W królestwie Monszatana

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MARCIN ROTKIEWICZ

W KRÓLESTWIE MONSZATANA

GMO, gluten i szczepionki


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Dawid Ryski

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Marcin Rotkiewicz, 2017

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Korekta Sandra Trela / d2d.pl, Ewa Polańska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-595-1

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

SPIS TREŚCI

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WSTĘP – w którym oglądamy wielką katastrofę z wysokości dziesięciu tysięcy metrów

ROZDZIAŁ 1 – w którym spotykamy amerykańskiego proroka i niemieckiego anarchistę

ROZDZIAŁ 2 – w którym atomowi ogrodnicy hodują jajka z niespodzianką

ROZDZIAŁ 3 – w którym ludzie w skafandrach rozpylają zmodyfikowane bakterie oraz wybucha wojna pomidorowa

ROZDZIAŁ 4 – w którym kukurydza zmienia się w wirusa, a rolnicy popełniają masowe samobójstwa

ROZDZIAŁ 5 – w którym ludowa biologia i moralne obrzydzenie walczą z GMO

ROZDZIAŁ 6 – w którym na scenę wkraczają denialiści, nauczyciel tańca i sprytny rolnik odgrywający rolę męczennika

ROZDZIAŁ 7 – w którym na Ziemi pojawia się Monszatan, a rockowy bard układa przeciw niemu pieśń

ROZDZIAŁ 8 – w którym brytyjscy lordowie tworzą uduchowione rolnictwo organiczne (czyli ekologiczne)

ROZDZIAŁ 9 – w którym zawiązuje się globalny pszeniczny spisek wymierzony w ludzkość

ROZDZIAŁ 10 – w którym ludzkość zostaje zaatakowana przez wirusa paniki

ZAKOŃCZENIE – w którym naukowcy hodują rośliny przyszłości, a ekoaktywiści wzniecają bunt

DODATEK – w którym obalone zostają największe mity na temat GMO

Podziękowania

Przypisy końcowe

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP
w którym oglądamy wielką katastrofę z wysokości dziesięciu tysięcy metrów

Wiele razy przelatywałem samolotem (w roli pasażera) nad Europą. Sporo tych podróży odbywało się z Warszawy w kierunku zachodnim, czasami z odbiciem na północ lub południe. Zanim wsiądę do samolotu, staram się wcześniej zarezerwować przez internet miejsce przy oknie. I prawdę mówiąc, nie bardzo wiem po co. Przy czystym niebie widoki na europejskich trasach są na ogół dość monotonne: miasta w postaci małych plam, niewielkie kępki lasów i dominujące wszędzie szachownice pól uprawnych.

A jednak zdarzyło się, że obrazy te wywołały u mnie coś w rodzaju olśnienia. Chodzi mi o uczucie, gdy nagle w czymś pozornie nieciekawym zaczynamy dostrzegać coś bardzo istotnego, unaoczniającego jakieś skomplikowane zjawisko. Zaczynamy lepiej rozumieć otaczającą rzeczywistość, puzzle składają się w klarowny obraz. I od takiego właśnie „olśnienia” chciałbym rozpocząć tę książkę.

Tego dnia – chyba lecąc nad Niemcami – znów patrzyłem na ową monotonną szachownicę pól i nagle zdałem sobie sprawę, co tak naprawdę mam przed oczami. Że dopiero z wysokości około dziesięciu kilometrów dostrzegam gigantyczną, przerażającą wręcz skalę zniszczeń naturalnego środowiska, która ukryta jest za pozornie sielskimi obrazami. Rolnictwo na ogół kojarzy nam się z bliskością natury – uprawianiem roślin czy krowami skubiącymi soczystą trawę na zielonej łące. Czymś, co stoi na antypodach brudnego i trującego przemysłu. Trudno o większy kontrast niż obraz dymiących kominów elektrowni czy fabryk zestawionych ze złotymi łanami zbóż lub polami pięknych słoneczników.

Nic bardziej mylnego. Ulegamy wielkiemu złudzeniu, bo rolnictwo – z punktu widzenia dzikiej natury – stanowi jedną z najbardziej niszczycielskich aktywności człowieka. Jest bowiem bezwzględnym starciem z bakteriami, grzybami (i nie mam tu na myśli na przykład polnych pieczarek, ale znacznie mniejszych przedstawicieli tego biologicznego królestwa, czyli pleśnie), owadami, a przede wszystkim z roślinami. Rolnika interesuje właściwie tylko jedno: aby na jego polu rosła wyłącznie ta roślina, którą zasiał lub posadził. Reszta jest wrogiem przeznaczonym do zniszczenia: zatrucia, wyrwania czy spalenia. O ile lasy i dzikie łąki tętnią różnorakim życiem, o tyle pola uprawne to niemal pustynie z punktu widzenia różnorodności biologicznej. I dlatego rolnictwo jest tak dewastujące dla środowiska naturalnego. Jeśli doda się do tego pestycydy – chemiczne środki ochrony roślin, którymi farmerzy walczą z owadami, chwastami czy ­grzybami – oraz nawozy sztuczne spływające do rzek, a nimi do mórz, powstaje dość przerażający obraz.

Rolnictwo dramatycznie zmieniło życie na naszej planecie, wliczając w to oczywiście nas samych. Z istot egzystujących przez dziesiątki tysięcy lat w dość egalitarnych i niewielkich grupach zbieracko­-łowieckich zmieniliśmy się w członków wielomilionowych i zhierarchizowanych społeczeństw. Właśnie dzięki uprawie pól, sadów i hodowli zwierząt. Ale coś za coś. „Szlachetny dzikus” harmonijnie powiązany z otaczającą przyrodą i innymi ludźmi to mit. Sympatyczny, aczkolwiek nieprawdziwy. Życie plemion zbieracko­-łowieckich wypełnione było i jest (tam gdzie one nadal egzystują, na przykład w amazońskiej dżungli) przemocą, czyli walką między grupami. I ciągłym zabieganiem o energię dostarczaną w postaci jedzenia. Na początku był głód to tytuł książki profesora Marka Konarzewskiego, biologa i popularyzatora nauki, świetnie puentujący sytuację człowieka w stanie natury. Rolnictwo zaczęło wyzwalać nas właśnie od głodu, a jego rozwój w ostatnich stuleciach spowodował, że po raz pierwszy w historii ludzkości zdobycie pożywienia (w całkiem sporej części świata) ogranicza się do krótkiej wizyty w pobliskim sklepie. To radykalna zmiana, której już chyba nie dostrzegamy i nie doceniamy.

Ceną za uwolnienie od zbieractwa i łowiectwa była kumulacja dóbr prowadząca do powstania nierówności społecznych. A także zniszczenie środowiska naturalnego na niespotykaną w dziejach naszego gatunku skalę. Staliśmy się największymi destruktorami bioróżnorodności. Na świecie żyje dziś około czterystu tysięcy gatunków roślin, z których potencjalnie nadawałoby się do jedzenia jakieś trzysta tysięcy. Ale my zapewniamy przestrzeń i możliwości rozwoju zaledwie około dwustu gatunkom, spośród których największe znaczenie ma tylko piętnaście gatunków dostarczających 95 procent kalorii spożywanych w postaci żywności na całym świecie (a same pszenica, kukurydza i ryż dają nam 65 procent kalorii)1. Między innymi kosztem tętniących różnorodnym życiem lasów tropikalnych, w tym słynnej amazońskiej dżungli.

Oczywiście ocena rolnictwa zależy od wyznawanego światopoglądu. Ja z przekonania jestem miłośnikiem dzikiej natury, nazwałbym się nawet ekologiem (choć nie lubię używania tego słowa w takim kontekście, co jeszcze wyjaśnię na kartach niniejszej książki), lecz równocześnie nie chciałbym żyć w jaskini, tak jak nasi przodkowie, i każdego dnia walczyć o byt. Dlatego bliskie mi są wysiłki na rzecz ochrony środowiska, zrównoważonego rozwoju i z takiej perspektywy pisałem tę książkę. Konsekwencją tego jest mój stosunek do rolnictwa. Wiem, że pozwala mi ono wygodnie egzystować, niemniej uważam, iż należy energicznie wspierać metody zmniejszania jego destrukcyjnego wpływu na środowisko.

 

Ten moment to najwyższa pora, by wyjaśnić Czytelnikom, jaki właściwie związek mają powyższe rozważania z genetycznie zmodyfikowanymi roślinami, czyli tak zwanym GMO[1], którym przede wszystkim poświęcam niniejszą książkę. Otóż biotechnologia, w tym inżynieria genetyczna, ma szanse uczynić rolnictwo bardziej przyjaznym dla środowiska. Domyślam się, że zdanie to niektórych Czytelników mocno zdziwiło – czy wręcz oburzyło, bo rośliny GMO[2] dość powszechnie uchodzą za coś niebezpiecznego dla zdrowia człowieka i natury. To nieprawda, a nawet więcej: jedno z największych i najbardziej rozpowszechnionych kłamstw ostatnich dekad. Między innymi dlatego postanowiłem napisać tę książkę.

Będzie to opowieść o czymś trudnym do zrozumienia, lecz przez to fascynującym, czyli powodach odrzucenia – głównie przez Europę, ale i wielu ludzi na innych kontynentach – genetycznie zmodyfikowanych roślin. O ataku na nowoczesną rolniczą biotechnologię, który przypuścili działacze organizacji deklarujących bezkompromisową obronę środowiska naturalnego. O przestraszonej i niemającej pojęcia o istocie sporu opinii publicznej. O nieodpowiedzialnych mediach i krótkowzrocznych politykach, dla których sondaże nastrojów wyznaczają horyzont myślenia i działania. O naukowcach i hochsztaplerach oraz przemyśle i wielkich pieniądzach. Będzie to również opowieść o biedzie i śmierci ludzi z powodu poznawczego lenistwa i ideologicznego zacietrzewienia sytych mieszkańców Zachodu. Zamierzam przybliżyć Czytelnikom jedną z najbardziej intrygujących i smutnych historii naszych czasów. Historii, która się jeszcze nie zakończyła, a jej finał może być albo dobry, albo zły.

Na kwestii GMO jednak tej opowieści nie zakończę, gdyż chcę również pokazać, jak analogiczne mechanizmy rządzą innymi współczesnymi zjawiskami: antyglutenową i antyszczepionkową paniką.

Ta książka jest też swego rodzaju podsumowaniem mojej ponad­dwudziestoletniej pracy jako dziennikarza naukowego. W jej trakcie zawsze starałem się przedstawiać rzetelną wiedzę, by na podstawie faktów, a nie mitów, Czytelnicy mogli wyrobić sobie własne zdanie na różne tematy. Dlatego mam nadzieję, że w czasach, kiedy – jak się to teraz mówi – zaczynają dominować postprawda i „fakty alternatywne”, taka książka okaże się szczególnie przydatna.

ROZDZIAŁ 1
w którym spotykamy amerykańskiego proroka i niemieckiego anarchistę

Mieli zasłonięte materiałem twarze lub nosili maski i dlatego przypominali wyglądem pospolitych bandytów. Ponadto wkładali damskie ubrania lub przebierali się tak, by uniemożliwić rozpoznanie, kim są. Ich uzbrojenie stanowiły młoty kowalskie, siekiery, piki, a czasami również broń palna. Luddyści, bo tak nazywano tych ludzi, byli buntownikami w drugiej dekadzie XIX wieku w Anglii. Próbowali mianowicie odwrócić bieg dziejów, czyli zatrzymać ówczesną rewolucję przemysłową: ich celem stały się przede wszystkim maszyny tkackie, które z zaciekłością rozwalali, gdyż zabierały im pracę, radykalnie zmieniały dotychczasowy styl życia i niszczyły rzemiosło, przekształcając je w masową produkcję.

Ten bunt, stosunkowo szybko stłumiony przez ówczesne władze, z biegiem czasu zyskał romantyczną otoczkę niczym postać Robin Hooda (luddyści również działali między innymi w Nottingham). Miał bowiem mitycznego przywódcę, niejakiego Neda Ludda (choć nie ma pewności, czy ktoś taki istniał), zwanego również Generałem Luddem czy wręcz Królem Luddem. I kusił niemal filozoficznym przesłaniem wymierzonym w bezwzględne i coraz szybsze zmiany technologiczne. Dlatego znalazł naśladowców w postaci współczesnych neoluddystów sprzeciwiających się innowacjom. Co więcej, w ostatnich dekadach zyskał bardzo na popularności, gdyż oburzenie dziewiętnastowiecznych rzemieślników zastąpiła irytacja konsumentów z końca XX wieku domagających się na przykład „naturalnej i lokalnie wytwarzanej żywności”, a więc również wolnej od zmodyfikowanych genetycznie roślin.

Dotąd wydawało się, że nikt nie ma takiej mocy, by zastopować innowacje i zatrzymać postęp technologiczny. A jednak, w przeciwieństwie do luddystów sprzed dwóch stuleci, ich następcom udało się skutecznie opóźnić, a w niektórych rejonach świata nawet zastopować rozwój jednej z technologii – biotechno­logii rolniczej wykorzystującej narzędzia inżynierii genetycznej. Za ten bezprecedensowy i niewątpliwie spektakularny „sukces” w ogromnym stopniu odpowiada pewna międzynarodowa organizacja: Greenpeace.

Przez długi czas bardzo trudno mi było zrozumieć te działania. Jeśli bowiem spojrzeć wyłącznie z racjonalnych pozycji na decyzję Greenpeace’u o podjęciu walki z biotechnologią, dającą szansę na ograniczenie negatywnych dla środowiska naturalnego skutków rolnictwa, wydawało się to skrajnie absurdalne. Dlatego czytając publikacje tej organizacji, wnikliwie analizowałem przedstawiane przez nią argumenty. Jednak im dłużej to robiłem, tym bardziej niezrozumiała wydawała mi się jej postawa, a szczególnie niejasne były powody, dla których podjęła taką decyzję. W pewnym momencie, a konkretnie na początku 2012 roku, postanowiłem więc zaczerpnąć informacji u samego źródła i zaproponowałem spotkanie ówczesnemu szefowi polskiego oddziału Greenpeace’u, panu Maciejowi Muskatowi. Chciałem dowiedzieć się, z jakich dokładnie przyczyn pod koniec lat dziewięćdziesiątych minionego wieku jego organizacja stanęła do bezpardonowej walki z GMO. Co dokładnie pchnęło ją do tej decyzji, jakie argumenty przeważyły? Czy zasięgano opinii naukowców, a jeśli tak, to kogo?

Organizację Greenpeace założyli we wczesnych latach siedemdziesiątych XX wieku w Kanadzie pacyfiści protestujący przeciwko testom broni jądrowej. Później jej działalność znacznie się rozszerzyła, zarówno tematycznie – między innymi walczono z połowami wielorybów, toksycznymi odpadami oraz energetyką jądrową – jak i terytorialnie. Greenpeace stawał się powoli globalną instytucją z bardzo dużym budżetem (obecnie wynoszącym około dwustu trzydziestu milionów euro rocznie), którą wspiera datkami ponad trzy miliony ludzi i dla której pracuje ponad trzydzieści sześć tysięcy wolontariuszy na całym świecie. Nadrzędnym celem ich działania, przynajmniej na poziomie deklaracji, jest obrona środowiska naturalnego. Stąd też określa się Greenpeace, choć według mnie błędnie i myląco[3], mianem organizacji „ekologicznej”, a jej aktywistów „ekologami”.

A wracając do mojego spotkania z szefem polskiego Green­peace’u: gdy zadałem mu pytanie o same początki walki z GMO i źródło tak negatywnego nastawienia do tej technologii, nie potrafił na nie jasno odpowiedzieć. Wspomniał tylko ogólnikowo o dokumencie wysłanym przed laty przez naukowców do jego organizacji. Dopiero po naszej rozmowie otrzymałem z Greenpeace’u e­-mail z krótką informacją, że mniej więcej dwadzieścia lat wcześniej kilku naukowców, w tym genetyk Pierre­-Henri Gouyon i botanik Jean­-Marie Pelt, wystosowało apel do Ecoropy (europejskiej organizacji ekologistycznej), w którym zwracało uwagę na niebezpieczeństwa związane z uwalnianiem GMO do środowiska naturalnego. „Ten list sprawił, że Greenpeace, który współpracował z Ecoropą, rozpoczął kampanię na rzecz wyeliminowania GMO z użycia w środowisku naturalnym” – informowano mnie w e­-mailu. Skoro tak – kontynuowałem korespondencję – to czy mógłbym ów dokument otrzymać? Odpowiedź rzeczniczki organizacji była zaskakująca: „Nie wiem, gdzie można znaleźć ten list. Proponuję kontakt z wymienionymi naukowcami”. Jak to?! Nie ma w archiwach dokumentu, który spowodował, że Greenpeace rozpoczął jedną ze swoich największych kampanii, w dodatku kosztującą do tej pory co najmniej osiemdziesiąt cztery miliony euro[4]?

No cóż – pomyślałem – może polski oddział organizacji niewiele na ten temat wie (choć samo w sobie było to intrygujące), ale międzynarodowa centrala z pewnością dysponuje owym listem. Odpowiedź nadesłana przez rzeczniczkę Greenpeace’u z Amsterdamu (tam mieści się główna siedziba) okazała się nie mniej zagadkowa: nie posiadają tego dokumentu i sugerują, żebym skontaktował się bezpośrednio z Ecoropą… Tak też zrobiłem. Na moje pytanie odpowiedziała sama szefowa organizacji Christine von Weizsäcker: nie udało się jej znaleźć apelu naukowców w sprawie GMO w archiwach, nikt nie słyszał o tym dokumencie, a w ogóle to mógł on zostać wysłany przez ówczesny francuski oddział Ecoropy, a dziś lokalne struktury albo już nie działają, albo się usamodzielniły. Ostatnim tropem pozostawali więc dwaj francuscy naukowcy: Pierre­-Henri Gouyon i Jean­-Marie Pelt. Ale na moje e­-maile nie doczekałem się z ich strony żadnej odpowiedzi (później zaś, w 2015 roku, Pelt zmarł).

W tamtym momencie wiedziałem więc tylko tyle, że Greenpeace rozpoczął swoją wielką akcję na podstawie apelu (ale nie wiadomo, co dokładnie w nim było) wystosowanego (być może) z jakiegoś lokalnego oddziału mało znanej organizacji Ecoropa i podpisanego przez bliżej nieokreśloną grupę naukowców, spośród których tylko dwa nazwiska są dziś znane. Dopiero pisząc tę książkę, odkryłem, że całą tę historię można potraktować jako jedną z wielu manipulacji Greenpeace’u w sprawie GMO. Choć nie kwestionuję tego, że jacyś naukowcy wysłali kiedyś jakiś list do organizacji Ecoropa, a stamtąd trafił on do Greenpeace’u. Jednak ów dokument nie miał większego (a być może nawet żadnego) znaczenia przy podejmowaniu decyzji o rozpoczęciu wojny z GMO. Jak zatem było naprawdę?

Genetyczna Kasandra

„Wie pan, gdzie narodził się ruch sprzeciwu wobec GMO? W moim biurze” – stwierdził buńczucznie Amerykanin Jeremy Rifkin podczas rozmowy z europejskim serwisem internetowym ­EurActive.com, do której doszło w 2015 roku2. Nie były to czcze przechwałki. To rzeczywiście Rifkin dał ruchom anty­-GMO, przede wszystkim Greenpeace’owi, ich credo oraz całą uzasadniającą je antybiotechnologiczną ideologię. I do dziś ma on ogromny wpływ na organizacje ekoaktywistów.

Urodził się w 1945 roku w stolicy stanu Kolorado, Denver. Jeszcze w trakcie studiów – ukończył Uniwersytet ­Pensylwanii, gdzie uzyskał licencjat z ekonomii, oraz Uniwersytet Tufts, w którym obronił pracę magisterską ze stosunków międzynarodowych – postanowił zostać zawodowym aktywistą. Jak po latach wspominał, myśl o działalności społecznej zakiełkowała w jego głowie dość niespodziewanie w 1967 roku, gdy pewnego dnia przechodził obok grupy studentów protestujących przeciw wojnie w Wietnamie. Zrozumiał wówczas, że nie może ich ani całej tej tragicznej sprawy zaangażowania USA w krwawy konflikt w dalekiej Azji zostawić. Już następnego dnia zorganizował na uczelni wiec poświęcony wolności słowa, a niedługo później stał się jednym z czołowych działaczy ruchów pacyfistycznych w Stanach Zjednoczonych.

Rifkin miał sporą charyzmę, niespożytą energię, świetną umiejętność autoprezentacji i wielką potrzebę bycia w centrum różnych wydarzeń oraz skupiania na sobie uwagi. Dlatego wojna w Wietnamie z czasem okazała się zbyt wąskim problemem, a przede wszystkim zmierzała ku końcowi. Włączył się więc w organizowanie skrajnie lewicowych (przynajmniej jak na standardy amerykańskie) ruchów społeczno­-politycznych, które miały radykalnie zmienić Amerykę3. W 1973 roku zorganizował protest przeciwko koncernom naftowym. Akcja odbyła się w Bostonie w dwusetną rocznicę słynnej „herbatki bostońskiej”, czyli wyrzucania do morza transportu herbaty, który przypłynął do portu na pokładzie brytyjskich statków. Był to wyraz sprzeciwu wobec polityki Londynu i dowód rosnącego poczucia niezależności ówczesnej zamorskiej kolonii. W 1973 roku, zamiast herbaty, w wodach bostońskiej zatoki wylądowały puste beczki po ropie. Stany Zjednoczone znajdowały się wówczas na początku potężnego kryzysu naftowego[5].

To właśnie w tamtym czasie Rifkin zwrócił też uwagę na burzliwą dyskusję toczącą się wokół zastosowań inżynierii genetycznej. W 1972 roku amerykańskiemu biochemikowi Paulowi Bergowi udało się uzyskać pierwszą tak zwaną rekombinowaną (czyli zmienioną nowymi narzędziami inżynierii genetycznej) cząsteczkę DNA. Do materiału genetycznego małpiego wirusa SV40 włączył fragmenty DNA bakteriofaga (czyli wirusa atakującego bakterie) o nazwie lambda. Kolejnym krokiem miało być wkomponowanie tak powstałego „hybrydowego” wirusa do DNA bakterii Escherichia coli (żyjącej między innymi w naszych jelitach). Jednak Berg tego nie zrobił, bojąc się nieprzewidzianych, a potencjalnie bardzo groźnych konsekwencji eksperymentu, na które zwracali uwagę współpracownicy naukowca, przede wszystkim doktorantka Janet Mertz. Ich poważne obawy budziło to, że wirus SV40 potrafi wywoływać nowotwory u zwierząt, między innymi u małp. Co by się zatem stało, gdyby z laboratorium, niechcący, wydostała się tak zmodyfikowana genetycznie bakteria? Czy mielibyśmy epidemię nowotworów?

 

Dlatego Berg napisał list otwarty do naukowców na całym świecie, który został opublikowany pod koniec lipca 1974 roku w tygodniku „Science”. Ostrzegał w nim przed potencjalnymi niebezpieczeństwami doświadczeń polegających na przenoszeniu genów z jednych organizmów do drugich. I postulował wprowadzenie moratorium na tego typu eksperymenty do czasu zakończenia szerszej dyskusji w gronie specjalistów (i nie tylko). Choć nie wszyscy zgadzali się z Bergiem, jego apel poskutkował i w laboratoriach przestrzegano dobrowolnego moratorium. Był to pierwszy taki przypadek w historii nauki.

Rok później Berg wraz z innymi uczonymi zorganizował w miejscowości Asilomar w Kalifornii spotkanie stu czterdziestu naukowców (w tym sześćdziesięciu z dwunastu krajów oprócz USA) oraz lekarzy, prawników i szesnastu dziennikarzy. W owym zaszczytnym gronie znaleźli się też dwaj wybitni polscy genetycy: profesorowie Piotr Węgleński i Wacław Gajewski (związani z Uniwersytetem Warszawskim oraz z Instytutem Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk w Warszawie).

Profesor Węgleński opowiedział mi o tym wydarzeniu w wywiadzie dla „Polityki”4:

Przez kilka dni roztrząsaliśmy wszelkie możliwe scenariusze: co się może stać złego i dobrego dzięki metodom inżynierii genetycznej? Wśród uczonych wyczuwalny był lęk, że oto otwieramy puszkę Pandory, z której nie wiadomo co wyskoczy. A jeśli będziemy mogli modyfikować wszystko, to w pewnym momencie zaczniemy modyfikować również człowieka. Jednak obawy głównie dotyczyły zastosowań inżynierii genetycznej w celach militarnych, na przykład w postaci broni z superzjadliwych wirusów czy bakterii. Dużą rolę odegrał w tych dyskusjach James Watson, laureat Nagrody Nobla i współodkrywca – w 1953 roku – budowy cząsteczki DNA, czyli słynnej podwójnej helisy. Mówił zebranym, że jest doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej i gdyby miał prawo zdradzić, co znajduje się w magazynach wojskowych, to uczeni nie przejmowaliby się wydumanymi niebezpieczeństwami inżynierii genetycznej. „Mamy tyle różnego rodzaju świństw, że każdego człowieka na tej planecie można by za ich pomocą zabić na osiem różnych sposobów jednocześnie. Rosjanie posiadają to samo albo i dwa razy więcej” – przekonywał.

Na konferencji ustalono, że doświadczenia polegające na modyfikacji DNA za pomocą metod inżynierii genetycznej mogą być prowadzone z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności. Jeżeli na przykład ktoś pracuje dziś nad genami wirusa HIV, to musi to robić w najwyższej klasie zabezpieczeń. Jeżeli zaś ktoś eksperymentuje z bakteriami, do których wprowadzono gen odpowiadający za produkcję ludzkiej insuliny, to wystarczy pierwsza klasa. Czyli praktycznie rzecz biorąc – normalne laboratorium biologiczne, bo ani bakteria, ani gen insuliny nie stanowią zagrożenia. Dziś wszystkie kraje, gdzie nauka jest rozwinięta, stosują się do tych zasad. Natomiast proste doświadczenia z inżynierii genetycznej, między innymi we Francji, wykonują uczniowie już w szkołach średnich, a w Polsce studenci biologii na wszystkich uniwersytetach. Polegają one na przykład na wprowadzaniu do bakterii genu pochodzącego od robaczka świętojańskiego. I dzięki temu hodowla mikrobów pięknie świeci5.

Ale konkluzje konferencji w Asilomar miały nie tylko wymiar praktyczny w postaci listy zaleceń, jak powinno się prowadzić eksperymenty z wykorzystaniem rekombinowanego DNA. Stały się również impulsem dla sformułowania etycznych zasad, którymi do dziś kierują się badacze wykorzystujący inżynierię genetyczną6. Dzięki zaś obecnym w Asilomar dziennikarzom z przebiegiem debaty naukowców mogła się zapoznać opinia publiczna. Przy czym niektóre późniejsze publikacje podsycały lęki. W 1976 roku w „The New York Times Magazine” profesor Liebe Cavalieri, biochemik z Uniwersytetu Cornell, sugerował w swoim artykule zatytułowanym New Strains of Life – or ­Death [Nowe odmiany życia – lub śmierci], że zmodyfikowane DNA może przypadkowo wywołać epidemię nowotworów. Wielu naukowców szybko zdementowało te spekulacje, nazywając je szalonymi lub wymysłem autora, ale tekst wywołał poruszenie. W Kongresie odbyły się przesłuchania mające ustalić, czy rząd nie powinien nałożyć ostrych restrykcji na badania z użyciem inżynierii genetycznej. W tym samym czasie burmistrz Cam­bridge (ale tego leżącego w amerykańskim stanie Massachusetts) Alfred Vellucci publicznie wyrażał zaniepokojenie, czy genetycznie zmodyfikowane bakterie nie wydostaną się z laboratoriów Uniwersytetu Harvarda, znajdującego się w centrum miasteczka7.

Informacje te docierały do Jeremy’ego Rifkina, który w pewnym momencie uznał, że oto na jego oczach dzieje się coś ogromnie niebezpiecznego – człowiek zaczyna manipulować DNA organizmów żywych, w tym swoim własnym, co kojarzyło mu się z eugeniką, obiecującą wyhodowanie kiedyś zdrowszej i mądrzejszej ludzkości. Już w 1977 roku opublikował książkę zatytułowaną Who Should Play God? (co można przetłumaczyć: „Kto powinien bawić się w Boga?”), w której przypuścił ostry atak na inżynierię genetyczną. Twierdził między innymi, że „zabawa genami” może skończyć się dla ludzkości równie koszmarnie jak nuklearny holokaust spowodowany wojną jądrową. Dlatego najważniejsze pytanie, na które musimy sobie odpowiedzieć, brzmi: czy zachowamy nasz i inne gatunki, czy też będziemy je masowo przebudowywać dzięki inżynierii genetycznej? W kilku miejscach książki pisał też o mającej pojawić się kiedyś na rynku żywności zmodyfikowanej genetycznie, twierdząc między innymi, że naukowcy z koncernu General Electric już eksperymentują z tabletką pozwalającą ludziom jeść i trawić siano podobnie do krów. Ma być ona w pierwszej kolejności przeznaczona dla osób otrzymujących pomoc społeczną, jako alternatywa bonów na tradycyjną żywność.

W kolejnej książce na temat biotechnologii[6], zatytułowanej Algeny i wydanej w 1983 roku, Rifkin nawiązał do dawnej przednaukowej dziedziny wiedzy – alchemii (ang. alchemy). Jej zwolennicy wierzyli między innymi w to, że każdy metal da się odpowiednimi zabiegami przekształcić w szlachetne złoto. Podobnie współcześni naukowcy zdaniem Rifkina traktują materiał genetyczny organizmów jak plastyczną masę, którą można dowolnie lepić i mieszać, by uzyskiwać coraz doskonalsze – z punktu widzenia człowieka – stworzenia (stąd tytuł książki: Algeny). DNA, białka, komórki i całe organizmy mają się stać w przyszłości trybikami w nowych biologicznych maszynach konstruowanych zgodnie z potrzebami człowieka. Jeśli dziś inżynieria genetyczna zajmuje się bakteriami, to jutro stworzy nowy rodzaj psa, a niedługo później nowego człowieka. Zdaniem Rifkina nie powinno się na to pozwolić, gdyż w ten sposób ludzie nieodwracalnie i na gorsze zmienią świat, być może nawet doprowadzając do apokalipsy.

Na kartach Algeny skrytykował również mocno teorię ewolucji Karola Darwina, która według niego była wytworem kapitalizmu ery przemysłowej, a nie teorią naukową. Profesor Stephen Jay Gould, znany zoolog i geolog z Uniwersytetu Harvarda oraz świetny popularyzator nauki (jego książki zostały przetłumaczone między innymi na język polski) o lewicowych poglądach, w recenzji Algeny zamieszczonej w 1985 roku na łamach „Discover”8 nie zostawił na tej książce suchej nitki. Uznał ją bowiem za sprawnie napisany traktat będący jednak antyintelektualną propagandą udającą naukę. „Chyba nigdy nie czytałem tak tandetnej książki, która byłaby reklamowana jako poważna wypowiedź znanego intelektualisty” – pisał Gould.

Stawia on tezom Rifkina pięć głównych zarzutów. Po pierwsze, autor Algeny spiera się na jej kartach nie z prawdziwą teorią ewolucji, ale z jej wręcz absurdalną karykaturą, uciekając się między innymi do używania argumentów kreacjonistów walczących zaciekle z darwinizmem. Na przykład: żywe komórki są zdaniem Rifkina zbyt skomplikowane, by mogły wyewoluować przez przypadek, gdyż prawdopodobieństwo takiego zdarzenia miałoby być znikome. Sugeruje również, że w ogóle darwinizm jest pseudonaukowy. Co więcej, w swoich atakach na ewolucję Rifkin – co Gould zauważa z pewnym rozbawieniem – posługuje się także teorią punktualizmu (według której gatunki powstają bardzo szybko, a później nie ulegają już gwałtownym przemianom) autorstwa… Goulda, ale znów w jakiejś zupełnie karykaturalnej formie.

Zarzut numer dwa: Rifkin nie rozumie tego, ani czym jest nauka, ani jak działa. Ciągle na przykład myli fakty z teoriami. Po trzecie, amerykański aktywista nie szanuje zasad uczciwej debaty, gdyż zniekształca i trywializuje argumenty przeciwników po to, żeby swoje wątpliwe twierdzenia przedstawić w różowym świetle. Pisze na przykład, że ewolucjoniści nie mają pojęcia o drzewie rodowym koni, powołując się na wystawę w Amerykańskim Muzeum Historii Naturalnej, która odbyła się w… 1905 roku. Szczątki przodków koni ułożono na niej według wielkości kości, a nie według ich genealogii. „Racja, Jeremy, to była bardzo kiepska wystawa, ale mógłbyś przeczytać książkę Horses George’a Gaylorda Simpsona, żeby przekonać się, co wiemy na temat ewolucji tych zwierząt” – pisze Gould. Podaje również przykłady rzekomego obalenia przez Rifkina tez adwersarzy, których ci nigdy nie formułowali, albo takich, które sami dawno już porzucili.