Księga zepsuciaTekst

Z serii: Księga Zepsucia #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wystarczy kropla, więcej mi nie trzeba – wyjaśniła dziewczyna, unosząc lekko czarne, wyrysowane cienko brwi. – To dobra oferta, gdy chodzi o moje imię. Mówiłam, że mnie zaciekawiłeś. A ja od dawna nie byłam zaciekawiona. Jak zatem będzie?

Rud westchnął.

– To jakaś paranoja – stwierdził. – Wszyscy tu mają kuku na muniu. Ile zapłacił wam gubernator za tę szopkę?

– Zgadzasz się czy nie? – spytała gotka nieco zimniejszym tonem. Wciąż na niego patrzyła. Jej czarne oczy błyszczały w ciemności, a i ją samą było już widać coraz wyraźniej. Zbliżał się świt. – Mogłabym się nie targować – zaznaczyła. – Mogłabym wziąć, co moje.

– Wariactwo – żachnął się Rud. Wzruszyła ramionami. – Ale w porządku, niech ci będzie – oznajmił, uśmiechając się podobnie jak ona. Jeśli gubernator zamierzał wciągnąć go w jakąś chorą grę, dobrze by było rozeznać się w jej zasadach. – Nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale potrzebuję czegoś ważniejszego niż twoje imię. Informacji o popieprzonych wymysłach Konrada... wybacz mój francuski. Imię dorzucisz bonusem.

– Informacji? – spytała niepewnie. Malkolm przewrócił oczami.

– Danych – wyjaśnił. – Wyjaśnień.

– To rozumiem – uznała. – Co zatem chcesz wiedzieć?

Rud westchnął. Co chciał wiedzieć? Cóż, było tego sporo.

– Część chyba rozumiem – uznał. – Jestem gdzieś w kantonie rosyjskim, najprawdopodobniej obok gór Ural. Ty... tak samo jak ta oszalała staruszka, siedzisz w kieszeni gubernatora. Wasza sprawa, nie mam pretensji. Salowski kazał wam jednak mówić, że to nie Rosja, a jakaś Thea... miejsce, gdzie wysoko cenicie sobie prawo naturalne. Nieco to przygnębiające, ale okej, niech wam będzie.

– Proste Prawo – poprawiła. – Błogosławieństwo Ciemności.

– Czego znowu? – jęknął.

– Ciemności – powtórzyła spokojnie dziewczyna, nie spuszczając wzroku z Ruda. – Mówisz, jakbyś nie wiedział, kto zwyciężył, i to przed erami. Czy nie czujesz triumfu błogosławionej Ciemności nad przekleństwem Światła?

– Dziewczyno, nie bełkocz – poprosił. – Za dużo informacji naraz. Co miało niby zwyciężyć w kantonie rosyj... wróć, na Thei? Ciemność? Zło znaczy? W tym waszym scenariuszu wygrały siły zła?

Gotka kiwnęła niepewnie głową. Rud prychnął.

– To się kupy trzymać nie będzie – uznał. – Koncepcja może ciekawa, ale kraina czy świat, w którym wygrało zło, nie ma prawa funkcjonować. Posypie się to logicznie. Mniejsza zresztą o większość. Zróbmy może tak – zaproponował, sadowiąc się na omszałym kamieniu. Cała sytuacja zaczęła go bawić. – Proste pytania, proste odpowiedzi. Stoi?

– Stoi – zgodziła się.

– No to lecimy – zapowiedział. – Najpierw ta twoja Thea. To jakieś państwo? Kraina? Świat?

– Nie rozumiem, co masz na myśli – odpowiedziała po chwili. – Wszystko jest Theą... choć znajdujemy się dopiero w jednym z jej Odstępów, z dala od Dominiów. Czy naprawdę nie wiesz, gdzie jesteś?

– Odstępy, co? Niech ci będzie. Jestem zatem w Odstępach, czyli, jak rozumiem, na zadupiu. Z dala od czego? Dominiów? Okej, świetnie. A ci Skrzywieni? Wyginają Proste Prawo Thei, tak? Magicy znaczy? Niech będzie, ich sobie na razie zostawmy. A Kręgi?

– Naprawdę nie wiesz – szepnęła – kim jesteś?

– Za chwileczkę – przerwał jej. – Najpierw, kochana, co nieco o Kręgach, w porządku?

– Najbliższy należy do Kruczej Wieży – powiedziała. – I jest już twój, jeśli zabiłeś Matkę Gerdę, która go stworzyła. Musisz się jednak pośpieszyć... bo jeśli ona nie żyje, to Krąg z pewnością pękł. Kruczą Wieżę szybko zaleje Pomrok.

– Pomrok? – prychnął. – Jeszcze lepiej. Czyli ten Krąg to jakieś magiczne pole siłowe? Chroniące przed Pomrokiem?

Dziewczyna nie odpowiedziała, patrząc na Malkolma niczym cielę na malowane wrota. Rud westchnął.

– A wiesz, że to rozsadza wam nieco koncepcję świata, w którym wygrało zło? – zauważył. – Skoro zło zatriumfowało, to przed czym się chować? Przed większym złem? Zabawna koncepcja. Dobrze, nie rób takich wielkich oczu. Wyjaśnij lepiej, o co chodzi z tym całym... jak to było? Upodleniem...?

– Czy nie upodliłeś nikogo poprzez swą krew? – zdziwiła się. – Skrzywieni często tak czynią, gdy pragną posiadać sługi.

– I to wszystko wymyślił Salowski? – Malkolm parsknął w odpowiedzi. – Wypijesz krew Skrzywionego i stajesz się Renfieldem z „Draculi”? „Ocal mnie, mistrzu”, i tak dalej? Nic dziwnego, że jego najdroższy synalek był taki popie...

Urwał. To, co było zabawne, nagle zabawnym być przestało. Wspomnienie Cypriana...

Tatusiu, pomóż mi!

...aktywowało kompletnie inne wspomnienia i Rud poczuł, że ma dosyć. Wstał.

– Okej, wystarczy bełkotu – uznał. – Thea nie Thea, spadam stąd. Wzywaj sobie, kogo chcesz. Ciało staruszki jest na górze, na skalnej półce. Zaatakowała mnie... w zasadzie bez powodu. Musiałem się bronić, ale to pewnie i tak nie będzie miało znaczenia...

– Nie! – zaprzeczyła gotka. – Zawarliśmy umowę!

– Co? A, tak. Dobra, niech ci będzie...

– To, co upadło, już nie powstanie – przyznała niejasno. – Wyciągnij rękę.

Cóż, najwidoczniej układ – tak jak wszędzie – trzeba było przypieczętować uściskiem dłoni. Malkolm wyciągnął prawicę, ale dziewczyna zmrużyła tylko brwi, jakby zrobił coś niewłaściwego. Podeszła bliżej, ale nie ujęła jego ręki. Zamiast tego złapała go nagle za palce i dziabnęła czymś ostrym. Syknął, bardziej z zaskoczenia niż z bólu.

– Zwariowałaś?! – obruszył się, wyrywając zranioną dłoń. – Co to miało niby być?!

Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła na wąskie, czarne ostrze wyciągniętego sztyletu i na spływającą po nim krew.

– Czerwona i czysta – oznajmiła z lekkim zaskoczeniem. – Słodka.

– Kompletnie cię porąbało... – wykrztusił, z niepokojem zerkając na rękę. Cięcie było gładkie, ledwie go drasnęła, ale czuł nieprzyjemne pieczenie.

– Milcz – rozkazała, zbliżając sztylet do twarzy. – Zaczekaj.

– Na co mam niby... – zaczął i urwał. Dziewczyna polizała sztylet, przymknęła oczy i zastygła w bezruchu.

Zaskoczony Rud patrzył, jak stoi, kompletnie nie zwracając uwagi na niego ani na lekkie podmuchy wiatru. Szarzało już, powoli wracały kolory, ale niechętnie, jakby spętane siwizną parującej mgły.

– Malkolm – szepnęła. – Niech cię Świetlisty! Ciekawe. Tyle w tobie opowieści... i cóż za desperacja! A więc zabiłeś Gerdę? Świetnie.

– Co ty wyprawiasz? – spytał. Nie przypominał sobie, żeby się przedstawiał, ale jeśli i ona działała z poruczenia Salowskiego... – Posłuchaj, kochana. Jeśli myślisz, że dam się w to wciągnąć, to się grubo...

Przerwał. Patrzył, jak dziewczyna otwiera swe wielkie oczy i uśmiecha się do niego. Po ustach wciąż błądziła jej kropelka jego krwi.

– A więc wymiana. Teraz rozumiem... pomyślmy... Marla. Będę dla ciebie Marlą. Oto imię. Przyjmiesz je?

– Jak dla mnie możesz nazywać się i Michasia – uznał. – Może teraz łaskawie przestaniesz ze mną pogrywać i powiesz mi, gdzie jestem? Ale tym razem naprawdę?

– U siebie – odparła Marla, uśmiechając się nieco szerzej. – Pod Grobowymi Górami, przed Kościstym Lasem. Sporo za Nocną Obręczą. Zaledwie pół brzasku leśnym traktem od Kruczej Wieży. Krąg był niegdyś spory, lecz Gerda zbyt wiele razy skrzywiała Proste Prawo. Pójdziesz tam – dodała, wskazując na ścianę lasu. – Na wschód. Już pewnie wiedzą.

– Kto wie? – spytał Rud, krzywiąc się lekko. Dłoń ciągle go szczypała. – Kogo wynajął Salowski? Powiedz mu, że nie będę brał udziału w jego chorych gierkach! Jego syn... dostał to, na co zasłużył!

– Gniew! – zaśmiała się. Śmiech miała ładny, czysty, zniknęła gdzieś wcześniejsza chrypka. – Prawdziwy gniew! Jesteś niczym dar, głupcze z Grobowych Gór. Niczym cenny skarb! Jeśli nie zginiesz. Choć zginiesz prawie na pewno.

– Bzdury – syknął. Ale dziewczyna już skończyła. Z cichym chichotem pobiegła pomiędzy kamienie.

Normalka, pomyślał Malkolm półprzytomnie. Obłąkane staruchy rzucają się do bicia, a młode dziewczęta piją twoją krew. Była to na tyle paradoksalna myśl, że się uśmiechnął – nerwowo, rzecz jasna, szczerząc zęby jak wygłodniały wilk.

– Czekaj! – krzyknął we mgłę, ruszając tam, gdzie wydało mu się, że zbiegła. – Marla! Cholera jasna! Marla!

Nikogo nie było.

Zaczął znów nawoływać. Nie miało to najmniejszego sensu. Głos niósł się daleko: gotka z pewnością go słyszała, ale nie chciała wrócić. Miało to swoje plusy – jeśli pobiegła do jazdolotu, usłyszy choćby silnik. Inna sprawa, że jeśli będzie się dalej darł, to usłyszą i jego.

To ostatnie do niego przemówiło. Rud umilkł, bardziej z przezorności niż z lęku. Zamiast strachu czuł coś innego – narastającą wściekłość. Uczucie było dobre, dalekie od rezygnacji, depresji i stagnacji. I bardzo dalekie od dawnej, niezaleczonej rozpaczy.

Chodził jeszcze przez chwilę wokół. Niebo różowiło się już, ale rodzący się świt zdawał się przygaszony i blady, zupełnie jakby promienie słońca z trudem przeciskały się przez atmosferę. Malkolm schylił się, szukając śladów na wydeptanej trawie – dziwnie pożółkłej, choć mokrej od porannej rosy. Wciąż było sporo błota, pozostałości po burzy. Zebrał nieco wilgoci z kamieni i przetarł twarz. Zlizał też wodę z dłoni. Poranna survivalowa toaleta. Co teraz?

Plan się zasadniczo nie zmienił. Dotrzeć do cywilizacji, przetrwać. O to ostatnie martwił się najbardziej. Nigdy nie był specjalnym fascynatem szkół przetrwania. Nie miał też żadnego sprzętu, a o północy jako kierunku świata wiedział tyle, że rzekomo wpływa na rosnący na drzewach mech. Zawsze wolał skręcać rzeczy, naprawiać je i przekształcać – stąd też jego praca w SynchroWork – ale nie sądził, by umiejętności złotej rączki mogły się w tym momencie przydać. Dobrze chociaż, że Marla wskazała mu kierunek. O ile mówiła prawdę.

 

Za plecami miał zatem góry, które widział już w całej okazałości. Skoro dziewczyna wskazała wschód i las zwany Kościstym, to góry – na logikę – ciągnęły się grubym, krętym murem z północy na południe. Jak było w tym starym filmie? Czy to nie na wschód należało iść, by natknąć się na cywilizację? Albo chociaż na leśniczówkę... tę całą Kruczą Wieżę czy jak nazywało się to diabelstwo.

Thea, świat, w którym wygrało zło. Magiczni Skrzywieni, Kręgi ochronne, upodlenia, Odstępy... Pierdoły. Ciekawe, ile Salowski zapłacił za wymyślenie tych bzdur. Bo jeśli wykoncypował je sam, to ewidentnie powinien zająć się nim lekarz.

Rud, wzdychając, wyciągnął woreczek Matki Gerdy i wygrzebał ze środka ostatni kawałek suszonego mięsa. Ugryzł.

Była to jego ostatnia dająca poczucie normalności czynność.

Krawędź tarczy słońca wynurzyła się z wolna zza wierzchołków wielkich, ciemnych drzew. Była niczym czerwona, pulsująca korona, po której pływały płomienie odległych wybuchów. Taniec rozgrzanej plazmy, piekło kosmicznej lawy. Świt okazał się blady i choć sunące po lesie złoto urzekało dziwnym pięknem, to słońce – wielka, pomarańczowa kula, śląca ku ziemi ów cień złoconego światła – była potwornym wynaturzeniem, dużo większym od znanej mu życiodajnej gwiazdy.

Malkolm krzyknął przeraźliwie, cofnął się, potknął. Zasłonił oczy pięściami, modląc się, by wizja okazała się przywidzeniem. Ale wielkie słońce wciąż tam było – niepodważalny dowód, apoteoza szaleństwa, udręka. Odsunął pięści, spojrzał i znów odwrócił wzrok, wciąż krzycząc, osuwając się na kolana, uciekając od potwornej prawdy.

Umarł – to już wiedział. Nic dziwnego, że znalazł się w Piekle.

Ku chwale Piątego Dominium!

Mym przykrym obowiązkiem jest poinformować cię, prymacie, o stratach związanych z przejściem Blasku. Zapewne doszły cię słuchy o zauważeniu jego natężenia w kilku opuszczonych kowenach północnych Odstępów i o wyliczeniach traktu samego pasma. Śpieszę donieść, iż prognozy te okazały się trafne. Blask dotarł do Piątego Dominium i rozłupał fragment Płaskowyżu Pogardy. Następnie przedostał się przez lewe obrzeże Pandemy, prowincji Synodu hierarchy Noblosa, dokonując sporych, choć przewidzianych zniszczeń.

Nie udało ocalić się Wieży Mathosa, fragmentu Dzielnicy Kanałowej ani Kopuły. Promień uszkodził też część wykopalisk usytuowanych w Trzecim Kwartale. Rozkazałem ich zamknięcie, z obawy przed powiększeniem się rozłamu, co uniemożliwiłoby dalsze badania Prastarej Pandemy w erze Kamiennego Imperium. Następnie, widząc skalę Bluźnierstwa, zgodnie z zaleceniami Najwyższego wezwałem oddział i pozbyłem się ocalałych.

Korzystając z okazji, jaką jest kreślenie do ciebie tych słów, zaznaczę, iż nie zamierzałem i nie zamierzam uwłaczać twemu wyrokowi i osądowi. Wiedząc, że nie przybędziesz przez co najmniej pięć komplet, wykonałem jednak to, co konieczne – pozostawiłem mamki i ich pomioty, które możesz osobiście zgładzić. Większość mamek jest w czasie lęgu... dotknęło je zatem przywiązanie do swych płodów, dlatego też zamurowałem je w ruinach Wieży Mathosa, a najbardziej agresywne zamknąłem w celach Karcerni – pozostałości po Kamiennym Imperium. Ufam, że osobiste usunięcie niedobitków przynajmniej częściowo ukoi twój zrozumiały gniew.

Wiecznie oddany

Skryptor Robert Hrakl, Piąte Dominium


Rozdział drugi
Siedzisko

Atak powoli ustępował; zaczęła się gorączkowa racjonalizacja.

Słońce nie było takie wielkie – uznał Rud, starając się nie patrzeć na jego splugawioną tarczę. Z pewnością było to jakieś złudzenie. Jak to się nazywało? Bodajże refrakcja. Atmosfera działa jak soczewka i tworzy złudzenie powiększonego obrazu.

Druga sprawa to zanieczyszczenie samej atmosfery, nadające słońcu ten pomarańczowy kolor. Dobrze... lecz gdyby istotnie tak wyglądało, to czy cały oświetlony przez nie świat nie powinien stać się pomarańczowy? Punkt dla logicznego myślenia... ale problem polegał na tym, że chyba nieco tak było. Docierające do ziemi światło zdawało się przygaszone, jakby kolorystyczny efekt świtu miał utrzymać się przez cały czas. Dawało to specyficzną, złotą aurę, ale Malkolm nie pamiętał, jak brzmiało fachowe określenie owej dysproporcji światła. Chyba „złota godzina”. Pewności nie miał. Nie był fotografikiem.

Tak czy owak, jakoś to sobie poukładał. I działało, dopóki znów nie spojrzał w słońce. Wisząca nad światem pomarańczowa kula nie przysłaniała może połowy czy choćby jednej trzeciej nieba, ale była o wiele większa od słońca, które znał. Logiczne klocki zaczynały się sypać... W dodatku można było w nią patrzeć znacznie dłużej niż zazwyczaj, podziwiając taniec plazmy.

Świetnie. Co mu zatem zrobiono? Operację rogówki? Wszczepiono szkła kontaktowe z virtualem? A może działał powoli uwalniany, wszyty pod skórą narkotyk? Każde z tych haseł otwierało kolejną szufladkę i Malkolm wrzucał do niej następną w pełni logiczną teorię. W końcu zamknął już wszystkie i umysł odetchnął z ulgą. Racjonalizacja wykonała swe zadanie. Nawet jeśli nie dała mu nic poza poczuciem, że wyjaśnienie istnieje – a jednocześnie, że na razie nie można go osiągnąć. Odhaczono.

Niestety, gdzieś w tyle głowy rozbrzmiewał cichy, denerwujący głos, jak żywo przypominający głos doktora Cukra. Który mówił: gówno prawda, kochany. Nie jesteś u siebie. Racjonalizuj sobie do woli, ale to jest Thea... świat, w którym wygrało zło.

Malkolm siedział więc, patrząc na fantazyjną czerwoną tarczę. Przez jakiś czas – długi zarazem i krótki – wielka kula płonącego gazu przysłoniła mu wszystkie myśli. Siedział, zapadając w stupor, wyłączając z wolna świadomość.

To, co wyciągnęło go z odrętwienia, było prozaiczne i składało się z dwóch elementów: głodu i zimna. W jednej chwili tkwił bez ruchu, wlepiając oczy w przestrzeń – w drugiej zaczął półprzytomnie rozglądać się dookoła i trzeć zziębnięte ramiona. W końcu wstał. Coś – może czas spędzony w więzieniu, może dawna tragedia, która nieomal pozbawiła go zmysłów – sprawiło, że jego umysł wykonał lekki skręt. Było to ledwie drgnięcie, ale wystarczyło. Thea? Niech sobie będzie. Nie było w końcu ważne, gdzie się znajduje. Ważne było to, co zamierza z tym zrobić. I jak ma powrócić do domu, w którym czeka na niego Lidia. A żeby to zrobić, musiał najpierw rozeznać się w sytuacji.

Zatem znajdował się w Odstępach, za Grobowymi Górami. W porządku, odhaczono. Następny punkt? Kościsty Las i Krucza Wieża – pęknięty Krąg, który według Marli powinien należeć do niego. Stworzony przez Matkę Gerdę, która – według nomenklatury Thei – miała być Skrzywiona, czyli posiadać jakieś właściwości, za pomocą których potrafiła „skrzywić” Proste Prawo – naturalne prawo Thei. Nie będzie zatem generatorów na prąd do utrzymania Kręgów – owych siłowych pól chroniących przed Pomrokiem – raczej rozwiązania magiczne lub do magicznych podobne. Trudno, niech i tak będzie. Pójdzie więc w stronę Kruczej Wieży. Druga opcja – powrót pomiędzy groby – wydawała się bezproduktywna, choćby dlatego, że nie znajdzie tam nic do jedzenia. A głód zaczął mu doskwierać coraz bardziej.

Ruszył.

W miarę jak zbliżał się do lasu, okolica nieco normalniała. Oświetlone dziwnym blaskiem drzewa wyglądały na stare i wykręcone, ale nie różniły się zbytnio od tych, które Malkolm widział na żywo czy pamiętał z holofilmów. Sporo wyglądało na chore, podobnie jak tamto na wykutych schodach. Pokrywała je jakaś czarna, smolista maź, wydzielająca znany mu już słodko-kwaśny zapach. Niektóre były skarlałe, przygniecione do ziemi, inne koślawe, przypominające nieco brzozy czy świerki, ale okopcone, o grubych, rozsadzających ziemię korzeniach. Większość nie miała liści.

Gdy tylko przekroczył linię drzew, powietrze wypełniło się kwasotą, a wokół pojawiły się rozłożyste pnie, których gałęzie przypominały nieco kości połączone gruzłowatymi stawami.

Rud zatrzymał się i ujął w rękę jeden z ciemnych, nielicznych liści, posiadających żłobienia wyglądające jak żyły. Naczynia krwionośne? Puścił go szybko; powierzchnia była śliska, nieprzyjemna w dotyku. Paskudztwo.

Trakt znalazł bardzo szybko.

Droga przypominała zwykłą leśną ścieżkę bez oznaczeń. Była nieco kręta, ale do przejścia. Malkolm musiał się nabiedzić, by nie wejść do poburzowych kałuż – na szczęście klepisko było na tyle twarde, że nie wytworzyła się masa błota. Na linii drzew tu i tam tkwiły szare, obrąbane pnie – ktoś dbał, by trakt nie zarósł... choć Rud był przekonany, że nie używano go zbyt często. Przez moment bawił się myślą, że wszystko jest jednak naprawdę wymyśloną przez Salowskiego hucpą. Gdyby tak było, musiałby natknąć się gdzieś na ślady opon, foliowe torby czy porzucone niedopałki... Ale rzecz jasna niczego takiego nie było.

Szedł przez jakieś dwadzieścia minut, starając się nie myśleć zbytnio nad swą sytuacją.

Tymczasem trakt zaczął się robić trudniejszy – bywało, że musiał wdrapywać się na pochyłości czy przeskakiwać koleiny. Kilka z nich okazało się na tyle szerokich, że niemal przekształciło się w strumień wypełniony deszczówką. Zakładał, że gdyby zboczył ze ścieżki, doszedłby szybko do jakiejś wodnej żyły, a może i leśnej rzeczki. Ale okolica – miejscami otwarta na przegniłe bagna czy dziwnie wysuszone polany – nie zachęcała do eksperymentów.

Na rzeźbę natknął się jakiś czas później.

Pomnik wyglądał na stary. Porastały go pnącza i zielonkawa pajęczyna mchu. Wyjątkowo precyzyjnie wykonany, jak płaskorzeźby w Grobowych Górach. Wykuto go z białego kamienia i, ku zdumieniu Malkolma, wyglądało na to, że przedstawia świetnie mu znaną obłąkaną staruszkę.

– Bez jaj... – wymamrotał, podchodząc nieco bliżej.

Twarz staruchy, wyglądająca spod kamiennego kaptura, wpatrywała się w przestrzeń oczami bez zaznaczonych źrenic. W dłoni trzymała sztylet podobny do tego, którym ciachnęła go Marla. Jej usta uśmiechały się kpiąco, podczas gdy palec drugiej ręki zdawał się wskazywać wprost na podróżnika. Na fałdach wykutej szaty wisiała misternie wyżłobiona szarfa – pretekst do ukazania napisu, który Rud przeczytał dopiero po chwili, jakby umysł natrafił na właściwą zakładkę i poruszył ukrytym w mózgu mechanizmem.

– Serve... – szepnął. Czy naprawdę była to łacina? Uczucie towarzyszące czytaniu wydawało się z lekka schizofreniczne. Serve. Służ.

Ciekawe.

– Oznaczenie własności, co? – mruknął w stronę posągu. – Poddani postawili pomniczek? – Zbliżył się nieco i dotknął zmurszałego kamienia. – Tylko dlaczego wygląda na taki stary? Ile miałaś lat? Sto? Dwieście? Skrzywieni dostają bonusowe latka czy co?

Może pomnik był już tu wcześniej, podszepnął mu umysł. Tylko nieco go przerobili, gdy Matka Gerda zajęła się Kręgiem. Zresztą wszystko jedno. I tak miał powoli dosyć. Nienormalne czarne drzewa z gałęziami niczym wysuszone kości. Słońce niczym zepsuta, bulgocząca lawą kula. Dzień spowity przygaszonym, złotawym światłem. Thea ze Skrzywionymi, wyciągniętymi z grobu gadającymi głowami dawnych władców i cieniami, których pomrukiwanie Malkolm słyszał już od jakiegoś czasu.

Cofnął się od pomnika, rozejrzał. Istotnie, coś kryło się w gęstszej części listowia. Rud widział niemal żółtawe oczy jakiejś karłowatej sylwetki. Człowiek czy zwierzę? Możliwe, że wilk lub locha. Na tym zadupiu mógł się spodziewać wszystkiego, a jedyne, co miał do obrony, to zardzewiałe kawałki metalu.

– Dobrze... – szepnął do siebie, wciąż obserwując krzaki. – Świetnie. Siedź tam, gdzie siedzisz. Nie ma tu nic do oglądania.

Z tymi słowami zaczął powoli wycofywać się spod pomnika. Pomrukiwanie nieco się pogłębiło, ale Malkolm nie zareagował. Wrócił na trakt.

Na wyraźniejsze oznaki cywilizacji zaczął natykać się jakiś czas później. Nie było tego dużo i nie było to to, czego się spodziewał. Ot, dalsze ślady karczowania i niedbale ułożone, bo rzucone gdzieś na bok, stosy drewna. Żadnych zostawionych siekier czy innych narzędzi, żadnych pasów, dzięki którym można wspiąć się na co wyższe pnie. Brak niedopałków, butelek i innych cywilizacyjnych śmieci. Chociaż nie – przy jednym ze stosów leżała jakaś zmiętolona brązowa szmata.

Rud podszedł do niej, pociągnął. Zostawione przez robotnika odzienie wyglądało na znoszoną kurtę czy bluzę. Najbliżej mu było do źle skrojonej tuniki. Odzież, podobnie jak używany przez Malkolma habit, nie miała żadnych napisów, suwaków, metek czy choćby oznaczeń związanych z praniem i rozmiarem. Rud odrzucił ją zniechęcony i ruszył w dalszą drogę. Na szlaku pojawiły się tymczasem płaskie kamienie, teraz mokre, na których łatwo się było poślizgnąć. Czyżby podjazd dla wozów? Wyglądało na to, że był już blisko.

 

Brukowany trakt powiódł go stromo w górę, na kolejny nasyp. Podjazd zatem jednak odpadał, chyba że mieszkańcy Thei dysponowali jeepem cherokee. Śliskie kamienie stały się nagle problemem, ale wystarczyło uważnie stąpać. Gdy Malkolm już wszedł na górę, okolica znów stała się płaska i jednostajna, przynajmniej do momentu, kiedy zauważył pierwsze oznaki poważnego wyrębu. Zbliżał się do polany, i to całkiem sporej. Chyba dochodził do celu.

Nie mylił się. Wystarczyło dosłownie kilkanaście kroków, by Rud natrafił na pierwsze ruiny muru. A w zasadzie – częściowo murowanej palisady. Istny groch z kapustą. Malkolm zatrzymał się, spoglądając na porozrzucane głazy. Ciągnęło się to krzywo i zakręcało, miejscami zamieniając się w zwykły częstokół. Wyglądało to tak, jakby ktoś wykorzystał pozostałości po dawnej fortyfikacji i z braku chęci czy środków wypełnił co większe szczerby naostrzonymi palami.

Tuż pod murem płynął wątły strumyk – wspomnienie dawnej fosy. Można go było przekroczyć bez większych problemów. Dodatkowo pod ogrodzenie podchodziły już drzewa – od biedy można by było wspiąć się jakoś na ich powykręcane gałęzie i dotrzeć w ten sposób do palisady. Ewentualnie zrobić w niej dziurę kopnięciem – solidnie nie wyglądała. Po co zresztą kopać? Mur pełen był mniejszych i większych wyrw. Nie licząc stojącej otworem bramy.

Ta go zaskoczyła. Była sporo wyższa od muru i przypominała raczej kamienny, wyciosany łuk, ozdobiony wizerunkami ptaków – choć ich wygląd nie pasował do tego, do czego Malkolm był przyzwyczajony. Przypominały nieco kruki – to prawda – ale były znacznie większe. Tuż obok wyrzeźbiono i inne, znacznie mniejsze ptaki – te wyglądały, jakby artysta pozbawił je piór. Dziwne i skórzaste, zdawały się wylatywać z kamienia i obserwować Ruda pustymi oczami. Tak samo jak żywy, wpatrzony w niego okaz, siedzący na szczycie bramy.

Malkolm zaklął.

Pozbawione piór stworzenie miało ciemnofioletową skórę i oczy składające się z samych białek. Było też nieco większe od zwykłego ptaka – przynajmniej wielkości kota. Dziób był raczej blady, nie czarny, a jego krawędzie wyglądały na wyszczerbione, zupełnie jakby Matka Natura zdecydowała się wyposażyć stwora w ekwiwalent zębów.

– Słodziak – wykrztusił Rud.

Ptak – o ile był to ptak – pochylił głowę. Zaskrzeczał.

– Słodziak! – powtórzyło zwierzę. Jego głos przypominał nieco głosik zachrypniętego dziecka. – Słodziak!

– Oż kurna... – wymamrotał Malkolm. Na tym konwersacja się skończyła.

Ptak potrząsnął głową i skórzastymi skrzydłami nadającymi mu wygląd małego pterodaktyla. To wystarczyło, by za bramą zapanowało poruszenie. Ktoś tam siedział i ten ktoś najwyraźniej był wystraszony. Rud skrzywił się. Głupotą było myśleć, że go nie obserwowano, i to pewnie od jakiegoś czasu.

– Przepraszam za najście! – zaczął. – Zgubiłem się. Czy mogę wejść?

W odpowiedzi dosłyszał dalsze odgłosy czegoś na kształt kotłowaniny i ledwo słyszalnego pomruku, nieco podobnego do tego z krzaków. Siedzący na bramie pseudokruk patrzył na mężczyznę kpiąco. Malkolm westchnął.

– Pytam jeszcze raz – rzucił. – Potem idę przez bramę, w porządku?

Odpowiedziała mu cisza.

– Dobra – ogłosił Rud. – Gotowi albo nie, wchodzę.

W bramie pojawił się chłopak.

W zasadzie trudno było powiedzieć, ile ma lat. Zgarbiony i przerażony, nosił na sobie jakiś obłocony strój, podobny nieco do znalezionej już wcześniej przez Malkolma tuniki, ale wzbogacony o proste płócienne spodnie i niesprecyzowaną brudną szatę. Głowę o wyraźnie przetłuszczonych, czarnych włosach skrywała częściowo czapka podobna do rosyjskiej uszatki, ale cieńsza i zwieńczona spiczastym końcem, teraz oklapniętym. Błazen? Ale nie to zaskoczyło Ruda, a trzymany przez chłopaka łańcuch o szerokich ogniwach i to, co było do niego uwiązane. Stwór przypominał kompletnie pozbawioną owłosienia małpę o żółtych, świecących oczach i wysokich, spiczastych uszach. Na tym wszakże porównanie do naczelnych się kończyło: goła skóra pseudoszympansa była ciemnoszara i miejscami niemal fioletowa, niczym u poznanego już kruka, a ręce o wyraźnie zaznaczonych stawach długie – sięgające do ziemi, o palcach wyposażonych w czarne, tępe paznokcie.

Istota była wyjątkowo chuda i chyba garbata. Pokrywały ją strzępy szaty i coś na kształt pasa, który przełożono jej przez pierś. Nieco wypchnięty do przodu, kompletnie nie małpi – a bardziej ludzki – nos węszył czujnie, podczas gdy wychudłe stworzenie patrzyło wprost na Malkolma, świdrując go oczami. Rud cofnął się o krok. Gdzieś w czaszce tłukł mu się komentarz na temat ogolonych, ucharakteryzowanych małp z taniego holohorroru... dopóki nie przypomniał sobie, gdzie się znajduje.

– Pękł Krąg... – odezwał się chłopak łamiącym się głosem. Stwór zachichotał, ale dzieciak pociągnął za łańcuch i skołowany Rud usłyszał, jak chichot urywa się w pół dźwięku, przytłumiony przez gniewne warknięcie. – Czy jesteś Skrzywiony?

– Powiedzmy – przyznał niechętnie Malkolm.

– Skrzywiony...! – wycharczała łysa małpa. Jej głos przypominał głos kruka, choć zdawał się bardziej gardłowy. – Kościsty! Las! Skrzywiony!

– Cicho bądź! – warknął chłopak, wpatrując się z lękiem w Malkolma. – Błagam o wybaczenie... – wymamrotał. – To tylko plugawiec. Dobrze broni i węszy...

– Węszy! – ponownie zachichotał stwór, ale dzieciak oderwał wreszcie wzrok od Ruda, pociągnął mocniej i przewrócił istotę na ziemię. Kopnął ją kilka razy z wyraźną zaciekłością. Stwór skulił się, osłonił, ale wciąż nie przestawał chichotać. – Zamilcz lub nie dostaniesz żreć! – syknął chłopak.

Groźba poskutkowała. Plugawiec umilkł i powoli wstał, kołysząc się na krzywych, zgiętych nogach. Istota zobojętniała – przestała nawet patrzeć na Malkolma, jakby znane jej dobrze przedstawienie dobiegło końca. Nie wiedzieć czemu skojarzyło się to Rudowi z rodziną patologiczną, gdzie jeden psychol tłucze po łbie drugiego, bez większego zaangażowania i specjalnych rezultatów.

– Jestem Tork. Czy zechcesz wszystko obejrzeć, Skrzywiony? – spytał tymczasem chłopak. Lęk w jego głosie nieco osłabł. – Skoro przybyłeś, Krąg z pewnością się zrośnie!

– O, na pewno – mruknął Malkolm. – Zrośnie się jak jasna cholera.

Dzieciak uśmiechnął się, ukazując zepsute, pożółkłe zęby.

– Tak – przyznał skwapliwie, wycofując się w głąb bramy i tym samym zapraszając Ruda do środka. – Czy zapamiętasz Torka? I to, że to on powitał cię jako pierwszy?

– Na pewno.

Chłopak wyraźnie się odprężył.

– Dzięki ci, o, Skrzywiony! Teraz Krąg należy do ciebie! Matka Gerda stawała się słaba... – Rud wyczuł w jego głosie pogardę. – Zgładziłeś ją, prawda? To dobrze! Dawno dosięgła ją starość i słabość... przekleństwa śmiertelnych.

– Nie była taka słaba, jak by się zdawało – mruknął Malkolm.

Chłopak zaśmiał się cicho, ciągnąc za sobą plugawca, i tak właśnie przeszli przez bramę Kruczej Wieży.


Znajdowali się na czymś, co można by nazwać podwórzem. Wykarczowana przestrzeń wydawała się ciemniejsza niż na zewnątrz muru i o wiele bardziej błotnista. Stojące w pobliżu chaty przypominały spełnione marzenie historyka – prymitywne, tylko częściowo kamienne i przede wszystkim brudne. W żadnej nie palił się ogień; krzywe, cienkie kominy wyglądały na wygasłe. Na prawo ciągnął się spory ciemny budynek pokryty czarną strzechą. Stodoła? Spichlerz? Trudno stwierdzić. Ludzi nie było.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?