Powtórka z rozgrywki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  I

2  II

3  III

4  IV

5  V

6  VI

7  VII

8  VII

9  IX

10  X

11  XI

12  XII

13  XIII

14  Epilog

Copyright © Marcin Wolski, 2019

All rights reserved

Redaktor

Paulina Jeske-Choińska

Projekt okładki i stron tytułowych

Agnieszka Herman

Wydanie I

ISBN 978-83-8116-899-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Jubileusz siedemdziesięciolecia urodzin Michała Uniejowskiego zgromadził w Łazienkach Królewskich całą elitę Warszawy. Zabrakło wprawdzie ministra kultury i sztuki oraz wyższej rangi przedstawiciela prezydenta RP, ale było to w pełni zrozumiałe, po tym jak jubilat odrzucił propozycję odznaczenia go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a jego cierpkie wystąpienia przeciw aktualnej administracji stały się stałym elementem antyrządowych demonstracji. Zresztą obaj dostojnicy państwowi byliby w gronie biesiadującym w Pałacu na Wyspie ciałem obcym, ot, muchą na powierzchni czary ze śmietanką. Towarzyską.

— Daleko zaszedł — mruczał pod nosem Marek Półchłopek, który w małym pokoiku w jednym ze skrzydeł pałacu czuwał nad podglądem kamer telewizji przemysłowej, uważając, żeby ktoś z biesiadników nie uszkodził cennego biustu ani nie zwinął obrazu. Los srebrnych łyżeczek był mu w zasadzie obojętny. Cateringiem zajmowała się firma zewnętrzna. Praca ochroniarza wymagała czujności, toteż aby nie usnąć, co w jego wieku byłoby stanem naturalnym, ratował się, dozując starannie małe działki dopalacza.

Półchłopek znał jubilata pięćdziesiąt lat, poznali się na egzaminie na historię i przez dwa lata brylowali jako prymusi w przedmiotach kierunkowych. Marek zdawał brawurowo wszystkie podstawowe egzaminy, natomiast lekceważył sobie języki tak staro-, jak i nowożytne, i prawdopodobnie to sprawiło, że nie zrobił kariery naukowej, po czym przez kolejne lata spadał w hierarchii społecznej coraz niżej i niżej, aby w końcu wylądować na chudej emeryturze, dorabiając w charakterze muzealnego ochroniarza, co załatwił mu jeden z uniwersyteckich kolegów, kiedy został ministrem.

Zastanawiał się, co by powiedział Michał, gdyby jego stary kompan pojawił się teraz na przyjęciu i zawołał: „Cześć, kujonku!”, chociaż należy wątpić, czy w jego zniszczonych dżinsach i brudnych butach wpuszczono by go na pałacowe pokoje. Jeszcze dwadzieścia lat temu, póki nie rzuciła go Majka, widywali się przynajmniej raz na kwartał, Uniejowski przysyłał mu zaproszenia na premiery, wpadał na pogaduchy w trakcie długich nocy stanu wojennego. Potem jeszcze dzwonili do siebie okazjonalnie, ale celebryta nigdy nie miał czasu na spotkanie. Obracał się w innych sferach, których ekstrakt można było zobaczyć dzisiejszego wieczora.

Paparazzi mieli używanie, rzadko zdarza się zgromadzenie takiej menażerii w jednym miejscu — światowej sławy reżyserka, kawaler Legii Honorowej, członek Akademii Francuskiej, kandydat do Nobla… Samych senatorów przybyło co najmniej trzech, a posłów nawet nie liczono.

— I w coś ty wdepnął, Michałku? — westchnął Półchłopek. — Naprawdę zawsze o tym marzyłeś?

W stanie wojennym Uniejowski zachowywał się wyjątkowo dzielnie, rzucił legitymację partyjną, bojkotował reżimowe media, a jeśli występował, to po kościołach i pod kościołami. Jak opowiadał, przeżył nawrócenie. U księdza Popiełuszki. Wziął ślub kościelny, ochrzcił dzieci. Pod koniec stanu wojennego, gdy dostał paszport, wyjechał na Zachód i zaczął występować w Wolnej Europie… Piękny życiorys.

— I kiedy zaprzeczyłeś temu wszystkiemu? Kiedy zapragnąłeś wymienić żonę na nowszy model? Kiedy dzieciaki stwierdziły, że nie chcą mieć z tobą nic wspólnego, i prysnęły za granicę? Ale to jeszcze nie predestynowało cię, starego lamparta, do zostania lemingiem. Nie mieli na ciebie haka, nie potrzebowałeś pieniędzy, sławą mogłeś obdzielić pięciu innych. Co sprawiło, że przeszedłeś na ciemną stronę mocy? Psychologia stada? Przekonanie, że należy się do wyższej kasty? Pogarda dla tych, którym w życiu się nie udało?

Półchłopek obiecywał sobie, że kiedyś zada te pytania staremu przyjacielowi. Tylko czego się mógł spodziewać? Że zostanie nazwany obrzydliwym pisiorem, wtórnym analfabetą, a może ofiarą alzheimera.

Na jednym z monitorów dojrzał, jak lekko wstawiony Uniejowski obściskuje początkującą gwiazdkę. Ta wprawdzie chichotała, ale chyba nie miała ochoty na szybki seks. Zamiast tego schwyciła kieliszek z tacy i podała lowelasowi, a kiedy go wychylał, znikła. Czyżby czas łatwych sukcesów dobiegał końca?

Czy musiało tak być?

Nagle stanęła mu przed oczami wycieczka w Góry Stołowe. Biwakowali z Michałem w jednym namiocie, czekając na dziewczyny, które następnego dnia miały dojechać do nich ze Świdnicy, a może ze Świebodzic. Siedzieli przy ognisku, racząc się winem marki wino, kiedy z mgły wynurzył się nieznajomy mężczyzna. Starszy pan w postrzępionym płaszczu, z chlebakiem przewieszonym przez ramię. W pierwszej chwili nieco ich przestraszył, ale miał szczery uśmiech i nie zdradzał żadnych złych zamiarów.

— Zgubił pan drogę? — zapytał Marek.

— Przeceniłem siły. Wypadnie mi zanocować pod chmurką, ale to dla mnie nie pierwszyzna.

— A pan skąd? — zainteresował się Michał.

— I stąd, i stamtąd — odparł wymijająco. Mowę miał twardą i nieco cudzoziemski akcent. — Kręcę się trochę po świecie. Dacie łyka?

Podali mu butelkę, zza pazuchy wyciągnął metalowy kieliszek — nalał elegancko, wychylił.

— Z podziękowaniem. Widzę, że czekacie.

— Tak, na dziewczyny, mają przyjechać jutro.

— Ja nie w tym sensie. Czekacie na swoje życiowe scenariusze. W końcu będziecie żyć w ciekawych czasach, choć nie zawsze w dobrze dobranych rolach.

— Jest może pan prorokiem?

— Jedynie wędrowcem, który trochę się pogubił. Głodni jesteście może?

Nie zdążyli odpowiedzieć, kiedy rozpakował dwie pięknie zawinięte kanapki opakowane w gazetę.

Bułki i szynka miały niezapomniany smak.

Tymczasem osuszyli drugą butelkę. Przybysz wstał i dziękując, stwierdził, że czas na niego.

— Tylko nie zapomnijcie — powtórzył z naciskiem. — W życiu warto robić tylko to, co najważniejsze, póki czas.

I znikł we mgle.

Właściwie, biorąc pod uwagę wypity alkohol, mogło to być jedynie przewidzenie, aliści zaskoczeniem okazały się kawałki gazety, które zachowały jeszcze zapach szynki. Wyglądały na dość świeże. Wrażenie mąciła jedynie gotycka czcionka, tytuł „Nowiny Szląskie” i data wydania — 1885 rok.

— Oczywiście to musiał być jakiś reprint — ocenił Półchłopek.

W każdym razie nie posłuchali podróżnika — Marek schrzanił swoje życie dokumentnie, a jakich wielkich rzeczy dokonał Michał? Porównywano go z młodym Łomnickim. Ale przerósł go jedynie fizycznie. Jego ostatnia wielka rola teatralna przypadła na początek lat osiemdziesiątych. Potem, po powrocie z Zachodu, grywał już wyłącznie role dyrektorskie, duża kreacja filmowa warta wspomnienia pochodziła z końca zeszłego wieku. Reszta należała do filmowej galanterii — epizody, dzięki którym jego nazwisko pojawiało się w czołówkach, rólki w serialach dające pieniądze i popularność, ale nic ponadto. W miarę upływu lat „wyrósł z warunków”. Dopóki był energetycznym młodzieńcem, przykuwał wzrok, gdy podtatusiał, przestał być bożyszczem kobiet, a nie znalazł w sobie tego geniuszu, który w wieku dojrzałym uskrzydlił Romana Wilhelmiego czy Zbigniewa Zapasiewicza.

Czując, że zamykają mu się oczy, Marek połknął kolejną pigułkę.

„Tylko nie przesadź”, zgromił się w duchu. Środki, które brał w trakcie długich łazienkowskich nocy, miewały swoje skutki uboczne, a zwidy, które go nachodziły, przekraczały zdecydowanie spotkanie z tajemniczym mężczyzną w Górach Stołowych.

 

Widywał więc listopadowej nocy widmo Wielkiego Księcia pomykające przez park w damskich szatkach Księżnej Łowickiej. Parę razy nad stawem zawisł cień Józefa Piłsudskiego. Nie brakowało też dam różnej konduity podążających w stronę Białego Domku czy dobrze urodzonych panien, które dla pięknych podchorążych nie wahały się zostawić swego wianka w krzakach.

— Ach, pofatygowałaby się która do mnie — wzdychał Marek. Ale wiedział, że to płonne marzenia. Był przecież stary, chory i bez gotówki. W dodatku widma, choć widoczne na kamerach, nijak nie chciały się rejestrować na płytkach pamięci, nie mówiąc o bardziej namacalnych dowodach swego istnienia.

Kobiety. Do gardła napłynęła znajoma gorycz. Wielkie niespełnienie! Najlepiej odczuł to, kiedy przed kilkunastoma laty ze swą grubą, starzejącą się i gderliwą żoną znalazł się na wczasach w Świnoujściu i któregoś dnia odwiedził Międzyzdroje, w którym trwał Festiwal Gwiazd. Na wysokości hotelu Amber nieomal zderzył się z Uniejowskim, prowadzonym przez rozszczebiotane dziewczyny, jakby wycięte z okładki „Penthouse’a”.

— Michał!

Aktor zrobił ruch, jakby w pierwszej chwili chciał go ominąć, ale zreflektował się i wyciągnął rękę do niego.

— Kopę lat. Musimy się spotkać. Tylko dziś jestem cholernie zajęty. Może jutro w południe, tu, w barku? — Przy okazji kompletnie zignorował Majkę.

Następnego dnia Półchłopek zjawił się godzinę przed czasem. Czekał i czekał, a ponieważ Uniejowski się nie zjawiał, zapytał o niego w recepcji.

— Wyjechał jeszcze wczoraj — padła odpowiedź.

Jakiś ruch przyciągnął nagle ochroniarza do ekranu. Transmisja szła bez dźwięku, ale pustka, która zapanowała w większości sal, dowodziła, że coś się stało.

Cały tłum koncentrował się przy barze, gdzie na ziemi pośród potłuczonego szkła dało się dostrzec czyjeś nogi. Pot zalał Półchłopka. Błyskawicznie włączył cichy alarm. Coś stało się z dostojnym jubilatem!

I

Kace można dzielić na ciężkie, średnie i lekkie. Towarzyszy im ból głowy, utrata równowagi, duszności lub wymioty, bywa, że nadmiar spożytego alkoholu odbija się na ostrości widzenia, oznacza wstręt do światła i łomotanie serca. W najgorszych przypadkach wszystkie te symptomy występują równocześnie. W moim przypadku poranny katzenjammer należał do średnich, odczuwałem jedynie mocne pragnienie. Nieźle, biorąc pod uwagę morze wypitego wina i fakt, że pod koniec imprezy film mi się urwał. To, co nastąpiło potem, było raczej elementami złego snu. Falujący świat, brzęk tłuczonego szkła. Okrzyki i daremna próba wydobycia z siebie choćby słowa.

Chciałem zawołać „ratunku”, ale wychodził mi jedynie bezwładny bełkot, potem jeszcze zarejestrowałem kolorowe błyski świateł i charakterystyczne dźwięki karetki… To musiał jednak być tylko sen, ponieważ otworzyłem oczy we własnym mieszkaniu. Nie do końca własnym. Naturalnie, pamiętałem te drewniane łuki między pokojami, szafy pękające od nadmiaru książek i staromodny żyrandol, w którym niemiecki pocisk uszkodził jeden z małych kloszy. (Chwileczkę, nie odkupiłem go przypadkiem podczas wakacji w Grecji w 1978?) To, że obudziłem się w mieszkaniu, które opuściłem w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, przenosząc się do wybudowanego w odległości dwustu metrów „domu mych marzeń”, też nie było czymś nadzwyczajnym. Zdarzało się, że po kłótni z żoną (tym razem też mogło do niej dojść z powodu przesadnej troski o moje zdrowie — „masz już dość, nie pij tyle”) chroniłem się w rodzinnym drewniaczku, zajmowanym od śmierci mamy przez moją siostrę w czasie jej pobytów w kraju między Londynem a Buenos Aires. Domek przydawał się również, gdy w spokoju chciałem udzielić wywiadu jakiejś młodej dziennikarce czy też popracować nad rolą z początkującą, gotową na wszystko aktorką. Tym razem jednak na przyjęciu w Łazienkach nie byłem z Bożeną. „Jestem chora i niereprezentacyjna” — stwierdziła. I szanowałem jej opinię.

Okulary znalazłem na nocnej szafce i wyglądały, jakby ktoś wylał na nie zupę.

„Obudziłeś się wreszcie” — dobiegł mnie zachrypnięty głos z sąsiedniego pokoju. Bożenka czy Iza?

Bez szkieł postać odległa o całą długość domu stanowiła dla mnie jedynie plamę, ale szczupłość wskazywała raczej na siostrę.

Dość równym krokiem dotarłem do łazienki. Umyłem okulary, założyłem na nos i zdębiałem. Skąd się wzięła na mej twarzy ta imponująca broda, przywodząca na myśl szlacheckich rewolucjonistów? Co dziwniejsze, równie gęsta była czupryna bez jednego siwego włoska. Dotknąłem twarzy, pragnąc upewnić się, czy ja to ja. Oczywiście ja! Tylko kiedy zdążyłem zapuścić taki zarost? I ufarbować włosy? To prawda, marzyłem o tym od czasu ukończenia pięćdziesiątego roku życia, ale nie chciałem narażać się na kpiny kolegów z jednej garderoby. I dlaczego zupełnie o tym zapomniałem?

A może rzeczywiście przeżyłem jakiś udar, objawiający się utratą pamięci? Przypomniałem sobie chorobę mojej mamy, u której rok przed śmiercią wystąpiła afazja. Straciła umiejętność mówienia. A jeśli i mnie to dopadło? Przestraszyłem się nie na żarty i na wszelki wypadek powiedziałem półgłosem: „W czasie suszy szosa sucha, Kaczor Donald i Donald Trump”. W porządku — zero usterek, mój aparat mowy działał nienagannie. Rozejrzałem się po łazience. Coś mi się tu nie zgadzało. Oczywiście pamiętałem doskonale ten wystrój, łącznie z liczbą kafelków, które liczyłem z nudów, siedząc na sedesie. Tylko wydawało mi się, że Izabella przeprowadziła ostatnio remont.

Odwróciłem głowę w stronę okna. I z trudem powstrzymałem okrzyk. Coś się stało z moim ogrodem. W miejsce iglaków pojawiły się rzędy winogron i krzaki porzeczek, znikł za to niski dworek, który postawiłem dla mej córki i stale powiększającego się stadka wnuków. Wychyliłem się przez okno i obróciłem głowę w lewo. Zobaczyłem cherlawy żywopłot z mirabelek, za nim parkan z połamanych desek, rozłożystą morwę i pusty plac.

Ani śladu mego domu z kolumienkami, wieżą i przeszkloną oranżerią. Zresztą nie tylko dom zniknął, przestało istnieć całe gęsto zabudowane osiedle za nim. W jego miejscu rozciągało się ogromne pole, aż po barak przez wiele lat służący za kościół.

Majaczę. Ściągnąłem pidżamę i obejrzałem się w lustrze. I nie mogę powiedzieć, że wszystko było w porządku. Znalazłem parę dobrze zagojonych blizn, których nigdy nie miałem, za to ciało było jędrne, bez grama tłuszczu, młode.

Z coraz większym mętlikiem w głowie i pidżamą w ręku wróciłem do sypialni. I tam pierwszy ruchem było zasłonięcie się trzymaną garderobą. Kobieta w szlafroku nie była moją żoną Bożenką. Z drugiej strony, wcale nie była zaskoczona moją golizną.

— Zrobić ci jajecznicę? — zapytała, jakby zaczynał się normalny dzień według stałego rytuału.

Chciałem zawołać: „Kim pani jest i co tu robi?”, ale postanowiłem się powściągnąć. Najpierw sam musiałem zorientować się w sytuacji. Zacząłem się ubierać w jakieś okropne niemodne ubranie, słysząc, jak nieznajoma zbiega po schodach na dół i z kimś rozmawia. Ruszyłem za nią. Koło drzwi rzuciłem okiem na wiszący tam kalendarz. 25 sierpnia. Zatem od mego jubileuszu nie upłynęła nawet doba. Ale rok? Mniejszymi literkami widać było wyraźnie 1978. O kurwa mać!

Przez moment naszły mnie myśli, że jest to sprawka moich kolegów z teatru. Genialnie wymyślony kawał, polegający na precyzyjnym wkręceniu staruszka jubilata. Ucharakteryzowali mnie, gdzieś wywieźli, zaaranżowali przestrzeń, wynajęli statystkę. A kiedy zejdę na dół, usłyszę gremialne: „Niespodzianka”.

I w tym momencie przypomniałem sobie, skąd znam kobietę w szlafroku. To Ala Gąsowska, szara gąska z naszego roku, na którą nigdy nie zwracałem uwagi, skupiając ją na Helenie i Marioli. W pierwszej kochałem się obłąkańczo (i beznadziejnie), z drugą obściskiwałem podczas prywatek, a po latach, kiedy wpadła do garderoby, rzuciłem ją na stolik… (Ot, chwila słabości!) Tylko w jaki sposób Alicja znalazła się w moim domu i to bynajmniej nie jako przypadkowy gość?

— Cześć, pijaczku — dobiegł do mnie męski głos z kresowym zaśpiewem.

Leszek?! Mój nieżyjący od ponad trzydziestu lat ojczym — Lech Żwirski… Ale jeśli byłby faktycznie rok 1978, miał przed sobą jeszcze dekadę! Zdecydowanie nie przypominał ducha, siedział na bujanym fotelu i popijając kawę, wertował plik porannych gazet. (Miał swoją teczkę w kiosku przy pętli tramwajowej).

Osłupienie nie pozwoliło mi nawiązać rozmowy, tym bardziej że z kuchni dobiegał świergot kobiecych głosów. W tej samej chwili stanęła przede mną moja mama. Młodzieńcza, bez jednego siwego włosa, z żywo błyszczącymi oczami i ustami umalowanymi jaskrawą szminką.

— Mama! — Przytuliłem ją do siebie. Szczupłe ciało wieloletniej sportsmenki, przepojone zapachem perfum i damskich papierosów. — Mamusia!

— A cóż ci się tak na czułości zebrało? — zapytała, wyswobadzając się z objęć. — Trzydzieste urodziny miałeś wczoraj.

Siedliśmy do naszego starego stołu w kuchni, przykrytego ceratą. Alicja uwijała się wokół nas niczym doskonała kelnerka i od razu widać było różnicę między relacjami w moim domu. Z Bożenką moja mama nienawidziła się do szpiku kości, tu wyczuwałem klimat pobłażania, jeśli nie sympatii.

A więc sen — pomyślałem — ciekawy sen, który lada moment się skończy. Tylko nic nie wskazywało, by się miał zakończyć. Nawet kiedy przecinając z rozmachem bułkę, uszkodziłem sobie dłoń i Ala Gąsowska zajęła się rolą siostry miłosierdzia, świat nie stracił ani grama ze swego realizmu.

Nie mogłem jeść. Wdusiłem w siebie jajecznicę, popiłem gorzką kawą…

— To ty nie słodzisz? — zdziwiła się mama.

Pohamowałem się, by nie powiedzieć, że doktor mi zabronił. Zajrzałem do wiszącej apteczki i łyknąłem dwie polopiryny, choć nie bardzo wierzyłem, żeby pomogło to na moje zwidy. Idąc z powrotem na górę, zdałem sobie sprawę, że utykam na prawą nogę. Dziwiło mnie też, że przy schodach nie ma mojej galerii zdjęć teatralnych i filmowych, która powstała jeszcze w latach siedemdziesiątych — Robespierre w Dantonie Przybyszewskiej, Komandos w Hyde Parku Kreczmara, Albin w Ślubach panieńskich, no i brawurowy zagończyk w Ciemnych tumanach. Gdzie to się wszystko podziało? Za to nad drzwiami pojawił się krzyż. (Oczywiście Ala, bigotka!)

Pewnych informacji udzielił mi mój portfel. Z papierowego dowodu osobistego wynikało jasno, że jestem rozwiedziony, rubryka „Dzieci” pozostawała pusta, a przecież Łukasz powinien mieć już trzy lata, w dziale „Zatrudnienie” znalazłem stempel: „Szkoła Ogólnokształcąca nr 26”, a potwierdzenie porażającej informacji, że jestem belfrem, dostarczyła legitymacja Związku Nauczycielstwa Polskiego i brak jakichkolwiek dokumentów świadczących o przynależności do SPATiF-u.

Korzystając z tego, że Leszek poszedł do ogrodu zająć się ulubionymi pracami gospodarskimi, przejrzałem gazety. Nie wyglądało na to, by w otaczającym mnie świecie zaszły jakieś istotne zmiany. Nadal pierwszym sekretarzem PZPR był Edward Gierek, premierem Piotr Jaroszewicz, Stanami rządził Jimmy Carter, a Związkiem Radzieckim Leonid Breżniew. Nic się nie zmieniło poza mną. Tylko dlaczego? Na dalszych stronach znalazłem wzmiankę o trwającym konklawe. No tak, umarł Paweł VI i lada dzień wybiorą tego Włocha o ujmującym uśmiechu. Nazwiska zapomniałem, ale wiedziałem, że przyjmie imię Jan Paweł I. Na krótko. Obejrzałem też sobie moją bibliotekę. Na tyle, na ile pamiętam swój księgozbiór z tamtych czasów, odniosłem wrażenie, że teraz więcej jest historii, a mniej współczesnej literatury i teatraliów. Było to zrozumiałe — jeśli nie zostałem aktorem i byłem wierny uniwersyteckiej specjalizacji… Tylko dlaczego zrezygnowałem z kariery scenicznej? Późną wiosną 1969 przyjęto mnie przecież do Wyższej Szkoły Teatralnej i jesienią porzuciłem wydział historyczny, mimo że byłem już na trzecim roku UW. Jeśli miała się dokonać jakaś zamiana, to wtedy, przed dziewięciu laty.

Zastanawiałem się, z kim mógłbym porozmawiać o przeszłości i dokonać rekonstrukcji dziesięciu lat mego życia. Tata nie żył od czterech lat. Mamy nie chciałem denerwować, Leszek uwielbiał teoretyzować na każdy temat, rzadko dochodząc do jakichś konkluzji, a Gąsowska… Jak miałem ją zapytać, dlaczego wlazła do mego życia?

Z osób, które przychodziły mi do głowy, najsensowniejszy wydawał się Maciek Kalinowski, swego czasu kierownik organizacyjny studenckiego kabaretu Elektron, w którym robiłem za gwiazdę. Maciek w III RP nadzwyczajnie rozwinął się w biznesie. Nie zabrakło go na moim jubileuszu, a jedna z jego firm córek ufundowała wspaniały tort, tak wielki, że w miarę potrzeby zmieściłby się w nim nawet snajper mafii. W szalonych latach siedemdziesiątych często-gęsto pożyczaliśmy sobie panienki, zawsze pewni własnej dyskrecji. Był jedną z trzech osób, które mogłem uważać za swych przyjaciół. Tyle że Marek się zmenelił, a Artur umarł.

 

Nadto przewaga Kalinowskiego nad pozostałymi polegała na tym, że był pod ręką. Zadzwoniłem. Telefon był ciągle ten sam — wystarczyło odrzucić tylko jedną cyferkę, którą po latach miała dorzucić telekomunikacja.

Maciej wydawał się zaskoczony moim telefonem, ale na propozycję spotkania rzucił krótko:

— Wpadnij!

Wyszedłem na nieutwardzoną uliczkę, minąłem stado bezpańskich psów goniących za suką i dotarłem do szosy, dziwnie wąskiej i pozbawionej dźwiękoszczelnych ekranów. Bez trudu — ruch był słaby — przeszedłem na drugą stronę i dotarłem do przystanku. Tam wsiadłem w autobus pośpieszny F i pojechałem do Anina.

Maćka zastałem w zakładzie jego ojca. Wyglądało na to, że wcześniej zakończył swoją karierę artystyczną. W poprzedniej wersji mego życia bawił się w wiecznego studenta, dość długo działał w ruchu młodzieżowym, robił karierę w partii i dopiero zmiana wiatrów wobec prywatnego sektora sprawiła, że wskoczył w koleinę wytyczoną przez jego rodziców. Byłem przygotowany, że zobaczę jego młodszą wersję, ale nie pamiętałem, że w 1978 roku posiadał jeszcze kompletne owłosienie.

Zaczął od przeprosin:

— Wybacz, stary, ale wczoraj mieliśmy tu taki młyn, że kompletnie zapomniałem o twoich urodzinach.

— Nic nie szkodzi. Napić się można przy każdej okazji!

Maciek zrozumiał aluzję:

— Po piwku?

Zamachałem ręką.

— Dziękuję. Ostatnimi czasy alkohol ma na mnie zły wpływ. Mam kłopoty z pamięcią.

— Każdemu to się zdarza, ostatnio w knajpie zapomniałem o uregulowaniu rachunku, aż kelner gonił mnie taksówką… — zachichotał.

— To coś poważniejszego — tłumaczyłem. — Nagle zdarzają mi się ogromne luki. Zapominam nazwisk różnych ludzi, zdarzeń, wypadają mi z pamięci całe partie z życiorysu.

— Byłeś u lekarza?

— Mam wizytę w przyszłym miesiącu, ale póki co, chciałbym to i owo posztukować i liczę na twoją pomoc. Na przykład w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć, jak się zakończyła nasza przygoda z Elektronem?

— Jak się skończyła? — pucołowata twarz Maćka pokraśniała. — Nie pamiętasz?! Po twoim wypadku wszystko szlag trafił, Lidka poszła do Stodoły, Zbynia połknęły Hybrydy…

— Po moim wypadku? — Moje zdumienie było tak szczere, że Maciek wyglądał na zaniepokojonego.

— Nie mów, że nie pamiętasz, jak wpadłeś pod wagonik kolejki, a ta pociągnęła cię wzdłuż całego peronu na Gocławku.

Słuchałem go z zapartym tchem, nie przerywając.

— Szpitala też nie pamiętasz? — pytał z rosnącym zaskoczeniem. — Niekończących się operacji, rehabilitacji, jeżdżenia wózkiem na uniwerek…?

— Jak przez mgłę.

— To koniecznie wal do lekarza, profesor, który cię składał, mówił nam, że miałeś bardzo wiele szczęścia, ale ostrzegał, że mogą pojawić się komplikacje. Nie miałem pojęcia, że dopadnie cię to dopiero po dziewięciu latach. A właściwie co pamiętasz z tamtych czasów?

Nie byłem gotów na wyznanie całej prawdy. Dlatego, żeby dowieść swej pamięci, zacząłem mu recytować jego sztandarowy utwór z Elektrona o czerwonej książeczce przewodniczącego Mao, po czym skwapliwie wykorzystałem fakt, że pojawiła się żona Maćka, Brygida, i po wymienieniu garści uprzejmości stwierdziłem, że muszę lecieć, bo jestem umówiony w szkole.

— To pozdrów od nas druhnę Grażynę — zawołał za mną kierownik organizacyjny nieistniejącej już trupy.

Poszedłem na skróty przez las, minąłem teren, na którym wkrótce miano rozpocząć budowę centrum kardiologii, a także willę Tuwima, obecnie zajmowaną przez premiera Jaroszewicza. (Z tego, co pamiętam, wywalą go dopiero za dwa lata). Ciekawe, co by powiedział towarzysz premier, gdybym uprzedził go, że prawie dokładnie za czternaście lat, 1 września 1992 roku, zostanie zamordowany razem z żoną przez nieznanych sprawców?

Od dawna nie odczuwałem tak intensywnie sygnałów wysyłanych mi przez przyrodę. Aromatu igliwia, śpiewu ptaków, wietrzyka tarmoszącego moje gęste włosy. Lekkie utykanie stanowiło niewielką przeszkodę. Kac ostatecznie mi przeszedł i dawno nie czułem takiej rozsadzającej mnie energii. Znowu pomyślałem, jak bardzo brakuje mi mojego ojca. Wprawdzie od rozwodu z mamą spotykaliśmy się rzadko, ale jak bardzo esencjonalne były to spotkania… Tata był człowiekiem niezwykłym. Przed wojną znakomity prawnik, w trakcie okupacji wdał się w konspirację i ze swoją aparycją superaryjskiego inteligenta i bezbłędną niemczyzną parokrotnie jeździł w charakterze kuriera po całej Europie. Nie zdążył na powstanie i razem ze swoją młodą żoną, moją mamą, śledził zagładę miasta zza Wisły. Po wojnie wznowił praktykę, ale okres stabilizacji trwał krótko. Spłodził mnie, można powiedzieć, w ostatnim momencie, zanim aresztowany przez bezpiekę, wskutek donosu zawistnego przyjaciela, trafił na parę lat do więzienia. Zrehabilitowany w 1956, nie wrócił do zawodu. Małżeństwo też nie bardzo chciało się skleić. W roku 1959, po rozwodzie, wyjechał z Warszawy do Łodzi, gdzie pracował w jakichś wielkich zakładach włókienniczych w charakterze radcy prawnego. Ciekawe, gdyby powstanie zastało go na lewym brzegu, pewnie nie pojawiłbym się na tym świecie.

W poprzednim życiu przez sporo lat po maturze nie zaglądałem do macierzystego ogólniaka, dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaczęto zapraszać mnie jako znanego aktora, byłem też gwiazdą zjazdu koleżeńskiego na początku nowego stulecia.

Wchodząc przez niedomkniętą furtkę, nie potrafiłem pozbyć się natłoku wspomnień. To tu podarłem spodnie, przełażąc przez szkolny płot, tu usiłowałem nieskładnie pocałować Ankę (nie żyje dobrych dwadzieścia lat) i tu w sali gimnastycznej, grając w szkolnym teatrzyku, marzyłem o rolach Kordiana i Konrada.

Obok boiska zobaczyłem ciecia koszącego trawę, nie znałem go, on jednak musiał mnie znać.

— Dzień dobry, panie profesorze!

Podałem mu rękę, którą uścisnął skwapliwie.

— Otworzę panu tylne wejście do budynku — zaofiarował się. — Skończyli już remont, ale na razie większość drzwi jest pozamykana.

— A w ogóle ktoś tam jest?

— Dyrektor.

Skinąłem głową, zastanawiając się czy „dyrem” nadal może być nasz matematyk przezywany Plackiem, może dlatego, że gdy się denerwował, na jego policzki występowały ceglaste wypieki, nauczyciel wymagający i bezwzględny, który sprawiał, że klasówki z matmy jeszcze długo po maturze śniły mi się po nocach. Aliści, wedle mych wyliczeń, musiał (jeśli jeszcze żył) przebywać na emeryturze.

Nie pomyliłem się. Jego następca Hubert Kawka nie pochodził ze starej kadry moich nauczycieli. Przypominał partyjnego aparatczyka dawnego typu, zmęczona twarz, oczy bez wyrazu, paluchy zżółkłe od nikotyny… Musiał tu trafić po linii organizacyjnej, partyjnej, związkowej albo ubeckiej, co już wkrótce powinno się wyjaśnić.

— Znakomicie, że wpadliście już dziś, towarzyszu Uniejowski — powitał mnie kordialnie. Tytuł mnie zaciekawił, czyżbym także w tym wcieleniu zapisał się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej? Dyrektor tymczasem kontynuował: — Cieszę się, że jesteście w formie. Od nowego roku musimy wziąć tę rozbrykaną hałastrę mocno za twarz!

Poczułem nieprzyjemny podmuch chłodu. Zaiste, atmosfera w placówce edukacyjnej różna była od libertyńskiego środowiska artystów, gdzie nawet w latach siedemdziesiątych jawnie kpiono z władzy, podpisywano protestacyjne listy, a przynależenie do partii ograniczało się do udziału w pochodzie pierwszomajowym i obsługiwania akademii z okazji rewolucji październikowej.

Zamieniłem parę kurtuazyjnych zdań z dyrektorem Kawką, który poinformował mnie, że obejmę wychowawstwo IV C, i zajrzałem do pokoju nauczycielskiego, gdzie sprawdziłem na grafiku, kto z moich nauczycieli jeszcze pracuje. Uchowało się całkiem wielu: i chemica Antonina, i geograf Henio, i Trotyl od fizyki, a także wuefica Kosa, której sam widok w sportowym dresiku skłaniał niejednego nastolatka do masturbacji w toalecie. Nadal uczyła polonistka Grażyna Miller, opiekunka naszego szczepu harcerzy, promotorka mych szkolnych występów, a nawet wiekowy Praszczur, łysy krasnal, który rozbudził moją miłość do historii. Tyle że jego nazwisko znalazłem przekreślone. Czyżby umarł?

Powiem szczerze, moja obecność w tych murach ciągle wydawała się sceną z Gombrowiczowskiej Ferdydurke, ale powrót do domu w ramiona Gąsowskiej pociągał mnie jeszcze mniej.

Nagle pomyślałem o Bożence. Od dawna nasz związek był głównie formalny, ale przez czterdzieści lat była to osoba, na którą zawsze mogłem liczyć, matka naszych trojga dzieci, dla których poświęciła świetnie zapowiadającą się karierę pianistyczną. Poznałem ją podczas pierwszego roku mojej pracy w teatrze, kiedy przyszła w zastępstwie na próbę do jakiegoś muzycznego spektaklu. Bodajże Kramu z piosenkami. Po roku byliśmy po już ślubie, potem urodził się Łukasz… Ciekawe, czy teraz mógłbym ją odszukać i spróbować raz jeszcze?