DegustatorTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tomaszowi, Anecie i Mateuszowi –

pierwszym czytelnikom mojej książki

Prolog

Pleszew, 22 grudnia 2017

Policjant

Włożył dwa palce do ust, prowokując wymioty. Treść żołądka gwałtownie uderzyła o taflę wody. Odkręcił kran, energicznie przecierając twarz zimną wodą. Spojrzał na swoją ofiarę. Martwe ciało spoczywało na dnie emaliowanej wanny. Rozpołowiony tułów pozbawiony wnętrzności wzbudzał w nim poczucie winy. Nie chciał odbierać jej życia. Szczerze wolałby, aby nigdy nie pojawiła się w jego domu. Zwlekał z wykonaniem wyroku do ostatniej chwili. Nie miała żadnych szans przeżyć, kiedy została uderzona w głowę obuchem kuchennego noża.

– Długo jeszcze będziesz się pieścił z tym karpiem? Faceci, kurwa. Chcą rządzić światem, a jednej rybki nie potrafią zaszlachtować.

Głos żony marudzącej w kuchni momentalnie go otrzeźwił.

– Michał, jak tak dalej pójdzie, to jedynym, co wystawię na wigilię, będą twoje walizki za drzwiami mieszkania! – Marta wytarła poklejoną ciastem rękę w fartuch i stanęła w progu niewielkiej łazienki.

Michał klęczał przy wannie, wpatrując się w martwego karpia. Postanowiła pozostawić bez komentarza ufajdany wymiocinami kibel. Poklepała swojego męża po barku, dając do zrozumienia, że modlenie się do truchła ryby to lekka przesada.

– Bo ty zawsze musisz mi to robić! Prosiłem cię, byś kupiła gotową? Ale jak zwykle uparłaś się na żywą. Dobrze wiesz, że nie znoszę przemocy wobec niewinnych zwierząt. – Podnosząc się z kolan, słyszał, jak stawy wydają niepokojące dźwięki.

– Wrażliwiec się znalazł. Może gdybym wywiesiła ci tu taśmę z napisem „Miejsce zbrodni”, inaczej byś gadał. – Przecisnęła się koło ślubnego, zabrała wypatroszonego bohatera świątecznego stołu, po czym nie zważając na emocjonalne rozchwianie Michała, wróciła do zagniatania masy na pierogi.

– Przeklęta morderczyni – zaklął pod nosem. – Co ja w tobie widziałem, kiedy przysięgałem ci dozgonną wierność – rzucił za nią, ale w odpowiedzi usłyszał tylko trzask uderzającego o blat wałka.

Powtarzali tę scenę co roku. Stanowiła dla nich część dwudziestoletniej małżeńskiej tradycji. Marta kochała go bezsprzecznie, ale w te dni mogłaby przysiąc, że niejeden raz powstrzymywała się przed wykrojeniem mu serca.

Michał umył ręce i schował się w gabinecie. Kłótnia małżeńska miała to do siebie, że kiedyś musiała się skończyć. Włączył komputer z nadzieją, że w przeddzień wigilii świąt Bożego Narodzenia będzie mógł w końcu zająć się porządkowaniem zalegających dokumentów. Jego pokój przypominał magazyn biblioteczny, w którym setki książek zalegają na podłodze, czekając na skatalogowanie i umieszczenie na odpowiednim regale. Na szczęście sierżant Śliwiński we własnym bałaganie świetnie się czuł. Potrafił z dokładnością wojskowego sapera wskazać, gdzie lub na której stercie znajduje się właściwa kartka z rozwiązaniem. W jego prywatnym archiwum znajdowały się dokładnie takie same materiały, jak te złożone podczas pracy śledczej w policyjnej przechowalni.

Lubił to robić. Ślęczeć nad mozolnym i z pozoru bezsensownym powielaniem dokumentacji. Nic tak nie zaznajamia ze szczegółami śledztwa aniżeli doskonałe zapamiętanie uzyskanych informacji. Takiej metody pracy nauczył go jego starszy kolega, kiedy jeszcze służyli razem w milicji. Stary January Kopytko doskonalił własne rzemiosło policyjnego psa, zanim jeszcze rodzice Michała zaczęli się spotykać. January polubił młodszego partnera od razu. Być może rekompensował sobie brak własnego potomstwa i dlatego traktował Śliwińskiego jak syna. Był wybitnym nauczycielem fachu, mistrzem dedukcji, a nade wszystko doskonałym przyjacielem. Zmarł pięć lat wcześniej na nowotwór płuc. To prawda. Kopytko palił niczym smok, odpalając jednego papierosa od drugiego. I nie była to przesada. Dymem tytoniowym przesiąknięty był cały gabinet i pół posterunku. Wszyscy, którzy zbliżali się do jaskini Januarego, musieli mieć świadomość, że ryzykują własnym życiem.

Michał wspominał tamte czasy z rozrzewnieniem. Gdyby stary January i jego pokolenie powstało dzisiaj z grobu i przyjrzało się zmianom, jakie w krótkim czasie nastąpiły, na pewno kazaliby wszystkim spierdalać i wróciliby do spokojnego odganiania zżerających ich ciała robaków. Śliwiński miał podobne odczucia. Miał wrażenie, że cały świat koniecznie chce się go pozbyć, a przynajmniej porządnie go zmęczyć, zanim odejdzie na świadczenie emerytalne. Od kiedy Komenda Powiatowa Policji w Pleszewie rozpoczęła digitalizację prowadzonych dotąd spraw, ciągle figurował na ostatnim miejscu listy niezłożonych sprawozdań. Przyzwyczaił się do spisywania zeznań na maszynie, notowania najistotniejszych kwestii w służbowym kajecie i mało kto był na tyle odważny, by próbować zmienić jego przyzwyczajenia. Najwyżej mnie wyjebią – pomyślał, czekając, aż stary komputer w końcu będzie gotowy do pracy.

Zalogował się na mail. Ikonka informująca o nieodebranych wiadomościach pokazywała, że ma jedną nieprzeczytaną. Kliknął nią, sądząc, że najpewniej ktoś pomylił adres. Jedyne, co zobaczył, to pusty ekran. Nacisnął na klawiaturze przycisk F5, ale po odświeżeniu strona dalej wyglądała tak samo. Dopiero za trzecim razem zauważył, że do maila dołączono plik ze zdjęciem. Nie rozpoznał nadawcy, jednak ciekawość okazała się silniejsza. Nacisnął na załącznik i mimowolnie krzyknął. Fotografia co prawda była niewyraźna, mimo to dokładnie wiedział, na co patrzy. Nie mógł oderwać wzroku od ekranu. Po omacku znalazł telefon komórkowy, wybrał numer komendanta i potrząsając nerwowo nogą, oczekiwał na odebranie połączenia.

– Śliwa, co jest, kurwa! Żona cię nie kocha, że po ludziach wydzwaniasz? – Głos przełożonego był stłamszony, jakby dopiero co przełknął spożyty posiłek.

– Morderca Lili. On wrócił.

Godzinę później pod blokiem Śliwińskiego zaroiło się od świateł radiowozów. W niewielkim mieszkaniu na pierwszym piętrze inspektor Wiesław Błaszczak wydawał pierwsze rozkazy. Sapał przy tym i łapczywie zasysał powietrze. Wskutek wieloletnich zaniedbań w ćwiczeniach fizycznych i wyhodowanej samodzielnie ciąży spożywczej z ledwością wdrapał się na drugie piętro. Przez moment chciał poprosić, by Śliwa zszedł na dół, ale w zaistniałych okolicznościach uznał, że byłby to gruby nietakt wobec kolegi z pracy. Nie chodziło mu wcale o to, że w jakikolwiek sposób było mu żal podwładnego. Kiedyś tak. Mógłby powiedzieć, że ich znajomość można by nazwać kiełkującą przyjaźnią.

Po śmierci Liliany cała ich relacja uległa gwałtownej i właściwie całkowitej destrukcji. Michał się załamał. Nie przychodził do pracy, a jak już przychodził, był tak zalany, że cudem udało się Błaszczakowi zatuszować jego przebojowe występy. Ot, chociażby ordynarne opróżnienie zawartości pęcherza na jednego z młodszych posterunkowych. Biedak nie chciał wręczyć wyraźnie wstawionemu Śliwińskiemu kluczyków do radiowozu. Całkiem słusznie. Nie przypuszczał, że sierżant Śliwiński, w przypływie złości i chęci zamanifestowania swojego sprzeciwu wobec odmowy wydania mu służbowego pojazdu, wyciągnie ze spodni kutasa i będzie nim machał niczym strażak podczas gaszenia pożaru. Swoją drogą powinien jeszcze kiedyś Michałowi za to podziękować. Nie potrafił przypomnieć sobie, jak ów policjant się nazywał, ale dzięki całej akcji młody przeniósł się do innej jednostki policji i kabluje na kolegów nowemu przełożonemu.

– Zabezpieczcie komputer i prześlijcie do badań. Niech nasi informatycy się pośpieszą, w przeciwnym razie opłatkiem dzielić się będą na komendzie. Dwóch zostaje pod blokiem, sprawdzać każdego, kto będzie chciał wejść. Reszta won. Nie potrzebuję przed świętami osiedlowej sensacji. – Komendant wydał rozkazy, po czym rozsiadł się w fotelu i czekał, aż wszyscy wyjdą. – Co z Martą? – W pierwszej chwili w ogóle nie zauważył, że małżonka Śliwińskiego gdzieś przepadła.

– Poszła do sąsiadki. Nic nie wie i lepiej, żeby tak zostało. – Michał postawił kubki z kawą na stole i usiadł naprzeciwko. Spojrzał na stojące na komodzie zdjęcie swojej córki. W oczach zaiskrzyły mu krople łez. Sam wyglądał, jakby wrócił ze szpitala dla psychicznie chorych. Rozczochrane, posklejane włosy podskakiwały w rytm stawianych przez Michała kroków. Siwe pasemka włosów rozchodziły się swobodnie w każdą możliwą stronę, powodując, że wyglądał jak jeż po spotkaniu z kosiarką.

– Miejmy nadzieję, że to ohydny żart. – Wiesław wychylił się z fotela i wsypał dwie łyżeczki cukru do czarnej cieczy. Sam nie wierzył w to, co mówił. – A ty się ogarnij, bo wyglądasz jak kloszard albo inne gówno.

– Spierdalaj Wiesław na drzewo ruchać wiewiórki. Widziałeś, w jaki sposób wyeksponował zwłoki? – Michał rzadko podnosił głos, tym bardziej na przełożonego. Z drugiej strony nie cierpiał bezsensownego strzępienia jęzora.

– Widziałem. Podobnie wyglądała Lili, kiedy ją w końcu znaleźliśmy.

Inspektor już dawno przestał pocieszać Śliwińskiego po stracie jego jedynego dziecka. Wiedział, że na swój sposób Michał pogodził się z tym, co się stało. Doskonale pamiętał wykrwawione ciałko jedenastoletniej dziewczynki porzucone w hali serwisowej dworca kolejowego w Pleszewie. Kiedy okazało się, że to córka Śliwińskich, poprzysiągł, że odnajdzie bydlaka, który jej to zrobił. Minęło dziesięć lat, a on nie potrafił wskazać jednego tropu, który przybliżyłby ich do rozwiązania sprawy.

 

Prokurator Mikołaj Zawiślak zawiesił postępowanie po roku. Jego decyzja była słuszna, tylko że Michał nie potrafił się z nią pogodzić. Nie dziwił mu się. Nie umiał sobie wyobrazić, jak by się czuł, gdyby coś takiego spotkało jego najbliższych. Nieoficjalnie dał Michałowi wolną rękę, ale i jemu niczego nie udało się ustalić. Nie mieli motywu, narzędzia, odcisków palców, próbek biologicznych. Właściwie nic nie mieli. Dysponowali jedynie opinią biegłego psychiatry, który bełkotał coś o zaburzeniach z dzieciństwa i silnym doświadczeniu przemocy domowej. Brzmiała Wiesławowi w uszach od kilku lat. Na próżno.

– Wiesław, myślę, że powinieneś już pójść. – Michał spojrzał na stojącą w przedpokoju żonę, która najwyraźniej znudziła się wysłuchiwaniem plotek Krystyny Brylewskiej. Na tym polu była mistrzynią. Poczciwa kobieta mieszkała sama naprzeciwko Śliwińskich i korzystała z każdej nadarzającej się okazji, by wciągnąć Martę do osiedlowego klubu podstarzałych dewotek. Śliwińska nie pasowała do tego towarzystwa pod żadnym względem, ale lubiła czasami skorzystać z darmowego kabaretu dla starszych pań.

– Wesołych Świąt wam życzę. Nie martw się, na pewno to jakiś wirus. Chłopcy się tym zajmą. – Wiesław udawał, że nic się nie stało. Ucałował dłoń gospodyni domu, po czym zabrał przewieszony przez oparcie fotela płaszcz i zszedł na dół.

Marta stała z założonymi rękami, oczekując, aż Michał pierwszy się odezwie. On jednak nie zamierzał się tłumaczyć. Zabrał nieruszoną kawę do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Po chwili poczuł rozchodzącą się po całym mieszkaniu woń pieczonego karpia i uznał, że małżonka dała za wygraną. Otworzył niewielki sejf, wyciągnął zielonkawą teczkę i rozłożył zawartość na blacie biurka. Mamrotał coś pod nosem, przypinając do korkowej tablicy niewyraźne zdjęcia i zapisane kartki. Nie było tego wiele, poza wynikami sekcji okaleczonej córki, kilkoma wycinkami z lokalnych gazet, profilem psychologicznym i luźnymi notatkami. Doczepił obok wydrukowane wcześniej nowe zdjęcie. Poniżej przykleił samoprzylepną karteczkę z zapisanym grubym markerem pytaniem: „Kim jesteś?”

Rozdział 1

Pleszew, wrzesień – grudzień 1989

Ksiadz

Grzegorz Dalętka ucieszył się, kiedy jego nowy proboszcz oznajmił, że od tego roku szkolnego będzie uczył katechezy w klasach maturalnych Liceum Ogólnokształcącego imienia Stanisława Staszica w Pleszewie. Uważał, że doskonale dogaduje się z młodzieżą i że jego obecność w tradycyjnym liceum dobrze wpłynie na frekwencję młodszej części wiernych. Wraz z grupą swoich uczniów właśnie przygotowywał się do wystawienia okolicznościowych jasełek. Po czterech miesiącach udało mu się zgromadzić wokół siebie zaledwie dziesięć osób, z czego był niezadowolony. Najwyraźniej na tutejszych licealistach nie robiło wrażenia lśniące BMW, którym codziennie dojeżdżał do szkoły, i luźny styl. Pozwalał zwracać się do siebie po imieniu i sporadycznie paradował w sutannie. Nie zrażał się. Na spotkaniach kapłanów z dekanatu zbywał uwagi kierowane pod swoim adresem i nie przyjmował ich poważnie.

Najwięcej trudności sprawiało mu dogadanie się z klasą 3c. Dziwna młodzież tęskniła za jego poprzednikiem i na każdym kroku dawała wyraz swojemu niezadowoleniu. Nie potrafił do nich dotrzeć. Nie chodziło wcale o to, że go nie słuchali. Wręcz przeciwnie. Cisza, jaka panowała podczas prowadzonych przez Grzegorza zajęć, mogła wprawić w zdumienie niejednego belfra. Dla niego był to sygnał, że nigdy go nie zaakceptują. Nie byli wulgarni czy niekulturalni. Po prostu mieli kompletny zlew na to, co do nich mówił. Osobiście wolał raczej młodzież odważną, umiejącą wyrazić jasno wątpliwości nurtujące serca dorastających młodych ludzi.

Weronika była wyjątkiem. Niska, szczupła brunetka o kocioszarych oczach swoim zachowaniem dawała do zrozumienia, że jest poważnie zainteresowana pogłębieniem ich, jak dotąd sztywnej, szkolnej relacji. Grzegorz się zakochał. Nie planował tego. Dość miał kłopotów w poprzedniej szkole. Obiecał sobie, że tym razem będzie roztropniejszy. Pożądanie jednak było silniejsze. Weronika umiała go podejść. Z początku udawała nieśmiałą. Podchodziła na przerwach i zagadywała o rodzaj muzyki, której słucha i drużynę piłkarską, której kibicuje. Szybko zrozumiała, że nie jest tym typem faceta. Musiała się postarać. Nie wiedział, dlaczego nastolatka szuka sposobu, żeby usidlić nauczyciela, do tego duchownego. Nie przeszkadzało mu to. Ilekroć zbliżała się do niego, czuł, że robi mu się gorąco. Musiał się nieźle nagimnastykować, żeby nikt nie zwrócił uwagi na rozwijającą się znajomość uczennicy z belfrem.

Nie czekała długo, by w końcu się z nią umówił. Pierwsza okazja nadarzyła się w październiku, podczas balu integracyjnego klas pierwszych. Weronikę zaprosił kolega, ale szybko się okazało, że poza przytulaniem i gładzeniem po plecach nic z tego nie będzie. Wtedy postanowiła zatańczyć z księdzem. Potem poprosiła, by odwiózł ją do domu. Nie protestował. Nudne oficjalne uroczystości uważał za stratę czasu. Zignorował głos sumienia przypominający mu o obowiązku wstrzemięźliwości seksualnej, kiedy na tylnym siedzeniu swojego auta Werka oddała mu się cała bez słowa sprzeciwu. Mógłby przysiąc, że to ona chciała go zaliczyć, a jemu było to najzupełniej obojętne. Doceniał w niej wyrachowaną ostrożność. Nikt nie miał pojęcia, że młody katecheta regularnie obcuje cieleśnie z nieletnią uczennicą, a ich wspólny plan był taki, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że cokolwiek ich łączy.

Minęły niespełna trzy miesiące, a oboje mogliby przysiąc, że znają się kilkanaście lat. Weronika odkryła przed Grzegorzem serce. Poznał jej historię. Wiedział, że zanim się z nim związała, była nastoletnią prostytutką. Nie cierpiała się za to, ale w jakiś sposób musiała zarobić na wydostanie się z Pleszewa, miasteczka bez perspektyw. Marzyła o pracy modelki i Dalętka musiał przyznać, że warunki fizyczne miała wymarzone. Niestety. Na jej nieszczęście związała się z nieodpowiednimi ludźmi, którzy za żadne skarby nie pozwoliliby jej się wyzwolić.

Najgorszy był Damian, choć członkowie osiedlowego gangu wołali na niego „Kuśka”. Weronika szybko przekonała się, skąd wzięła się ta dziwaczna ksywka, kiedy zmusił ją do stosunku. Nigdy wcześniej nie widziała tak wielkiego fiuta, a w swoim młodym życiu naoglądała się ich sporo. „Kuśka” traktował ją jak swoją własność. Nie pozwalał jej nigdzie chodzić samej. Przydzielili go do jej ochrony, a ona sto razy bardziej wolałaby spotkać seryjnego gwałciciela, niż kolejny raz obcować z Damianem.

Grzegorz postanowił pomóc. Zadzwonił do Gudunova, starego kumpla, żeby przypomniał chłopcom z prowincji, dla kogo pracują. Weronika nigdy nie zapomni miny Damiana, który zwijał się z bólu po tym, jak jeden z przyjezdnych gangsterów miażdżył mu jaja ciężkim wojskowym butem. Od tego czasu miała święty spokój. Dalętka zapewnił jej pieniądze i mieszkanie, żeby mogli się spokojnie spotykać. Na co dzień udawali, że nic ich nie łączy. Nawet podczas spektaklu bożonarodzeniowego wszyscy uważali, że doskonale grają rodzinę z Nazaretu, trzymając w splecionych dłoniach Boże Dzieciątko. Oboje wiedzieli, że łączy ich prawdziwa miłość.

Była sobota dwudziestego grudnia, kiedy nad ranem służby otrzymały zgłoszenie od zaniepokojonych rodziców Weroniki Plichty, że ich córka nie wróciła z nocnej imprezy. Dziewczyna była pełnoletnia i policja nie zamierzała wszczynać procedur przed upływem 24 godzin. Do mieszkania Plichtów przyjechał jeden radiowóz. Dwóch funkcjonariuszy spisało zeznania, po czym zapewnili, że dołożą wszelkich starań, by sprowadzić córkę do domu. Nie zamierzali. Weronika Plichta znana była lokalnym stróżom prawa z tego, że dość lekko się prowadzi. Sądzili, że zaszyła się u jakiegoś klienta i niebawem wróci.

W poniedziałkowy mroźny poranek dwudziestego drugiego grudnia sprawa się skomplikowała. Pracownik liceum, który pierwszy przyszedł do pracy, poinformował, że w łazience szkolnej leży zakrwawione ciało nastolatki. Po kilkunastu minutach pod budynkiem przy ulicy Poznańskiej zaroiło się od policyjnych samochodów. Przez liceum Staszica przeszło tornado złożone z dwunastu funkcjonariuszy policji, prokuratora rejonowego i czterech techników kryminalistycznych wyróżniających się z tłumu białymi jak śnieg skafandrami.

– Co tu mamy? – Prokurator Mikołaj Zawiślak powstrzymywał się, żeby nie zwymiotować. Widok nagiej dziewczyny był przerażający. Jej blada skóra wyglądała, jakby ktoś owinął ją papierem. Rany na nadgarstkach sugerowały samobójstwo.

– Dziewczyna, osiemnaście lat, ślady po ostrym narzędziu na wewnętrznej stronie nadgarstków. Plama krwi o powierzchni około metra kwadratowego, na moje oko jakieś dziesięć procent tego, co powinno być. Brak otarć, śladów szarpaniny. Słowem – wygląda na samobójstwo. Technicy nie zabezpieczyli żadnego śladu daktyloskopijnego. Przeszukaliśmy budynek, ale nigdzie nie znaleźliśmy jej ubrań. – Komendant Błaszczak zrelacjonował prokuratorowi to, co udało się do tej pory ustalić.

– Chcesz mi powiedzieć, że przyszła tutaj nago, podcięła sobie żyły, narzędzie spłukała w kiblu, a jej krew wpierdoliły gołębie? – Zawiślak przetarł jedwabną chustką usta, po czym poprawił nienagannie skrojony garnitur.

– Próbuję powiedzieć, że panienka jest profesjonalną samobójczynią. Niczego tu więcej nie znajdziemy. – Wiesław powstrzymywał się, żeby nie przyłożyć eleganckiemu lalusiowi prosto w zęby. Miał alergię na wymuskanych chłopców, zwłaszcza jeśli wydawali mu polecenia.

– Zabezpieczcie wszystko. Jedź do jej rodziców i wybadaj, czy miała jakiegoś stałego partnera. Czekam na postępy w śledztwie. Na samobója jest tu za czysto. – Zawiślak odwrócił się na pięcie i opuścił szkolną toaletę. Jeszcze chwila, a musiałby się poniżyć przed policjantami, czyszcząc sobie buty po torsjach, które wielkimi skokami zbliżały mu się do gardła.

Błaszczak przyjął polecenie prokuratora bez słowa sprzeciwu. Nie zamierzał dłużej przeszkadzać technikom, którzy mieli ręce pełne roboty. Wyszedł poszukać telefonu. Przed wejściem głównym znalazł gabinet dyrektora i sekretariat mieszczące się w dwóch małych pokojach, do których prowadził niewielki, wąski korytarz. Wszedł bez pukania. I tak wiedział, że wewnątrz nie ma nikogo. Znalazł telefon i wykręcił numer Śliwińskiego. Michał odebrał, choć ciężko przyjął konieczność pojawienia się na komisariacie. Miał urlop, na który Błaszczak sam go wysłał. Teraz jednak był mu potrzebny doświadczony śledczy, a nie banda żółtodziobów, która po raz pierwszy ma do czynienia z morderstwem. Do tego jeszcze ten nowy prokurator rejonowy, na którego widok otwierał mu się nóż w kieszeni.