Orzeł Biały 2Tekst

Z serii: s-f
Z serii: Orzeł Biały #2
Z serii: Horyzonty zdarzeń #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Orzeł Biały 2
Orzeł Biały 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,85  54,28 
Orzeł Biały 2
Orzeł Biały 2
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Bohaterom tej powieści dedykuję

Autor


Dziękuję Łukaszowi „Orthezie” Matuszkowi

za namalowanie orkowego totemu.

Łukasz, znowu stworzyłeś historię.

Podczas pisania niniejszej powieści nie ucierpiał ani jeden bóbr, jeż też nie, a wszelkie sugestie, jakoby autor molestował te poczciwe zwierzęta, są podłymi kłamstwami tudzież manipulacją medialną i fotoszopem.

Dramatis Personae

BATALION „ORZEŁ BIAŁY”

Piechota

Porucznik Gabriel „Deckard” Graboń

Sierżant Mardok „Dziki” Jary

Sierżant Monika „Zdzira” Frenkiel

Sierżant Ewelina „Runa” Wiechucka

Sierżant Żegota „Żmij” Birkowski

Porucznik Gabriel „Deckard” Graboń

Zbrojowiec

Chorąży Dariusz Samul

Szpieg

Chorąży Thomas „Fraydey” Piatkovsky

Oko

Sierżant Alicja Pawłowska

Sierżant Mateusz „Wampir” Gadziński

Sierżant Cezariusz Gorzkowski

Plutonowa Zuzanna „Zadra” Poniatowska

Tur (Smok)

Major Sergiusz „Orzeł” Orłowski

Porucznik Karol Szczyrbowski

Sierżant Łukasz „Tygrys” Kowalkowski

Echo

Sierżant Mariusz „Farin” Kubala

Szeregowy Dawid „Ktara” Zgud

Ursula Scorsese

Magdalena Stawniak

Perun (Wilczur)

Kapitan Mariusz „Junior” Podgrudny

Porucznik Kamil „Wolf” Tyszkiewicz

Rujewit

Porucznik Anna „Gollumka” Podgórska

Plutonowy Wiesław „Młotek” Krawczyk

Plutonowy Mariusz „Jastrząb” Wojteczek

Dażbog (Obcy)

Porucznik Klaudia „Ripley” Heintze

Sierżant Joanna „Kalina” Malik

Kapral Lenny „Choina” Hadder

Swaróg (Kocur)

Porucznik Małgorzata „Kicia” Gwara

Sierżant Radek „Flaszka” Raczkiewicz

Sierżant Sebastian „Sokół” Sokołowski

Kapral Kamil „Tygrzyk” Muzyka

Marzanna (Szalony Pączek)

Porucznik Maciej „Tata Malki” Mikołajczak

Podporucznik Dana „Ciocia” Banecka

Sierżant Arkadiusz „Dragon” Grzeszczak

Mor (Kostusia)

Kapitan Małgorzata Miktus

Porucznik Paweł „Machaj” Mikołajczyk

Sierżant Aleksandra „Skrzacik” Mikołajczyk

Mech (Transformers)

Porucznik Michał „Grubens” Chudoliński

Porucznik Szymon „Skarpeta” Kosikowski

Jaryło (Gejtofhell)

Major Witold „Szaman” Siekierzyński

Sierżant Jacenty Gdaniec

Sierżant Piotr „Diabeł” Swatowski

Sierżant Wojciech „Mojżesz” Swatowski

Lubawa

Sierżant Krystyna „Kawa” Bochenek

Sierżant Matylda „Tylda” Pacholczyk

Sierżant Tycjan „Góral” Gucwa

DOWÓDZTWO PIĄTEJ BRYGADY

Generał Robert „Wiedźmin” Woźniak

GOŚCIE SPECJALNI

(Najpierw kobiety. Jesteśmy w Twierdzy).

Ewa Białołęcka

Gata Kinga Kowalewska

Dominika Węcławek

(I faceci).

Bartek Biedrzycki

Michał Cholewa

Jakub Ćwiek

Witold Jabłoński

Radosław Kot

Justyn Łyżwa

Arkady Saulski

Robert Szmidt (Aaapokalipsa!)

* * *

I wielu, wielu innych cudownych bohaterów,

których nie możemy tutaj ujawniać,

bo byłby to za duży spoiler.

Świętowid nam świadkiem!

POLEGLI PODCZAS MISJI „ATOM”

Kapitan Mariusz „Niania” Krawczyk

Porucznik Krzysztof „Baczyński” Kietzman

Porucznik Karol „Hantel” Prostrelczuk

Sierżant Andrzej „Andrus” Jarota

Plutonowa Alicja „Alka” Górniak

Kapral Arkadiusz „Dziad” Brzeziński

POLEGLI PODCZAS OBRONY PAŁACU TWIERDZY

Królowa Magdalena Kozak

Kapitan Borys Zajączkowski

Porucznik Krzysztof Lech

Chorąży Bogusław Tobiszowski

Kapral Adam Ochwat

I wielu innych dzielnych wojów.

Nigdy nie zapomnimy.

Niech czuwa nad Wami Perun Niebieski!

Sztandar 1

Dwudziesty dziewiąty czerwca 2057 roku był dniem pochmurnym i gorącym, zwiastującym nieuchronną burzę. W takie dni ludzie są spoceni i rozdrażnieni. Takie dni nie nadają się na majówkę, orzeźwiającą kąpiel w krystalicznie czystej Wiśle czy spacer pośród kwitnących róż. Takie dnie człowiek chce po prostu przetrwać, nie pamiętając o tym, że żyje, a tym bardziej nie chcąc wspominać poległych przyjaciół, których okryte purpurowymi całunami urny zjeżdżają do wąskich żołnierskich grobów pośród cichego łopotu flag batalionu „Orzeł Biały”, formacji POLOM, Stalowego Orła i na szybko wydrukowanego na grubym płótnie nowego symbolu Twierdzy, czyli umieszczonego w błękitnym polu kołowrotu na tle miecza z szerokim jelcem.

W takiej właśnie aurze odbywał się pogrzeb plutonowej Alicji „Alki” Górniak, sierżanta Andrzeja „Andrusa” Jaroty, kaprala Arkadiusza „Dziada” Brzezińskiego, kapitana Mariusza „Niani” Krawczyka oraz poruczników Krzysztofa „Baczyńskiego” Kietzmana i Karola „Hantla” Prostrelczuka z formacji POLOM, czyli tych dzielnych wojów, którzy polegli w czasie rajdu mającego na celu zlikwidowanie niemieckiej wytwórni bomb atomowych.

Gdy urny z prochami zjechały już do mogił, rodziny poległych otrzymały ciasno złożone flagi Twierdzy, Arkady „Wikary” Saulski zaniósł modlitwę do Jahwe, a Witelon Jabłoński do Mora i Marzanny, Ewa Jarota, wdowa po zawsze wesołym Andrusie, podeszła z synem do Thomasa „Fraydeya” Piatkovskiego, który stał sztywno ze wzrokiem wbitym w kłębiące się nad pałacem chmury. Thomas zerknął na nich i zamrugał, jakby budził się ze snu. Ewa, blondynka o niebieskich oczach i cerze bladej od troski, skinęła na Mateusza, który przypominał dzielnego ojca posturą i spojrzeniem. Chłopak wyciągnął przed siebie szablę schowaną w czarnej pochwie i owiniętą w sztandar batalionu.

– Należała – Ewa chrząknęła – należała do Andrzeja. Podobno byłeś z nim, kiedy…

Wdowa pochyliła głowę. Nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Wyręczył ją syn:

– Tata podobno bronił się bagnetem…

– Tak – chrypnął Piatkovsky. – Robił to doskonale. Był mistrzem fechtunku. I gdyby nie zdradziecki strzał…

Ewa pokiwała szybko głową.

– Często cię wspominał. Mówił, że znasz się na szermierce.

– Tak, proszę pani.

– Myślę, że chciałby, żebyś… miał to przy sobie.

Mateusz uniósł szablę, a Thomas popatrzył na nią, jakby wahał się, czy przyjąć podarunek. Zamrugał, odetchnął i wyciągnął w nabożnym geście ręce, po czym powoli zacisnął długie palce na orężu. Twarde okucia zdawały się szeptać do niego tajne zaklęcia i poczuł Piatkovsky w żyłach niezrozumiałą moc.

– Zetnij – Ewa spojrzała na niego ostro – zetnij tą szablą tyle orkowych łbów, ile zdołasz, Thomas. Dla Andrzeja. Dla mnie.

– I dla Twierdzy – dopowiedział Mateusz.

Fraydey przełknął ślinę.

– Ma pani moje słowo, pani Ewo.

Scenie tej przyglądali się członkowie rodzin innych poległych, król Justyn Łyżwa z asystą, pozostały przy życiu, okutany w bandaże skład wiadomego batalionu, stojący w karnym szeregu Grunmorzy, grający właśnie capstrzyk oddział reprezentacyjny Gwardii Królewskiej oraz kotłujące się nad Powązkami czarne chmury, z których kiwali głowami i cmokali z aprobatą polegli czuwający nad Twierdzą. Żywi także kiwali głowami, po części akceptując przekazanie oręża Fraydeyowi, po części zaś zgadzając się, że zemsta jest trunkiem bogów.

A potem umilkła muzyka, nastała cisza pieszczona jedynie szelestem sztandarów i wszyscy bez słowa żegnali dzielnych wojaków, a każdy wspominał ich na swój sposób.

Była jednak w Warszawie istota, która nie żegnała i nie opłakiwała zmarłych Różowych, przeciwnie – zastanawiała się, jak by tu… ale nie uprzedzajmy faktów.

Był to Robert Schmidt, dumny Überwunder Hordy Południowo-Wschodniej, który dzięki niekłamanemu intelektowi zmarłego Blitza Worlöcka, prawdziwego orkowego geniusza, odzyskał najpierw świadomość, a potem nieco sił. Zorientowawszy się, że przebywa w jakichś podziemiach – tak naprawdę laboratoriach pałacu – zastanawiał się nie nad tym, jak z nich uciec, bo na tyle rozum mu jeszcze nie wrócił, lecz jak nabrać trochę energii. Bo rozumiecie, były niemiecki pisarz dopiero co był jakby martwy. Nawet zupełnie nieżywy. Jego tkanki dopiero rozpoczynały rozruch. Były zimne, słabe, odtlenione i niedożywione. Skóra na całym ciele potwora była podziurawiona, poobcierana, w kilku miejscach widać było białe kości. Łeb miał Robert z lekka potrzaskany po drobnej obcierce pociskiem czołgowym, a prawe jego oko wydłubała celnym strzałem Kasia „Joe” Rakowska. Zatem ogólnie, chociaż lepiej oczywiście żyć, niż nie żyć, wcale tak cudownie z nim nie było.

– Aaapokalipsa – jęknął nie wiadomo który już raz i powoli wstał z marmurowej leżanki.

Obok spoczywały oskórowane zwłoki Ixiego. Lukasa Ixena trudno było rozpoznać z wiadomych względów, dlatego niegdysiejszy pisarz miał niejakie kłopoty z rozeznaniem, do kogo należy to gigantyczne cielsko.

 

– Grmmm… – mruknął Schmidt, zerkając to na potężne uda byłego programisty, to na jego mięśnie kapturowe. – Bauer czy Ixi? Wygraliśmy czy przegraliśmy? Gdzie ja, donnerwetter, jestem?

Przypomnijmy, że podczas ataku na pałac króla Schmidt pierwszy oddał ducha, nie znał więc dalszych losów ani Ixiego, ani Hermanna Bauera, ani tym bardziej Dżedaja, nic nie wiedział o fatalnym (z naszego punktu widzenia) strzale, który rozsadził czaszkę królowej, i w ogóle mało co kumał, głównie z powodu swojego stanu, że tak powiemy, zdrowotnego. Patrząc na leżący obok zewłok, za nic w świecie nie potrafił zatem wykoncypować, czy tkwiący przed nim połeć mięsa należy do byłego boksera, czy byłego programisty, przy okazji melomana amatora.

– Grmmm – warknął Robert, obwąchując komilitona.

Mięsko zdążyło już elegancko skruszeć, a nie zaczęło się jeszcze psuć, bo nie pozwalała na to zbyt niska temperatura w pomieszczeniu. Zapach szynki tudzież polędwicy i ligawy nie był co prawda tak zniewalający jak aromat podrobów Różowych, którymi Robert pożywiał się przed zgonem, ale swoista inteligencja Überwundera podpowiadała mu, że garmażeryjne przysmaki leżące przed nim niczym na suto zastawionym stole wciąż są jadalne. Do skołowanego mózgu zombi dotarło w końcu, że musiał zostać uznany za martwego i przetrzymywany jest w jakichś parszywych podziemiach, z pewnością w celach naukowych. Przypomniał sobie Worlöcka i jego kapsułkę z niebieskim płynem. To on przywrócił go do żywych.

– Worlöck, sukinsynu – wysapał Schmidt. – Dzięki, bracie. Uściskam cię, jak wrócę. – Rozejrzał się. – Gdzie ja jestem? Grmmm…

Nie miał jeszcze sił, by dokładnie spenetrować pomieszczenie, lecz był już na tyle przytomny, by zrozumieć jedną prostą rzecz: z klatki trzeba się wyrwać, a by to zrobić, potrzebna będzie cała nadgrünowa siła.

– Entschuldigung, przyjacielu – mruknął. – Muszę cię zjeść i tym bardziej mi przykro, że nie mam pojęcia, czy żreć będę Bauera czy Ixiego. – Były pisarz podparł pięścią masywną szczękę i popadł w zadumę niczym Myśliciel Rodina, ale zaraz potrząsnął łbem, mlasnął i orzekł: – Zatem… Hmm… Guten Appetit! – Chrząknął, wyciągnął poranioną łapę, oderwał z niejakim wysiłkiem z nogi Ixiego kawał mięcha i władowawszy zimny połeć do gęby, zaczął z wysiłkiem żuć. – Mmmm… coś jak lody z wkładką mięsną. – Mlasnął, przeżuł jeszcze raz, znowu mlasnął i przełknął.

Taaaak…

Historycy twierdzą, że Gojira pożarł Ixiego praktycznie do szczętu, nie licząc kości, bo te nawet dla mocarnych szczęk Schmidta były za twarde. Wyssał także mózg towarzysza przez oczodoły, co było czynem wyjątkowym, niemieckie orki bowiem nie miały takiego zwyczaju (tak w każdym razie donosi profesor Łukasz Urbańczyk, badacz zachodnich hord), a te niewielkie jamy przy olbrzymiej żuchwie tudzież kłach Überwundera nijak nie ułatwiały zadania. Aby dokonać tej sztuki, Schmidt musiał najpierw porządnie czachę Ixiego wytrząść, żeby mózg zamienił się w papkę, a potem wlał przez dziury po ślepiach spirytus salicylowy ze sporego baniaka stojącego w rogu. Tak przygotowany szejk przeszedł jakoś przez szczeliny i nasycił naszego bohatera, dodając mu przy okazji etanolowego animuszu.

Po trwającej nieco ponad pół godziny uczcie Schmidt podziękował koledze za wspólny posiłek, poklepał się po powiększonym brzuchu i odnotował nieznaczne rozjaśnienie umysłu, o ile o takim fenomenie w przypadku Gojir można w ogóle mówić. Wtedy to właśnie skonstatował ze zdziwieniem, że widzi tylko na jedno oko, jest całkiem nagi, zalany posoką i podziurawiony. Ogólnie rzecz biorąc, zaniedbany, nawet jak na orkowe standardy.

Rozejrzał się po pomieszczeniu. Pod ścianami stała aparatura kontrolująca wilgotność i temperaturę powietrza, w rogu tkwił obszerny stół, a na nim zamknięte autoklawy, na jednej ze ścian zaś królowały oświetlone na czerwono stalowe drzwi. Uśmiechnął się zmartwychwstaniec i podszedł, pochylając nieco swoją trzymetrową sylwetkę, do stołu z autoklawami. Podważywszy ułamanym pazurem wieko pierwszego pojemnika, z przyjemnością skonstatował, że zawiera skalpele, kochery oraz peany. Wszystkie te narzędzia były dla jego palców niczym zapałki w rękach dorosłego człowieka, ale jak mawiają, lepszy skalpel w garści niż kałasznikow na dachu. Überwunder podważył wieko drugiego autoklawu i znalazł tam gaziki.

– Tampony? – mruknął. – Hmm, w sumie i tak lepsze to od pampersów w razie przeciążeń – skonstatował i wsadził sobie jeden głęboko w dupę. – No – mlasnął ukontentowany – jestem zabezpieczony…

Gdyby ktoś zapytał byłego pisarza, dlaczego zrobił coś tak kuriozalnego, ten nie potrafiłby logicznie odpowiedzieć. Rozumiecie, Gojira nie był jeszcze do końca zdrów. O, daleki był od zdrowia, zwłaszcza psychicznego. Kto by nie był po wielu godzinach śmierci klinicznej i z litrem spirytusu w żołądku? Dopiero co zaczęło na nowo bić jego serce, mózg zaledwie się rozgrzewał, układy logiczne próbowały przecierać zabłocone szlaki, a pamięć nie odkryła jeszcze tego, co dusza zobaczyła w zaświatach, więc dzielny nasz, zaiste niezniszczalny Überwunder, jadąc po linii pierwszych skojarzeń i wspomnień, uznał, że najważniejsze to nie zesrać się podczas akcji. I trzeba przyznać, był w tym jakiś sens.

Spojrzał na stalowe drzwi i ocenił ich grubość.

– To nie przeszkoda dla wielkiego Schmidta – warknął, podszedł do nich energicznie i już miał na nie naprzeć, ale ponownie zlustrował swoją porażającą, paskudną nagość i coś się w nim złamało.

– No nie, nie mogę tak wyjść do ludzi – jęknął i rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu.

Na leżankach spoczywały zielone, sztywne prześcieradła. Na podłodze obok stołu, na którym leżał szkielet Ixiego, walały się brezentowe pasy w tym samym kolorze.

– Grmmm… – mruknął były pisarz, zwizualizował swój przyszły strój i zabrał się do roboty.

Gdy uznał, że lepiej już wyglądać nie może, jego biodra owinięte były podwójnym brezentowym pasem, z którego zwisały prześcieradło oraz kilka woreczków ze skalpelami i innymi chirurgicznymi narzędziami. Krocze osłonięte zostało ni mniej, ni więcej tylko czaszką Ixena oderwaną wraz z częścią kręgosłupa, którym to odcinkiem szyjnym wielki łeb o potężnej szczęce zaczepiony został o brezentowy pas i chronił teraz przyrodzenie olbrzyma, szczerząc wielkie kły i strasząc ślepymi oczodołami.

– Uk, uk, w ten sposób jakbyśmy wciąż byli razem, co, Ixi? Czy tam Bauer? – warknął olbrzym.

– Tak, no taaak…

Schmidt poczuł zawrót głowy. Napiął olbrzymie mięśnie i rozejrzał się w poszukiwaniu źródła dźwięku, ale pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć bezgłowego szkieletu, teraz jakoś zupełnie pozbawionego ducha.

– Jest tu kto, donnerwetter?

Odpowiedział mu jedynie cichy pisk aparatury kontrolującej temperaturę.

– Verfluchte… – mruknął i poprawił na mięśniach piersiowych dwa autoklawy zawieszone na krzyżujących się, zsuwających nieco pasach.

Spojrzał raz jeszcze na szkielet komilitona i wspomniawszy, jak niebywale twarde są jego kości, a więc być może przydatne, podszedł do kościotrupa, chwycił poły prześcieradła i dźwignął cały ten bałagan na ramię, czemu towarzyszył nielichy łoskot.

– Nie zostawię cię tak, kolego – mruknął.

Wziął wielki wdech, zakaszlał, wyrzucając z gardzieli obłok kurzu, i z całej siły naparł na stalowe drzwi. Futryna jęknęła, zawiasy zaprotestowały i strzeliły z głośnym brzękiem, a zamek wygiął się i z niejakim zdziwieniem wysunął z blokującej szczeliny. Skąd zdziwienie zamka? No cóż, gdyby potrafił mówić, z pewnością oznajmiłby Schmidtowi, że od środka drzwi można otworzyć bez żadnego trudu, naciskając klamkę. No ale, jak wszyscy wiemy, przedmioty martwe mówić nie potrafią…

Odrzwia opadły na podłogę z niemożebnym hukiem.

– Nadchodzi wujcio Schmidt! – zagrzmiał Überwunder, próbując chrapliwie się zaśmiać.

– Może troszku ciszej? – rozległo się, a on znowu się rozejrzał. – Może uciekać wypada? Ztąd?

– Kto to, donnerwetter, mówi?!

Tym razem Überwunder zatrwożył się nie na żarty i odruchowo poprawił czaszkę na kroczu. Lecz znowu nikt mu nie odpowiedział.

– Może i racja – mruknął. – Zmykać, trzeba nam zmykać z… – Rozejrzał się bezradnie. – Z tego niegościnnego kraju. I powietrza trochę łyknąć, uk, uk, bo mi się mąci we łbie, a ten Ixi chyba mi zaszkodził…

Beknął potężnie spirytusowym basem, ponownie rozsiewając obłok kurzu, i istotnie, poczuł w gębie, oprócz etanolu, smak pęcherza moczowego tudzież jelita grubego byłego towarzysza broni.

– Podrobów nie musiałem konsumować. – Skrzywił się, potrząsając łbem.

Wtedy jego lewe oko dostrzegło stojące po prawej stronie stalowego pomieszczenia olbrzymie akwarium. Schmidt zamrugał i złapał ostrość. W wielkim przeziernym sześcianie pływały dziwne zielone stworzenia, de facto ślimaki morskie z gatunku Elysia chlorotica. Niezwykłe te organizmy podobne są do liści i aktywnie korzystają z chlorofilu, który to barwnik, zaabsorbowawszy odpowiednie geny od zjadanych alg, potrafią same wytwarzać. Naukowcy Twierdzy intensywnie badali te stworzenia, starając się zrozumieć niezwykłą biegłość orków w asymilacji różnych metabolizmów tudzież ciał obcych. Poza tym kolor, rozumiecie…

Widząc pływające w wodzie liście, Schmidt przełknął ślinę i mruknął:

– Przydałaby się jakaś sałatka, to poprawia trawienie…

Podszedł do pojemnika, zerwał pokrywę, wsadził wielkie łapy do ciepłej toni i wyłowiwszy kilkadziesiąt sztuk leniwych mięczaków, władował je sobie do gęby.

– Mmm… – mruknął, żując słonawe gluty. – Wicehrabio, jak dzisiaj pogoda?

Roześmiał się, bo wyobraził sobie, że jest arystokratą na przyjęciu, podczas którego podają owoce morza.

– A, piękna, kurwa, piękna – odpowiedział sobie. – Piękna, kurwa…

Szukał bardziej wykwintnych zdań, ale nic oprócz „piękna, kurwa” mu do głowy nie przychodziło.

– Skończ może już wpierdalać i zmywaj się, kurwa…

Skóra ścierpła mu na karku. Napiął mięśnie, pochylił się, poprawił worek ze szkieletem na ramieniu i energicznie się rozejrzał. Ale jak wcześniej, gdy do jego zmysłów docierały tajemnicze słowa, nikogo nie dostrzegł.

Ruszył więc, grzmocąc gołymi stopami o stalową posadzkę, do kolejnych drzwi. Te były uchylone i wpadł wojownik Überlandu do pomieszczenia pełnego stołów sekcyjnych, szaf, akwariów i klatek.

– Co to, verfluchte…?

Podszedł do najbliżej stojącego pokaźnego terrarium osłoniętego siatką. Na płaskiej stalowej powierzchni tkwiły tam, jakby ukrzyżowane, duże pająki. Nici z ich odwłoków były ciągnięte przez leniwie obracające się kołowrotki i nawijane na nie jak włóczka.

– Barbarzyńcy! – warknął Schmidt. – Tak męczyć zwierzęta…

Zerwał siatkę, sięgnął pazurami do metalowej blachy, wyrwał ją z dna klatki, po czym zgarnął jej zawartość do gęby, łącznie z kołowrotkami.

– Nom – mlasnął, chrupiąc strawę. – Owady są podobno pożywne…

– Pajączki… nie owady som – rozległ się głos.

– Donnerwetter! – wrzasnął Schmidt. – Kto tu jest?! Kto się ze mną bawi?!

Rozejrzał się, skulił, wyciągnął przed siebie mocarną łapę zwiniętą w pięść i obrócił się na pięcie. Jednak nikogo nie zobaczył, tylko kolejne akwarium, w którym pływały podługowate czarne ryby.

– Zdrowe są rybki – stwierdził Schmidt, wyprostował się, podszedł dziarsko i zerwał z akwarium pokrywę.

Włożył łapę do wody, lecz zaraz ją cofnął, czując uderzenie prądu.

– Ha! – roześmiał się. – Tego mi było trzeba!

Wyciągnął elektrycznego węgorza i jął się nim owijać, chichocząc, ilekroć biedne stworzenie próbowało się bronić, rażąc go różnicą potencjałów. Jednak olbrzym nic sobie z tej samoobrony nie robił, przeciwnie, z upodobaniem przykładał zwierzę do czaszki, bo miał wrażenie, że w jakiś sposób rażony mózg zaczyna żwawiej pracować.

I nagle…

Ogarnęła go…

Jasność.

Przypomniał sobie dzielny zmartwychwstaniec, co się z nim działo, gdy nie żył, ale wciąż istniał.

A była to nie lada przygoda.

Oto bowiem kilkanaście godzin wcześniej, gdy doktor Halszka Wysocka wraz z doktorem Maciejem Matuszewskim orzekli zgon Gojiry, a jego serce przestało bić, dusza byłego pisarza opuściła zewłok, ujrzawszy zaś świat wielowymiarowo, zachwyciła się tym stanem. Niektórzy historycy, w tym Zachariasz Smętny, twierdzą wręcz, że Robert stał się wtedy znowu jakby człowiekiem, chociaż opinie innych znawców orkowej psychiki temu przeczą. Tak czy owak, zacny nasz Schmidt pofrunął nad swoje ciało, zobaczył zniszczony pałac, wzleciał niczym skowronek nad łąki Überlandu, zwiedził inne części globu, aż wreszcie podążył za światłem, wiedziony coraz słodszą muzyką i wszechogarniającą miłością.

 

I stanął przed olbrzymim ametystowym tronem, na którym siedział wielki, mocarny…

Ork.

Bóg bogów. Mocarz mocarzów. Jebak jebaków.

Gott.

Rozstawione nogi jego były jak kolumny świątyń.

Fujara jego, stojąca niczym maczuga Herkulesa, była niczym… maczuga Herkulesa.

Ramiona jego kostropate były umięśnione tak gęsto, że przypominały wężowiska.

A oczy jego świeciły mądrością przedwiecznych i wyklętych.

I przemówił do niego głosem najsłodszym ze słodkich, a głębokim niby studnia grawitacyjna:

– JEBAKU KARABURA FITĄGIEW BORAKA.

Zachłysnął się najpierw Schmidt mową boga, a potem zrozumiał, że… nic nie rozumie.

– Eee… że co, mości Gotcie? – zapytał skonfundowany. – Że ja niby jestem… jebakiem?

– DUPA SRAKA EBARARA FURA – odparł wielkim głosem Gott.

– Nooo… dupa sraka rozumiem, ale dalej już nie – stęknął były pisarz.

– JABA CHYRA BURA SUKA – rzekł Gott, nieco już zniecierpliwiony.

– Chrm… – Schmidt potarł spocone czoło. – Panie Gotcie, znowu mamy przerwy na łączach, bo pojąłem tylko burą sukę.

– JIBA SOBIE KURWA JĘGA?! – wrzasnął rozeźlony już Gott i wychylił się do rozmówcy, ale tylko nieznacznie, bo przeszkadzała mu w tym wielka, stojąca fujara.

– No… kurwa jęga, jęga, skoro Gott tak mówi…

– AAAARRRGH!!! – ryknął Gott i tupnął nogą. – WYP KURGARA JOBA SMOKA!

Po czym wstał, poruszając galaktykami i wzniecając kosmiczny wiatr, a następnie zasadził Schmidtowi tak straszliwego kopa, że Überwunder poleciał w kierunku Ziemi i wpadł w swoje pokiereszowane, ukryte w podziemiach pałacu ciało. Wtedy to właśnie wypowiedział pierwsze pośmiertne „aaapokalipsa”.

Wspomnienie to na chwilę zamroczyło Überwundera, który w tym momencie nie zwracał uwagi ani na wijącego się w jego łapach węgorza, ani na słabnące wyładowania ryby.

– Gott… ist… grün – szepnął dzielny nasz Gojira, a potem powtórzył: – Gott… ist… grün. Bóg jest zielony! Ma rację Zakhausen! Mam misję! Mam misję! Zmartwychwstałem… Tak jak Jezus… Tak jak powiedział Worlöck… O. Ja. Pierdolę…

Schmidt nie przyznawał się przed sobą, że nie ma zielonego, nomen omen, pojęcia, jaką misję zlecił mu Gott, ale czuł powołanie, czuł boską siłę… Aby podkreślić tę mesjanistyczną rolę, władował sobie węgorza do gęby i schrupał go entuzjastycznie, potem pożarł jeszcze jednego, a wreszcie ostatniego z akwarium, notując z rozkoszą elektryczne wstrząsy dochodzące z wnętrza wypukłego, zadowolonego brzucha i interpretując je jako boskie sygnały.

– Gott ist grün, Gott ist grün. Mam misję, tylko jaką, tylko, donnerwetter, jaką… – szeptał.

– Wypierdalaj stąd może, co?

– Aaaaaargh! – wrzasnął i upadł na kolana. – Gotcie! Wreszcie zrozumiałem! Mówisz do mnie prostym językiem! Dziękuję! Dziękuję, Gotcie!

– Proszę, kurwa, bardzo. Spierdalaj.

– Tak, tak, oczywiście – charknął Überwunder, dźwignął się, podszedł do kolejnych stalowych drzwi, otworzył je i ruszył korytarzem, pochylając wielką sylwetkę.

– Misja, mam misję, cudownie, donnerwetter – mamrotał. – Mam misję, zaaajebiście. Zakhausen, popaprańcu, miałeś rację. Gott mit uns, mam misję, aaaaapokaliiiipsaaaa!!!

Nagle poczuł znajomą woń. W pobliżu znajdował się jakiś… Grün! I Różowi! O tak, Róóóóżowi!!! Zmysły olbrzyma wybuchły niczym podczas wielokrotnego orgazmu. Nagle jego zmartwychwstałą psyche owładnęła wizja, że otacza go karuzela ślicznych, odzianych jedynie w zwiewne szaty ludzi płci obojga i wystarczy wyciągnąć łapę, by chwycić ją albo jego i posilić się pożywnym Hertzburgerkiem…

Zombi przełknął głośno ślinę, kaszlnął, wyrzucając kolejną porcję kurzu, przetarł lewe oko i zwiększył tempo. Na końcu korytarza było lepiej oświetlone pomieszczenie. Zamajaczyła tam mała kobieca sylwetka odziana w biały fartuch. Najpierw znieruchomiała, potem przytknęła dłonie do czoła, jakby oślepiało ją słońce, a następnie przysiadła i chrypnęła:

– O kurwa!

Finezją wypowiedzi niewiele się różniła od naszego bohatera podczas konsumpcji ostryg, znaczy ślimaków, nieprawdaż? Ale w sumie należy ją zrozumieć, bo któż z nas zachowałby się inaczej? Kobieta postanowiła salwować się ucieczką i potykając się o własne nogi, wrzasnęła:

– Swarogu! Gojira zmartwychwstał!

– Co?! – odpowiedziało jej kilka głosów.

– Nie wiem! Nie rozumiem! Pędzi tutaj!

– Kto?!

– Go-kurwa-jira!

– Dżedaj siedzi w klatce, nie widzisz, idiotko?!

Idiotką tą była młoda laborantka, magister Agnieszka Rogińska, w zasadzie stażystka, ale podobno bardzo uzdolniona, również plastycznie, i nawet niezła w sztukach walki. Szczegóły na jej temat wciąż są dostępne w historycznych opracowaniach, ale cóż z tego, cóż z tego? Nie bacząc na protesty koleżanek i kolegów, rzuciła się do drzwi pokaźnej windy po prawej stronie sali.

W tym czasie Schmidt zbliżał się do końca korytarza i coraz wyraźniej czuł, że w pomieszczeniu znajduje się jeszcze co najmniej pięciu Różowych.

– Ja pierdolę, ja pierdolę… – szeptała Agnieszka, drepcząc przy pancernych drzwiach windy. Wciskała raz za razem wielki czerwony przycisk, a w końcu, niczym ogarnięta furią, zaczęła grzmocić w niego, jakby mogło to w jakikolwiek sposób przyspieszyć przybycie kabiny.

Pozostali laboranci, w tym magister Mariusz Lemke, kolega Agnieszki jeszcze ze szkoły podstawowej, nie mogli już lekceważyć dudniących kroków i także pojawili się w wylocie korytarza. Widząc olbrzyma z dyndającą orkową czachą między nogami, z autoklawami zamiast pancerza i z łoskoczącym zielonym workiem na plecach, zaczęli wrzeszczeć, podskakiwać, zderzać się ze sobą i przepychać do windy, która – zgodnie z zasadą złośliwości rzeczy martwych – wciąż nie zjeżdżała. Gdy Schmidt wtargnął wreszcie do obszernego pomieszczenia, ku swojemu olbrzymiemu zdziwieniu zobaczył po lewej stronie wielką klatkę z niebywale grubych stalowych prętów, w której spokojnie siedział…

– Dżedaj!!! – wrzasnął. – To ty?! Paulus… – Przez chwilę szukał w steranej pamięci nazwiska komilitona. – Wäsel! Wäsel! To naprawdę ty?

– Schmidt? – Olbrzym w klatce odwrócił się i spojrzał z niedowierzaniem na towarzysza. – Myślałem, że zginąłeś!

– Nie, brachu! A teraz mam misję! Od Gotta! Wyciągnę cię stąd! – zawołał Überwunder i począł szarpać wielkie sztaby.

Te jednak były z naprawdę solidnego stopu, a średnicą odpowiadały nodze Gojiry.

– To na nic, Robert – sapnął Dżedaj. – Nie dasz rady. Ratuj się. I zjedz coś. Koszmarnie wyglądasz.

– Nie zostawię cię, na Gotta! To musi się jakoś otwierać…

Schmidt znowu szarpnął wielkie pręty.

– Daj spokój – mruknął Dżedaj, po trosze zdumiony zmartwychwstaniem Überwundera, po trosze zadowolony, że olbrzym nie jest w stanie ruszyć krat.

Pacyfistycznie nastawiony Yoda nie chciał uciekać, chociaż z drugiej strony miał ochotę wydostać się z klatki, obawiając się, że były pisarz może rozpętać piekło, a temu pragnąłby zapobiec.

– Jak to się stało, że się odłączyłeś? – sapnął zombi, próbując pazurami podważyć nity mocujące klatkę do podłoża. – Może we czwórkę dalibyśmy radę?!

– Długa historia, przyjacielu.

– Ale wygraliśmy? Zabiliśmy króla?

Dżedaj nie wiedział, bo nawet jeśli laboranci opowiadali o ataku w jego obecności, nie znał języka Mickiewicza tudzież Skargi.

– Nie wiem. Nie wiem.

– Ktoś przeżył? Ixi? Bauer?

– Też nie wiem, Schmidt. Ratuj się. Nie marnuj sił. Wyglądasz jak trup.

– Zabiją cię tu! – Überwunder kaszlnął, wyrzucając z płuc nieco już mniej obfity obłok kurzu.

– Nie, to dobrzy ludzie.

Wielka szczęka Roberta opadła, a lewe oko wytrzeszczyło się.

– Chyba żartujesz! Dobrzy to Różowi są podsmażeni, upieczeni i na surowo!

– Robert, nie wydostaniesz mnie. Uciekaj. Co ty masz w tym worku?

– Bauera. Albo Ixiego.

– Też żywego?

– Trochę odchudzonego. – Schmidt zgrzytnął zębami.

– Po co ci on?

– Jeszcze nie wiem… Mam misję…

– Właśnie. Może byś wreszcie zwiał z tego miejsca? – usłyszał zombi boski głos.

– O, znowu Gott mnie wzywa…

Dżedaj pokręcił głową, widząc obłęd w oku kolegi.

Tymczasem spanikowani naukowcy tłoczący się przy windzie i z przerażeniem obserwujący dwóch szwargoczących ze sobą gigantów z ulgą usłyszeli gong, po czym hurmem ruszyli do kabiny.

– Masz transport – oznajmił Dżedaj. – Tylko windą stąd uciekniesz, a bez takiej, wiesz, karteczki, którą noszą Różowi, nie uruchomisz jej. Ładuj się i bądź wolny.

Robert zerknął najpierw na windę i znikającego w jej wnętrzu magistra Mariusza Lemkego, a potem na komilitona.

– Dżedaj!

Paulus pokręcił wielkim łbem.

– Rób, co ci mówię, przyjacielu.

Schmidt miał ochotę potrwać trochę w rozdarciu i smakować chwilę niezdecydowania, ale jego czaszkę rozsadził boski głos:

– Spierdalaj do windy, tłumoku!