Kierunek zwiedzaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mar­cin Wi­cha

Kie­ru­nek zwie­dza­nia

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2021

Spis tre­ści

Szko­ła

Przed wej­ściem

Część 1

Da­ta

Zdję­cie z le­gi­ty­ma­cji

Pol­skość

Ge­ne­alo­gia

Baj­ka

Po­ra­nek

A to ła­such

Por­tre­ty

Pej­zaż współ­cze­sny

Wnę­trze

Ko­zio­łek

Ry­so­wa­nie

Po ciem­ku

Ko­pio­wa­nie

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: drze­wo­ryt

Po dro­dze

List

Ka­na­pa

W Kur­sku

Zbli­że­nie

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: zbli­że­nie

Pie­czo­ne ku­ry

Drób

Część 2

Mo­skwa

Her­bat­ka

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: Am­ster­dam, ma­ga­zyn w por­to­wej dziel­ni­cy

Fro­te­rzy

Ca­me­ra ob­scu­ra

In­spi­ra­cje

Je­le­na Gu­ro

Se­kret

Prze­ci­nek

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: wy­świet­lacz

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: In­sta­gram

Za­mach

Na da­czy

Kom­pleks ra­kie­to­wy

Wtem stu­ka­nie do drzwi

„0,10”

Be­no­is

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: Mo­skwa

Co naj­mniej czte­ry kwa­dra­ty

Coś nie­zwy­kle za­baw­ne­go w prze­rwie

Część 3

In­sta­la­cja wi­deo

Te­go dnia

Py­ta­nie

Ma­ni­fe­sty

Ko­mi­sarz

De­ko­ra­cje

Rze­czy

Re­kon­struk­cja hi­sto­rycz­na

Dzie­ci z Wi­teb­ska

Cha­gall

Zjazd

Biel na bie­li

Uro­dzaj prze­cin­ków. Nie­ro­bie­nie i bo­skie le­ni­stwo

Ko­mi­sarz Łu­na­czar­ski o bro­szur­kach

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: klin

Le­nin we Wchu­tie­ma­sie

Po­rwa­nie

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: baj­ka o pa­wi­lo­nie

Wie­ża

Ko­lej­ka

Ma­larz Kac­man

Prze­rwa na ka­wę

Część 4

Por­ce­la­na

In­te­rak­tyw­na ma­pa Eu­ro­py

Pol­ska

Film edu­ka­cyj­ny

Fi­li­żan­ka

Ist­nie­je wie­le do­my­słów na te­mat po­wro­tu

Czer­wo­na kon­ni­ca

Pal­ce

Póź­ny au­to­por­tret

Cie­śla

Wpa­da­nie w więk­sze kło­po­ty

Ko­rek od fla­ko­nu z wo­dą ko­loń­ską

Zdję­cia

Pro­to­kół

Czas oczy­ścić

Wy­sta­wa to­wa­rzy­szą­ca: z dzie­jów prze­my­słu cu­krow­ni­cze­go

Na klat­ce scho­do­wej

Ty­ka­nie

Miód

Ce­re­mo­nia

Wszech­związ­ko­wa Wy­sta­wa Rol­ni­cza

Dru­gi cykl chłop­ski

Spa­dek

Akwa­re­la

Od­dech

Źró­dła cy­ta­tów

No­ta bi­blio­gra­ficz­na

Szko­ła

W koń­cu wszy­scy sta­je­my się do­ro­śli. Są róż­ne spo­so­by. Moż­na uro­snąć i utyć. Sta­wiać ca­łe sto­py na zie­mi. Tro­chę się gar­bić. Wbi­jać pię­ści w kie­sze­nie. Nie wy­ry­wać się przed sze­reg. Spra­wić so­bie oku­la­ry, zsu­wać je na ko­niec no­sa i pa­trzeć znad opra­wek. War­to coś umieć, na czymś się znać, ale ko­niecz­nie na czymś kon­kret­nym, zo­stać fa­chow­cem, in­ży­nie­rem, spe­cem od ukła­da­nia ce­gły, kimś ta­kim.

 

To jak­by odzie­dzi­czyć ja­kąś część gar­de­ro­by. Od­gry­wa­jąc tę ro­lę, za­uwa­ża­my, że na­si ro­dzi­ce też ją kie­dyś od­gry­wa­li. Ni­czym się od nas nie róż­ni­li. Tak sa­mo ma­sko­wa­li nie­śmia­łość i nie­pew­ność.

Był ko­niec la­ta. Mia­sto nad mo­rzem. Przy­je­cha­łem do pra­cy, w związ­ku z pra­cą, ale i tak nie mia­łem tam nic do ro­bo­ty.

Ła­zi­łem po mie­ście. Tra­fi­łem na bu­dy­nek z pierw­szej po­ło­wy lat pięć­dzie­sią­tych. Du­żo sza­rej ce­gły. Ścia­ny z luks­fe­rów. Okrą­głe okien­ka. Wy­wi­nię­te dasz­ki z be­to­nu. Mnó­stwo sym­pa­tycz­nych mo­der­ni­stycz­nych de­ta­li. Od­ru­cho­wo za­czą­łem ro­bić zdję­cia, że­by je wy­słać oj­cu, cho­ciaż umarł tak daw­no, że już na­wet nie pa­mię­ta­łem nu­me­ru je­go ko­mór­ki.

W środ­ku mie­ści­ła się ja­kaś szko­ła. Koń­czy­ły się wa­ka­cje, wszyst­kie drzwi za­mknię­te na głu­cho. Uno­sił się za­pach re­mon­tu. Mo­krej far­by. W kon­te­ne­rach pię­trzy­ły się ka­fel­ki, ce­gły, reszt­ki fu­tryn.

Po­czu­łem się jak w do­mu. Mo­że do­mem jest pe­wien typ ar­chi­tek­tu­ry. Ten, któ­ry nie uda­je. Nie dba o dum­ną prze­szłość. Nie po­pi­su­je się. Nie bła­znu­je. Nie po­zu­je na gwiaz­dę es­tra­dy. Po pro­stu od­wa­la swo­ją ro­bo­tę. Ro­bi swo­je – sta­wia sto­py moc­no na zie­mi – po­zwa­la­jąc so­bie naj­wy­żej na lek­ki uśmiech. Po­ro­zu­mie­waw­cze mru­gnię­cie bu­la­jem.

So­cjal­de­mo­kra­tycz­ne ma­rze­nia. O ubez­pie­cze­niach zdro­wot­nych, eme­ry­tu­rach, bez­płat­nej edu­ka­cji. Rę­ce w kie­sze­niach zie­lo­nej kurt­ki, drob­ne okru­chy uwię­zio­ne przy sa­mym szwie, two­je ołów­ki, spoj­rze­nia znad oku­la­rów. Też już umiem w to grać.

Ale na po­cząt­ku wszyst­ko by­ło ina­czej. Za­nim za­czę­to ob­cho­dzić rocz­ni­ce awan­gar­dy. Za­nim uwie­rzy­li­śmy, że ce­lem sztu­ki jest po­pra­wie­nie wy­go­dy ko­rzy­sta­nia z kuch­ni. Do­star­cze­nie pio­nier­skich roz­wią­zań w dzie­dzi­nie szez­lon­gów. In­no­wa­cje w za­kre­sie bu­dow­nic­twa miesz­ka­nio­we­go. Wpro­wa­dze­nie do użyt­ku no­wych kro­jów pi­sma, or­ga­ni­za­cja mię­dzy­na­ro­do­wych kon­gre­sów w róż­nych przy­jem­nych miej­scach.

Za­nim awan­gar­da za­mie­ni­ła się w mo­der­nizm. Za­nim mo­der­nizm roz­mie­nił się na drob­ne – na drob­ne i na złe – za­nim wsiąkł w ten dom, w szko­łę, w osie­dle, któ­re mi­ja­my, w tę sza­rą ce­głę, bu­la­je, be­to­no­we dasz­ki, za­nim za­miesz­kał w ar­chi­tek­tu­rze, w do­mach i przed­mio­tach – cho­dzi­ło o coś… Prze­pra­szam, to za­brzmi głu­pio, oj­ciec by mnie za­bił za ta­kie ga­da­nie. O nie­śmier­tel­ność. Że­by lu­dzie nie umie­ra­li. Że­by mar­twych przy­wró­cić do ży­cia. I że­by oży­ły przed­mio­ty. A wła­dzę ob­ję­ła sztu­ka. Tak jak dziś rzą­dzi po­li­ty­ka czy eko­no­mia. Że­by sta­ła się fun­da­men­tem i ra­mą ży­cia. I ja­koś nas stąd wy­pro­wa­dzi­ła, in­ną dro­gą, na skró­ty. A póź­niej wchło­nę­ła w sie­bie ca­łe ży­cie.

Z ja­ką nie­chę­cią mój oj­ciec wy­ma­wiał sło­wo „teo­re­tyk”. Jed­nak na początku za całą nowoczesną grafiką i architekturą, za ca­łym no­wo­cze­snym de­si­gnem sta­li hochsz­ta­ple­rzy, wa­ria­ci, mi­sty­cy. Sam już nie wiem. Mo­że po­win­ni­śmy im by­li bar­dziej za­ufać.

Je­ste­śmy ludź­mi roz­sąd­ny­mi, je­ste­śmy ra­cjo­nal­ni – jak plan bu­dyn­ku. Jak spryt­ny ga­dżet.

Więc to jest ten szcze­gół, na któ­ry nikt nam ja­koś nie zwró­cił uwa­gi. Jed­na z tych rze­czy, któ­re wszy­scy wie­dzą. Wie­dzą, ale nie mó­wią. Nie po­ka­zu­ją pal­cem. Tro­chę się wsty­dzą. W koń­cu to sta­ra spra­wa. Daw­no nie­ak­tu­al­ne. Kie­dy za­uwa­ża­my, wzru­sza­ją ra­mio­na­mi i mó­wią: „No prze­cież. Oczy­wi­ście. Nic no­we­go”.

Rze­czy też wie­dzą. Przed­mio­ty pa­mię­ta­ją. Lam­py, że mia­ły zwy­cię­żyć nad słoń­cem. Fo­te­le, że słu­ży­ły do ćwi­cze­nia nie­waż­ko­ści. Jest ta­ka chwi­la – tuż przed zmierz­chem – gdy na­wet osie­dla miesz­ka­nio­we przy­po­mi­na­ją so­bie, że kie­dyś za­mie­rza­ły uno­sić się w po­wie­trzu. Mie­li­śmy stąd od­le­cieć, uwol­nie­ni od gra­wi­ta­cji.

Przed wej­ściem

ZA­RAZ ZA­CZY­NA­MY, JESZ­CZE CHWI­LA I WCHO­DZI­MY. NIE, TO NIE PO­TRWA DŁU­GO, GO­DZI­NĘ, MO­ŻE PÓŁ­TO­REJ

To pra­wie ko­niec. Ar­chi­wa się otwie­ra­ją. Lo­dy top­nie­ją. Mo­rza wy­sy­cha­ją, osy­pu­ją się brze­gi rzek. Wiecz­na zmar­z­li­na uwal­nia ma­łe­go ma­mu­ta. Tor­fo­wi­ska wy­pusz­cza­ją za­gu­bio­nych wę­drow­ców. Zie­mia zwra­ca łu­py. Do­wo­dy ze sta­rych spraw. Od­taj­nia do­ku­men­ty. Ujaw­nia klu­czo­we fak­ty w do­cho­dze­niach, któ­re ni­ko­go już nie in­te­re­su­ją.

Mu­dlar­king jest ro­dza­jem hob­by. Kie­dyś nę­dza­rze prze­ko­py­wa­li muł Ta­mi­zy w po­szu­ki­wa­niu war­to­ścio­wych przed­mio­tów, drob­nych mo­net i ja­dal­nych resz­tek. Te­raz to za­ba­wa w znaj­do­wa­nie.

Grud­ka bło­ta na otwar­tej dło­ni. Zbli­że­nie na po­ła­ma­ne pa­znok­cie. Za chwi­lę ru­dy ka­myk ujaw­ni swo­ją praw­dzi­wą na­tu­rę. Za­mie­ni się w szkla­ny ko­ra­lik. W że­ton. Nu­me­rek do szat­ni. Mo­ne­tę. Głów­kę ce­ra­micz­nej faj­ki. Ka­wa­łek ka­fla z nie­bie­skim wzo­rem. Ko­rek. Odła­mek ko­ra­low­ca.

Naj­bar­dziej lu­bię po­szu­ki­wa­czy bu­te­lek. Nie uży­wa­ją wy­kry­wa­cza. Nie ko­rzy­sta­ją z przy­pły­wu. Znaj­du­ją pod­mo­kłe miej­sca. Go­ły­mi rę­ka­mi roz­chy­la­ją zie­mię, ostroż­nie, że­by przy­pad­kiem nie ska­le­czyć szkła. Po omac­ku mu­szą roz­po­znać śli­ski kształt. Pod­wa­żyć i wy­łu­skać bul­wę. Zdo­byw­cy chwa­lą się łu­pem. Zie­lo­ny­mi, błę­kit­ny­mi i bia­ły­mi flasz­ka­mi. Roz­po­zna­ją opa­ko­wa­nia sy­ro­pu, mle­ka i pi­wa.

Po la­sach krą­żą męż­czyź­ni z wy­kry­wa­cza­mi me­ta­lu. Zo­sta­wia­ją sa­mo­cho­dy nad brze­ga­mi rzek. Za­glą­da­ją do po­rzu­co­nych za­kła­dów prze­my­sło­wych. Dep­czą tra­wę, krą­żą po uro­czy­skach. Cza­sa­mi szu­ka­ją lu­dzi. Czę­ściej po­lu­ją na me­naż­ki, klam­ry, od­zna­cze­nia.

Świat skła­da się z przy­pad­ko­wych przed­mio­tów i ob­ra­zów. Roz­sy­pa­nych li­ter. Mo­że­my je uło­żyć jak ka­wał­ki roz­bi­te­go sa­mo­lo­tu, ale już nie usta­li­my przy­czyn ka­ta­stro­fy.

Część 1

Da­ta

Na ścia­nie przy wej­ściu wi­si por­tret: po­więk­szo­na fo­to­gra­fia. Obok me­try­ka chrztu z mnó­stwem pę­te­lek i za­wi­ja­sów. Uro­dził się w 1879. Resz­ta hi­sto­rii uto­nie w zmy­śle­niach i do­my­słach. Niech ta da­ta tkwi na po­cząt­ku ja­ko znak do­brych chę­ci. „Uro­dził się w 1879 ro­ku”.

A MO­ŻE JED­NAK W 1878?

Zdję­cie z le­gi­ty­ma­cji

PAŃ­STWO WIE­DZĄ, ŻE TWARZ AR­TY­STY MA KO­LO­SAL­NE ZNA­CZE­NIE

Tu ma­my ob­ra­zek. Le­d­wie skoń­czy­ła się dru­ga woj­na, a fo­to­re­por­ter już pę­dzi, że­by sfo­to­gra­fo­wać wy­zwo­lo­ną twarz Pi­cas­sa i je­go nie­zwy­cię­żo­ny tors.

Fo­to­graf je­dzie na zła­ma­nie kar­ku. Ma le­gi­ty­ma­cję pra­so­wą, prze­pust­kę ze szta­bu i chle­bak pe­łen ame­ry­kań­skich pa­pie­ro­sów. Wy­mi­ja znie­ru­cho­mia­łe ko­lum­ny wojsk. Mi­ja zbu­rzo­ne wsie. I już, za­raz – pra­sa przy­no­si wspa­nia­łą wia­do­mość z Eu­ro­py. Twarz ma się do­brze, tors nie­co po­si­wiał. Naj­waż­niej­sze, że jed­no i dru­gie wy­szło z tej ka­ta­stro­fy bez szwan­ku. Po­dob­nie jak Ko­lo­seum czy ka­te­dra No­tre Da­me (wo­kół któ­rej uwi­ja­ją się ma­lut­kie dżi­py z żoł­nie­rza­mi).

Ry­sy Pi­cas­sa są skar­bem ca­łej ludz­ko­ści. Zwłasz­cza oczy i brwi. A twarz Ma­tis­se’a? Nie ta li­ga, ale jed­nak. Zwłasz­cza te­raz, gdy za­pu­ścił bród­kę, bia­łą ni­czym go­łąb­ki, któ­re kar­mi na zdję­ciach w ma­ga­zy­nie „Li­fe”. Ciem­ne wnę­trze – ja­sne okno – bia­łe pta­ki. Świat wy­ła­nia się z ciem­no­ści.

Tak po­wi­nien wy­glą­dać ar­ty­sta.

NA­TO­MIAST TA TWARZ, PRZY­KRO PO­WIE­DZIEĆ,

ta twarz jest dziu­ra­wa. Wy­glą­da, jak­by ją po­kry­ła wars­twa za­schnię­tej gli­ny al­bo udep­ta­ły ko­py­ta zwie­rząt. Na więk­szo­ści por­tre­tów wi­dać dzio­by po ospie. I jesz­cze dłu­gie czar­ne wło­sy.

Moż­na tę twarz po­rów­nać z twa­rza­mi ró­wie­śni­ków (pstryk, pstryk – roz­bły­ska­ją le­gen­dar­ne cze­re­py Wło­dzi­mie­rza Ma­ja­kow­skie­go, Osi­pa Bri­ka, Alek­san­dra Rod­czen­ki). W epo­ce ku­bi­stycz­nych cza­szek Ma­le­wicz wy­glą­da jak po­dwór­ko­wy śpie­wak. Ma­ło­mia­stecz­ko­wy po­eta.

Po­za tym jest to ty­po­wa twarz z pierw­szej po­ło­wy XX wie­ku. Twarz męż­czy­zny, któ­ry mar­nie się od­ży­wia (i za­pew­ne kiep­sko ubie­ra). Pod­da­na dzia­ła­niu wschod­nio­eu­ro­pej­skie­go kli­ma­tu. Z na­szych stron. W sam raz dla urzęd­ni­ka ko­le­jo­we­go, sprze­daw­cy, ma­ga­zy­nie­ra, za­stęp­cy dy­rek­to­ra, zde­ma­sko­wa­ne­go szpie­ga, któ­ry pro­si dla sie­bie o naj­wyż­szy wy­miar ka­ry. (W tle szum ka­me­ry, re­flek­to­ry pło­ną z obu­rze­nia, ko­szu­la bia­ła ze stra­chu, struż­ka po­tu spły­wa z po­ty­li­cy).

Ar­ty­sta odzie­dzi­czył po­rząd­ną, uczci­wą, cięż­ko pra­cu­ją­cą twarz. Twarz swo­je­go oj­ca, swo­ich stry­jów i dziad­ków, i pra­dziad­ków. Prze­zna­czo­ną do po­dzia­łu mię­dzy bra­ci i bra­tan­ków, od­po­wie­dzial­nych lu­dzi za­trud­nio­nych w rol­nic­twie, prze­my­śle i ad­mi­ni­stra­cji.

Trzy­ma tę twarz w nie­wo­li – za­bie­ra w dziw­ne miej­sca, cza­sem zmu­sza do plą­sów, roz­cią­ga, a te wy­głu­py za­po­wia­da­ją, co sta­nie się ze świa­tem. Jest jak fa­cet, któ­ry trwo­ni ro­dzin­ny ma­ją­tek. W odzie­dzi­czo­nej ka­mie­ni­cy le­pi rzeź­by z wo­sku i ku­rzu.

Ta­kie twa­rze mie­wa­li słyn­ni oszu­ści. Dzię­ki niej mo­że być każ­dym: w Wi­teb­sku Me­sja­szem, w Le­nin­gra­dzie – pro­fe­so­rem. Kie­dy przy­jeż­dża do War­sza­wy, miej­sco­wym wy­znaw­com przy­po­mi­na Mic­kie­wi­cza. Kie­dy umie­ra w Le­nin­gra­dzie, ucznio­wie wi­dzą w nim Chry­stu­sa. Przy­ja­ciel ro­bi ostat­nią se­rię por­tre­tów. (Na pierw­szym ry­sun­ku twarz jesz­cze ży­je. Na dru­gim jest mar­twa jak po­dusz­ka).

Pol­skość

A JESZ­CZE NIE PO­WIE­DZIA­ŁEM NAJ­WAŻ­NIEJ­SZEJ RZE­CZY: BYŁ PO­LA­KIEM. BYŁ PO­LA­KIEM

Je­go oj­ciec był Po­la­kiem. Je­go mat­ka by­ła Po­lką. Brat był Po­la­kiem. Sio­stra by­ła Po­lką. Dru­gi brat był Po­la­kiem. I tak sie­dem ra­zy, nie li­cząc sióstr Po­lek i bra­ci Po­la­ków zmar­łych w dzie­ciń­stwie. Te szkra­by też by­ły pol­skie.

JESZ­CZE DO TE­GO WRÓ­CI­MY. W KO­LEJ­NEJ SA­LI ZNAJ­DZIE­MY TRO­SZECZ­KĘ O SZLA­CHEC­KIM PO­CHO­DZE­NIU, DZIE­CIŃ­STWIE I RO­DZI­NIE NA­SZE­GO AR­TY­STY. SZYB­CIUT­KO

Ge­ne­alo­gia

ZDJĘ­CIE KO­ŚCIO­ŁA, W KTÓ­RYM BY­LI CHRZCZE­NI

Wcze­śniej pocz­tów­ki z ja­kichś pro­win­cjo­nal­nych miej­sco­wo­ści. Wi­dać wy­si­łek, że­by wy­glą­da­ły ma­low­ni­czo. Że­by da­ło się je kie­dyś sprze­dać po kur­sie no­stal­gii. Na­dzie­ja na sen­ty­men­tal­ny pro­cent, pre­mię tę­sk­no­ty. Da­chy mia­stecz­ka, ja­kieś szyl­dy, chłop pro­wa­dzi ko­nia, kro­wa ze śmiesz­nie wy­gię­ty­mi ro­ga­mi, na ho­ry­zon­cie wie­ża ba­ro­ko­we­go ko­ścio­ła. Jed­nak bie­dy trud­no nie za­uwa­żyć. Cha­osu by­le jak zbi­tych bud. Nie­bru­ko­wa­nych na­wierzch­ni.

O jed­nym z tych mia­ste­czek na­pi­sał, że to­nę­ło w bło­cie. Po­noć kie­dy Ka­ta­rzy­na Wiel­ka przy­je­cha­ła obej­rzeć ten no­wy na­by­tek im­pe­rium, car­skie ko­nie uto­nę­ły w czar­nej brei głów­nej uli­cy.

PAŃ­STWO TO SO­BIE WY­OBRA­ŻA­JĄ?

Po­chło­nął je czar­no­ziem. Stąd wzię­ła się na­zwa Ko­no­top.

Po­dob­no ja­kiś ukra­iń­ski prze­wod­nik opo­wia­dał wy­ciecz­ce, że Czar­ny kwa­drat to płat oj­czy­ste­go czar­no­zie­mu. Ro­sja­nie uzna­li to za przy­kład in­fan­tyl­ne­go na­cjo­na­li­zmu, ale kto wie. Tłu­ste bło­to, któ­re po­chła­nia ko­nia, ka­re­tę, lu­dzi, mia­sto. Ro­dzi zbo­że i bu­ra­ki. Gle­ba – świat w niej zni­ka, że­by po­ja­wić się na no­wo. Al­bo i nie po­ja­wić, chy­ba że wio­sną z zie­mi wy­do­by­to źre­bię­ta. Su­ge­styw­ny ob­raz. Ale jesz­cze nie te­raz.

Bo wcze­śniej herb pol­skiej szlach­ty. Z fan­ta­stycz­nym bu­kie­tem piór na czub­ku. Wy­glą­da, jak­by po­rzu­ci­ła go tan­cer­ka z ka­ba­re­tu.

 

Wcze­śniej jest drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne. Nie któ­ryś z tych li­ścia­stych szty­chów. Ra­czej bez­dusz­ny sche­mat wy­kreś­lo­ny w pro­gra­mie kom­pu­te­ro­wym. Pe­łen przy­bli­żo­nych dat i zna­ków za­py­ta­nia.

W tam­tych cza­sach więk­szość lu­dzi nie zo­sta­wia­ła po so­bie śla­du. Świat jesz­cze roz­da­wał przy­wi­lej znik­nię­cia. Sza­fo­wał pra­wem do za­po­mnie­nia. Do­trzy­my­wał sło­wa w kwe­stii ob­ra­ca­nia w proch. Lu­dzie po­ja­wia­li się w ja­kiejś księ­dze pa­ra­fial­nej. Zo­sta­wia­li zna­ki w ak­tach są­do­wych, ga­ze­tach. Jesz­cze ne­kro­log. Za­pis w księ­dze zgo­nów i ka­mień w wo­dę. Cia­ła zni­ka­ły. Zni­ka­ły gro­by.

WY­STAR­CZY PO­WIE­DZIEĆ,

że ar­ty­sta po­cho­dził ze sta­rej ro­dzi­ny szla­chec­kiej – i od te­go miej­sca zda­nia już sa­me się ukła­da­ją.

WY­STAR­CZY PO­WIE­DZIEĆ,

że po­cho­dził z pa­trio­tycz­nej ro­dzi­ny szla­chec­kiej, któ­ra przez dwa stu­le­cia da­wa­ła świa­tu zie­mian, żoł­nie­rzy i księ­ży. Po­cho­dził z pa­trio­tycz­nej ro­dzi­ny szla­chec­kiej, któ­ra z bie­giem lat ubo­ża­ła.

Baj­ka

– Daw­no te­mu przy­je­chał ca­ły dwór.

– Tu­taj?

– Tu­taj.

– Ca­ły dwór i wszy­scy dwo­rza­nie?

– Tak.

– I car?

– Nie car, tyl­ko ca­ry­ca dia­bli­ca. I wszy­scy z pie­kła ro­dem ge­ne­ra­ło­wie, i z pie­kła ro­dem mar­szał­ko­wie, i z pie­kła ro­dem mi­ni­stro­wie, i da­my dwo­ru z pie­kła ro­dem.

– I ku­charz?

– I ku­charz z pie­kła ro­dem też, i kuch­ci­ko­wie, i wszy­scy.

– I słu­żą­cy?

– I słu­żą­cy. Mó­wię, że wszy­scy. I je­cha­li głów­ną uli­cą przez mia­sto. A przo­dem he­rold i grał na trą­bie.

– Szedł i grał?

– Je­chał na ko­niu i grał. A za nim je­chał do­bosz i grał. A po­tem jesz­cze dwóch do­bo­szów z bęb­na­mi, a he­rold czy­tał. Mo­że na­wet trzech.

– Mó­wi­łeś, że trą­bił.

– Prze­sta­wał trą­bić i wte­dy czy­tał.

– Miał oku­la­ry?

– Nie po­trze­bo­wał.

– A te ko­nie się nie ba­ły bęb­nów?

– Nie ba­ły się, bo by­ły głu­che. Spe­cjal­ne, że­by się nie ba­ły bęb­nów i ar­mat.

– Ja się nie bo­ję ar­mat.

– A lu­dzie wy­cho­dzi­li z do­mów, sta­li przy głów­nej uli­cy i tyl­ko pa­trzy­li.

– A mun­du­ry ja­kie? Nie­bie­skie ze zło­ty­mi gu­zi­ka­mi?

– Nie­bie­skie, czer­wo­ne i zie­lo­ne. I zło­te też. A ka­re­ta ca­ła ze zło­ta. A w ka­re­cie sie­dzia­ła ca­ry­ca dia­bli­ca.

– To oni nie wi­dzie­li, że tam jest bło­to? Nikt im nie po­wie­dział?

– Wi­dzie­li, ale i tak je­cha­li. Dwór mu­si je­chać środ­kiem. I pro­sto przed sie­bie. A jesz­cze na koń­cu wo­zy i ka­re­ty, a w tych wo­zach pie­rzy­ny i krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki, i róż­ne rze­czy, że­by ca­ry­cy by­ło wy­god­nie na noc­le­gu.

Naj­pierw im się na­bie­ra­ło do bu­tów, chla­pa­ło na mun­du­ry i na sztan­da­ry, i her­by, i or­ły, już bło­to by­ło po ko­la­na, po­tem aż po sio­dła, ko­nie pły­wa­ły w bło­cie i bło­to za­czy­na­ło się wle­wać do ka­re­ty, szli co­raz wol­niej, ko­ła nie chcia­ły się krę­cić. Mie­li bło­to po szy­ję. Aż w koń­cu znik­nę­li, tyl­ko wiel­kie bą­ble wo­kół nich uno­si­ły się jak śli­na.

– A ca­ry­ca co?

– Sie­dzia­ła w ka­re­cie bez sło­wa. Pa­trzy­ła przed sie­bie. Aż w koń­cu znik­nę­ła. Wszyst­kich po­chło­nę­ło bło­to. Tyl­ko je­den kuch­cik oca­lał, bo szedł na koń­cu. I oni wszy­scy te­raz tam miesz­ka­ją. Ale są cią­gle głod­ni.

– W pie­kle?

– W zie­mi. I ma­ją tam stół, na­czy­nia i ka­ro­cę, i po­ściel, wszyst­ko, cze­go po­trze­ba. Ale są głod­ni, bo bra­ku­je kuch­ci­ka. Jak cię tu­taj wcią­gnie bło­to, to już nie wy­pu­ści.

– Bę­dę kuch­ci­kiem?

– Dzie­ci mu­szą im go­to­wać.

– I Anecz­ka tam jest?

– Przy­ję­li ją na da­mę dwo­ru. Do­sta­ła pięk­ną suk­nię.

– Ja­ką?

– Czar­ną. Tam wszyst­ko jest czar­ne.

Po­ra­nek

KO­LEJ­NA SA­LA PRZY­PO­MI­NA O TRA­DY­CJACH PA­TRIO­TYCZ­NYCH, KTÓ­RE PRZE­NI­KA­ŁY ŻY­CIE KRE­SO­WEJ RO­DZI­NY. TRZEJ STRY­JO­WIE AR­TY­STY WZIĘ­LI UDZIAŁ W PO­WSTA­NIU STYCZ­NIO­WYM

Jest wcze­śnie ra­no. Lód na ka­łu­żach wy­glą­da jak ma­pa szta­bo­wa. Plą­ta­ni­na for­sow­nych mar­szów i kontr­ata­ków.

Tu­taj po­win­ny się po­ja­wić sta­ro­świec­kie rze­czow­ni­ki. Imio­na ro­ślin i pta­ków zręcz­nie wple­cio­ne w opis. Na­zwy nie­od­le­głych po­sioł­ków (a tam już sto­ją car­scy). Okreś­le­nia czę­ści uprzę­ży. Ele­men­tów uzbro­je­nia. Na­zwy ro­do­wych ma­jąt­ków, na­zwi­ska to­wa­rzy­szy.

Nic z te­go. Tam­te sło­wa daw­no prze­pa­dły. Zo­sta­ło trzech męż­czyzn na dro­dze. Je­den mó­wi coś bar­dzo woj­sko­we­go, da­je ko­men­dę. Od­gry­wa swo­ją ro­lę. Je­dy­ną, ja­ką zna. Te­raz już bez­sen­sow­ną. Wal­czą z ni­czym. Do­oko­ła jest zmar­z­nię­ta zie­mia. Nie­uży­wa­na gle­ba i nie­przy­dat­ny las. Pod­szy­ty wia­trem za­gaj­nik, zde­cy­do­wa­nie zbyt lek­ki na tę po­rę ro­ku.

Nic tu po was, chło­pa­ki. Za­plą­ta­li­ście się w tę spra­wę przy­pad­kiem. Jesz­cze mo­gli­by­ście zdą­żyć na dru­gą lek­cję. Na swo­ją zmia­nę. Na szych­tę. Po­win­ni­ście iść do fa­bry­ki, do kan­to­ru.

Mo­gli­ście te­raz musz­tro­wać re­kru­tów. Spraw­dzać w biu­rze ko­lum­ny wy­dat­ków. Do­glą­dać wy­to­pu, wy­do­by­cia. Pusz­czać w ruch ma­szy­ny tkac­kie. Mie­szać lecz­ni­czą mik­stu­rę, sy­rop z opium. Mo­gli­ście bu­do­wać pa­ła­ce spra­wie­dli­wo­ści, ban­ki i mu­zea hi­sto­rii na­tu­ral­nej, wzno­sić pi­ra­mi­dy z pia­skow­ca i mar­mu­ru. W rę­ce sta­rych bo­gów wkła­dać wiąz­ki pio­ru­nów. Rzeź­bić ka­mien­ne kar­tu­sze i ozda­biać ni­mi dwor­ce ko­le­jo­we.

Naj­młod­szy błą­dzi wzro­kiem. Pa­trzy, jak do ust przy­le­pia­ją się ma­łe ob­ło­ki pa­ry. Ob­ra­ca gło­wę, nie słu­cha już te­go ga­da­nia. Skła­da war­gi. Ma te­raz wła­sną ru­chli­wą chmur­kę. Oso­bi­sty ob­łok, któ­ry przez chwi­lę trze­po­cze w po­wie­trzu. Ma pry­wat­ną wy­spę o go­rą­cym i wil­got­nym kli­ma­cie. Wy­dech. Bia­ły kraj trze­po­cze na wie­trze. Wdech – zim­ne po­wie­trze prze­ła­mu­je gra­ni­ce. Wkra­cza ze wszyst­kich stron. Ma­pa roz­pusz­cza się w ni­czym. Wdech, wy­dech – i naj­młod­szy z bra­ci roz­pły­wa się w po­wie­trzu.

Wła­dze wy­sy­ła­ją list goń­czy. Za dzie­sięć lat uro­dzi się Har­ry Ho­udi­ni.

JED­NE­GO ZA­BI­LI, DRU­GIE­GO ZE­SŁA­LI, TYL­KO TRZE­CI GDZIEŚ PRZE­PADŁ

Ten dru­gi wró­ci po trzy­dzie­stu la­tach. Za­miesz­ka w pro­win­cjo­nal­nym mie­ście, z da­la od sto­li­cy. By­ło, mi­nę­ło. Trze­ci na­praw­dę znik­nie bez śla­du. Już nie da zna­ku ży­cia. Żad­ne­go li­stu. Żad­ne­go „Nie mar­tw­cie się. Je­stem zdro­wy”. Po­sła­niec nie za­pu­ka po zmierz­chu – nikt nie po­wie, że go wi­dział, roz­ma­wiał z nim, że jest do­brej my­śli, po­zdra­wia, spró­bu­je na­pi­sać.

Wła­dze wy­ślą list goń­czy. Z pań­stwo­wej ka­sy opła­cą ogło­sze­nia w za­gra­nicz­nej pra­sie. Mo­że więc na­praw­dę uciekł. Za­trud­nił się pod przy­bra­nym na­zwi­skiem w ja­kimś warsz­ta­cie, za­cią­gnął do ob­cej ar­mii. Za­miesz­kał w Pa­ry­żu (je­go bra­ta­nek chciał w to wie­rzyć). Mo­że gdzieś w tro­pi­kach, z do­stę­pem do mo­rza. Al­bo po­łknę­ła go zie­mia.