Księga zepsucia

Tekst
Z serii: Księga Zepsucia #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie zauważyła go jeszcze, wciąż zapatrzona w swą zdobycz. Nagle szybkim i zdecydowanym ruchem wbiła rękę w przegniłą szyję trupa, szukając palcami resztek skostniałej żuchwy. Wyglądało to tak, jakby zamierzała zrobić z głowy pacynkę. Rudowi zebrało się na wymioty.

– Dawaj, co miałeś, nocny kruku – zanuciła starucha. – Daj Matce Gerdzie, o tak. Czyż nie słyszałam, jak szepczesz w ciszy? Jak snujesz się w cieniu? Mój Krąg, Konradzie, mój własny... nie twoje martwe królestwo! Pragnę posłuchać, jak jęczysz! Śpiewaj, nocny kruku, och tak. Dobry, dobry... – dodała, usiłując poruszać szczęką trupa, jakby upiorna pacynka miała powtórzyć jej słowa. – Och, jestem dobrym Konradem – zanuciła i Malkolm z przerażeniem usłyszał, że głos zmienia się w męski i chrapliwy. Mówiła ona czy głowa? – Chodźcie do mnie, schronić się pod me skrzydła. Chodźcie do mnie. Och tak. To ja, król Konrad. Odrzucony. Powróciłem z Martwej Krainy. Przyjdź do mnie, Matko Gerdo. Och, niechże cię ucałuję...

To musiały być jakieś zwidy, z zimna, stresu i wyczerpania. Dość, że Rud zobaczył nagle zaciśnięte usta staruchy i poruszające się przegniłe wargi trupa. Nie stanowiłoby to może aż takiego problemu, gdyby nie fakt, że trzeszczący, męski głos zdawał się dobywać z ust pacynki.

Matka Gerda – o ile istotnie tak się nazywała – przekrzywiała lekko głowę, by wreszcie przysunąć swe wargi do warg trupa. To była sekunda: nagle wpiła się w nie chciwie, gładząc drugą, wolną dłonią zeschnięte kości i zasuszoną skórę policzków. Rudowi zwidziało się nagle, że martwe powieki głowy unoszą się lekko, jakby pocałunek tchnął w nią zapomniane życie.

Malkolm zaklął z niedowierzania i obrzydzenia. To wystarczyło, by starucha odwróciła się gwałtownie, odrzucając trzymaną czaszkę. Ruch, ku zaskoczeniu Ruda, był szybki i zwinny. Jej oczy lśniły lekko w półmroku.

– Niemartwy? Plugawiec? – spytała piskliwym głosem. – Któż to? Kto nieproszony przybywa do Matki Gerdy? Kto śmiał wejść w jej Krąg?

Rud chrząknął, siląc się na wymuszony, uprzejmy uśmiech. Obłąkana starucha uniosła się nieco, niczym wietrzące zwierzę. Wciąż siedziała w kucki na otwartym grobie. Z czarnego nieba zaczęły padać pierwsze krople deszczu.

– Przepraszam, że przeszkodziłem – powiedział, czujnie nie wymieniając swojego nazwiska. Jeśli stara kojarzyła coś z holowizji... – Chyba się zgubiłem. Czy mógłbym skorzystać z mikro? Gdyby była pani tak uprzejma i zechciała pokazać mi, gdzie...

– Blady! – syknęła stara, przekrzywiając głowę niczym pies. – Zagubiony... och tak. Och tak – powtórzyła, prostując się nagle i zmieniając ton głosu. – Podejdź do Matki Gerdy. O tak.

Zagrzmiało i tym razem deszcz lunął naprawdę. Gdzieś na niebie na ułamek sekundy błysnęło i Malkolm zauważył, że starucha już biegnie. Sadziła szybko, przeskakując nagrobki, i zanim zdążył się zorientować, złapała go za gardło i obaliła na ziemię, po czym schyliła się i polizała mu twarz. Oddech cuchnął jej słodkotrupim zapachem szaleństwa.

– Oddaj krew! – rozkazała, otwierając szeroko usta. Niektóre z zepsutych zębów wyglądały na dziwnie ostre, jakby specjalnie je spiłowano. – Oddaj lub służ!

To, co stało się potem, stało się bardzo szybko.

Stara błyskawicznie nachyliła się, próbując go ugryźć. Rud odepchnął ją z całej siły, ale udało mu się tylko połowicznie. Starucha zaśmiała się i wyprostowała, wciąż trzymając go za gardło. Pociemniało mu przed oczami.

– Puszczaj! – wyrzęził. Nie był nigdy ułomkiem, ale starucha wyglądała na o wiele silniejszą od niego. Bawiła się z nim jak kot z myszą.

W kolejnym rozbłysku, w narastającym szumie deszczu, zobaczył nagle jej rozbawioną, bladą twarz i oczy, pokryte starczym bielmem. Zaklął ponownie, ale nawet nie przestała chichotać.

– Głupiec Grobowych Gór! – zaśpiewała piskliwie.

Wtedy ją walnął. Jakimś cudem zebrał się w sobie i grzmotnął ją prosto w szczękę. To ją zaskoczyło – na tyle, by lekko zwolniła uścisk. Wówczas to on złapał ją za gardło. Szarpnęła się, a Malkolm z zaskoczeniem zauważył, że aż nią zatrzęsło, zupełnie jakby poraził ją prądem.

Odskoczyła od niego, zrywając się niczym oparzona. Uwolniony Rud uniósł się nieco, masując własne gardło. Zaczął wstawać, podczas gdy stara skuliła się jakieś cztery metry dalej, nie spuszczając z niego wzroku. W półślepych oczach płonęła czysta nienawiść.

– Jak to zrobiłeś?! – wrzasnęła, łapiąc się z widocznym niedowierzaniem za szyję, i po raz pierwszy w jej głosie usłyszał wściekłość. W skalną, przerobioną na cmentarz półkę uderzyła kolejna fala wichru z deszczem: burza rozszalała się na dobre. – Skrzywiony! Odraza! Odraza! Mój Krąg! Mój!

– A weź sobie ten pieprzony Krąg, wariatko! – odkrzyknął. Stara kucnęła i zasyczała niczym kot. – Wsadź go sobie w... – zaczął, ale znowu skoczyła.

Tym razem jednak przewidział, gdzie uderzy, i przesunął się szybko w bok. Poleciała do przodu, na czworakach, niczym czarny pająk. Malkolm machnął nogą, prawie na oślep. Próbował ją kopnąć, ale była zbyt szybka. Zatrzymała się i okręciła wokół własnej osi, natychmiast ruszając do ponownego natarcia. Tym razem się jej udało: trafiła zakrzywionymi pazurami prosto w więzienny drelich. Tania tkanina puściła, wariatka doszarpała się do skóry. Rud syknął, a babsko zachichotało.

– Doigrałaś się, kochana – mruknął, przyjmując swoją ulubioną postawę bokserską, zapamiętaną jeszcze z treningów w FistClub i szlifowaną w salce ćwiczeń FKW Masovia. Nie miał co prawda swoich rękawic Twins do ciężkich sparringów, ale determinacja, zimno, głód, lęk i złość powinny mu wystarczyć.

Zmrużył oczy, przypominając sobie gadkę Zombreckiego z treningów. Masz zachować skupienie, być cały czas czujny, ględził Zombrecki, który przeskoczył na trenerstwo po rozległym, niemal śmiertelnym zawale. Patrzysz, jak rusza się przeciwnik, i uprzedzasz jego ruchy. Masz prawą dominującą łapę, więc ustawiasz się do niego lewą częścią tułowia, z lewą nogą wysuniętą do przodu i opartą całą stopą o podłoże. Prawa noga z tyłu i pół kroku w prawo od lewej, nogi ugięte, ciężar rozłożony równomiernie, tułów wyprostowany. Czaisz bazę, chłopaczku?

– Czaję – mruknął do siebie Rud. Ale było to wszystko, co zdążył powiedzieć, bo stara skoczyła ponownie.

W tym też momencie strzeliła adrenalina i Malkolm zobaczył wszystko z lekkim spowolnieniem: wykrzywioną gębę obłąkanej staruchy, jej siwe włosy i strugi siekącego deszczu. Uderzył, gdy tylko się zbliżyła: cios prosty prawą ręką w głowę, z lekkim wykrokiem, przerzutem ciężaru ciała na lewą nogę.

Trzasnęło i stara poleciała do tyłu, uderzając plecami o jeden z nagrobków. Cios był mocny, ale zaskoczony Rud zauważył, że obłąkana utrzymała się na nogach, choć potrząsnęła w zamroczeniu głową. Zza warg wypłynęła jej strużka bladoczerwonej krwi, szybko zmytej przez deszcz. Stara otarła usta rękawem. Splunęła.

– Teraz zginiesz, Skrzywiony głupcze z Grobowych Gór – powiedziała. – To Krąg Matki Gerdy! I tylko jej!

– Już mówiłem, gdzie możesz sobie wsadzić ten Krąg – odwarknął. To było jakieś szaleństwo i chyba zaczęło mu się udzielać. – Problemy ze słuchem?

Na tym dysputa się skończyła. Stara uniosła się i nagle, bez uprzedzenia, dotknęła obiema rękami ziemi.

– Zbudź się, Theo! – syknęła. – Zbudź się dla Matki Gerdy! To mój Krąg!

Coś zatrzeszczało.

Burza nadal szalała, w oddali uderzył piorun. Deszcz coraz częściej zacinał na ich skalną półkę. Malkolm skrzywił się z niesmakiem. Nie wiedział: podejść samemu i sprać ją po łbie czy czekać, aż znowu zaatakuje? Był zły. Nie czuł takiej złości od...

Tatusiu! Pomóż mi!

...od bardzo dawna. Niemal ciemniało mu przed oczami. I może to sprawiło, że się zawahał. Powoli opuścił gardę.

– Posłuchaj... – zaczął, ale w tym momencie skalna półka pękła.

Szczelina wykwitła niczym uderzenie błyskawicy, od wbitych w ziemię pazurów staruchy wprost do jego stóp. Była nierówna, zygzakowata, ale prowadziła wprost do niego, mijając po drodze sarkofagi i rozkopane groby. Przez górę przeleciał huk narastającego gromu.

– Zbudź się, Theo! – wyła stara i Malkolmowi wydało się, że wszystko na skalnej półce drży, począwszy od samej ziemi, po kości i kamienne groby. Wstrząs sejsmiczny?

Rud cofnął się w stronę otwartej górskiej gardzieli. Ale nie wszedł jeszcze do środka. Jeśli zbliżała się jakaś lawina, mogło zasypać wejście, a nie uśmiechało mu się wędrować z powrotem po gigantycznych katakumbach. Starucha tymczasem powtarzała swoje wezwanie i szczelina jeszcze się powiększyła, sprawiając, że pozbawiony oparcia Malkolm runął na plecy.

– Do diabła! – zaklął, ale Matka Gerda już była przy nim. Drapnęła go znowu do krwi, tym razem po twarzy, i natychmiast wymierzyła kolejny cios, w żołądek. Chichoty i wyzwiska się skończyły: najwidoczniej zamierzała skończyć z nim szybko i skutecznie.

Odruchowo zasłonił twarz rękami, ale niewiele to dało. Walnęła go raz jeszcze, zupełnie jakby należała do bokserskiej wagi ciężkiej. Rud skulił się z bólu.

Zabije mnie, pomyślał półprzytomnie. Ta naćpana wariatka mnie zabije...!

Nie wiedział do końca, jak to się stało. Już odpływał, z trudem osłaniając czaszkę. Stara trzymała go mocno nogami, silnymi jak u zapaśniczki. Ale w momencie, gdy po kolejnym ciosie głowa odskoczyła mu na bok, dostrzegł kawałek upuszczonego żelastwa znalezionego w katakumbach. Próbował nim skrzesać ogień, potem musiało mu wypaść... dość, że teraz po nie sięgnął. Złapał mocno, raniąc sobie palce. I ciachnął.

Zardzewiała stal wbiła się w bok staruchy niczym zdradziecki cierń. Kobieta zawyła. Przestała go okładać. Rud wykorzystał to: szarpnął się i znowu walnął ją w szczękę. Upadła, ale tym razem nie dał jej wstać. Ostatkiem sił podniósł się i rzucił na leżącą, łapiąc ją za gardło i ściskając tchawicę.

 

Upiorna starucha zaczęła się miotać i rzęzić. Z jednej strony próbowała rozewrzeć mu ręce, z drugiej – wyciągnąć z boku zardzewiały kawałek metalu. Ale Malkolm już tego nie widział. Odpłynął, zatapiając się w krwistej czerwieni...

Tato!

...która już kiedyś przysłoniła mu cały świat. Dyszał ciężko z wysiłku, kropla po kropli wyciskając życie z obłąkanej. Stara nie chciała jednak umrzeć i, choć brzmiało to paradoksalnie, powoli zyskiwała przewagę. Jego siły słabły, ale jej zdawały się utrzymywać na równym, morderczym poziomie. Rzeżąc i charkocząc, zaczęła gorączkowo machać rękami, usiłując go dorwać – na szczęście bezskutecznie.

– Zdechnij wreszcie! – wrzasnął z rozpaczą i wtedy coś się stało.

Starucha nagle zadrgała, tak jak wówczas, gdy chwycił ją po raz pierwszy. Oczy uciekły jej do góry, odsłaniając białka. A sam Malkolm poczuł, jak palce sztywnieją mu od lodowatego zimna przewodzonego napięcia.

Ciało Matki Gerdy zadygotało. Otworzyła usta, ale zaskrzeczała tylko wronim, zachrypniętym skrzekiem. Spojrzała na Ruda z wyraźnym zdumieniem i rozpaczą. Jej półślepy wzrok nagle zniknął i mężczyzna dostrzegł, że pokryte wcześniej bielmem oczy stały się żywe i błyszczące. Odbicie gwiazd? Błyskawicy? A może ślad rozpalonych iskier?

Tak skonała, wciąż miotając się w jego uścisku. Puścił ją dopiero, gdy zauważył, że pod jej skórą coś błyszczy – jakby palił ją wewnętrzny ogień. Czy zaczęła dymić? Odsunął ręce od trupa – bardziej z przerażenia niż z rozsądku – widząc jeszcze, jak od końcówek palców ciągną mu się błękitne iskry wyładowania.

Prąd.

Malkolm zsunął się z martwej. Obite ciało bolało, kręciło mu się w głowie. Co to niby było? Ostatnie wyładowanie ECS? Czy zwykły chip kontrolny mógł mieć taki potencjał? Nie... Bez szans, by oddał takie napięcie. Wyjaśnienie było jedno: obłąkana też musiała mieć w sobie Electronic Chip Supervision i ktoś w pobliżu, być może ukryty między grobami, puścił jej pilotem śmiertelną dawkę napięcia. Jakimś cudem jego to nie trafiło... poszło mu tylko po palcach.

Czy coś takiego było w ogóle możliwe, tak silny sygnał ECS? Nie wiedział. To wszystko nie trzymało się kupy... ale musiało, bo jeśli nie...

...bo jeśli nie, to ją zabiłem, pomyślał. Jezus Maria, zabiłem ją... zabiłem tę oszalałą wariatkę...

Implikacje tego prostego stwierdzenia przytłoczyły go nagle, zaciemniły obraz. Zabił. Nie, to niemożliwe...

Dotknął leżącego ciała, sprawdził puls. Nie było. Złożył ręce, położył je na klatce piersiowej starej i zaczął przeprowadzać reanimację.


Poddał się po jakichś piętnastu minutach.

Niepewnie i chybotliwie wstał. Patrzył jeszcze długo na leżące ciało, by wreszcie powolnym, trzęsącym się krokiem zawrócić w stronę jaskini. Po drodze natknął się jeszcze na głowę, którą stara wyciągnęła z grobu. Zewłok miał otwarte oczy i, jak mu się zdawało, nadal poruszał martwymi, popękanymi ustami. Rud nie zareagował. Nie myśląc już o niczym, wszedł do pieczary, by schronić się przed wzmagającym się deszczem. I wtedy dopiero się zaczęło. Stres pourazowy.

Z początku ledwo kontaktował – i, w gruncie rzeczy, nie było to takie złe. Siedział na jakimś głazie, na wpół się kiwając, na wpół usypiając ze zmęczenia i zimna. Był cały przemoczony, obity i obdarty.

Później zaczął gorzej oddychać. Z trudem nabierał powietrza i coś go kłuło w boku. Rozbolał go też żołądek. Przed oczami wciąż miał trupa staruszki i cień krzesła w tle – krzesła, na które go wsadzono. Wszystko wydawało się dziwnie nierealne i przez jedną, potworną chwilę wystraszył się, że zwariuje. Towarzyszyło temu dziwne uczucie odrętwienia i niezrozumiałe zawężenie pola świadomości: niby wiedział, gdzie jest, ale nie do końca.

Trwało to jakiś czas, jednak dość łatwo zaczęło przemijać – może dlatego, że to, co doprowadziło go do więzienia, w zasadzie go wypaliło. Wciąż czuł niepokój, ale – co zauważył nie bez pewnej ironii – radził sobie z podobnym szajsem całkiem nieźle. Bądź co bądź, swoje już przeżył. Na tym tle reszta, choćby i traumatyczna, nie potrafiła do końca go złamać.

W końcu zebrał się w sobie, wyszedł na zewnątrz i zaciągnął trupa Matki Gerdy do groty. Sprawdził go raz jeszcze, rzecz jasna bez większej nadziei. Z całą pewnością nie żyła. Co ją konkretnie zabiło – jego działanie czy ów tajemniczy elektryczny wstrząs – trudno było dociec.

Kim była jego ofiara? Z pewnym oporem przeszukał jej habit, ale nie znalazł żadnych dokumentów – nie wiedział nawet, gdzie są kieszenie w tej czarnej szmacie, którą się omotała. W końcu zdjął z trupa całe ubranie, odsłaniając starcze ciało okutane w jakieś szmaty i paski z wiszącymi woreczkami. Zbierała zioła? Co to miało być? I czemu łaziła boso? Dopiero teraz to zauważył. Tak czy owak, zaczął dokładniej przeglądać zdjęty z niej ubiór. Ale nieboszczka nie miała przy sobie mikro czy choćby zwykłych dokumentów, wydrukowanych na niezniszczalnym neoplastiku. Zero kluczy sygnałowych, zero słuchawek do mikro, zero ładowanych kredytami monet elektronicznych. Już po kilku minutach miał dość tego przeszukiwania. Usiadł, nie mogąc oderwać wzroku od martwego ciała.

Przesiedział tak kilkanaście minut, by wreszcie przełamać się i ostatkiem sił wyciągnąć trupa z powrotem na zewnątrz, w burzę i deszcz. W środku zostawił tylko przemoczony – ale dzięki temu oczyszczony przez wodę – habit i zagadkowe woreczki. Zaczął je rozsupływać skostniałymi palcami. Były cztery: w jednym tkwiły jakieś ususzone pędy, w drugim kilka kamyków przypominających nieco chalcedony. Czyżby jakaś odmiana krzemieni? Spróbował uderzyć jednym o drugi, ale bezskutecznie.

Trzeci woreczek zawierał jakieś proszki zapakowane w niewielkie, chyba szklane, a na pewno brudne puzderka, zaś czwarty – paski suszonego mięsa. Wołowina? Zjadł kilka łapczywie; były wyjątkowo pikantne – ktokolwiek je przyrządził, postarał się, by zabić smak oryginalnego mięsa, być może już nadpsutego. W tej jednak chwili kompletnie mu to nie przeszkadzało. Skromny posiłek przyniósł coś więcej niż kalorie. Dzięki niemu odzyskał nadzieję.

Dopiero po półgodzinie i po uważnych oględzinach Malkolm zdecydował się założyć czarny habit – albo coś, co mocno go przypominało. Nie znalazł w nim robactwa, tkanina nie śmierdziała też zbytnio i szybko schła. Z boku miała niewielką dziurę – pamiątkę po jego ciosie żelastwem, i była nieco poplamiona krwią. Ale w porównaniu z cienkim więziennym drelichem prezentowała się niczym zimowa kurtka. W innych okolicznościach zastanowiłby się może dwa razy przed założeniem ubioru trupa, ale nie sądził, by miał jakieś opcje. W tej chwili ważne było jedno: musiał jakoś pokonać chłód. Starucha była co prawda niższa, ale i habit wydawał się na nią za duży.

Przesiedział tak około trzech godzin, żując suche mięso i wsłuchując się w miarowy szum deszczu. Teraz było mu cieplej, ale nie kwapił się do snu. Jednak jego ciało miało inne zdanie. W jednej chwili Rud kiwał się lekko, by w drugiej zapadać w nerwową, niespokojną drzemkę. Przysypiał i budził się tak na zmianę, cały czas myśląc, że ona nie żyje, że ją zabił... i teraz po niego przyjdą. Ale kto niby miał przyjść? Nie wiedział. Ludzie Salowskiego?

Znów się otrząsnął. Zdawało mu się, że coś usłyszał. Czy dostrzegł jakiś cień? Ale to pewnie były zwidy, kolejne rzeczy ujrzane w malignie, do której doprowadziły go wyziębienie, stres i wyczerpanie.

Burza ustała, gdy przebudził się na dobre. Na zewnątrz wciąż było ciemno i chmury nie rozproszyły się jeszcze, ale nie padało. Ucichł także wiatr. Malkolm wstał chwiejnie, krzywiąc się lekko z bólu. Stara wariatka z pewnością przysporzyła mu siniaków... Ale nie narzekał. Mogło być znacznie gorzej.

Czy naprawdę spotkało go to, co spotkało? Wydarzenia sprzed kilku godzin nieco zblakły... Teraz, gdy był już w miarę wypoczęty, wydały się tak samo umowne jak wolty puszczone przez krzesło. Czy istotnie próbowali go usmażyć? I czy naprawdę zabił jakąś nienormalną staruszkę? Obłąkaną babcię, zapewne naszprycowaną czymś dającym adrenalinowego kopa?

Cóż... jeśli był odpowiedzialny za jej śmierć, z przyjemnością wysłucha wyroku. Co mogą mu teraz zrobić? Z powrotem wsadzić na krzesło?

Choć, po prawdzie, to ostatnie wydało mu się całkiem możliwe. W końcu wcześniejsza egzekucja musiała być zwyczajną hucpą, próbą wyciągnięcia go nielegalnie z więzienia i usadzenia w jakimś... chorym zoo, stanowiącym rozrywkę dla obłąkańców. Brzmiało to całkiem logicznie. Możliwe, że obserwują go teraz prywatne holodrony Salowskiego, nagrywając, jak się miota i tłucze ludzi po łbie... W sumie zabawny pomysł: wywieźć go gdzieś na kantony Syberii razem z grupką jemu podobnych wyjętych spod prawa politycznych i po podaniu im narkotyków napuścić na siebie. Kim była zatem Gerda? Orędowniczką demokratyczną? Zdziczałą, wrogą cywilizacji autochtonką? A może... rebeliantką, jak Tulpen? Ze wszczepioną chorobą psychiczną?

Cała ta teoria zarazem trzymała się kupy, jak i rozłaziła w szwach. Rud nie czuł się przecież jak ktoś, komu podano narkotyk. Co było zatem bezsprzeczne? To, że gdzieś go wywieziono, i to, że była tu noc. A także to, że jednak chyba naprawdę kogoś zabił – może w obronie własnej, ale zawsze. Pozostawało mu więc tylko jedno: czekać, aż po niego przyjadą. I zawloką z powrotem do kompleksu więziennego, ale tym razem ze sfabrykowanym dowodem ucieczki i holofilmem ukazującym kolejne zabójstwo w taki sposób, by wykluczyć obronę konieczną. Wszystko po to, by usmażyć go po raz kolejny, tym razem naprawdę, w majestacie cesarskiego prawa.

Lidia.

Imię córki na moment wyrwało go z odrętwienia. Jeśli tu zostanie i zaczeka, aż go zgarną, to już jej nie zobaczy, chyba że na ustawionej rozprawie. A na to nie mógł pozwolić. Musiał więc rozeznać się w sytuacji. I skontaktować się z Lidią. A przynajmniej upewnić się, że nic jej nie grozi. Salowski nie wyglądał co prawda na psychopatę, ale Malkolm wolał mieć pewność, że gubernator nie zrobi nic jego córce.

Dlatego wstał, zebrał się w sobie i – nadal nieco obolały – wyszedł na zewnątrz.


Wciąż było niewiele widać.

Na niebie jaśniały pojedyncze gwiazdy – konstelacje nadal zakrywały grube, ciemne chmury. W dole – jakieś trzysta metrów pod skalną półką – ciągnęła się linia lasu. Drzewa wydały mu się bardzo wysokie – czyżby sekwoje? Trudno było stwierdzić. Jeśli wysłali go gdzieś do syberyjskiego kantonu, to patrzył pewnie na tajgę, z jej sporymi jodłami i świerkami. Idąc tym tropem, Rud założył, że wywieźli go na Ural. Kiedy się wychylił, dostrzegł, że zarówno na lewo, jak i na prawo ciągnął się poszarpany masyw górski. Grobowe Góry, co? Na pewno nie jego i nie dzisiaj.

Gdyby tylko wzeszło słońce... Niestety, wyglądało na to, że na świt jeszcze sobie poczeka. Zejść raczej nie zejdzie, nie po ciemku. Nie był nawet pewny, czy zauważona na lewo od występu półki ciemna plama w dole to zamknięte w niewielkiej misie skalnej jezioro, czy czarna jama kopalni odkrywkowej. To ostatnie nawet by go nie zdziwiło: jeśli istotnie znajdował się na Uralu, to mogli tu kopać za węglem, ropą, solą... a nawet za złotem. Pytanie tylko, skąd stara znała polsko-cesarski? Najwidoczniej ściągnięto ją z jakiegoś kantonowego zadupia... Akcent miała podobny kompletnie do niczego.

Zastanawiając się nad tym wszystkim, zaczął dreptać i chuchać w dłonie, zakrywszy głowę kapturem. Starał się nie patrzeć na trupa staruszki i leżącą nieopodal głowę, która – rzecz jasna – w żadnym wypadku się nie ruszała. Kolejne z bezsensownych przywidzeń. Zerknął za to na groby i na zatarte inskrypcje, spojrzał do wnętrza jaskini. Tknęło go nagle, że nigdzie nie widzi krzyży. Zatem cmentarz żydowski, arabski czy po prostu miejsce pochówku niewierzących. Ale tak stary?

Jeśli to była Rosja, powinny być prawosławne, bogato zdobione groby, uznał. Do diabła zresztą z tym wszystkim... Jakie niby znaczenie miały jego dywagacje? Gdy tylko zrobi się jasno, dokładnie rozezna się w sytuacji. W końcu Matka Gerda nazwała to miejsce Czatownią. Całkiem trafnie: z tej wysokości obejrzy sobie całą okolicę. O ile mu na to pozwolą. I o ile stąd wcześniej nie zejdzie – co nagle okazało się bardzo prawdopodobne.

 

Wykute w skale schody zauważył w sumie przez przypadek. Wciąż dreptał w kółko i nagle coś mu mignęło. Może sprawił to nikły promień gwiazd, a może spojrzał pod odpowiednim kątem, dość, że ujrzał zejście. Patrzył na nie przez chwilę niezdecydowany. Ktokolwiek wykuł owe schody, wykorzystał do tego fragment ciągnącego się w dół żlebu. Korytowate wcięcie w skalnej ścianie niknęło w ciemności. Wprawdzie nikt nie zamontował łańcuchów czy mosiężnych kółek, ale Malkolm uznał, że mógłby tędy zejść nawet po ciemku, o ile chmury nie zakryją kompletnie gwiazd.

O tym, że pomysł nie okazał się tak świetny, jak myślał, przekonał się ledwie po dziesięciu minutach.

Z początku schodziło mu się całkiem wygodnie, ale szybko okazało się, że schody nie są tak dobrze wykute, jak sądził. Być może było tak dawniej, ale dziś miejscami traciły już swą formę lub zostały przysypane przez zwietrzałe fragmenty skał. Dodatkowo tu i ówdzie w skałę wrosły drzewa – niby świerkowate, ale powykrzywiane i ciemne, w zasadzie bezlistne, o grubych, rozłupujących kamień korzeniach. Rud oparł się w końcu o jedno i wydało mu się ono wręcz kleiste – jakby pień zgnił od środka i wypuścił na zewnątrz zepsutą żywicę. Krzywiąc się lekko, Malkolm wytarł rękę o habit, ale zapach – podobny nieco do słodko-kwaśnego oddechu Matki Gerdy – pozostał. Nie było to przyjemne, ale prawdziwy problem pojawił się niespełna dwadzieścia metrów niżej.

Schody urywały się, ustępując miejsca szerokiej skalnej szczerbie. Coś – może dawne uderzenie pioruna bądź osuwisko – musiało uszkodzić fragment zejścia. Przeskoczyć nie było szans, co najwyżej obejść, rezygnując ze schodów i czepiając się już samej ściany: jej rys, pęknięć, szczelin i ostrych półek.

– I koniec pieśni... – stwierdził Malkolm, patrząc niechętnie na ostatni, widoczny za rozłamem fragment drogi. Szkoda; nie wiedzieć kiedy pokonał już ponad połowę dystansu. Stąd widział nawet, że to, co brał wcześniej za kopalnię, było jednak niewielkim czarnym stawem, otoczonym przez wypiętrzoną cembrowinę skał. W toni odbijały się jasne promyki gwiazd.

Rud zaklął. I złapał za skałę. Szybko znalazł oparcie dla stóp, ale zrozumiał, że sporo zajmie mu dokładne obmacanie kamiennych progów i dziur. Nie miał w końcu osprzętu i na myśl o tym, że spadnie, zrobiło mu się niedobrze. Ile mu jeszcze zostało? Nie wiedział. Zaczął pełznąć niczym pająk, sprawdzając trzy razy każdy ze skalnych występów.

Zagrzmiało.

– No chyba jaja sobie robicie! – syknął Malkolm. – Burza? Znowu? A niech was jasna cholera...!

Ględził do siebie, wciąż wyszukując odłamy i pęknięcia. Nerwowy monolog pomagał mu się skupić... choć drżał na myśl o tym, co będzie, gdy znowu lunie deszcz. Na szczęście był to tylko pomruk dawnej burzy, jej ostatnie, leniwe westchnienie. O wiele bardziej powinien przejmować się czymś innym. Malkolm pokonał już bowiem cały dystans, ale źle obliczył wysokość i zawisł jakieś dwa metry nad schodami.

Jak pech, to pech.

Zaczął pomału się zniżać, centymetr za centymetrem. Było to o wiele gorsze od przesuwania się wzdłuż popękanej ściany i dopiero gdy dotknął stopami płasko wykutej powierzchni, odetchnął z ulgą. Obrócił się i stanął pewnie na skale, nagle zdając sobie sprawę, że zimno gdzieś zniknęło. Wysiłek i stres zrobiły swoje: po prostu się spocił.

Zostało na oko jakieś sto kilkanaście metrów do podstawy ściany, ale teraz poszło mu szybciej. Co prawda widać już było, że schody nie kończą się idealnym, gładkim zejściem – u podnóża góry tkwiło kilkumetrowe usypisko i Rud obawiał się nieco, że gdy na nim stanie, zsunie się razem z gruzem. Najwidoczniej dbające o ów cmentarny zabytek ekipy sprzątające nie otrzymały już od dawna cesarskiej zapomogi. W końcu nie postawiły nawet tabliczek zabraniających wejścia do cmentarzyska w Czatowni.

Malkolm przyspieszył. Po wejściu na usypisko przeszedł jakoś pierwsze kilkanaście metrów, ale nagle – tak jak przewidział – zaczął się zsuwać razem z kamieniami. Krzyknął, a potem przewrócił się i sturlał, wprost ku występom skalnym i zlepieńcom pokrywającym podnóże góry. W końcu zatrzymał się, osłaniając głowę przed spadającymi odłamkami. Miał sporo szczęścia: nie dość, że nie skręcił sobie karku, to nawet niczego nie złamał. Tak czy owak, dotarł na miejsce.

Siedział pod górą – a raczej górskim łańcuchem, którego końca nie widział, podobnie jak i szczytu samej góry. Masyw ciągnął się daleko i chyba zakręcał w prawo, niknąc w ciemności. Co ciekawe, bezpośrednio przed skałami ziemia była popękana i wypiętrzona, lecz dalej stawała się niemal nienaturalnie płaska, pokryta grupką twardzielców. Rud nie dostrzegł ich z góry, ale teraz widział je wyraźnie: krzywe kolumny i głowy kamiennych głazów. Nie było ich wiele. Pomiędzy nimi rosły samotne drzewa, a dalej widać już było las – niczym czarny, gęsty mur.

– Świetnie... – mruknął do siebie. – Zasrana wycieczka.

– To ty? – usłyszał czyjś lekko zachrypnięty, ale młody głos. Wzdrygnął się, szybko zerkając na wszystkie strony. – Jesteś Skrzywiony?

– Gdzie jesteś? – spytał niepewnie i nagle jeden z cieni odkleił się od skały, krzepnąc w niewielką sylwetkę dziewczyny.

Wyszła z ciemności tak, jakby się nagle zmaterializowała, i Malkolm szybko zrozumiał dlaczego. Po pierwsze, nie była wysoka – mogła mieć jakieś sto sześćdziesiąt, może sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Po drugie, była cała ubrana na czarno. Nosiła podobne szaty co obłąkana staruszka, ale w odróżnieniu od niej na ich tle wyraźnie odznaczała się bladość dziewczyny – skórę miała niemal białą, płonącą w mroku jak negatyw. Tylko opadające na ramiona włosy były czarne – tak samo jak mocno podkrążone oczy; Rud nie wiedział, czy to makijaż, czy naturalne cienie.

Dziewczyna zaciskała czarne usta i taksowała Malkolma wzrokiem, jakby zastanawiała się, co z nim zrobić. Ładna, choć trudno było ocenić jej wiek. Siedemnaście? Dziewiętnaście? Dwadzieścia pięć? Wszystko tonęło w ciemności.

Gotka, uznał Rud. Ostatnią taką widział na holofilmie jakieś piętnaście lat temu. Ta moda chyba zniknęła... tak jak większość subkultur nieaprobowanych przez Zjednoczone Cesarstwo.

– Pytałam, czy jesteś Skrzywiony – powtórzyła. – Lepiej odpowiedz. I to szybko.

– Cóż... po tej wywrotce niemal na pewno – zauważył.

– Tak – przyznała. – Ładnie spadłeś.

Malkolm chrząknął.

– Słuchaj. Możesz mi powiedzieć, gdzie jestem?

– Pękł Krąg – zauważyła, powoli obchodząc Ruda dookoła i nie spuszczając z niego wzroku. – A skoro pękł, to Matka Gerda nie żyje. Pytałam więc, czy to ty.

– To znaczy?

– Czy ją zabiłeś. I czy jesteś Skrzywiony. Nikt inny nie zabiłby jej tak łatwo.

– Skrzywiony? – żachnął się. – A co to niby znaczy, do cholery?

– Nie wiesz? – zdziwiła się. – Musiałeś mocno uderzyć się w głowę. To Thea – wyjaśniła. – Kraina związana Prostym Prawem. Skrzywieni wyginają jednak to, co proste.

– Prostym Prawem?

– To, co rzucone, upada – objaśniła, uśmiechając się z widocznym pobłażaniem, jak do idioty. – To, co żyje, musi umrzeć. To, co się rodzi, wzrasta. Proste Prawo. Nie wiesz nawet tego?

– Jeśli to twoje określenie na prawa natury, niech ci będzie – odparł. – Wszystko jedno. Może zróbmy tak: pożycz mi mikro, albo chociaż powiedz, gdzie jestem. W zamian ja wyjaśnię, co stało się... z Matką Gerdą.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

– Wymiana? – spytała. – Bez upodlenia? Dobrze... niech ci będzie, ale tylko dlatego, że jestem ciekawa. Skrzywiony, który nie wie, co znaczy być Skrzywionym! Nigdy jeszcze nie słyszałam czegoś podobnego...

– Wymiana? – nie zrozumiał.

– Za moje imię – uściśliła. – Jedno z ostatnich. Więcej nie potrzebujesz, a Kruczą Wieżę już masz... ale o tym przecież wiesz.

– Krucza Wieża, co? – prychnął. – Kolejna paranoja wymyślona przez Salowskiego? To ma być scenariusz jego chorej gry? Skrzywieni, Kręgi, Proste Prawo, upodlenia... nie obraź się, kochana, ale to wszystko brzmi jak bełkot. Może trochę jaśniej?