Papież Jan Święty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przedmowa

Sotto il Monte – Ca’Maitino, 1 stycznia 2014

Rok ogłoszenia Jana XXIII świętym

Z niewypowiedzianą wdzięcznością pozdrawiam papieży, których Jan XXIII spotkał w swoim życiu: papieża Piusa X, który 11 sierpnia 1904 roku przyjął księdza Angela Roncallego w Watykanie i po celebracji Mszy prymicyjnej w Grotach Watykańskich życzył mu, aby jego posługa „była przyczyną pociechy dla Kościoła powszechnego”; papieża Benedykta XV, którego życzeniem w 1920 roku było, aby ksiądz Roncalli pracował w Rzymie w Kongregacji Rozkrzewiania Wiary; papieża Piusa XI, który wysłał go jako swego przedstawiciela do Bułgarii, Turcji i Grecji; papieża Piusa XII, który go wyznaczył na nuncjusza we Francji, a potem mianował kardynałem i uczynił patriarchą Wenecji. Pozdrawiam również papieża Pawła VI, który doprowadził do końca Drugi Sobór Watykański, rozpoczęty przez Jana XXIII; papieża Jana Pawła I, który w swoim jedynym orędziu papieskim, jakie wygłosił, podjął jego myśl i mówił o wierności i odnowie; papieża Jana Pawła II, który odwiedził jego rodzinną miejscowość i docenił cnoty i zasługi miejscowych rodzin i ich tradycje, a w stulecie jego urodzin wspaniałą homilią wyprzedził jego beatyfikację; papieża Benedykta XVI, który opiewał jego ewangeliczną prostotę i roztropność; papieża Franciszka, którego wierni nazywają następcą papieża dobroci.

Po raz pierwszy Jana XXIII nazwano „papieżem dobroci” w rzymskiej parafii San Tarcisio w Niedzielę Palmową 7 marca 1963 roku. Kiedy wizytował tamtejszą wspólnotę parafialną, trwała kampania wyborcza, jednak sekretarze rywalizujących ze sobą partii jednomyślnie postanowili usunąć propagandowe transparenty i zastąpić je innymi: „Niech żyje dobry papież!”. Wydarzenie to było przykładem, że można się zjednoczyć przy wspólnym ojcu.

Takie zawołanie nie zamykało papieża w ciasnych ramach jakiejkolwiek dobroci. Na swój sposób wyjaśniają to słowa ambasadora Kanady w Paryżu Georges’a Vaniera, który w imieniu korpusu dyplomatycznego dziesięć lat wcześniej żegnał nowego patriarchę Wenecji, opuszczającego Paryż: „Czytałem, że Bergamo słynęło niegdyś z trzech rzeczy: wytwarzania wina, produkcji jedwabiu i wydobycia żelaza. Wino z Bergamo, Eminencjo, to jakby bogactwo waszego serca i żywotność waszego ducha. Jedwab przypomina waszą delikatność i wyczucie niuansów w służbie dyplomatycznej. Pochodząc z kraju jedwabiu, w żaden sposób nie jesteście, Eminencjo, podobni do tych surowych kardynałów z obrazów Goi. Z zahartowaną siłą słodyczy przypominacie raczej postaci z obrazów Raffaella. Co do żelaza z Bergamo, przywodzi ono na myśl solidność zasad, które inspirują wasze życie, i stałość charakteru, który trzyma się prawdy. (...) Jesteście, Eminencjo, w pełni sił i z pewnością macie przed sobą wiele lat, w których będziecie mogli nadal szczęśliwie pełnić posługę pasterza” (A.G. Roncalli, „Souvenirs d’un Nonce”, Roma 1963).

Przeróżne i znamienne epizody oraz zadziwiające wypowiedzi wybitnych przedstawicieli kultury i religii przekonują, że przejście Jana XXIII przez scenę świata potwierdziło atrakcyjność ewangelicznej dobroci, która od zawsze ma „honorowe miejsce w Kazaniu na Górze: błogosławieni ubodzy w duchu, cisi, wprowadzający pokój, miłosierni, spragnieni sprawiedliwości, czystego serca, cierpiący, prześladowani” („Dziennik duszy”, 1950).

Ze względu na tę dobroć apostolskie przedsięwzięcia Angela Giuseppe Roncallego, zarówno doniosłe, jak i te bardziej skromne i ukryte, wywarły wrażenie na opinii publicznej i nadal wywołują podziw u ludzi.

Kto zatrzyma się przy jego doczesnych szczątkach w bazylice watykańskiej lub przy pamiątkach pozostałych po nim w jego rodzinnej wsi Sotto il Monte, ten zapragnie Go poznać – tajemnicę jego przejrzystego powołania i szeroko zakrojoną posługę pasterską – i pojmie głęboki sens życzliwości, jaką mają do tego syna bergameńskiej ziemi ludzie z całego świata, i wymowę szacunku, jakim go otaczają.

Uważni obserwatorzy dziejów i badacze myśli widzą w nim chrześcijanina, który dał się prowadzić i przemieniać Duchowi Świętemu, by już więcej nie należeć do siebie, lecz by identyfikować się z ubogimi i poniżanymi, których Chrystus wybrał jako pierwszych i posłał na cały świat z orędziem zbawienia.

Tajemnicą sukcesu Roncallego jest tradycyjna, a mimo to dynamiczna, formacja i kultura duchowa, które pozwoliły mu odnaleźć się w pozornie paradoksalnej sytuacji: między surowym konserwatyzmem a ludzkim i ewangelicznym otwarciem.

Młody uczeń seminarium w Bergamo wychowywał swoją wrażliwość na dziełach starożytnych ojców Kościoła. Gdy był zaledwie czternastoletnim klerykiem, rozpoczął pisanie „Dziennika duszy”, które kontynuował do końca swoich ziemskich dni i nigdy nie zmienił tego zwyczaju. Przez całe życie pozostał młodym księdzem z charakterystyczną i nigdy niezakłóconą harmonią myśli i działania, którą się odbierało w każdym miejscu i w każdym czasie jego posługiwania i rządzenia.

Roncalli był więc kapłanem według szlachetnego, starożytnego wzorca, zakorzenionym w solidnej glebie chrześcijańskiego Objawienia, które nadawało ton i zapał jego służbie. Chciał być naznaczony ogniem zespolenia z Chrystusem i nic go tak nie zajmowało, jak jedno Imię, królestwo Boże i wola Boża.

Gdy modlił się brewiarzem, jego twarz jaśniała zażyłością i radością, wywołanymi czytaniem hymnów, psalmów, fragmentów biblijnych i patrystycznych, tworzących poemat Liturgii godzin. Mszę świętą odprawiał z niewymownym uniesieniem, jak ten, kto żyje nią całą swoją istotą. Był tym samym człowiekiem przy ołtarzu i kiedy od niego odchodził. W pamiętnym przemówieniu do kleru rzymskiego powiedział: „Osoba kapłana jest święta (...). Dobry charakter, gruntowne studia, panowanie nad słowem i zachowaniem są jak płaszcz, który spowija jego człowieczeństwo. Jednak Boże soki potrzebne do życia świętymi tajemnicami i do działania apostolskiego będzie nieustannie czerpał z ołtarza. Jest to bowiem jego miejsce, nade wszystko jemu właściwe. Od ołtarza przemawia do wiernych i zwraca się do nich językiem wypracowywanym na rozmyślaniu słowa Bożego, które wcześniej uczynił swoim. Kapłan ma być w świątyni Pańskiej jak w domu, a święte słowa mszału, brewiarza i obrzędów powinny brzmieć tajemniczą zażyłością jego duszy z duchem Chrystusa” (25 stycznia 1960).

Tym, co przejmuje w tych podniosłych, a przecież jakże oczywistych stwierdzeniach, znajdujących się też w innych podobnych tekstach, jest absolutne przekonanie autora, że autentyczność i płodność jego kapłaństwa zasadniczo zależały od jego osobistego uświęcenia, od jego życia w wewnętrznej komunii z Bogiem.

Codziennie rzetelnie robił rachunek sumienia i co tydzień się spowiadał, ponieważ miał jasną świadomość swoich win oraz osobistych i wspólnotowych braków. Konsekwentnie głosił konieczność nieustannej pokuty dla nawrócenia powołanego grzesznika. Pilnie przygotowywał się do comiesięcznego skupienia i dorocznych rekolekcji, aby zapobiec wewnętrznej pustce i utracie sił. Był posłuszny Chrystusowi, który napełniał go radością na górze Tabor i posyłał, by głosił Ewangelię ludziom potrzebującym pocieszenia i miłości.

Przez dar pokoju przekazywał pocieszenie, przekonany, że człowiek choć na chwilę przeniesiony w szlachetny i pełen nadziei klimat wieku młodzieńczego, otworzy się na „dar Boży” (J 4,10) i odrzuci dawne grzechy, niezgodę i lęk.

Był miłośnikiem archiwów i księgozbiorów. Ze studiów historycznych uczynił „najszczęśliwszą i najdroższą rozrywkę” całego swego życia. Jako znawca klasycznej greki i łaciny, archeologii, sztuk pięknych i muzyki, mógł konkurować z uczonymi i erudytami swego czasu. Był roztropnym i mądrym wychowawcą kleryków w bergameńskim seminarium. Przekazywał im skarby świętej nauki, podręcznikową wiedzę przybliżał z wyczuciem duszpasterskim i zwracał ich uwagę na najgłębsze oczekiwania ludu chrześcijańskiego.

Był kapłanem obecnym w konfesjonale, mówcą docierającym do prostych umysłów, uczestnikiem ludowych uroczystości i świąt stowarzyszeń katolickich. Był księdzem młodzieży, studentów i żołnierzy. Czytał codzienną prasę, bo interesował się bieżącymi problemami. Bliskie mu były turystyka szkolna i działalność misyjna. Jego posługiwanie bez rozgłosu pozostało w umysłach wielu, jak złożone w ziemię ziarna, które w przyszłości wyrosną z pożytkiem dla rodzin i całych społeczeństw.

Swoje natchnienia czerpał z dziesiątego rozdziału Ewangelii świętego Jana: „Kapłan może poczuć atrakcyjność jednodniowej sławy i chwilowego światowego sukcesu. Ale wszystko traci blask wobec celu święceń kapłańskich, który wskazuje Ewangelia, a Jezus powtarza z przekonaniem: formujcie się na podobieństwo dobrego pasterza, w każdej okoliczności życia, w godzinach pełnych doświadczeń i trudności, niezrozumienia i opuszczenia. Bądźcie jak Dobry Pasterz. W tym jest istota kapłaństwa. Kapłan wyraża swoją prawdziwą wielkość w świętej i najbardziej wzniosłej funkcji pasterskiej” (10 sierpnia 1962).

Był wierny kościelnym zarządzeniom, interpretował je w świetle miłosierdzia Chrystusa, które stanowi dziedzictwo jego Kościoła.

Przemawianie do maluczkich, nawiedzanie chorych i starców, serdeczne przyjmowanie gości, łamanie chleba z każdym – wszystko to odzwierciedlało jego wrodzoną i uformowaną skłonność przekazywania innym i rozlewania na nich jego kapłańskiej wrażliwości.

Lubił modlić się w urzekającej naturalnej scenografii, którą tworzyły góry wokół Bergamo, kwitnące ogrody w Sofii, pachnące wybrzeża Bosforu, altana domu patriarchalnego w Wenecji, Wzgórza Watykańskie. Jego oblicze tak samo jaśniało w obecności chorego, jak w rzymskich katakumbach, w murach więzienia Królowej Niebios czy też w gwarnej watykańskiej Sali Klementyńskiej – jaśniało do tego stopnia, że ten, kto obserwował go z bliska, pojmował, iż znalazł się blisko tego, kto „wierzył w to, co czytał, nauczał tego, w co wierzył, praktykował to, czego nauczał”.

 

Papież Jan, dobry papież, nie wzbudza nostalgii, gdyż byłoby to oglądaniem się wstecz. Raczej pociąga do podjęcia przygody dawania świadectwa i zaprasza do otwarcia Bożej księgi, aby odkryć natchnienie do wierności i odnowy – przewodniej myśli Drugiego Soboru Watykańskiego. Angelo Giuseppe, ten anioł Boży, znowu nas napomina, aby czuwać, ponieważ zagrażają nam ciemności, aby podwoić czujność i nie ulegać modom obcym Ewangelii. Czyni to z autorytetem otrzymanych charyzmatów, wymową przykładu, siłą dobroci i świętości.

Błogosławiony papież Jan dał nam przykład, jak rozmawiać z duszami zanim otworzy się usta. Tak zresztą mówił do swojego Boga słowami z cudownej książeczki „O naśladowaniu Chrystusa”: „ Jezu, jasności wiekuistej chwały, pociecho dusz wędrujących! Przed Tobą głos mój zamiera na ustach, tylko me milczenie woła do Ciebie…!”1 (Księga III, 21,4).

† Loris F. Capovilla arcybiskup Mesembrii

1 Tłumaczenie wzięte z: Tomasz a Kempis, „O naśladowaniu Chrystusa”, Kraków31981. Podobnie inne fragmenty tego dzieła, cytowane w książce.

„Jan XXIII był przywódcą, był przewodnikiem.

Ale przewodnikiem prowadzonym przez Ducha Świętego,

przez posłuszeństwo.

A jeszcze głębiej,

przez to swoje codzienne zdanie się na wolę Bożą.

Przyszły papież Jan przeżył oczyszczenie,

które dało mu moc zupełnie oderwać się od siebie samego

i przylgnąć do Chrystusa,

a to pozwoliło ujawnić się jego świętości,

którą Kościół potem oficjalnie uznał. (...)

Tu jest prawdziwe źródło dobroci papieża Jana

i źródło pokoju, który rozsiewał w świecie,

tu są korzenie jego świętości,

w tym jego ewangelicznym posłuszeństwie”.

papież Franciszek

3 czerwca 2013

Święty bez cudu?

Dwudziesty siódmy kwietnia 2014 roku, druga niedziela wielkanocna, czyli Bożego Miłosierdzia, to dzień kanonizacji ex certa scientia Jana XXIII, papieża błogosławionego, a teraz ogłoszonego świętym bez wymagania drugiego cudu przypisanego jego wstawiennictwu. Wydarzenie to kończy spory trwające dziesięciolecia, jednak nie jest absolutną nowością.

W 2000 roku papież Wojtyła zrobił coś podobnego wobec słynnych męczenników chińskich. W procesie kanonizacyjnym zniósł wymóg stwierdzenia cudu, przyjąwszy niezaprzeczalną opinię ludzi o ich świętości za życia, w momencie śmierci i po śmierci oraz uznawszy znaki (cuda i łaski) po śmierci (fama sanctitatis et signorum), a także wpływ tych męczenników na wytrwałość w wierze innych chrześcijan.

W 1960 roku papież Angelo Roncalli podobnie kanonizował kardynała Gregoria Barbariga, biskupa Bergamo, a później Padwy. Zastosował się do doktryny ustalonej przez Benedykta XIV w „De Servorum Dei Beatificatione et Beatorum Canonizatione” [o beatyfikacji sług Bożych i kanonizacji błogosławionych], gdzie jest mowa o kanonizacji równoważnej2, czyli rozwiązaniu przyjętym przez kilku papieży od czasów Benedykta XIV aż do czasów współczesnych. Ze względu na prawdę należy jednak – według kardynała Angela Amata, prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych – wspomnieć, że w kanonizacji Jana XXIII „nie wprowadzono żadnej ulgi, ani też papież Franciszek nie uchylił konieczności wykazania cudu”. Ojciec Święty „tylko skrócił czas procedur z powodu wielkiej okazji, jaka się nadarzyła dla całego Kościoła – połączenia kanonizacji Jana XXIII, inicjatora Drugiego Soboru Watykańskiego, i Jana Pawła II, realizatora wielkich planów duszpasterskich, duchowych i doktrynalnych, wynikających z dokumentów soborowych”. Zresztą, według słów kardynała Amata, „Positio” Roncallego także po beatyfikacji stopniowo wzbogacało się wielkimi cudami opatrzonymi dokumentacją medyczną. Fakt ten, będący istotną częścią procesu, nie pozwala formalnie zaklasyfikować go do kanonizacji równoważnych3.

W każdym razie, za tą decyzją stoi papież Franciszek poruszony troską, jaką Jan XXIII „zawsze przykładał do czuwania nad własną duszą pośród najróżniejszych zajęć na polu kościelnym i politycznym”, i tym, że jako papież okazał się najbardziej twórczy w recepcji soboru. I dlatego pro gratia sprawił, że zbyteczne okazały się dalsze badania i oczekiwanie nowego cudu.

W przypadku papieża Roncallego chodziło o szczęśliwy koniec długiego procesu kanonicznego, przyspieszonego faktycznie dwukrotnie: najpierw przez przełomową interwencję Wojtyły, który w 2000 roku połączył beatyfikacje Roncallego i Piusa IX, a następnie przez jeszcze bardziej przełomową interwencję papieża Franciszka, który użył swojej władzy i połączył kanonizacje Jana XXIII i Jana Pawła II. Dla milionów osób to piękna wiadomość. A dla kogoś, kto żył blisko Roncallego, to potwierdzenie tego, co było widoczne w całym jego życiu: zwykłej świętości w codzienności. To świętość – według określenia jego sekretarza prałata Lorisa Capovilli – „człowieka, który nigdy nikomu nic nie narzucił; ojca, który mówił: «cały świat jest moją rodziną», i który gdziekolwiek się znalazł, całe swoje serce angażował w spotkanie z Bogiem i z ludźmi: od Sotto il Monte w prowincji Bergamo po Rzym, od Bułgarii po Turcję i Grecję, od Francji po Wenecję i Watykan; człowieka w podeszłym wieku, stale zachowującego tę samą czystość, którą miał w dniu swego chrztu, i który pokazał nam, jak cnoty chrześcijańskie, niebędące przecież prywatną sprawą, wpływają na historię”.

A zatem czy nadal tylko naukowców będą interesować polemiki poprzedzające decyzję Pawła VI? Zdecydował on bowiem o podjęciu normalnego procesu, a nie przyjął usilnych próśb płynących z soborowej auli, wyrażanych w imieniu wielu ludzi z każdego kontynentu, domagających się natychmiastowej chwały ołtarzy dla Roncallego. Czy będą jeszcze przydatne analizy petycji różnych grup biskupów, dopominających się szybkiego ogłoszenia świętości Jana XXIII, petycji, które docierały już podczas agonii papieża i bezpośrednio po jego śmierci? Te oczekiwania przed ojcami soborowymi wyraził młody polski biskup Bohdan Bejze (co natychmiast znalazło wyraźne poparcie Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły). A jak w świetle tego, co się wydarzyło, należy odczytać teksty, w których przewidywano kanonizację przez aklamację soborową, dokonaną zarówno przez papieża i biskupów zebranych na soborze, jak też wyrażoną w dniu podsumowującym jego obrady? Uważamy, że po decyzji papieża Franciszka, różnej od kanonizacyjnej polityki papieży XX wieku, właśnie pogłębienie uzasadnień wielu biskupów, którzy Roncallego chcieli obwołać santo subito, może pomóc w prawdziwej refleksji na temat celu osiągniętego pół wieku po jego wyznaczeniu. Należy tu wziąć pod uwagę – bardziej niż uzasadnione – akty pobożności, czci i kultu liturgicznego już dozwolonego przez Stolicę Apostolską w różnych diecezjach świata oraz niezliczoną liczbę opublikowanych listów prywatnych. Refleksję tę należałoby połączyć z wieloma komentarzami rozsianymi w długiej historii tak zwanej sprawy Roncallego, odtworzonej przez Enrica Galavottiego w jego książce „Processo a Papa Giovanni” [proces papieża Jana].

W krótkim czasie po pożegnaniu papieża Roncallego ojciec Nazareno Fabbretti napisał: „Jeśli pewnego niedalekiego dnia – jak Bóg zechce – zamiast mówić o Janie XXIII «Jego Świątobliwość», będzie się mówiło o jego świętości, także na płaszczyźnie kanonicznej i urzędowej, to mamy nadzieję, że nikomu na myśl nie przyjdzie, by wymagać od niego cudów niezbędnych do kanonizacji. Ten, który obył się bez nich przy kanonizacji świętego Gregoria Barbariga, sam dokonał szczególnego cudu odpowiedniego do historycznego i pasterskiego powołania swojego pontyfikatu: jako ten ewangeliczny łagodny mąż posiadł ziemię jak nikt inny przed nim, jak nawet żaden święty”. Natomiast całkiem niedawno, jeszcze przed ustąpieniem Benedykta XVI, w dzienniku „The Washington Post” można było przeczytać następujące zdanie: „Istnieje bardzo proste lekarstwo, które mogłoby pogodzić katolików wyrażających różne poglądy i przekazać najbardziej poprawne orędzie na temat postawy Kościoła wobec współczesnego świata: ogłoszenie świętym papieża Jana XXIII”. A komentator E.J. Dionne Jr. w ten oto sposób zakończył swój artykuł z 27 kwietnia 2011 roku: „Kościół, który na nowo potrzebuje otwarcia na oścież okien, zrobiłby dobrze, gdyby uhonorował papieża, który go otworzył na pokrzepiający powiew nowoczesności”. Otóż to, amerykański konkret!

Na początku trzeciego tysiąclecia trudno przewidzieć, co naprawdę może przetrwać spośród wszystkich dawnych reguł „fabryki świętych”. Etapy, otwarcie procesu, heroizm cnót, pierwszy cud, drugi cud, teologowie, lekarze...? Trudno też, zwłaszcza dziś, mierzyć świętość na przykład współczesnych papieży (przedmiot licznych studiów, zwłaszcza historyka Roberta Rusconiego). A jednak zadajemy sobie pytanie: Czy świętość Roncallego była niezwykła? Odpowiedź daje ksiądz Divo Barsotti w liście z 27 marca 1964 roku: „Zazdroszczę takiej wielkości, która należy tylko do świętości. Po nim pozostanie tylko świętość, czyli on sam. Nigdy Kościół katolicki nie dał tak wzniosłego i tak czystego świadectwa. Być może miał innych wielkich świętych jak on, ale nikogo, kto by z tak wielką świętością uosabiał Kościół”.

2 Wyjaśnienie za: „L’Osservatore Romano”, edycja polska, 6/2012, s. 58: „Co to znaczy kanonizacja równoważna? 10 maja 2012 r. Benedykt XVI rozszerzył na cały Kościół kult liturgiczny św. Hildegardy z Bingen. Jest to typowy przykład «kanonizacji równoważnej». Co to oznacza? W swoim dziele «De Servorum Dei Beatificatione et de Beatorum Canonizatione» Benedykt XIV przedstawił nauczanie o kanonizacji równoważnej; ma ona miejsce, kiedy papież ogłasza, że w całym Kościele obowiązuje kult sługi Bożego jeszcze nie kanonizowanego, włączając jego święto, z Mszą i oficjum, do Kalendarza Kościoła powszechnego. Ten akt papieski – pisze Fabian Veraja w swojej książce «Le cause di canonizzazione dei santi» [sprawy kanonizacyjne świętych] (Libreria Editrice Vaticana, 1992) – Benedykt XIV uznaje za równoznaczny z prawdziwą kanonizacją, a więc z definitywnym orzeczeniem przez papieża świętości sługi Bożego. Orzeczenie to nie jest jednak wyrażone w zwykłej formule kanonizacji, lecz w dekrecie zobowiązującym cały Kościół do oddawania czci danemu słudze Bożemu i otaczania go takim samym kultem, jaki należy się świętym kanonizowanym. Wiele przykładów tej formy kanonizacji sięga pontyfikatu Benedykta XIV; przykładem są święci: Romuald (kanonizowany 439 lat po śmierci), Norbert, Bruno, Piotr Nolasco, Rajmund Nonnato, Jan de Matha, Feliks Walezy, królowa Małgorzata Szkocka, król Stefan Węgierski, książę Czech Wacław I i papież Grzegorz VII”. (Przyp. tłum.)

3 Wyjaśnienie ze strony Radia Watykańskiego z 14 stycznia 2014 roku: „Istnieje wiele cudów za wstawiennictwem błogosławionego Jana XXIII. Wiadomości o nich, niekiedy z medyczną dokumentacją, docierają zarówno do Watykanu, jak i do arcybiskupa Lorisa Francesca Capovilli, wieloletniego osobistego sekretarza papieża Roncallego. W ten sposób kardynał Angelo Amato, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, skorygował informacje podane przez Stolicę Apostolską pół roku wcześniej przy okazji ogłoszenia decyzji papieża Franciszka o kanonizacji Jana XXIII bez wymaganego przez prawo drugiego cudu, a jedynie, jak wówczas wyjaśniono, w oparciu o pierwszy cud, który był niezbędny do beatyfikacji. Kardynał Amato podał, że informacje te były błędne. Papież podjął jedynie decyzję o przyśpieszeniu kanonizacji, aby jednocześnie zaliczyć w poczet świętych Jana Pawła II i Jana XXIII. Szef watykańskiej dykasterii podzielił się tymi rewelacjami z okazji inauguracji watykańskiego kursu dla postulatorów. Przy okazji oświadczył, że kongregacja podjęła działania celem ograniczenia kosztów niektórych spraw. Ma temu służyć obowiązujący od tego roku cennik. Kardynał Amato dodał również, że pierwszeństwo mają sprawy z Azji, Afryki, obu Ameryk oraz Europy Wschodniej, ze względu na okrutne prześladowania, jakich tamtejsze Kościoły doświadczyły za nazizmu i komunizmu”. http://pl.radiovaticana.va/news/2014/01/14/watykan_koryguje_wcze%C5%9Bniejsze_informacje:_s%C4%85_cuda_za_wstawiennictwem/pol-764095. (Przyp. tłum.)