Mocarstwo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I. MUR

Miała ładne strome piersi i prowokujący głos męskiego niedorostka. Jak wygląda cała reszta zamierzałem zbadać doświadczalnie w trakcie tego wieczoru, chociaż już od dość dawna posiadałem pewną wiedzę, jak prezentuje się w kostiumie gimnastycznym czy w plażowym bikini... A gdyby jeszcze głębiej pogrzebać w pamięci, można by się cofnąć do tamtego popołudnia, kiedy miałem sześć lat, a bliźniacy Krzysiek i Rysiek przyprowadzili do mojego ogrodu młodszą o rok dziewczynkę i zapytali czy chciałbym zobaczyć „małą broszkę”.

Kto by nie chciał.

– Pokaż mu, Ewka! – zakomenderował Krzysiek. Dziewczynka posłusznie zadarła spódniczkę...

Najbardziej wówczas zdumiało mnie, że nie nosiła majtek. Zdjęła je, a może zgubiła po drodze? Inna sprawa, że do końca nie jestem pewien, czy ta historia wydarzyła się naprawdę i czy była to akurat ta Ewka. Wprawdzie po latach zgadaliśmy się, że we wczesnym dzieciństwie mieszkała krótko na naszej uliczce, ale w dalsze szczegóły nie wnikałem. Nie pamiętam również, jak ten epizod się zakończył – w każdym razie chyba nie doszło do zabawy w doktora, mimo że wedle opowieści mojej mamy podobno było blisko, tylko wmieszała się siła wyższa w osobie mojej babci, która pogoniła nas z werandy.

Tym razem jednak sytuacja wydawała się idealna.

Ewa dysponowała wolną chatą, ja pół litrem i „doskonałą pozycją strzelecką”. Mój osobisty „stały element gry” został doskonale wypraktykowany w ciągu pół roku, który upłynął od wprowadzenia stanu wojennego. Patent był prosty. Zjawić się tuż przed godziną policyjną, zagadać, a potem powiedzieć dramatycznym tonem „Przecież patrioty pod pały ZOMO nie wyrzucisz”. Działało!

Tą banalną metodą w ciągu sześciu miesięcy w przerwach między cierpieniami po stracie wolności, zaliczyłem Paulinę, początkującą wokalistkę, Joannę, mistrzynię make-upu, czy Grażynkę montażystkę, nie licząc kilku innych panien, w których bezskutecznie podkochiwałem się całymi latami. Można powiedzieć, że generalska junta i bojkot telewizji pozwoliły mi zająć się erotycznymi remanentami.

Skądinąd z tymi zomowskimi pałami, a także moim patriotyzmem lekko przesadziłem. Nie nadawałem się na bohatera i jeśli zweryfikowano mnie negatywnie, to tylko dlatego, że wiedziony ambicją i zapędami krasomówczymi dałem się wybrać do komisji zakładowej NSZZ „Solidarność” Komitetu do spraw Radia i Telewizji. Poza tym, że chciałem zaimponować innym, nie widzę dziś żadnego innego powodu, dla którego musiałbym bawić się w związkowca ani opowiadać się zbyt głośno za „samorządną Rzeczpospolitą”. Od paru lat miałem pewną pracę realizatora dźwięku, który po mojej stronie szyby jest po prostu dźwiękiem, bez podziału na socjalistyczny i antysocjalistyczny. Ergo, ten co przesuwa „heble” powinien baczyć jednie na wysokość, barwę i natężenie głosu. Podobnie uważała Felicja, moja żona. Tak zapewne uważa również teraz, kiedy już nią nie jest. A zresztą – czy nie jest? Na prośbę jej matki wywodzącej się ze sfer ziemiańskich (jakby to miało dziś jakiekolwiek znaczenie) wzięliśmy ślub katolicki, który podobno jest nierozerwalny, niezależnie od tego, co wydarzyło się po sakramencie.

A przed? Biorąc pod uwagę predylekcje, jaką Fela miała do „dęciaków”, a już szczególnie do waltornistów, nasz związek w obliczu Pana na Niebiesiech był od początku nieważny. Zapewne okaże się to na Sądzie Ostatecznym, wątpię bowiem, żeby skazano mnie na męczenie się z nią całą wieczność. Niestety, u ziemskich funkcjonariuszy pana Boga rozwód uzyskać byłoby znacznie trudniej, więc nawet nie próbowałem. Tak czy owak, Fela zdradzała mnie zarówno przed ślubem, jak i po ślubie, a podejrzewam, że również w trakcie. Mój świadek (fagocista) wyznał mi kiedyś po pijaku, że pieprzyli się w kiblu w czwartej godzinie naszego ślubnego przyjęcia. Niewykluczone – w swoim samokrytycyzmie dopuszczam, że mój kamerton nie mógł mierzyć się z jego fagotem.

Ale co rozwodzić się o Felicji albo o jej ojcu, pułkowniku SB, albo matce, będącej jedną wielką pretensją do świata, że zwariował. No bo czy w normalnych czasach byłoby do pomyślenia – powtarzała – żeby ona, panienka z bardzo dobrego domu, Anetka z Zatarczyńskich znalazła się u boku topornego syna fornala nazwiskiem Kawon, który trzymając się socjalistycznej klamki (czy raczej kabury) dochrapał się przepustki do warszawskiej elity, a obecnie popierał nawet różne burżujskie fanaberie? Na przykład wymagał, żeby jego córka grała na pianinie, chodziła do gimnazjum nazaretanek, a na koniec wyraził zgodę, żeby wyszła za mnie – gołodupca, chociaż z wdziękiem. Tylko dlaczego Felicja na to poszła? Sądzę, że przeważyła chęć założenia białej sukni i zadania szyku przed koleżankami, a ja byłem jedynym potencjalnym kandydatem, który gotów był stanąć z nią na ślubnym kobiercu.

Na prośbę Kawona sakramentów udzielono nam na jakimś zadupiu (nazwy, wybaczcie, nie wymienię, żeby nie obrażać zadupian). Ten pół konspiracyjny tryb wynikał z chęci nienarażania się ateistycznej Partii, dotąd dla nas tak łaskawej. Dostaliśmy mieszkanie, talon na malucha i zaczęliśmy meblować naszą podstawową komórkę społeczną na osiedlu Ostrobramskim. Ciekawe, że nie dostrzegałem podówczas przeraźliwej brzydoty tego blokowiska.

Zabawa w rodzinę nie trwała nawet roku. Pobraliśmy się w czerwcu 1980 roku, w sierpniu wybuchła „Solidarność”, a w listopadzie wróciwszy niespodziewanie do domu zastałem moją ślubną z waltornistą... I nie była to próba solówek do Wesela Figara, prędzej już do Orfeusza w Piekle!

– I po co się masz rozwodzić?! – przekonywał mnie teść pułkownik, który pojawił się jeszcze tego samego dnia, niczym Terenowa Grupa Operacyjna pacyfikująca chaos i anarchię, jakie wtargnęły do naszej rodziny. – W dzisiejszych czasach lepiej mieć żonę niż jej nie mieć. Nawet jeśli nie wszystko układa się najlepiej.

– Chciałem mieć żonę osobistą, ale nie kolektywną! – wybuchnąłem.

– Czyżbyś nie czytał, co Engels mówił o wspólnocie żon? – zaskoczył mnie swą erudycją. – Poza tym, gdzie pójdziesz – wrócisz do mamusi?

Wytrzymałem w stadle jeszcze do kwietnia roku następnego i rzeczywiście pokornie wróciłem do naszego drewniaczka na cichej podwarszawskiej uliczce imienia Łyska z Pokładu Idy.

Skądinąd nie miałem innego wyjścia. Waltornista wprowadził się do nas, zajmując pokój, który chciałem kiedyś przeznaczyć na dziecinny, co już samo w sobie było dość upokarzające. Co gorsza, lubił ćwiczyć po nocach, a dmuchanie Felicji dawało efekt trąby jerychońskiej. Boże, co sobie o nas myśleli sąsiedzi! I jeszcze gdyby nie był o głowę wyższy i dwa razy szerszy niż ja... To że był kompletnym idiotą nie stanowiło dla mnie żadnego handicapu. W starciu wręcz nie miałem najmniejszych szans.

Więc zamiast wyzwać go na pojedynek albo dać się skopać w nierównej walce, wróciłem do mamusi i wspomnianego drewniaczka postawionego przez dziadka Teofila Garwolińskiego, pracownika poczty i telegrafu. Jedyną korzyść z tego związku, odniosłem (o dziwo!) dzięki sympatii żywionej do mnie przez teścia pułkownika. Podobno osobiście wykreślił mnie z listy kandydatów do internowania.

Co do Ewy – aż do owego majowego wieczoru pozostawała moim wielkim niespełnieniem, mimo że trafiliśmy na siebie w przedostatniej klasie podstawówki, kiedy oblałem rok i spadłem rocznik niżej. Nie była jeszcze pięknością, jaką miała stać się w ciągu następnych paru lat, toteż zapamiętałem ją jedynie z jakichś prymitywnych gonitw na dużej przerwie. W trakcie jednej z nich ukruszyła mi ząb, jedynkę... Można zaryzykować stwierdzenie, że prześladował nas pech. W podstawówce nie pojechała na wycieczkę, na której moglibyśmy poznać się bliżej, a w liceum nie miałem u niej szans, rozkwitła bowiem jak orchidea, gdy ja tymczasem miałem krosty, lepkie ręce i notorycznie puste kieszenie.

Zostały mi w pamięci jakieś wymyślane podczas lekcji wierszyki w rodzaju:

Kiedy moje myśli mdleją, orchideo, orchideo...

i zdjęcia z wycieczki rowerowej, zwłaszcza to przechowywane całe lata w portfelu, na którym Ewa z kapryśnie wydętymi wargami przygląda się chuderlawemu chłopa kowi trzymającemu rower na tle Zalewu Zegrzyńskiego. A w oczach ma tę tajemniczą kaukaską zadumę odziedziczoną po dalekich przodkach i utajony ogień, wymagający tylko odpowiedniego palacza... Do dziś dnia pamiętam, jak prowadząc rower nuciła do siebie „Konie zielone przebiegły galopem...”.

Krótko przed moim ślubem spotkaliśmy się ponownie, przypadkiem na ulicy. Wypiliśmy kawę w kawiarence na skraju lasu, potem odprowadziłem ją do domu na skróty, czyli odrobinę dłuższą drogą. Korzystając z faktu, że mrok spowił zagajnik nazywany parkiem Matki Mojej, całowaliśmy się jak szaleńcy, ale na upragniony rozwój sytuacji nie było szansy. Nie dysponowaliśmy samodzielnym lokalem. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że od dawna była mną zainteresowana, ale...

Zawsze jest jakieś „ale”... Od dziecka robiłem zawsze nie to, co powinienem. Kochałem majsterkowanie, czytanie książek historycznych i zapewne mógłbym być tak samo niezłym inżynierem jak i humanistą. Niestety moja ambitna mama, niedowartościowana „panna z Wawra”, jak przed wojną mówiły o niej koleżanki na pensji, uparła się, że będę muzykiem, najlepiej wirtuozem, a może nawet kompozytorem.

Do dziś w snach przypominam sobie gehennę fortepianowych palcówek, potem daremne próby zrobienia ze mnie skrzypka... Nie zostałem Menuhinem ani nawet Kulką! Po tych latach jałowych ćwiczeń pozostała mi jedynie umiejętność zagrania paru przedwojennych szlagierów, czytanie nut, a także szczera niechęć do muzyki klasycznej. Dla przyjemności uprawiałem wyłącznie grę na gitarze, co podobno ułatwiało kontakty z płcią przeciwną. Tyle że w latach siedemdziesiątych wszyscy grali na gitarach.

 

Co gorsza, chodząc do szkoły muzycznej zablokowałem sobie możliwość jakichkolwiek innych studiów. Jeśli idzie o wykształcenie ogólne, hodowano mnie na półgłówka, rzemieślnika muzyki, w dodatku słabo utalentowanego. W tych okolicznościach reżyseria dźwięku okazała się najlepszym z rozwiązań. Tym bardziej, że po paru latach podjąłem studia reżyserskie... Oczyma wyobraźni widziałem już jak z kabiny nagraniowej przechodzę na plan widowiska telewizyjnego, a potem jako pan reżyser staję za plecami operatora filmu kinowego... Niestety, Wałęsa wlazł na koparkę i wszystko diabli wzięli.

Tak więc w wieku dwudziestu ośmiu lat nie miałem żadnych konkretnych planów i pogodziłem się z myślą, że jeśli nic się nie zmieni, następne lata spędzę w najlepszym razie jako akustyk przydatny przy weselach i stypach lub doraźnie zatrudniany do nagłaśniania szmirusów estradowych, koncertujących na placach lub stadionach.

Tego piątkowego wieczoru wszystkie moje plany ograniczały się do Ewy, a mówiąc szczerze, do jej określonych rejonów. Wziąłem z domu butelkę wódki, w spiżarce zgromadziłem ich spory zapas. Oczywiście wyłącznie dzięki wielkoduszności władzy ludowej, która wydawała kartki na spirytualia, zmuszając nawet ludzi niepijących, jak mój wujek Benedykt, do wykupywania miesięcznego przydziału tylko „żeby się nie zmarnowało”.

A swoją drogą, jeśli o marnowaniu mowa, trudno chyba byłoby mi znaleźć egzemplarz równie zmarnowanego człowieka, co brat mojej matki. Jako dziecko podobno wszechstronnie uzdolniony – plastycznie, muzycznie i literacko, został złamany przez okupację, obóz w Mauthausen-Gusen i ciężką gruźlicę, której się tam nabawił. Z choroby jakimś cudem wyciągnęli go Amerykanie, u których spędził parę miesięcy w szpitalu. Z traumy już nie. Reszty dopełniła zaborcza matka, za wszelką cenę usiłując chronić go przed światem. I ochroniła. W wieku 60ciu lat był samotnym starym kawalerem, żyjącym w naszym domu tak jakby go nie było (często jedynym dowodem życia były dochodzące po nocy odgłosy radia Wolna Europa, którego namiętnie słuchał). Nie miał przyjaciół, a tym bardziej przyjaciółek, pędził żałosny żywot buchaltera w jakimś wydawnictwie, naliczając podatki ludziom i frustrując się własnymi głodowymi poborami. W dodatku z usposobienia był melancholikiem, który nawet jeśli przypadkiem działo się dobrze, bał się cieszyć, żeby nie wywołać wilka z lasu. Śmierć matki zamiast wyzwolenia przyniosła jeszcze większa melancholię. Sądzę, że gdyby nie głęboka religijność, już dawno popełniłby samobójstwo. Mając na co dzień jego przykład, nigdy nie przestawałem dziękować Bogu, że obdarzył mnie usposobieniem nałogowego optymisty!

Z czasem moja filozofia zyskała naukowe podstawy – w trakcie namiętnych rozmów z Filipem, mym przyjacielem z dzieciństwa, potrafiłem uzasadnić, że bycie optymistą się opłaca. Bo nawet jeśli sprawy pójdą źle – pesymista martwi się cały czas, a optymista tylko w momencie zdarzenia.

Tak więc idąc w stronę osiedla zlokalizowanego przy ulicy Króla Maciusia, przepełniony optymizmem, czułem się trochę jak podczas pierwszego dnia wakacji. Lekki, radosny, a nade wszystko ciekaw – jak będzie? Bo, że BĘDZIE byłem absolutnie pewien. I nie przeszkadzała mi ani mgła, nadzwyczaj gęsta i lepka, płożąca się pod nogami, ani wyciekająca spomiędzy domków Marysina bieda.

Inna sprawa, że do jej domu Ewy trafiłbym nawet z zawiązanymi oczami. Zamiast kwiatów przyniosłem jej trochę opozycyjnej „bibuły”, zdając sobie sprawę, jak bardzo w takich momentach podbudowuje człowieka image działacza podziemia i związki z opozycjonistami, z którymi, prawdę powiedziawszy, miałem dosyć luźne kontakty.

Początkowo tylko piliśmy, pogryzając kanapki zrobione przez Ewę i gawędziliśmy o sprawach raczej neutralnych, niczym koledzy z wojska, którzy spotkali się po latach. A więc o dawnych znajomych i ich życiowych losach...

Wspomniałem jej o awanturze, która przerwała naszą wieloletnią przyjaźń z Filipem Szenkiem. Poszło jak zwykle o sprawy ideowe. Filip, luteranin i działacz partyjny, nie pojmował mej fascynacji papieżem Polakiem, którego uważał za księdza przebranego za piekarza, ani nie podzielał mego zachłyśnięcia się „Solidarnością”, wzbudzającą w nim żywiołową niechęć.

„Nie rozumiem, co cię ciągnie do tego stada” – mawiał.

Sprzeczka krótko po uchwaleniu przez Zjazd Związku „przesłania do zniewolonych narodów” skończyła się mega awanturą i całkowitym zerwaniem naszych kontaktów...

W rewanżu Ewa opowiedziała o rozstaniu ze swym paroletnim konkubentem, który, jak stwierdziła, okazał się durniem bez krzty klasy.

– Zmarnował mi 6 lat życia – westchnęła.

Wykorzystałem moment i natychmiast usiadłem obok niej, obejmując ramieniem i przytulając.

– Zobaczysz, teraz wszystko się zmieni!

Musnąłem wargami jej ucho, bardzo delikatnie... Nie byłem już nowicjuszem, ale nie chciałem zerwać rybki z haczyka jakimś przedwczesnym szarpnięciem, nadto znajdywałem dużo przyjemności w tym erotycznym legato, przekonany, że wkrótce zmieni się w con fuoco lub zgoła furioso...

Ulegała powoli, choć nie zauważałem w niej jakichś większych oporów. Pocałowaliśmy się. Wpierw delikatnie, później mocniej...

– Powinieneś coś wiedzieć – powiedziała naraz Ewa, pozwalając moim rękom buszować bezkarnie pod moherowym sweterkiem. – Mam kogoś. Nie jest to bohater moich marzeń, wręcz przeciwnie, ale uważa mnie za swoją własność.

– Każdy kogoś ma – odparłem filozoficznie, kontynuując motocross po jej fantastycznych pagórkach i dolinkach.

– Ale Gienek jest piekielnie zazdrosny, a jak wpadnie we wściekłość...

– Każdy byłby zazdrosny o taką dziewczynę... – powiedziałem zdziwiony własną odwagą, przypominając sobie podobnego do szafy pancernej Eugeniusza Świtka, któremu w szkole starałem się zawsze schodzić z drogi, choć był rok młodszy ode mnie. Później jakoś nigdy się nie spotkaliśmy i nie miałem pojęcia gdzie się podziewał.

– Słodki jesteś! – szepnęła Ewa.

Przez moment znowu całowaliśmy się zapamiętale, udało mi się rozpiąć zamek jej dżinsów, teraz pozostało jeszcze pozbyć się moich i przystąpić do dzieła.

W porównaniu z Felicją przypominającą aseptyczny futerał na rozmaite instrumenty, w Ewie było tyle zapierającej dech kobiecości, tyle żaru i dobrych chęci...

Wreszcie wziąłem ją na ręce i skierowałem się w stronę sypialni. Przy okazji zauważyłem, że i tym razem nie ma majtek...

I wtedy odezwał się dzwonek.

– Gienek – szepnęła i zrobiła się cięższa o dobre pięćdziesiąt kilo.

– Udajmy, że nas nie ma... – zaproponowałem, upuszczając ją na łóżko.

– Przecież widział z zewnątrz światło.

– No to nie otwieraj! Widziałem, że założyłaś od wewnątrz łańcuch.

– Łatwo ci mówić „nie otwieraj” – on jest specjalistą od otwierania trudniejszych drzwi.

Do dzwonka dołączyło łomotanie w drzwi tak intensywne, że cały dom zaczął trząść się w posadach.

– Wali jak zomowiec – powiedziałem, na wszelki wypadek naciągając gacie.

– Bo jest zomowcem – odparła, po czym rzuciła się ku drzwiom. – Już otwieram, Misiaczku!

Łomot ucichł.

– Musisz wiać! – Szybko otworzyła okno balkonowe. Mieszkała na pierwszym piętrze. Dość wysokim. – Już!

Z garderobą w ręku przelazłem przez balustradę, kombinując, że jeśli upadnę na krzak dzikiego bzu, to być może gałązki zamortyzują mój upadek.

Nie wziąłem pod uwagę, że wspomniany Eugeniusz nie jest głupi jak inni zomowcy znani z kawałów kursujących po mieście.

Ledwo zdołałem wstać i próbowałem nałożyć buty, kiedy „Misiaczek” wypadł zza rogu domu.

Widok obcego mężczyzny ubranego jedynie w bawełniane gatki wzmógł tylko jego wściekłość i determinację.

– Zabiję, zabiję, zabiję! – ryczał, sapiąc i klnąc jak szewc, a jego buciory dudniły po osiedlowym chodniku.

Nie troszcząc się dłużej ani o garderobę, ani o obuwie, z szybkością strzały puściłem się ścieżyną pomiędzy śmietnikiem a placem zabaw. Wieczór był wyjątkowo mglisty i mogłem mieć nadzieję, że jeśli odbiję się wystarczająco daleko (a jeszcze w szkole byłem mistrzem sprintu), to już mnie nie wytropi.

Pobiegł za mną, a po chwili dobiegł mnie jego okrzyk:

– Stój, stój, bo będę strzelał!

Może była to tylko pogróżka, ale na wszelki wypadek potraktowałem ją serio, wtuliłem głowę w ramiona i klucząc jak zając, gnałem przed siebie.

Gruchnął strzał i gdzieś blisko usłyszałem wizgot kuli...

Cholera!

Podobno w takich momentach człowiekowi staje przed oczami całe życie.

Ja zobaczyłem więcej – dziadka z babcią na pustym placu, gdzie miał stanąć nasz dom, a póki co leżał jeden podarty trzewik niewiadomego pochodzenia, mamę – pielęgniarkę, pochylająca się nad tatą w polowym szpitalu podczas powstania warszawskiego, salę poznańskiej porodówki, w której wydałem pierwszy krzyk...

Z wyjątkiem mamy wszyscy moi najbliżsi już dawno nie żyli. Dziadka w ogóle nie poznałem. Zmarł kiedy miałem niespełna dwa latka. Podobno jeszcze dobry rok na widok wszystkich wąsatych mężczyzna mówiłem „Dziadzia”. Babcia nie żyła od dekady, ojca powalił zawał pięć lat temu. Miałem ogromną ochotę zawołać: „Ratujcie mnie”, ale właśnie w tym momencie pojąłem, że popełniłem koszmarny błąd. Przede mną zamajaczył podwójny płot otaczający jednostkę sowiecką zlokalizowaną w rembertowskim lesie.

Odwróciłem głowę i nie widziałem „Misiaczka”, ale słyszałem go doskonale niczym szarżującego odyńca.

Rzuciłem się w bok, przebiegłem kilkadziesiąt metrów, ale go nie zgubiłem.

I wtedy wyrósł przede mną mur.

Ciekawe, nigdy wcześniej nie widziałem w tym miejscu żadnego muru. Była tylko piaszczysta wydma wiślanej pradoliny porośnięta sosnowym młodniakiem, dalej szosa.

Widocznie we mgle wszystko pomyliło mi się do reszty.

– Cholera, co robić?!

Dobiegłem do przeszkody. Zdawała się sięgać nieba, obu krańców nie dawało się zobaczyć.

Potknąłem się i moje ręce dotknęły muru z całym impetem...

Był ciepły, bardzo ciepły, niczym ściana za kaflowym piecem i jakby żywy. Moje dłonie, które uderzyły w niego z rozmachem, zagłębiły się niczym w świeżą glinę. Może rzeczywiście junta wzniosła go z gliny i nie zdążył wyschnąć?

Jednak nie miałem czasu zastanawiać się nad tym.

Okrzyki Gienka wskazywały, że jest bliżej niż myślałem. Usiłowałem wyrwać ręce, ale zapadały się coraz głębiej. W szczytowej desperacji walnąłem w mur głową.

I głowa weszła weń jak w masło. Już po chwili pożałowałem swego kroku. Ale cofnąć się nie mogłem. Mur, bezwonny i bezsmakowy, wciągał mnie jak bagno, czułem jak zasklepia się za mną, a wrzask zdezorientowanego zomowca, któremu nagle zniknęła ofiara, cichnie.

Wstrzymałem oddech. Bałem się, że łyknę otaczającą mnie substancję.

Ale jak długo mogłem się wstrzymywać? Jestem niezłym nurkiem od czasu, kiedy Rysiek i Krzysiek nauczyli mnie pływać w otoczonej złą sławą gliniance w Starej Miłosnej.

I naraz zdałem sobie sprawę, że najprawdopodobniej zginę uwięziony w schnącym murze, jak mucha w bursztynie albo nieszczęśnicy w popiołach Pompejów, czekający na jakiegoś archeologa, który odgrzebie ich po stuleciach.

Jedyna pociecha, że ciągle posuwałem się do przodu.

Ale co z tego! Czułem rozdzierający ból w piersiach, wiedziałem że nie wytrzymam, otworzę usta, stracę przytomność i będzie po mnie. I wtedy zupełnie nieoczekiwanie dłoń moja poczuła przed sobą próżnię. Wykonałem rozpaczliwy ruch złapanej na brzegu ryby, całym swym jestestwem rzuciłem się się do przodu. Ściana wypluła mnie, poczułem w płucach życiodajny haust aromatycznego wiosennego powietrza, ale zdołałem jedynie się nim zaciągnąć, bo już w następnej sekundzie potężnie zakręciło mi się w głowie i osunąłem się na ziemię.

Omdlenie nie trwało długo, zroszona trawa podziałała jak kompres.

Uniosłem głowę i zrozumiałem, że żyję. Nie słyszałem klątw ani buciorów, widocznie Gienek został po drugiej stronie. Jednak kiedy uniosłem głowę zobaczyłem, że mur zniknął. Za plecami miałem zwyczajny zagajnik.

 

Zniknęła również mgła. I było jakby cieplej.

Podniosłem się na miękkich nogach i choć w głowie szumiała mi setka spłuczek klozetowych, zdałem sobie sprawę, że jestem kompletnie nagi.

Widocznie moje majtki zsunęły się podczas przebijania przez mur.

„Trudno, dotrę do domu goły jak święty turecki”.

Do uliczki Łyska z Pokładu Idy (jak w latach 50-ych przechrzcił poczciwą Kłuszyńską któryś ze stalinowskich radnych) miałem nie dalej niż paręset metrów, a dzięki godzinie policyjnej istniała szansa, że nikogo nie spotkam. Że kiepska to była szansa, przekonałem się, kiedy zza zakrętu wyłonił się pędzący samochód. Uwięziony w światłach reflektorów jak dziki zwierzak, który pomylił leśny dukt z ruchliwa szosą, kompletnie zgłupiałem i mogłem jedynie zasłonić twarz rękoma.

Rozległ się wściekły pisk hamulców. Potem poczułem uderzenie i poleciałem w górę jak korek od szampana. W ostatniej chwili wydało mi się, że dostrzegam za szybą samochodu przerażoną twarz mojej byłej teściowej. Ale przecież Anetka z Zatarczyńskich Kawon nie miała prawa jazdy.

Potem była już tylko ciemność.