Gamedec. Czas silnych istotTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mariuszowi „Nexusowi” Krawczykowi,

Kamilowi „Wolfowi” Tyszkiewiczowi

i Cezariuszowi Gorzkowskiemu,


Przyjaciołom, którzy wspierają, gdy mrok i otchłań, i krzyk,

dedykuję

Powieści z serii „Gamedec”:

Przed Imperium:

1. Gamedec. Granica rzeczywistości

2. Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw

3. Gamedec. Zabaweczki

Młode Imperium:

4. Gamedec. Czas silnych istot

Wielkie Imperium:

5. Gamedec. Obrazki z Imperium

Od autora:

Tworzenie powieści osadzonej w głębokiej przyszłości stawia autora przed trudnym zadaniem komunikacyjnym: co robić z neologizmami oraz nieuniknionymi powiązaniami między wymyślonymi obiektami, pojęciami i zjawiskami? Wyjaśniać co krok zasadę działania futurystycznego urządzenia, wykładać znaczenia niektórych określeń, spowalniając narrację i zamieniając opowieść w wykład o świecie, czy zignorować problem, pozostawiając dociekania wyobraźni czytelnika? Uznawszy, że ładunek opisowy świata Way Empire jest zbyt masywny, postanowiłem umieścić niezbędne wiadomości w słowniku na końcu książki. Jest on, jak można zauważyć, bardzo obszerny i zawiera wiele dodatkowych informacji. Tuż przed nim znajduje się rozdział pt. Archiwa, który dodatkowo poszerza wiedzę o Imperium Drogi. Myślę, że czytanie Czasu silnych istot może być wyjątkowym interaktywnym przeżyciem dzięki dialogowi, który wywiązuje się między historią spisaną w głównej części książki a tłem zawartym na końcu. Zachęcam dociekliwych odbiorców do zaglądania na ostatnie karty tomu.

W kwestii Imperialnego Tarota:

W kilku miejscach powieści opisuję tarotowe wróżby. Wszystkie naprawdę miały miejsce podczas pisania, a karty, które wtedy wyciągnąłem, zostały przedstawione w tekście.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Z Księgi Słowa:

Kiedy zobaczysz tyle, że umysł zacznie się odkształcać od przeciążeń, gdy doświadczysz tak mocno, że stracisz możliwość oceny zdarzeń, uleczyć cię może tylko słowo.

Tylko ono nadaje znaczenie i sens. Nieuchwytne, ulotne, niematerialne słowo.

Katalog snów

Torkil Aymore

Wpis 1 453 532

Miałem w nocy wizje: ludzkie usta rozorane od kącika do środka policzka moimi palcami, czoła traktowane tak samo, ohydne brzuchy z dziwnymi pępkami ukształtowanymi na podobieństwo gniazd os, osuwałem się po mokrej ziemi; moje palce ześlizgujące się po tłustych, czarnych grudach. Widziałem siebie wraz z Cloe zagubionych w Warsaw City. Byłem rozdarty i samotny, wystawiony na ataki bezlitosnego miasta.

Znaki cierpienia, rozpaczy i samotności.

Potem zobaczyłem siebie w czarno-złotej zbroi i zrozumiałem, że widzę to wszystko, bo czuję cierpienie innych. Pojąłem, że jestem aniołem śmierci. Kimś, kto przynosi otuchę umierającym. Oparłem czoło o prawicę i łkałem nad własnym losem.

Zintegrowałem się z najgorszą rolą, z postacią, której wszyscy się boją. Dlaczego ja?

Bo jestem najwrażliwszy. Tylko najwrażliwszy może zabrać drugą osobę ku czerni i rozpaczy.

Pauline oceniła swoje plecy w wiszącym przed nią trójwymiarowym lustrze. Były odpowiednio wygięte, miały matowy połysk, mięśnie na łopatkach układały się symetrycznie. Powiodła wzrokiem po łuku talii z góry na dół: nie do wiary, jak idealnie się zagłębiała ku kręgosłupowi, by potem równie łagodną linią zamknąć grzbiet biodra. Automatyczne wymiarowanie zakomunikowało, że jej obwód wynosi pięćdziesiąt osiem centymetrów. W sam raz. Nie za dużo, nie za mało.

Lustro zrotowało obraz i pokazało jej brzuch. Bruzda między mięśniami prostymi była łagodna, ale zdecydowana. Idealna proporcja tkanki tłuszczowej i mięśniowej. Nadbrzusze było lekko wypukłe u góry, zaklęśnięte poniżej, by przejść niżej pępka w podbrzusze, minimalnie zaokrąglone, zdradzające napięcie i pożądanie. Obok przed lustrami prężyły się Pauline Sin* i Pauline Dex. Środkowa przeciągnęła po ich ciałach krytycznym wzrokiem. Fantastycznie opalone, linie ud jak napięte żagle, pełne łydki, zaokrąglone mięśnie naramienne… Podeszła do Lewej i powąchała jej szyję. Przez chwilę trzymała w nozdrzach woń opalonego ciała, nutę wanilii i pomarańczy. Doskonale. Za chwilę powinien przybyć Torkil. Pan Aymore. Jej książę. Da mu to, co każda kobieta powinna ofiarować mężczyźnie, który odchodzi na trzy pendeki do wojska. Potrójną, nabrzmiałą krzykiem miłość. Wzięła głęboki oddech. Jej piersi wypełniły się i napięły.

Wspomniała ostatni seks, gdy trzy Pauliny spotkały się z trzema Torkilami, a umysły jej i jego były połączone. Potrójny dotyk, potrójne doznania, potrójne szczytowanie, ale przede wszystkim… ona widziana jego oczami. Dopóki nie spróbowała, nie miała pojęcia, co on czuje, gdy ją widzi, gdy jej dotyka. Po pierwszym razie wiedziała, że jest dla niego świątynią, olśnieniem, nieskończonym zachwytem, przeżyciem ostatecznym. W trakcie aktu płakała ze wzruszenia, bo była pewna, że nikt na nią nigdy tak nie patrzył. Wtedy jeszcze bardziej go pokochała.

Tak go pożegna. Tak chciała, tak wybrała. Anna się zgodziła. Zawsze była ugodowa.

Pauline uważała, że Torkil jest jej.

Po prostu jej.

Chociaż na granicy jaźni zdawała sobie sprawę, że przecież Anię musi widzieć podobnie.

Po prostu był cholernie wrażliwy na te sprawy.

Zerknęła na chronometr. Uniwersalna dziewiąta.

Już niedługo.

O trzynastej odbędzie się Ceremonia Losowania, a potem jej ukochany odleci do Maodionu.

Zerknęła na Prawą.

Karminowe wargi, skrzące się oczy.

Przedtem będzie jej.

Cały.

Imperialne Biuro Ochrony Gatunku zdało wczoraj raport ze skanów genomów mieszkańców dwudziestu pięciu planet. Obywatele Saby, Queeny i Neri wciąż muszą podawać noworodkom preparaty powodujące kontrolowane mutacje, przywracające typowo ludzki garnitur genetyczny.

Jak dotąd mieszkańcy tych globów przyjmują przykry obowiązek ze spokojem, chociaż tu i ówdzie słychać separatystyczne głosy. Przypomnijmy, że jeden na czterysta tysięcy zabiegów ma przebieg ciężki do letalnego.

Spieszyłem się. Była czternasta osiemdziesiąt dwie czasu uniwersalnego, a o szesnastej miałem się stawić w Pierwszym Maodionie z siedzibą w sto czterdziestym dystrykcie Teranezji, oczywiście na Gai. Siedziałem w wielkiej na pięćset metrów kwadratowych sterówce villabilu, stylizowanej na wzór indyjski: bogato zdobione rzeźby przedstawiały Śiwę, Kali, Garudę, Brahmę, Wisznu, Ganeśę, Indrę i całą armię innych bogów, ale nie były tak zaokrąglone jak w oryginalnych przedstawieniach, tylko przerobione zgodnie ze współczesnymi kanonami cielesnego piękna. Na statku królowały głębokie cienie, w misach ustawionych na wysokich stojakach płonął ogień, dymiły kadzidła, jednym słowem – mistyka i sen. Dookoła kręciła się setka rebotów stanowiących moją osobistą gwardię. Z reguły były to kobiety, skąpo odziane rzecz jasna. Wiele miało technowstawki: mechaniczne kaski, rękawice, polerowane fragmenty ubrania odbijające płomienie i spojrzenia indyjskich bóstw. Sto cykli temu obiecywałem sobie, że będę miał taki orszak. Gdy czasy oraz finanse pozwoliły, wizja się ziściła. Kilka postaci miało mój wygląd. Były to perboty.

Zmierzały tu i tam, prowadziły mentalne rozmowy, coś uzgadniały. Pod koniec pierwszego wieku Ery Imperium człowiek nie dziwił się na widok siebie samego w kilku wydaniach. Zwyczajowo perboty załatwiały pomniejsze sprawy w imieniu właścicieli.

Na prawo ode mnie, dwa metry dalej, siedział w fotelu pilota (wyglądającym jak purpurowy tron oprawiony w złoto) kolejny Torkil, tym razem prawdziwy i organiczny. Miał spuszczone powieki, ale widziałem jego arealne oczy, otwarte i przytomne: trójwymiarowy, błękitnawy miraż nałożony na organiczną twarz. Półprzezroczysty Aymore zatopiony w realnym byłym gamedecu. De facto to nie on patrzył, lecz jego frin, pełniący funkcję, powiedzmy, sekretarza (albo sekretarki), taki najbardziej osobisty majordomus. Dzięki niemu i ja widziałem świat poprzez cyfrowy filtr. Nazwa frin wzięła się od skrótu Fractal Introbody Net. Była to niezniszczalna, zespolona z ciałem sztuczna inteligencja zlokalizowana nigdzie i wszędzie, istniejąca praktycznie w każdej komórce ciała. Wprowadzono ją do powszechnego użytku w czterdziestym trzecim cyklu Ery Imperium i w ten sposób zniknęły obicoiny. Teraz trzymiesięczny płód dostaje wewnątrzexuterowo zastrzyk z nanobotów i od tej pory uczy się żyć z interfejsem. Widzi wiszące w powietrzu nieistniejące realnie słowa, słyszy brzmienia, których naprawdę w powietrzu nie ma, przyzwyczaja się do widoku półprzezroczystych nauczycieli i przewodników. Duchy stają się czymś codziennym, naturalnym, rzeczywistość jest reistyczna i informacyjna, wymiksowana. Tyle, jeśli chodzi o człowieczeństwo naszych czasów.

Arealne usta drugiego Torkila szybko wachlowały, zapewne ustalając z Andreą cenę za fracht.

Właśnie. Wracaliśmy z wyprawy pionierskiej. Można było na tym nieźle zarobić: pionier, czyli pilot, który opanował sztukę skoku w nieznany system (i był zarejestrowany w Gildii Pionierów), zgłaszał się do Centralnego Rejestru Niezbadanych Systemów (Cerenisu), dostawał zlecenie i odwiedzał dziesięć układów planetarnych, gdzie oblatywał i dokumentował wszystkie główne ciała niebieskie, wyliczał orbity oraz tory hamowania, jeśli chciał, lądował, zbierał próbki i wracał. Średnio taka wyprawa zajmowała dwieście pięćdziesiąt skoków. Mówię „średnio”, bo jeśli Cerenis wyznaczał lot do gigantów typu O2 czy choćby B0, trzeba było się liczyć z dłuższą wycieczką. Liczba planet wokół tych potworów była oszałamiająca. Prawdziwe parki rozrywki, wszechświaty same w sobie. Kilkadziesiąt, a czasami kilkaset globów krążących wokół jednego słońca. Gdy zobaczyłem taki kołowrót po raz pierwszy, obiecałem sobie, że kiedyś kupię w nim planetę, a jeśli będzie mnie stać – sterraformuję ją. Nawet miałem już jedną upatrzoną (w układzie Seraphin 5). Cerenis z reguły nie był „złośliwy” i wyważał zlecenia, ale nie zawsze umiał przewidzieć, czy systemy, które wyznacza, będą posiadały rzadkie i wygodne koliste układy planetarne czy częstsze i trudniejsze – elipsoidalne – najczęściej krążące wokół gwiazd binarnych. Dlatego była to ruletka. Summa summarum wydatek związany z lotem był niewielki, a Imperium płaciło za dane dziesięć tysięcy. Może nie był to majątek, ale sprawny pilot załatwiał rzecz w dziesięć–dwanaście undukil (dukil gajańskich). Opłacało się. Jeśli dodatkowo umiałeś wydobywać z odległych globów złoto czy platynę (które tam zalegały, jeśli układ powstał z pyłu pozostałego po supernowej typu II) lub szlachetne kamienie, a ja to potrafiłem (na przykład zgarniać deszcze diamentów z globów podobnych do starego Neptuna), gromadziłeś gruz w ładowni – moja mogła pomieścić dziesięć ton – wracałeś, sprzedawałeś skały artyście i miałeś dodatkowy przychód. W sumie można było zgarnąć od siedemdziesięciu do dwustu tysięcy imperiałów (pozyskane w ten sposób kruszce były wysoko opodatkowane. Szczęście, że tylko one), a jeśli miałeś prawdziwy fart i odkryłeś czarnego karła, w którego sercu tkwił diament wielkości Gai, dostawałeś imperialną premię w wysokości stu tysięcy, oczywiście pod warunkiem że nie próbowałeś niczego uszczknąć dla siebie. Czarne karły są nietykalne. W ciągu wielu cykli pionierowania tylko dwa razy natrafiłem na to zjawisko. Białe karły zdarzają się częściej, ale trzeba poczekać ładnych kilka tysięcy cykli, żeby zamieniły się w swoich cennych, czarnoskórych braci…

 

– Okej. Andrea weźmie wszystko – pomyślał do mnie Torkil numer dwa.

Świetnie. Zarobię ponad stówę.

Normalny łańcuch pokarmowy wygląda tak, że pionier sprzedaje skały dystrybutorowi, ten rozprowadza je wśród kamieniarzy i dopiero ci przekazują artystom, którzy wykonawszy dzieło sztuki, oddają je sprzedawcom, a oni zgarniają główny zysk. Cholerna strata zasobów. Dlatego lubiłem robić interesy z Andreą Savianem, znanym i szanowanym, ekscentrycznym a zgryźliwym staruchem: brał wszystko i nie bawił się ze sprzedawcami, bo dysponował własną siecią salonów.

Wyruszając na tę wyprawę, miałem nadzieję, że pójdzie łatwo. Niestety, systemy żółtych karłów, które były w zleceniu, okazały się wyjątkowo zaśmiecone i wydłużone, wokół czerwonego bękarta kręciła się kupa gruzu, gigant typu O zaś, którego odwiedziłem na końcu, miał nadzwyczaj rozbuchane ego. Zeszło trzy undukile dłużej.

W ogóle nie powinienem był lecieć. Kończył się sześciopendekowy urlop i należało uregulować sprawy z Reorem, żonami, dziećmi, całym tym cholernym zgiełkiem.

Zachciało mi się wojaży, „żeby się wyciszyć” (życie w cywilu zawsze mnie rozbijało). Jedyne, co zyskałem, to nieprzyjemne odczucie uciekającego czasu. Głupie wrażenie, gdy żyje się sto realnych cykli plus trzydzieści dziewięć lat, a pararealnie cykli blisko osiemset.

Ta wyprawa dowodziła, że nawet tysiąccyklowy dziad może być zwyczajnie głupi.

A może czasy były jeszcze bardziej zwariowane, niż myślałem.

Schodziliśmy na orbitę parkingową oceanicznej, rajskiej Cheronei (w układzie Tau Ceti), gdy odezwał się komunikator. Zerknąłem na drugiego mnie. Nie mógł odebrać.

Rozmawiał. Może z jakimś oficjelem z Reoru. Przyjąłem połączenie. Nexus. Mario „Nexus” Taylor. Pilot i Maod-An z mojego Maodionu. O takich jak on mówi się „latacz od urodzenia”. Gdyby mógł, w ogóle nie dotykałby gruntu. Całkowicie nieorganiczny, chociaż wygenerowany normalnie, z exutera. Po osiągnięciu pełnoletności porzucił organiczne ciało na rzecz wysoko zaawansowanej mechanicznej powłoki. Przy homeotronice schyłku pierwszego wieku EI trudno orzec, co jest bardziej mechaniczne: zwykłe, organiczne ciało czy stworzona przez człowieka „sztuczna” struktura. Patrząc na Nexusa, miało się wrażenie, że ciało to przeżytek. Mario mógł, nie włażąc w żadną zbroję ani nie pakując się do pojazdu, oblecieć planetę dookoła, a nawet udać się na któryś z hipotetycznych księżyców i wrócić. Powtarzam: nie wchodząc do żadnego pojazdu. Myślę, że pojmował wolność inaczej niż organicy.

– Czego chcesz? – spytałem prostokątną, połyskliwą gębę odbijającą wnętrze kabiny Skullheada.

– Słuchaj, poznałem…

– Wiesz, że jeszcze nie jestem na służbie?

– Tak, ale praktycznie za hektę…

– Czemu głowę zawracasz?

– Ważna sprawa.

Westchnąłem.

– Wal.

– Spotkałem taką dziewczynę…

– Realną?

– Jeszcze nie wiem, w sumie jaka różnica?

Racja. Nexus urodził się w latach pięćdziesiątych Ery Imperium, i to jako Sydoh – Synthetic DNA Based Homo. Od razu wiedziano, że będzie Ranem. I od razu założono, że nie będzie miał realnych dzieci, bo to zaburzyłoby Prawo Równowagi. Takich jak on nazywaliśmy SydRanami. Dla niego moje pytanie stanowiło echo przeszłości. Nierealne psychiki mogły się upgrade’ować i przechodzić do realnych ciał niemal tak łatwo, jak kiedyś wsiadało się do pneumobilu. On sam, gdyby chciał, w ciągu hekty stałby się stuprocentowym organikiem. Nie robił tego, bo i tak głównym miejscem „cielesnych” schadzek była sieć. Teraz mogłeś mieć dziewczynę z odległej planety, nie musiałeś wiedzieć, jak naprawdę wygląda, mogła w ogóle nie mieć ciała, a i tak wszystko grało. Paradoks czasów.

– I co z tą dziewczyną?

– No, tak jakoś gra między nami, każda moja komórka rwie się do niej…

To dopiero wynalazek. Gość składa się z technofraktali, a gada o komórkach. Inna sprawa, że podstawowe cegiełki jego ciała były unerwione tak samo silnie jak prawdziwe tkanki. Sygnatura jego organicznego DNA wpisana była w sieciowy skin, więc biologiczne reakcje, choć cyfrowe, były najprawdopodobniej takie, jakich doświadczałby podczas realnego spotkania.

– …jakby duchowe pokrewieństwo. Chciałbym, żebyś mi pociągnął…

Frag. Wróżbitę sobie znalazł.

– Teraz?

– Gdybyś mógł, bo zaraz będę z nią rozmawiał…

Przełknąłem przekleństwo i rozwinąłem przed arealnymi oczami wstęgę kart Imperialnego Tarota. Szybko wykonałem mentalne wzbudzenie skupienia (osiemset cykli ćwiczeń spowodowało, że zrobiłem to natychmiast i do samego dna) i wskazałem prostokąt. Karta się przybliżyła. Rewers, tak jak we wszystkich, ukazywał Imperatora otoczonego setką trzymających się za ręce Ranów. Obraz karty obrócił się i ukazał awers: XIII wielkie arkanum. Starucha płynnie zmieniająca się w dziewczynę, która znowu się starzeje, i tak w kółko, na tle czarnego drzewa, za nią księżyc. Na pierwszym planie zbutwiałe liście, wśród których pełza wąż.

Śmierć.

Śmierć.

Cholera.

– Mam ci radzić czy mówić, jak jest?

– Jak jest.

– Jeśli w to wejdziesz, czekają cię wielkie zmiany. Nic już nie będzie takie samo. Nic.

– Aż tak?

Już chciałem mu powiedzieć, co zobaczyłem, ale się powstrzymałem. Chociaż trzynasta karta oznacza głównie przemianę, dezintegrację dotychczasowego spostrzegania i wyciągnięta została w kontekście miłosnych podbojów, zawsze jest to śmierć, a Maod-An nie lekceważy znaczeń pobocznych.

– Czyli raczej nie?

Wskazałem mentalnie drugą kartę. Obróciła się i podpłynęła bliżej. Piątka buław: pięciu mężczyzn walczących z niewidzialnym przeciwnikiem we mgle.

– Jeśli to zrobisz, czeka cię ciężka próba. Walka.

Czyżbym wyciągał obrazy jego przyszłości? A może swojej?

– Aleś mi poradził.

– Wolałbyś, żebym powiedział: penetruj, ocieraj się, ciesz się chwilą, zrób z nią dziecko?

– No – odparł entuzjastycznie, a jego prostokątna gęba spłaszczyła się w anielskim uśmiechu.

– To sam se wróż. Jeszcze coś?

– Nie, dzięki…

– Za hektę będę w Maodionie. Wtedy pogadamy.

– Okej.

– Ver’n’out.

– Pax.

Obraz zniknął. Karty zwinęły się i płynnym ruchem schowały gdzieś za moją głową. Villabil potwierdził wejście na orbitę parkingową.

– Besebu Ran kapitan Jason Stern z Czujnego – usłyszałem w głowie przekaz – proszę zachować dotychczasową prędkość i wektor. Statek zostanie poddany skanowi.

– Tau-8-End do Czujnego, zrozumiałem, wykonuję.

Z pewnością zwykły Maod. Gdyby był Maod-Anem, zaznaczyłby to. Besebu zatrudniało też zwykłych ludzi. Nie powiedział, z której jest Becenturii. Tajniacy, psiakrew. Zerknąłem na drugiego Torkila. Wciąż gadał. Ciekawe, z kim? Potem przekaże mi skrót bezpośrednio do pamięci. Automatycznie, bez własnej woli. Zrobi to za niego frin.

– Tu Besebu Ran kapitan Jason Stern z Czujnego – odezwał się urzędnik – jaki był cel wyprawy?

– Jestem pionierem – pomyślałem – standardowa misja wyznaczona przez Cerenis.

– Proszę udostępnić pliki do pobrania.

– Już.

– Dziękuję. Wynagrodzenie zostało przelane. Co zawiera ładownia?

– Skały: marmury, granity, dużo złota, platyny, trochę kamieni półszlachetnych, osmu, renu, irydu…

– Proszę zamrozić wszelkie operacje rozmnażania psychik.

– Tak jest…

Przekazałem polecenie Besebu Rana mózgowi statku. Ten uprzejmie potwierdził i zapewnił, że nic takiego się nie dzieje. Lubiłem się z nim łączyć. Miał miłą, można powiedzieć „jowialną” osobowość.

– Psychoskan zakończony. Jesteście czyści. Głębokich przestworzy.

– Dziękuję. Ver’n’out.

Nikt nie lubi Braci Besebu. Nawet ja. Ale rozumiem, po co są, w przeciwieństwie do wielkiej, blisko trzystumiliardowej populacji Imperium Drogi.

W siódmym cyklu EI na orbicie Gai pojawił się pierwszy statek Thirów. Na dwie cetnie. Dwa dni później trzy statki – tym razem na ułamek cetni. Jeszcze trzy cykle takich wizyt i doszło do pierwszego porwania. Straciliśmy dobrego naukowca, profesora Aserego Elizjasza, doskonałego fizyka opracowującego teorię macierzy. Przez następnych dziewięćdziesiąt cykli statki Thirów pojawiały się na mikrochwile nad wszystkimi dwudziestoma pięcioma planetami Way Empire. Zdarzały się porwania zarówno naukowców, jak i zwykłych ludzi. Zabrali około pięciuset osób. Dość szybko każda większa instytucja zyskała strażników, systemy obronne, wieże strzelnicze, a Bractwo Besebu dwoiło się i troiło, by zrozumieć, co się dzieje. Wielu obywateli, nieświadomych zagrożenia, uważało, że militaryzacja miast jest manipulacją Imperatora służącą przedłużeniu jego panowania. Niektóre Reory patrzyły bardzo sceptycznie na jego działania.

Ja wiedziałem, że Gorgon Nemezjus Ezra, jedyny miłościwie nam panujący Imperator, ma rację.

Byliśmy obserwowani.

Wrażenie zagrożenia potęgowało się z pendeku na pendek, bo oni doskonale wiedzieli, gdzie jesteśmy, a my nie mieliśmy pojęcia, gdzie są oni, chociaż do dwudziestego piątego cyklu EI Way Empire skonstruowało milion niewielkich sond zwiadowczych, których zadaniem było penetrowanie wszystkich słońc w galaktyce – przede wszystkim w poszukiwaniu Thirów, ale także życia i innych cywilizacji.

Na pierwszy rzut oka milion to dużo. Praktycznie jednak liczba ta oznacza, że każda z sond ma do zbadania dwieście tysięcy systemów, a że posiada zapas energii na tysiąc skoków, do skończenia penetracji Drogi Mlecznej wymienią jej agregat dwieście razy, a w przypadku pechowych urządzeń nawet tysiąckrotnie. Sondy się zużywają. Jeden system badają od jednego do pięćdziesięciu uniwersalnych dni. Średnio dwadzieścia pięć. Na jeden układ planetarny zużywają od dwóch do pięćdziesięciu skoków. Chwila kalkulacji i wiemy, że jeden aparat potrzebuje do zbadania swojej działki pięciu milionów undukil, czyli siedemdziesięciu tysięcy cykli. Cały program pochłonie pięć miliardów antymateryjnych agregatów. Jest to przedsięwzięcie na niespotykaną, gigantyczną, galaktyczną, można powiedzieć, skalę.

 

Dlatego tak poszukiwani są pionierzy, którzy choć w ułamku przyspieszają prace. Penetrują głównie gwiazdy na obwodzie Drogi Mlecznej, czyli tam, gdzie jest największe prawdopodobieństwo znalezienia czegoś ciekawego (im bliżej centrum dysku, tym większe promieniowanie).

Przekazałem mózgowi statku namiary Nowej Wenecji, polii, w której mieszka Andrea. I lądowiska. Pojazd zaczął morfować w bardziej aerodynamiczny kształt. Zerknąłem na chronometr. Piętnasta zero dwie. Cholera. Andrea był staroświecki i nie miał w zwyczaju wysyłać promów, które przejęłyby towar. Trzeba było osobiście u niego wylądować i własnoręcznie uściskać prawicę. Nawet ja nie jestem taki sztywny w zwyczajach, chociaż, podobnie jak on, pamiętam Ziemię, co wcale nie jest powszechne. Ziemianie stanowią jeden procent populacji. Jesteśmy najstarszymi, często najbogatszymi, ale też najmniej lubianymi obywatelami. Nie patrzy się na nas przychylnie za kultywowanie starych zwyczajów, kolor skóry (wielu Ziemian szczyci się i podkreśla mało popularną, jasną karnację), zbyt częste wspominanie Ziemi jako domu i chyba z powodu zazdrości, że pamiętamy inne czasy. Tak czy owak, Savian był staromodny do tego stopnia, że drażnił nawet mnie, a czasu miałem jak na lekarstwo (swoją drogą skąd się wzięło to określenie?).

Gdy villabil przebijał się przez chmury, otrzymałem przekaz pamięciowy z frina drugiego Torkila: dzisiaj o trzynastej rozpoczęła się Ceremonia Losowania Roddy’ego Aymore’a, dziecka, które spłodziła Cloe, moja czwarta, dwudziestopięciocyklowa córka (w sumie zmajstrowałem dziesięcioro dzieci), z Gedeonem Starem z Reoru Gwiazdy. Miałem Cloe ze śliczną Ranką Angelą Sky, jedną z pięciu oficjalnych partnerek, naprawdę fajną i wrażliwą dziewczyną.

Zgodnie z literą klanowego prawa dziecko członków dwóch różnych Reorów jest przypisane do jednej bądź drugiej społeczności w wyniku Ceremonii Losowania**. W przypadku mojego wnuka już się zadecydowało.

Frag. Jak znam życie, zaraz połączy się ze mną…

Zaćwierkał sens od Pauline. O, właśnie.

Przyjąłem połączenie.

– Miałam nadzieję, że jesteś bardziej odpowiedzialny.

Pauline jest pierwszą matką mojego dziecka, Kyle’a, który liczy już dziewięćdziesiąt pięć cykli (czyli ze sto trzydzieści dziewięć ziemskich lat) i jest szanowanym inżynierem. W sumie bardzo przyzwoity gość. Nie odziedziczył po matce krewkiego temperamentu.

– Przepraszam…

– Twoja córka, co prawda nie moja, ale twoja, znalazła czas, żeby pójść na przepustkę…

Cloe, jak większość moich dzieci z Rankami, służyła w Maodionie.

– …a ty, chociaż nie na służbie, oczywiście nie zdążyłeś.

Jako Reormater, Wielka Matka Klanu, Pauline musiała sobie wgrać (z racji uroczystości) dawne wspomnienia rodzinne. Zawsze wtedy robiła się mniej dojrzała i agresywna.

Nie to, że chciałem mieć dzieci. Imperialne Prawo ustaliło, że Ranowie muszą spłodzić dziesięcioro potomstwa, najlepiej z Rankami. No to spłodziłem. W wychowaniu pomagały chiboty i gogoi, fantastycznie przygotowane nianie, darmowe na wszystkich planetach, nie zmienia to jednak faktu, że człowiek mający kilka partnerek i aż dziesięcioro progenitury może się w tym galimatiasie pogubić.

Łącznie z wnukami, prawnukami, praprawnukami i jednym prapraprawnukiem miałem trzysta czterdzieści pięć sztuk dzieciarni. Całe szczęście, że siedział we mnie ten frin, bobym zwariował.

– Jako Reoratavus powinieneś tu być.

Atavus znaczy praprapradziadek. Ładne, prawda? Gdyby mój ojciec zdołał się ewakuować z Ziemi, pewnie to on byłby praszczurem i puchłby z dumy. Siedziałby na tronie i ociekał zaszczytami, tytułami, honorami, przede wszystkim władzą.

Nie udało mu się, mimo że pożyczyłem mu pieniądze na lot.

Wielu się nie udało.

– A ty nawet nie przysłałeś swojego awatara!

– Oczywiście, czekaj, zaraz to zrobię…

Zerknąłem na drugiego siebie, który z kamienną twarzą przyglądał się moim zapasom. Jeśli tak wyglądam w chwilach napięcia, to muszę coś z tym zrobić. Gęba była nie do rozszyfrowania.

– Słuchaj, zawataruj na tę ceremonię – zagadałem do niego mentalnie.

– Dlaczego ja?

Miał rację. Też wolałem się spotkać z Savianem. Wziąłem głęboki wdech…

– Za dwie mony lądujemy na Płycie Oddechów należącej do Andrei Saviana, proszę przyjąć pozycje bezpieczeństwa – odezwał się mózg villabilu.

Nie zająknął się, że nie ma miejsca, więc było. Mój pojazd, zgodnie z nazwą, miał naprawdę pokaźne gabaryty, zresztą zgodnie z panującą modą. Szczycił się powierzchnią mieszkalną przekraczającą tysiąc dwieście metrów kwadratowych, miał ponad dwadzieścia dwa metry wysokości, sto długości i pięćdziesiąt szerokości. Zawierał wszelkie luksusy, łącznie z małym ogrodem i basenem. Miałem pieniądze. Zainwestowawszy sto cykli temu czterdzieści osiem milionów kredytów (które potem uległy przekształceniu w nową walutę) w Imperialną Firmę i zarabiając przez trzy pendeki na cykl w Maodionie, odłożyłem blisko trzy miliardy imperiałów. Oprócz tego byłem szczęśliwym posiadaczem małej wyspy z rezydencją na Cheronei, apartamentu w Mobipolii Vesta (pierwszym mobilnym mieście w historii) na Plaato, mieszkania w Raju na Gai i pokaźnej objętości na Maledonii, jednej z Wysp Wspomnień na Persefonie, pierwszej po Gai sterraformowanej planecie. Tam mieściła się siedziba mojego klanu.

– To kto idzie do Pauline? – spytał tamten.

Podniosłem wieko stojącej na konsoli, wykonanej przez Saviana, technologicznie stylizowanej trupiej czaszki. Pokrywa zamarła w pionowej pozycji, pewnie oparta na ciasno chodzących, złotych zawiasach. Wyciągnąłem z wyściełanej rubinowymi fasetkami mózgoczaszki złotą, sześciościenną kość. Mentalnie ustawiłem trzy ścianki jako błękitne demoniczne mordy, a pozostałe trzy jako karmazynowe korony. Przedmiot błyskawicznie dostosował wygląd.

– Jeśli wypadnie gęba, lecisz ty, jak korona – ja.

Skinął głową. Rzuciłem kością po nierównej powierzchni stołu operacyjnego. Korona. Tamten uśmiechnął się z ulgą.

– To ty powinieneś był rzucać – warknąłem w myślach.

– Torkil, czy ja ci nie przeszkadzam? – zapytała Pauline, już bardzo zła.

– Lecę, lecę.

Gdy tamten zapadał w wirtualny sen, sięgnąłem po kość, wrzuciłem ją w mieniącą się refleksami misę czerepu i zamknąłem czaszkę. Nie wspominał, że nie możemy używać maodiańskich zdolności. Czułem się trochę nie w porządku, był rozproszony i rozbity rozmową z Pauline. Westchnąłem. Mimo tylu cykli na karku wciąż jestem małym, wrednym człowiekiem.

Zerknąłem na stojący obok czaszki, także wyrzeźbiony przez Saviana, złoty okrągły postument o średnicy około dziesięciu centymetrów. Stał na nim niebieski żołnierzyk trzymający elektrotopór. Bardzo stara zabawka, którą Andrea podrasował, zanimował i teraz zachowywała się jak żywa. Woj czujnie się rozglądał, błyskał groźnie bronią, głęboko oddychał. Czasami przysiadał, wyciągał z sakwy prowiant i go spożywał. Wtedy umocowane w podstawie oświetlenie zmieniało się na błękitne, udając noc.

Wspomnienia. Żołnierzyk łączył się z bardzo niedobrą ich odmianą.

Westchnąłem i spojrzałem na drugiego Torkila. Rysy mu się wygładziły. Wyglądał zupełnie jak sto cykli temu, w Warsaw City czy innym mitycznym mieście, gdzie rozwiązywał gamedeczane zagadki. Teraz był na reorowym przyjęciu i tłumaczył się Pauline. To znaczy był tam jego awatar, postać wyglądająca jak on, pachnąca jak on i mówiąca, ale zbudowana z katomów, inteligentnych mikrocząstek, których zastosowanie wyparło w dużej mierze telesensy. Teraz, jeśli komunikująca się z tobą osoba decydowała się na użycie telekatii, jej postać powstawała, niczym feniks z popiołów, z katomowej misy, która stała się standardowym wyposażeniem apartamentów i pojazdów. Postać mogła być naturalnych rozmiarów, większa bądź mniejsza. Mogłeś takiej postaci dotykać, nawet ją wytrzaskać po gębie. Twory katomowe służyły nie tylko do komunikacji. Przedmioty złożone z tych cząstek mogły morfować, trzymałeś w ręce filiżankę, a za chwilę pistolet. W zasadzie w dzisiejszych czasach niemal wszystko było stworzone z katomów, ale te droższe, drobniejsze, nazywane były technofraktalami. Z nich zbudowane były zbroje Ranów czy w ogóle wyposażenie wojskowe.

Pauline i jej humory… Zatęskniłem do Angeli. Miałem z nią czwórkę dzieci. Wszystko soulerskie nasienie. Ona nigdy nie krzyczała.

Zerknąłem mentalnym okiem w ekrany podglądu pomieszczeń. W sumie nie musiałem tego robić, bo mózg villabilu przekazał mi emocjonalno-intelektualne potwierdzenie, że wszystko jest w porządku, ale odruch pozostał. Reboty siedziały przymocowane do ścian. Statek był gotowy do przyziemienia. Ekrany zewnętrzne pokazywały sunące w górę, oświetlone ciepłym blaskiem wieże Nowej Wenecji. W dzisiejszych czasach polie nie są zależne od koloru słońca, które je oświetla. Mogą generować własną luxową aurę. Ostatnio modne było niebo bardziej turkusowe niż niebieskie i poświata kojarząca się z zachodem słońca.