Cudowne wizerunki Chrystusa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Źródło: Wikimedia Commons

CAŁUN TURYŃSKI

Źródło: Piotr Sionko

Całun Turyński to w rzeczywistości wierne odbicie Jezusa utrwalone na płótnie pochówkowym, w które, po zdjęciu z krzyża, owinięto Jego umęczone ciało. Jest to swoista fotografia będąca czytelnym dowodem męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Całun Turyński – przebadany już przez rzesze naukowców z wielu dziedzin współczesnej nauki, jak m.in. medycyna sądowa, botanika, kryptologia, spektroskopia, krystalografia, patologia kliniczna, fizyka nuklearna, fizyka cząstek elementarnych, chemia, mikroskopia, radiografia, archeologia, historia, numizmatyka, kryminologia, historia sztuki, nauka o budowie i pochodzeniu płócien, a nawet matematyka rachunku prawdopodobieństwa – sam w sobie stał się nową nauką, zwaną syndologią. Całun jest najbardziej przebadanym obiektem na świecie i według najnowszych badań traktowany jako „niemożliwy do odtworzenia i ustalenia, co do sposobu powstania przy pomocy metod znanych człowiekowi!”. Obecnie uznany jest przez olbrzymią większość respektowanego świata naukowego za autentyczny całun grobowy Jezusa Chrystusa i najważniejszą relikwię chrześcijańską.

Odtworzenie dziejów Świętego Całunu, drogi, jaką przebył z Jerozolimy do Turynu, nie należy do zadań łatwych. Ewangeliści nie wspominają o losie prześcieradeł pogrzebowych Jezusa, nie mówią też nic o wizerunku, jaki miałby z nich powstać. Teksty apokryficzne sugerują jednak, że być może Całun był przechowywany przez wspólnotę chrześcijan. Z innych pozabiblijnych źródeł z pierwszych wieków chrześcijaństwa dotrwało do naszych czasów kilka skąpych świadectw, które wspominają, że był on widziany w różnych miastach Ziemi Świętej.


Źródło: iStock

Nowe światło na wczesne losy Całunu rzucił angielski historyk i dziennikarz Ian Wilson w swojej książce Całun Turyński. Autor wysuwa hipotezę, że Całun oglądały w ciągu wieków tysiące wiernych, był wielokrotnie opisywany, stanowił inspirację dla artystów. Pomimo tego jednak, że był powszechnie znany, nikt z oglądających nie miał świadomości, że patrzy na płótno pogrzebowe Jezusa. Jak to możliwe? W opinii Wilsona Całun to nic innego jak znany z historii Mandylion – wizerunek twarzy Jezusa, jedna z najważniejszych relikwii czczonych we wschodnim chrześcijaństwie.

Zgodnie z najstarszymi legendami Mandylion był darem Jezusa dla króla Abgara, władcy Edessy (obecnie Urfa, w południowo-wschodniej Turcji). Odkąd król usłyszał o Nauczycielu z Nazaretu, zapragnął się z Nim spotkać. Niestety, nie mógł wyruszyć w podróż, ponieważ chorował na trąd. Wysłał więc sługę, który miał sportretować Mistrza. Ten jednak nie potrafił uchwycić podobieństwa. Wtedy Jezus nałożył na twarz chustę, na której w cudowny sposób odcisnął się Jego wizerunek.


Źródło: Wikimedia Commons

Zdaniem Wilsona była to tylko jedna z wielu prób wyjaśnienia pochodzenia Mandylionu. Jego prawdziwej tajemnicy nikt w tamtym czasie nie znał. Wilson dokonał nowej interpretacji legendy o królu Abgarze. Rozpoczyna się ona w tym momencie, gdy kończy się świadectwo ewangelistów. Wilson jest przekonany, że choć Ewangelie nie wspominają o obrazie odciśniętym na płótnie, w którym pochowano Jezusa, to apostołowie odkryli na nim niezwykłą podobiznę, ale swoje odkrycie zachowali tylko dla siebie. Angielski historyk jest przekonany, że sytuacja apostołów po znalezieniu płótna w grobie była bardzo niewygodna. Płótno grobowe według religii żydowskiej to przedmiot nieczysty, który należało natychmiast zniszczyć. Zresztą sami apostołowie z mieszanymi uczuciami podchodzili do Całunu. Jako pobożni Żydzi wiedzieli, że każda rzecz, która miała kontakt ze zmarłym, jest nieczysta i nikt nie powinien jej dotykać, a tym bardziej przechowywać.

Kiedy zastanawiali się, co zrobić z kłopotliwym świadectwem, jeden z nich przypomniał sobie o królu Abgarze, który chciał poznać Jezusa. Teraz nadarzyła się więc okazja, aby spełnić pragnienie Abgara i w ten sposób uratować Całun przed zniszczeniem. Postanowili wysłać królowi w prezencie wizerunek Chrystusa. Sądzili, że płótno będzie bezpieczniejsze w Edessie, gdyż poganie lubowali się we wszelkich obrazach, i że tak cenny wizerunek zapewne ucieszy króla. Mimo że pomysł wydawał się rozwiązywać problem, pozostawała jeszcze kwestia stosowności prezentu. Nie wypadało ofiarowywać władcy prześcieradła pogrzebowego człowieka, który na dodatek zmarł po tak okrutnych torturach. Aby Abgar nie poczuł się urażony, apostołowie w taki sposób poskładali płótno, żeby widoczny był tylko wizerunek twarzy. „Oblicze na płótnie – pisze Wilson – było elementem najwyraźniejszym i najbardziej zrozumiałym, nasuwała się więc logicznie uzasadniona ewentualność przekształcenia całego płótna w portret”1.


Źródło: Wikimedia Commons

Tak poskładane płótno – jak głosi legenda – zaniósł do Edessy Tadeusz, jeden z uczniów Jezusa. Kiedy wręczył wizerunek królowi, trąd w cudowny sposób opuścił jego ciało. Uzdrowiony władca pozwolił Tadeuszowi głosić wśród swego ludu Dobrą Nowinę. Tadeusz został pierwszym biskupem Edessy, a Edessa pierwszym krajem chrześcijańskim. Pół wieku po śmierci Abgara Całun znalazł się w niebezpieczeństwie. Prawnuk króla powrócił do pogaństwa. Biskup Edessy, obawiając się zniszczenia relikwii, ukrył ją we wnęce muru głównej bramy miasta. Przez ponad czterysta lat Mandylion pozostawał w ukryciu i powoli pamięć o nim zanikła. Jak podają legendy, znaleziono go przypadkowo w 525 roku, w trakcie naprawy murów. Sława odnalezionego wizerunku bardzo szybko rozeszła się po całym wschodnim świecie chrześcijańskim. Mieszkańcy Edessy tak wielką czcią darzyli cudowny obraz, że nawet Arabowie, po zdobyciu miasta w 639 roku, nie zakazali jego kultu.

Żyjący w X wieku cesarz bizantyjski Roman Lekapanos nie mógł się pogodzić z tym, że tak ważna dla chrześcijan relikwia znajduje się w rękach niewiernych. Postanowił odzyskać ją za wszelką cenę. Pomimo nacisków dyplomatycznych muzułmanie nie byli chętni do oddania Mandylionu. Dopiero po oblężeniu miasta emir Edessy zgodził się wydać go cesarzowi. W tryumfalnym pochodzie cudowny wizerunek został przeniesiony do Konstantynopola, gdzie 15 sierpnia 944 roku złożono go w sanktuarium Matki Bożej Blacherneńskiej. W Edessie ani w Konstantynopolu nikt nie odkrył tajemnicy Mandylionu. Niektórzy historycy sądzą jednak, że przynajmniej w najbliższym otoczeniu władców Edessy i cesarzy bizantyjskich zdawano sobie sprawę, iż Mandylion to coś więcej niż tylko wizerunek twarzy.

W Konstantynopolu Całun przebywał do roku 1204, kiedy to padł łupem uczestników czwartej krucjaty, którzy zamiast udać się do Ziemi Świętej, woleli uderzyć na stolicę cesarstwa bizantyjskiego. Nie bardzo wiadomo, w czyje dokładnie ręce wpadła bezcenna relikwia. Jedni badacze wskazują na zakon templariuszy, inni z kolei mówią o Othonie de la Roche, późniejszym księciu Attyki i Beocji. Wiemy natomiast na pewno, że w połowie XIV wieku właścicielem Świętego Całunu stał się Gotfryd I de Charny, jeden z najznamienitszych rycerzy francuskich.

Trudno jest dzisiaj dociec, w jaki sposób Gotfryd de Charny wszedł w posiadanie Świętego Całunu. Jedni badacze sugerują, że Całun mógł być częścią posagu jego żony Janiny, wnuczki Othona de la Roche; inni z kolei uważają, że rycerze z rodu de Charny, kiedyś aktywni i wpływowi templariusze, dostali od ostatniego wielkiego mistrza zakonu rozkaz przechowania w swoim majątku bezcennej relikwii. Nie można też wykluczyć, że obie te hipotezy są fałszywe. Sam Gotfryd był dziwnie tajemniczy w tej kwestii i nigdy nie wyjawił, w jaki sposób stał się posiadaczem Świętego Całunu. Pewne jest natomiast, że rycerz ufundował w swojej rodzinnej miejscowości Lirey kolegiatę, w której – jak sądzą historycy – zamierzał wystawić Całun na widok publiczny. Nie dane mu było jednak to uczynić, gdyż zaledwie cztery miesiące po konsekracji kolegiaty poległ śmiercią bohaterską w bitwie pod Poitiers w 1356 roku, zasłaniając króla Jana Dobrego własną piersią.

Pierwsze wystawienia Całunu zorganizowała wdowa po Gotfrydzie, ale uczyniła to bardziej z pobudek ekonomicznych niż religijnych, gdyż mąż pozostawił ją z dzieckiem bez środków do życia. Pamiętajmy, że były to straszne lata wojny stuletniej i epidemii „czarnej śmierci”. Janina de Charny liczyła więc, że pokazy relikwii przyniosą jej pokaźne zyski i zapewnią materialną stabilizację. Od pierwszego wystawienia w maju 1356 roku kolegiata bardzo szybko stała się celem licznych i tłumnych pielgrzymek. Czczono w niej – jak mówiono – „Całun Chrystusowy”. Jednak około 1370 roku miejscowy biskup Henri de Poitiers zabronił kanonikom wystawiania płótna. Dopiero dziewięć lat później Gotfryd II de Charny, syn Gotfryda I, uzyskał na to pozwolenie od legata papieskiego. Nowy biskup, Pierre de Arcis, poczuł się jednak urażony, że nie zapytano go o pozwolenie, chociaż Lirey należało do jego diecezji. Wzburzony, zabronił pokazów Całunu, a kanonikom, którzy podważali jego decyzję, zagroził ekskomuniką. Ci odwołali się do papieża Klemensa VII. W 1390 roku papież rozwiązał problem: wydał trzy bulle, w których nakazał biskupowi de Arcis wieczyste milczenie w tej sprawie, a kanonikom przywrócił prawo do publicznych wystawień Całunu.

 

Po śmierci Gotfryda II Całun znalazł się na stałe pod opieką kanoników z Lirey. Nastały jednak niespokojne czasy. Lasy w pobliżu kolegiaty stały się siedzibą licznych band złodziei i rzezimieszków. W kraju pogrążonym długoletnią wojną nikt nie był w stanie zatroszczyć się o bezpieczeństwo zwykłych mieszkańców. W tej sytuacji kanonicy zdecydowali się oddać Całun pod opiekę córki Gotfryda II, Małgorzaty. Rodowy zamek w Monford był tak dobrze strzeżony, że kanonicy mogli być spokojni o los Całunu. Relikwia miała powrócić do kolegiaty, kiedy tylko nastaną spokojniejsze czasy. Jak się jednak później okazało, Małgorzata wcale nie zamierzała oddawać relikwii, czując się jej prawną właścicielką. Po śmierci męża udała się w podróż po Europie, zabierając z sobą Całun. Wędrowała z miasta do miasta, organizując spektakularne pokazy Całunu. Kanonicy wielokrotnie wnosili sprawę do sądów, domagając się zwrotu relikwii. Bezskutecznie. W 1453 roku, po tajnych rozmowach, Małgorzata sprzedała Całun księciu Ludwikowi Sabaudzkiemu. Ten ułagodził kanoników obietnicą corocznej renty, której zresztą nigdy się nie doczekali.


Źródło: HENRYK PRZONDZIONO/GOSC NIEDZIELNY

W XV wieku stolicą Sabaudii było miasto Chambery (obecnie we Francji). Całun był przechowywany w tamtejszej katedrze, w specjalnym drewnianym relikwiarzu obitym srebrem. Omal nie skończyło się to tragicznie. W 1532 roku, w nocy z 3 na 4 grudnia w zakrystii drewnianej katedry wybuchł pożar, który błyskawicznie objął całą budowlę. Skrzynia z Całunem w ostatniej chwili i z narażeniem życia została wyniesiona z szalejącego żywiołu przez klucznika zakonnego. Żar był jednak tak wielki, że stopiło się srebro, którym obita była skrzynia. Jedna kropla stopionego srebra przepaliła drewno i spadła na złożone płótno, wypalając w nim 22 dziury. Szczęśliwie uszkodzenia te znalazły się niemal całkowicie poza wizerunkiem postaci na Całunie. Dwa lata później dziury zostały starannie załatane, a całe płótno podszyte warstwą płótna holenderskiego. Owe zabiegi zostały dokładnie opisane w specjalnym dokumencie, który zachował się do naszych czasów.


Źródło: Wikimedia Commons

14 września 1578 roku Całun przewieziono do nowej stolicy Sabaudii, do Turynu. Pretekstem do przewiezienia był fakt, że żyjący wtedy w Mediolanie w opinii świętości Karol Boromeusz postanowił wypełnić ślub złożony w czasie zarazy i udać się pieszo do Chambery, aby oddać hołd Całunowi. Chcąc oszczędzić świątobliwemu biskupowi ponad 200-kilometrowej wędrówki przez Alpy, sprowadzono Całun do Turynu. Do Chambery nigdy już nie powrócił. 10 października dotarł do stolicy Sabaudii Karol Boromeusz i wtedy odbył się pierwszy prywatny pokaz Całunu.

Przez następne 320 lat Całun wystawiano publicznie 16 razy, mniej więcej tyle samo było pokazów prywatnych. Jedna z publicznych ekspozycji odbyła się w 1898 roku z okazji 50. rocznicy zjednoczenia Włoch oraz ślubu w rodzinie książąt sabaudzkich. I wtedy zaszło coś, co nieodwracalnie zmieniło sposób patrzenia na to płótno. Amator i entuzjasta bardzo wtedy młodej i początkującej dziedziny, jaką była fotografia, adwokat z zawodu, Secondo Pia zdołał przełamać niechęć opiekunów Całunu i uprosić zgodę na dokładne sfotografowanie płótna. Nie było to wbrew pozorom takie łatwe. W katedrze, gdzie wystawiano Całun, trzeba było zbudować specjalne rusztowanie, aby umieścić aparat fotograficzny – bardzo jeszcze wtedy prymitywny – w odpowiednim położeniu względem płótna. Secondo Pia mógł działać tylko w nocy, w ciągu dnia katedra była pełna pielgrzymów. Nie było w tamtych czasach jeszcze klisz, a negatywowy materiał światłoczuły był nanoszony na płyty szklane. Naświetlanie musiało trwać kilkanaście minut, następnie Secondo Pia dorożką przewoził płyty do swojego laboratorium. Pierwsze eksperymenty nie były udane. Dopiero wykonane w dniu 28 maja dwudziestominutowe naświetlanie dało pożądany efekt.

Kiedy jednak nasz fotograf zanurzył szklaną płytę w wywoływaczu, przeżył największy wstrząs w swoim życiu. Jak sam potem przyznał – na moment przestało mu bić serce. Na szklanej płycie zobaczył zdjęcie ukrzyżowanego człowieka. Tak, zdjęcie. Z wszystkimi odcieniami szarości, pełny pozytyw obrazu. Secondo Pia w jednej chwili zrozumiał, że to, co widzimy na płótnie, to fotograficzny negatyw postaci i że jest pierwszym człowiekiem od blisko dwóch tysięcy lat, który widzi prawdziwy obraz Chrystusa. Wniosek był oczywisty: Całun musi być autentykiem! Przecież pojęcie negatywu powstało razem z fotografią dopiero w XIX wieku. Kto, a przede wszystkim po co zadawałby sobie trud tworzenia wizerunku negatywowego kilkaset lat przed wynalezieniem fotografii i powstaniem pojęcia negatywu?!

I chociaż zdjęcie negatywu Całunu obiegło cały świat jako sensacja stulecia, to jednak to niezwykłe odkrycie nie przyniosło Secondo Pia zasłużonej sławy. Wpływowe środowiska antyklerykalne zorganizowały przeciwko niemu istną nagonkę, aby tylko przykryć niewygodną dla nich prawdę. Między innymi został oskarżony o retusz i fałszerstwo, a bronić się nie mógł, gdyż Całun ponownie zamknięto w skrzyni – tym razem na 33 lata.

Dopiero w 1931 roku odbyła się kolejna publiczna ekspozycja płótna, podczas której wykonano serię 14 zdjęć całego Całunu oraz poszczególnych jego fragmentów. Obróbka materiałów odbywała się komisyjnie. Secondo Pia – wtedy już w podeszłym wieku – został w pełni zrehabilitowany. Wykonane na nowo zdjęcia w zupełności potwierdziły jego odkrycie. Fotografie zostały poddane wnikliwej analizie, której rezultaty były na tyle interesujące, że zachęciły specjalistów różnych dziedzin nauki do podjęcia dokładniejszych badań nad Całunem. Nie będziemy przytaczać tu historii tych badań, bo to materiał na odrębną, kilkutomową książkę, natomiast skupimy się na efektach pracy i ustaleniach naukowców.

Zacznijmy od materiału. Samo płótno jest jedyne w swoim rodzaju, naukowcy nie znają podobnego. Najprawdopodobniej powstało na Bliskim Wschodzie, być może w Syrii, w pierwszych wiekach po Chrystusie. Jest to lniana, drogocenna tkanina, tkana splotem zygzakowatym, bardzo rzadko używanym, najczęściej w tkaninach jedwabnych lub wełnianych, nigdy zaś lnianych. Ponadto, każda nić osnowy przechodzi kolejno nad trzema, a potem pod jedną nicią wątku, co jest również nietypowe i jeśli się zdarza, to w materiałach o znacznie mniejszej gęstości niż Całun.

Płótno ma kształt prostokąta o wymiarach 4,36 na 1,1 m. Na powierzchni Całunu przez wieki osadzały się mikroskopijne pyłki roślin. Są one bardzo trwałe, można je zidentyfikować nawet po upływie setek lat. W 1973 roku szwajcarski kryminolog Max Frei przeprowadził badania i na ich podstawie rozpoznał pyłki 58 roślin. Siedemnaście z nich występuje we Włoszech i Francji, jednak zdecydowana większość w Palestynie, przy czym trzynaście z nich spotyka się wyłącznie na pustyni Negew i w rejonie Morza Martwego, kolejne trzy tylko w okolicach Jerozolimy, np. Gundelia tournefortii. Na Całunie jest tak dużo jej pyłku, że można przypuszczać, że spadł na tkaninę prosto z kwitnącej rośliny. Część pyłków jest charakterystyczna dla roślin ze wschodnich obszarów dzisiejszej Turcji. Znaleziono też pyłki pochodzące z Afryki Północnej. Wyniki analizy pyłkowej potwierdzają przypuszczenia o wędrówce Całunu przez okolice Morza Śródziemnego.

Na Całunie nie znaleziono żadnych śladów farby, barwnika ani substancji, którymi wizerunek mógłby być namalowany. Należy więc do grupy tak zwanych acheiropoietos, czyli obrazów „niemalowanych ludzką ręką”. Wizerunek na Całunie z pewnością też nie powstał wskutek odbicia na tkaninie krwi pokrywającej ciało ofiary: plamy krwi i obraz ciała są od siebie niezależne i łatwo je odróżnić. Co więcej, w miejscach, w które wsiąkła krew, wizerunek nie powstał. Nie wiemy więc, dlaczego ciało odbiło się na płótnie, wiadomo tylko, że powierzchnia włókien ma zmienioną strukturę. Naukowcy mówią o rozpadzie celulozy we włóknach, wskutek czego powstały żółte plamy.

Badając materiał, naukowcy znaleźli natomiast fragmenty tkanin, drobiny ziemi, bakterie, grzyby i owady. Najistotniejszą substancją organiczną jest jednak wspomniana krew, która z pewnością jest krwią ludzką. Specjaliści rozpoznali, która krew wypłynęła przed, a która po śmierci ofiary, odróżnili też krew tętniczą od żylnej. Niezwykłe, że krew widoczna na Całunie do dziś zachowała intensywny czerwony kolor, chociaż zazwyczaj z upływem czasu brunatnieje. Odkryto też, że krew z Całunu zawiera wyższy niż przeciętny poziom bilirubiny, mogącej wpływać na zabarwienie krwi. Substancja ta występuje w krwi osób, które przed śmiercią doświadczyły wycieńczających cierpień. Nie ulega wątpliwości, że płótno okrywało ciało okrutnie torturowanego mężczyzny.

Mężczyzna z Całunu w chwili śmierci liczył około trzydziestu lat. Był silnie zbudowany. Jego wzrostu i wagi nie da się dokładnie określić, gdyż płótno było wielokrotnie rozkładane i lekko się rozciągnęło. W przybliżeniu możemy podać, że miał 175–180 cm wzrostu i ważył 75–81 kg. Chociaż twarz jego jest wręcz zmasakrowana, wciąż widać, że miała bardzo proporcjonalne rysy, oczy osadzone blisko nosa, kości policzkowe – wysokie i niewystające. Nosił wąsy i brodę, miał jasne, długie, lekko falujące włosy. Niedawno odkryto, że były one zaplecione w gruby, spuszczony na plecy warkocz.


Źródło: iStock

Na całym ciele człowieka z Całunu zidentyfikowano ponad 600 różnego rodzaju ran i urazów, w tym co najmniej 70 głębokich ran kłutych głowy i ponad 100 śladów po uderzeniu biczem. Już sama dokładna analiza obrażeń twarzy człowieka z Całunu jest przerażająca. Spuchnięty prawy policzek, wyrwany fragment wąsów i brody z prawej strony. To wszystko pozostałość po jednym potężnym uderzeniu w twarz. Uderzano przede wszystkim od lewej strony, dlatego prawa część twarzy jest szczególnie zniekształcona: na policzku widać trójkątną ranę, oko silnie spuchło, powieka została naderwana. Kości łuków brwiowych przecinają skórę, nos jest złamany. Przypuszcza się, że człowieka z Całunu mocno uderzono jakimś narzędziem, np. kijem lub biczem. To musiało spowodować obfity krwotok, o czym świadczy duża ilość krwi, która spłynęła na wąsy. Widać również, że wyrywano mu włosy z wąsów i brody, miejscami odrywając nawet kawałki skóry. Ów mężczyzna przewracał się i upadał na twarz, bowiem w okolicy nosa odkryto zmieszane z krwią drobiny ziemi. Są to kryształy aragonitu, rodzaj osadu wapiennego, jaki do dziś występuje w okolicach Jerozolimy.

Przez wieki ludzie oglądający Całun byli przekonani, że w odbitej na nim twarzy widzą ogromne, szeroko otwarte oczy. Dopiero w 1977 roku odkryto, że postać bynajmniej nie ma otwartych oczu, lecz położono na nich leptony, monety z brązu, będące w obiegu w imperium rzymskim w I wieku po Chrystusie. Na monecie z prawego oka znajduje się rysunek laski pasterskiej, na lewej zaś pucharu. Na obu z nich widnieje grecki napis Tiberiou Kaicapos – są to więc monety cesarza Tyberiusza. Data wybicia wskazuje na 16. rok panowania Tyberiusza, czyli 30. rok po Chrystusie. W okolicach Jerycha i Morza Martwego znaleziono przypadki pochówków, w których zmarłym kładziono na powiekach monety lub kawałki glinianych skorupek. Nie był to zwyczaj powszechny, nie miał też nic wspólnego z greckim mitem, głoszącym, że umarły musi mieć z sobą pieniążek dla przewoźnika za przewiezienie przez Styks, rzekę umarłych. Żydzi kładli na powiekach zmarłych drobne pieniądze, żeby nie widzieli drogi, którą ich niesiono na miejsce ostatniego spoczynku.


Źródło: HENRYK PRZONDZIONO/GOSC NIEDZIELNY

Mężczyźnie z Całunu nałożono na głowę wieniec z gałęzi cierniowych. Na jego karku, czole i pod włosami jest wiele śladów po ranach kłutych, układających się na kształt łuku. Najwięcej jest ich na karku, gdzie gałęzie ciernia najmocniej wbiły się w skórę. Najwyraźniejsza stróżka krwi znajduje się na środku czoła mężczyzny. Ma kształt odwróconej trójki.

 

Na prawie całym ciele skazańca znajduje się około 120 ran, pogrupowanych po dwie lub trzy. Naukowcy są zgodni, że są to ślady bicza zwanego flagrum romanum, o dwóch, trzech rzemieniach zakończonych ołowianymi kulkami lub haczykami powodującymi rany tłuczone i szarpane. Z układu ran wynika, że podczas biczowania skazaniec miał skrępowane ręce i przywiązany był do niskiego słupa. Biczujących było dwóch, obaj wymierzali ciosy od tyłu. Stojący po prawej był nieco wyższy i chłostał bardziej brutalnie. Bito przede wszystkim po plecach, udach i łydkach, natomiast oszczędzono okolice głowy i serca, nie chcąc dopuścić do przedwczesnego zgonu. Niewykluczone jednak, że prawą stronę twarzy zmasakrowało ofierze przypadkowe uderzenie bicza.

Mężczyzna dźwigał ciężki, chropowaty przedmiot, który boleśnie otarł jego skórę nad łopatkami. Uszkodzony został zwłaszcza prawy bark: skóra i mięśnie były miejscami starte aż do splotów nerwowych. Ta rana jest w kształcie prostokąta, natomiast otarcie nad lewą łopatką jest bardziej zaokrąglone. Te rany nakładają się na ślady po biczowaniu, powstały zatem po karze chłosty. Ale co pozostawiło te ślady? Badacze są zgodni, że powstały pod ciężarem patibulum, poprzecznej belki krzyża. Skazańcy na własnych plecach zanosili ją na miejsce kaźni, gdzie przytwierdzano ją do pionowej belki wbitej w ziemię. Patibulum było przeważnie potężnym konarem drzewa, długim na około 2 m i ważącym ponad 50 kg. Nic dziwnego, że jego ciężar rozjątrzył rany po biczowaniu.

Ślady na rękach dowodzą, że człowiek z Całunu został ukrzyżowany. Zastygłe strumienie krwi na ramionach świadczą o tym, że w czasie, gdy płynęły, mężczyzna miał ręce wysoko wzniesione. Widać też, że próbował się podciągać – wtedy kierunek strumienia krwi zmieniał się. Po zbadaniu płótna znaleziono miejsca, w które wbito gwoździe. Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie przebijano dłoni. Gdyby tak było, ich mięśnie zostałyby rozerwane pod wpływem ciężaru ciała. Skazanemu przebito więc nadgarstek, trafiając w tzw. pole Destota – szczelinę między kośćmi nadgarstka. Gwóźdź bez problemu przeszedł przez ciało i mocno przytwierdził je do krzyża. Jednak przebicie uszkodziło nerw środkowy, przez co kciuki automatycznie zgięły się do wnętrza dłoni (dlatego na Całunie nie widać kciuków). Grzbiety dłoni noszą ślady otarcia. Prawdopodobnie powstały wówczas, gdy skazaniec podciągał się na krzyżu, aby zaczerpnąć powietrza i choć na chwilę ulżyć nieznośnemu bólowi w przebitych nadgarstkach.

Również wygląd klatki piersiowej świadczy o tym, że człowiek z Całunu zmarł na krzyżu: jest ona bardzo napięta i rozciągnięta, mięśnie przepony są uniesione, a brzuch wklęśnięty. Najwyraźniej skazany z trudem walczył o każdy łyk powietrza, podpierał się na stopach i prostował. Robił to, dopóki miał siłę. Śmierć na krzyżu następowała najczęściej w wyniku uduszenia.

Kiedy męka przeciągała się, skazańcom łamano nogi. Bez tego konanie mogło trwać nawet ponad dobę. Kiedy ukrzyżowani nie mogli się już podnosić, dusili się. Na wysokości piątego i szóstego żebra widać na płótnie obszerną plamę krwi. Rana, której wynikiem był krwotok, jest owalna i stosunkowo nieduża. Wszystko wskazuje na to, że została zadana po śmierci mężczyzny, kiedy jego ciało znajdowało się jeszcze na krzyżu. Ostrze przeszło między żebrami i przebiło prawy przedsionek serca. Wypłynęły z niego dwa płyny: gęsta ciemna krew i niemal przeźroczysta ciecz, przypominająca wodę, która pozostawiła na Całunie jasne zacieki. Zebrała się ona w prawym boku po tym, jak mężczyznę biczowano, lub podczas niesienia patibulum, gdy jego narządy wewnętrzne zostały bardzo poważnie uszkodzone.

Na plecach widoczne są dwa strumienie, w których krew miesza się z wodą. One również pochodzą z rany na piersi. Krew spłynęła na plecy wówczas, gdy zmarłego zdjęto z krzyża i ułożono na boku. Najprawdopodobniej serce skazańca przebił rzymski żołnierz. Po pierwsze, mówi o tym wielkość rany odpowiadająca rozmiarom ostrza lancei – włóczni używanej w rzymskim wojsku, o charakterystycznym kształcie liścia. Po drugie, wygląd rany wskazuje, że włócznię wbito z niewspółmiernie dużą siłą jak na cios zadany martwemu człowiekowi. Ten, kto przebił ciało, uczynił to automatycznie i rutynowo. Także fakt, że cios wymierzono w prawy bok, może świadczyć, że zrobił to doświadczony żołnierz, przyzwyczajony do uderzania w prawy bok wrogów, których lewa strona przeważnie była zasłonięta tarczą chroniącą serce.

Człowiek na Całunie wygląda jak kulawy. Podczas przybijania do krzyża jego stopy połączono na siłę i przymocowano jednym gwoździem. Lewą stopę wykręcono i ułożono na prawej, przyciskając do krzyża. W nienaturalny sposób wygięto nogi i w wyniku tego zwichnięto staw skokowy prawej stopy. Gwóźdź wbito tak, aby przeszedł między kośćmi śródstopia i – jak w przypadku nadgarstków – nie uszkodził żadnej kości. Wbity w ten sposób, mocno przytwierdzał skazanego do krzyża i podtrzymywał cały ciężar ciała. Po zdjęciu ciała z krzyża stopy dalej przylegały do siebie, gdyż zesztywnienie pośmiertne utrwaliło ich deformację. Może więc się wydawać, że prawa noga jest dłuższa o kilka centymetrów od lewej.


Źródło: iStock

Spróbujmy skonfrontować to wszystko z Ewangeliami. Zdumiewająca jest zgodność śladów męki, jaką przeszedł mężczyzna z Całunu, z ewangelicznymi relacjami o ostatnich godzinach życia Jezusa. Jedną z nich jest opis rany boku. Apostoł Jan pisze: „jeden z żołnierzy przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19,34). Płyn, który razem z krwią wypłynął z serca skazańca i zostawił ślad na Całunie, mógł być przez świadków ukrzyżowania uznany za wodę. Również fakt, że ciało mężczyzny przed owinięciem w płótno pogrzebowe nie zostało, wbrew zwyczajom, dokładnie obmyte, może wskazywać, że został pochowany w pośpiechu. Czy wynikało to z faktu, że starano się zdążyć z pochówkiem przed szabatem (por. Łk 23,56)?

Spróbujmy podsumować powyższe fakty. Ponad wszelką wątpliwość Całun przez kilkadziesiąt godzin okrywał zwłoki człowieka, który był torturowany i zmarł na krzyżu. Nie ma bowiem tak genialnego fałszerza, który byłby w stanie podrobić wszystkie szczegóły, jakie specjaliści najróżniejszych dyscyplin naukowych odkryli, prowadząc badania nad Całunem. Znamienny jest charakter płótna, czas i miejsce jego powstania, wyniki analiz pyłkowej i mineralogicznej. Do tego dochodzą odtworzone rzymskie metody tortur i ekspertyzy medyczne. Kolejna zbieżność dotyczy monet położonych na powiekach zmarłego: pochodzą z 30 roku, a za najbardziej prawdopodobną datę męki Chrystusa uważa się 7 kwietnia 30 roku. Do tego dochodzi zgodność z przekazem ewangelicznym oraz obraz na płótnie, „nieludzką ręką malowany”. Wszystko wskazuje więc na to, że człowiekiem z Całunu Turyńskiego jest Jezus Chrystus.

Oczywiście nie brakuje sceptyków, którzy za wszelką cenę starają się podważyć autentyczność Całunu. Ich koronnym argumentem są wyniki badania wieku płótna metodą węgla C-14, według których Całun powstał w XIII wieku i jest niczym więcej, jak tylko średniowieczną fałszywką. Tymczasem badanie tą metodą, choć wskazuje na wiek XIII, to w rzeczywistości potwierdza nie tylko powstanie w I wieku, lecz także i daje dowód autentyczności historii Całunu. Otóż badający Całun metodą węgla C-14 nie wzięli pod uwagę, że w 1532 roku przeżył on pożar katedry w Chambery. Zamknięty w srebrnej szkatule, wystawiony na temperaturę kilkuset stopni i oblany wodą zmienił zawartość aktywnego węgla, co potwierdziły badania podobnych płócien wystawionych na tego typu warunki: kawałek płótna z I wieku poddany podobnym warunkom wskazywał datowanie na wiek XIII.


Źródło: iStock

Na temat Całunu powstają całe stosy literatury naukowej. Badacze, na podstawie przeprowadzonych analiz, ujawniają wiele nowych faktów dotyczących ukrzyżowania Jezusa. Dlatego wielu z nich nazywa Całun Turyński „Piątą Ewangelią”. Dla milionów chrześcijan na świecie Całun Turyński jest najważniejszą relikwią i cieszy się największą czcią. Każdego roku do katedry św. Jana Chrzciciela w Turynie ściągają rzesze pielgrzymów. W 1983 roku król Hubert II Sabaudzki przekazał Całun na własność Stolicy Apostolskiej, bo – jak wspomina jego córka – był przekonany, że „tylko papież ze swoją władzą duchowną może godnie strzec tej najważniejszej dla świata chrześcijańskiego Relikwii”.

1 I. Wilson, Całun Turyński, Poznań 1984, s. 98.