel. Dom zamykam na cztery spusty. Nie ma żadnych wyjść.

Nocna libacja dała się we znaki mojemu organizmowi. Na czole pojawiły się krople potu, usta miałem suche z odwodnienia, a żołądek domagał się strawy.

– Miski.

– Beata. Chyba będzie rzygał. Leć po miskę.

– Miski rosołu bym zjadł.

– Już podgrzewam, kochanie.

– No tak. Jak to miało inaczej wyglądać, jak wyjechałem? Synek codziennie zalewa się w trupa, a mamusia na drugi dzień rosołek gotuje. Koniec z rosołkiem.

– Ciszej. Ciszej. Trochę ciszej.

– Oj, Leszek, nie krzycz już tak. Chodźmy już. Zaraz przyniosę zupę, Adam.

– Dziękuję.

– Ja w jego wieku tak się nie zachowywałem.

Rodzice wyszli, delikatnie przymykając drzwi. Z trudem podniosłem się z łóżka. Ból głowy był nie do zniesienia, ale pozwolił na pójście do łazienki.

Po kąpieli i założeniu świeżych ubrań zjadłem rosół przy kuchennym blacie, po czym wróciłem do łazienki, aby umyć zęby. Następnie udałem się do swojego pokoju. Rzeczywiście sytuacja z góry wydawała się inna niż z perspektywy głowy ułożonej na poduszce. Z trudem pozbierałem ubrania z podłogi i wrzuciłem je do kosza na pranie. Puszki po piwie spakowałem do plastikowego worka. Zeszyty z liceum wrzuciłem do kartonu pod biurkiem.

– Posprzątane – zawołałem, ale nikt mi nie odpowiedział.

Położyłem się z powrotem na łóżko i wbijałem lekko zamglone oczy w sufit. Nim się obejrzałem, zapadł wieczór. Nagle w okno pokoju uderzył mały kamyk. Wiedziałem, co znaczy ten sygnał. Na ulicy czekała moja ekipa.

– Niedzielaaaaa! – krzyknął jeden. – Idziemy do Banderoli. Chodź!

– Ciszej, ciszej! Nie dam rady. Starzy zamknęli mieszkanie na wszystkie spusty. Jestem uwięziony, chłopaki.

– Okna przecież ci nie zamknęli.

Uśmiechnąłem się. Chwyciłem za ubrania z kosza na pranie i związałem je. Prowizoryczną linę przyczepiłem do ramy łóżka i przerzuciłem przez okno.

– Dawaj! To tylko pierwsze piętro.

Postawiłem nogę na parapet. Dzisiaj jeszcze nie czas na zmiany – pomyślałem. Sprawnie zszedłem po ścianie bloku, jakbym robił to na co dzień.

– Dzik nie chłopak! Dobra, idziemy. Dzisiaj ma być Ania z Agnieszką.

– No nie. Nadal nie mam dla niej portretu.

– Dobra, inaczej ją zbajerujesz. I bez tego ma na ciebie chęć.

– Nie o to chodzi.

Klub był prawie pusty. W końcu godzina była jeszcze młoda. Kelnerka przyniosła pół litra wódki, orzeszki i bułkę dla Pawełka. Sucha bułka była jego sposobem na alkohol. Nie wiem, czy mu rzeczywiście pomagała, ale w każdym razie nie odchodził od stołu, dopóki butelka nie opróżniła się do dna.

– Dziękujemy, pani Basiu.

– Oj, chłopcy, chłopcy.

Kelnerka z gracją oddaliła się od stolika. Jej krótka spódniczka jak zwykle przykuła nasz wzrok.

 

– Ech, jak ja bym ją.

– Ja też.

– A kto nie? Polej.

Bamber rozlał kolejkę alkoholu, która zniknęła w gardłach z prędkością dźwięku. Po chwili zjawiły się oczekiwane przez nas dziewczyny. Pewnym i zgrabnym krokiem podeszły do stolika.

– Cześć, przystojniaki.

– Się macie, laski. Czego się napijecie?

– Poproszę jakiegoś dobrego drinka?

– Agnieszka?

– Niestety, przyjechałam samochodem, więc dzisiaj tylko soczek.

– Bamber. Idź po drinka i soczek dla dziewczyn.

– Dlaczego ja?

– Bo tylko ty masz pieniądze.

– Dlaczego bogaty nie może biednie żyć?

– Bamber – krzyknął Pawełek. – Widzisz suchą bułkę, co jem?

– Widzę. I co?

– Znam biedę.

– A walcie się!

– Idź już i nie marudź.

Wojtek podszedł do pani Basi, która akurat czyściła kufle przy barze. Po chwili doniósł zamówienie na stół.

– Pawełek. Zrobię ci test na poczytalność. Chcesz?

– Dawaj.

– Stoi wanna napełniona wodą, aby ją opróżnić, masz do wyboru łyżkę, szklankę lub wiadro. Co wybierzesz?

– Pewnie, że wiadro!

– A widzisz. Poczytalny wyciągnąłby po prostu zatyczkę z wanny.

Wszyscy roześmiali się. Anka prawie wylała drinka na dekolt.

– Adaś, ty to jesteś!

– Dowcipniś, jego mać.

– Dobrze, już jestem grzeczny, już nie rozrabiam.

– Aga, nadal jeździsz czerwonym golfem?

– Nie śmiej się, Eksplołżyn. Jest śliczny. Tylko tylne drzwi się nie zamykają, ale to nawet lepiej. Czasami Anka coś chce z samochodu i nie muszę jej ciągle podawać kluczyków.

– Gdzie zaparkowałyście?

– Z tyłu klubu. Mamy tam swoje stałe miejsce pod drzewem.

– Chłopaki, a smartfon kładzie się po lewej czy po prawej stronie talerza?

– Anka. Nie wygłupiaj się!

– Cała Ania. Napijmy się.

Przechyliliśmy kilka kieliszków. Atmosfera była coraz bardziej luźna. Ogarnął mnie smutek ze względu na brak pomysłu na swoje życie. Zresztą jak zwykle po takiej ilości szotów. Dziewczyny postanowiły usiąść przy mnie i rozweselić moją ponurą twarz.

– Adaś. Co ty taki smutny? Może jakoś cię rozweselić?

– Nie, dzięki. Po prostu, żeby spojrzeć na to wszystko trzeźwo, muszę się uchlać.

– Dziewczyny, zróbcie coś z nim, bo znowu zaczyna tę swoją melancholijną gadkę.

Ania usiadła mi na kolanach i przysunęła biust do twarzy. Lubiłem tę wariatkę. Nie była jakąś łatwą dziewczyną, po prostu wiedziała o chłopakach dość sporo. Była świadoma swojej wartości i lubiła bawić się naszymi prymitywnymi instynktami. Naszą sprośną rozmowę przerwał huk drzwi. Do środka weszła grupka podchmielonych mężczyzn, którzy bez kozery rozsiedli się przy barze, z okrzykiem zamawiając piwo. Jeden z nich bacznie przyglądał się Ani. To był Zyta. Z początku nie poznałem go przez fryzurę, zmienioną na krótkie strzyżenie. Obserwował moją kumpelę dosyć długo. Wnerwiało mnie to. Po kilku minutach podszedł do naszego stolika.

– Hej, mała. Chcesz się czegoś napić?

– Mała to jest twoja pała! Nie, dziękuję.

Anka to kobieta z krwi i kości. Lubiła filtrować z chłopakami, ale nie znosiła bezczelności i chamstwa. Czasami i ja bałem się z nią rozmawiać na ryzykowne tematy, bo nie wiedziałem, jak zareaguje. Jej dystans do siebie był ogromny jak na dziewczynę, ale każdy w końcu mógł przekroczyć cienką linię.

– Uważaj na słowa, kurwo!

Zerwałem się z kanapy z niebywałą prędkością. Eksplołżyn i reszta też nie zostali w tyle. Źrenice rozszerzyły mi się z wściekłości, tętno przyśpieszyło, testosteron przeszył całe ciało. Zazwyczaj jestem łagodniejszy nawet od Wojtka, ale to była cienka linia, którą Zyta przekroczył przez zniesławienie kobiety w moim towarzystwie. Do tego złamasa podbiegła reszta jego świty. Mieli przewagę. Było ich w sumie sześciu, a nas czterech. Bambra mogłem policzyć za trzech, więc szanse były w miarę wyrównane.

– Kurwę to sobie znajdź, cwelu! A teraz grzecznie przeproś panią!

– Ej, młody. Zrujnować ci życie?! – odezwał się jeden z napastników.

– Nie, dziękuję. Sam daję radę.

– Młodzież dzisiaj taka zaradna.

Bamber zakrył dziewczyny swoim wielkim cielskiem. Napastnikom widocznie zmiękły faje i postanowili odpuścić.

– Jeszcze sama przyjdziesz. Dokończmy browarka, chłopaki.

– Nie warto, chłopcy. Zostawcie ich.

Wszyscy wrócili na swoje miejsca. Humory pogorszyły się nam. Bamber z nerwów zamówił schabowego z ziemniakami. Zawsze jak się zdenerwuje, to musi coś zjeść. I ja tym razem postanowiłem złagodzić nadszarpnięte nerwy strawą.

Koło godziny dwudziestej w Banderoli zrobiło się tłoczno. Razem z Eksplołżynem zaprosiłem dziewczyny do tańca. Co piosenkę robiliśmy odbijanego. Na parkiecie spędziliśmy czas prawie do północy, po czym wróciliśmy do stolika.

– Muszę iść psipsi, chłopcy. Bądźcie grzeczni. Agnieszka, przypilnuj, żeby byli grzeczni.

– Okej, laska.

Ania oddaliła się na stronę, a nas pochłonęła rozmowa. W międzyczasie nerwowo sprawdzałem zegarek. Martwiłem się, że koleżanka dość długo nie wraca z łazienki.

– Agnieszka. Co ona tyle tam robi?

– Daj spokój, Adaś. Nie wiesz, ile kobiety czasu spędzają w łazience? Pewnie poprawia makijaż.

Bacznie obserwowałem tłum ludzi w klubie. Nie mogłem wyłapać wzrokiem Zyty. Jego pięciu koleżków nadal okupowało ladę przy barze, ale on sam zniknął mi z pola widzenia.

– Idę się rozejrzeć.

Wstałem z kanapy. Krok miałem lekko chwiejny. W sumie i tak dobry, jak na taką godzinę. Zajrzałem do damskiej łazienki, ale Ani tam nie było. Intuicja nie zawiodła mnie, jednak nie ucieszyłem się z tego powodu. Dziarsko przeszedłem przez tłum tańczących, ale nigdzie nie było mojej blond wariatki. Wyszedłem na zewnątrz. Przed Banderolą panowała cisza. Parę kolesi paliło papierosy, a zakochane pary obmacywały się przy samochodach. Narastał we mnie coraz większy niepokój. Podszedłem do samochodu Agnieszki. Mijając boczną ścianę budynku, usłyszałem krzyk. Pod wielkim drzewem na masce czerwonego golfa leżała Ania, którą gwałcił Zyta. Zdarł z niej stanik i połowę błękitnej sukienki. Biegłem co sił. Zamachnąłem się prawą ręką i zadałem mu cios w brzuch. Zyta upadł na ziemię. Rzuciłem się na niego i okładałem jego twarz pięściami jak szalony. Potem wstałem i kopałem go po całym ciele, a na koniec w samo krocze. Cały zalał się krwią. Niewiele pojękiwał. Był tak pijany, że nie czuł zbytnio ciosów.

Podniosłem Anię z chłodnej maski samochodu. Poprawiłem jej sukienkę i mocno przytuliłem. Ciągle płakała.

– Ja tylko chciałam wziąć kurtkę z samochodu. Adaś, tylko kurtkę.

– Już cicho. Już dobrze.

Po chwili w naszym kierunku ruszyli towarzysze gwałciciela.

– Uciekaj, Ania i zawołaj chłopaków!

Dziewczyna pobiegła do klubu. Na szczęście podchmieleni kolesie nie zainteresowali się nią i nadal biegli w moim kierunku. W pierwszego rzuciłem kamieniem. Celnie trafiłem w głowę, przez co upadł na moment na kolana. Pozostała czwórka otoczyła mnie. Adrenalina wyzwoliła we mnie niebywałą siłę. Kopnąłem jednego z nich w głowę, lecz dwóch kolejnych złapało mnie pod ręce i skrępowało mi ruchy. Ci, których położyłem, wstali i okładali mnie pięściami po twarzy i brzuchu. Krew leciała mi z ust i brwi, zalewając przy okazji prawe oko. Traciłem przytomność. Nagle moi oprawcy unieśli się w górę. Bamber złapał ich za szyje, po czym zderzył głowami. Pawełek z Jankiem rzucili się na dwóch pozostałych. Ocknąłem się i zaatakowałem. Okazało się, że zacząłem gryźć Bambra w brzuch. Przez zakrwawione oczy pomyliłem go z napastnikami. Po chwili wpadła ochrona i rozdzieliła nas, a potem zajechała policja. Jednym zdaniem – miałem przewalone.

Trafiliśmy na komisariat. Przesłuchiwano nas do samego rana. Policjanci uwierzyli w naszą wersję zdarzeń, którą potwierdzał monitoring i relacja dziewczyn. Choć raz kamery uchwyciły Zytę tak jak trzeba. Nasza bójka odbyła się w słusznej sprawie, jednak każdy musiał ponieść jej konsekwencje. Podczas wymiany ciosów uszkodziliśmy kilka aut na parkingu. Sprawa gwałtu dokonanego przez Zytę została skierowana do sądu. Jego kompanów oskarżono o napaść i zniszczenie mienia. Mi, Bambrowi, Pawełkowi i Eksplołżynowi również przypisano zniszczenie mienia w postaci wybitych szyb i uszkodzonych lusterek samochodowych. Na dodatek wezwano mojego kuratora. Nadzór Jurka, przez domniemaną kradzież sprzed roku, miał się zakończyć z początkiem czerwca. Z powodu bójki przed klubem cała sprawa stanęła pod znakiem zapytania.

Rankiem z komisariatu odebrali mnie rodzice. Bez słowa odwieźli mnie do mieszkania, po czym pojechali do Jurka, aby porozmawiać o całej sytuacji. Zmęczony poszedłem spać.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?