Księga zepsuciaTekst

Z serii: Księga Zepsucia #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przekształceniu? – nie zrozumiał Rud.

– Dokładnie tak – zgodził się prawnik. – Co my tam mieliśmy...? Paragraf sto czterdzieści osiem podpunkt pierwszy według starego KK... po normalizacji prawnej uzupełniony o część B. Działał pan w stanie silnego wzburzenia... czyli mieliśmy afekt – dodał, przeglądając rozpiskę. – Z tego, co słyszałem, zmasakrował pan tych ludzi.

– To nie byli ludzie – odparł Malkolm, dziwiąc się, że mówi to wyjątkowo spokojnym głosem.

– Rozumiem – chrząknął urzędnik. – Ale prawa, a tym bardziej cesarza nie interesuje pańska opinia co do człowieczeństwa pańskich ofiar.

Tatusiu, ratunku! Tatusiu!

– Jako człowiek rozumiem ten... przypadek – uznał prawnik. – Ale postępuję według wytycznych Cesarstwa i paragrafów znowelizowanego Kodeksu karnego. Chwileczkę... – powiedział, zagłębiając się w dane na mikroczytniku. Malkolm nie zareagował. Przymknął oczy.

Przez krótką, potworną chwilę widział przewrócony holowizor, potłuczone szkło i pokryty krwią salon własnego domu... oraz leżącą na ziemi żonę w zaawansowanej ciąży, z poderżniętym gardłem, i gwałconą brutalnie córkę... a także trzech przeklinających i śmiejących się głośno zwyrodnialców...

Tatusiu! Nie! Tato!

– Panie Rudecki? Słyszy mnie pan?

– Tak – odparł odrobinę ochryple. – Słyszę.

– Jak wspomniałem, została zmieniona kwalifikacja prawna pańskiego czynu – powtórzył urzędnik. – Jednym z zamordowanych przez pana napastników był niejaki Cyprian Salowski, syn Konrada Salowskiego. Może go pan kojarzy? Najmłodsza z pańskich ofiar, niespełna dziewiętnastoletnia.

– Kojarzę jego nóż – zgodził się sucho Rud. – Słyszałem, że miał się nim wykazać przed kolegami. I wykazał się.

Prawnik odkaszlnął.

– Tak. Eee... khem... wracając do sprawy... Powinien pan wiedzieć, że Konrad Salowski nie jest już urzędnikiem średniego szczebla. Awansował do stopnia gubernatora wschodniego kantonu Masovii...

– Doprawdy? Gratulacje.

– Ironizuje pan? Podobno często pan to robi... cóż... tak czy inaczej, muszę poinformować pana, że pański czyn został podniesiony do poziomu zbrodni politycznej.

– Tak? – spytał martwo Rud. – Prawo nie działa podobno wstecz.

– Ta sprawa nie została nigdy definitywnie zamknięta – wyjaśnił urzędnik. – Przypominam, że z punktu widzenia prawa karnego przebywał pan w areszcie, oczekując na ostateczny wyrok po pańskiej apelacji. A ostatnio... gubernator dostarczył dowody na to, że syn Konrada, Cyprian Salowski, współuczestniczył w, eee... posiedzeniach programowych, mających na celu awans polityczny jego ojca... i tym samym zyskał status nieoficjalnego doradcy politycznego Cesarstwa.

Malkolm prychnął.

– To sfabrykowane kłamstwa – odparł zimno.

– Radziłbym uważać z takimi oskarżeniami – żachnął się prawnik. – Mówi pan o szanowanym obywatelu Cesarstwa.

– Szanowanym? – skrzywił się Rud. – Może, ale jego pozycja ma się nijak do jego syna. Miałem czas, by poczytać sobie o Cyprianie i dwóch pozostałych typkach: Hansenie i Lodzie. Synek gubernatora miał problemy z narkotykami i kilka udowodnionych przestępstw. Gdyby przeżył, sam by tu teraz siedział.

– Być może, ale skutecznie mu to pan uniemożliwił – oznajmił prawnik. – To wszakże nie ma wiele wspólnego z obecną sprawą... – Głos urzędnika stał się nagle suchy i rzeczowy, jakby jego właściciel dukał wyuczoną formułkę. – Wraz z uzyskaniem przez pana statusu więźnia politycznego automatycznie stracił pan prawo do apelacji. Tym samym pański przypadek podpada pod znormalizowany system karny JUDEX, który podejmie decyzję w pańskiej sprawie w oparciu o obowiązujący Kodeks karny i tak zwane PS, czyli opinię polityczno-społeczną.

Komputer, przypomniał sobie Malkolm. Tulpen mówiła o systemie, z którym nie można wygrać...

– Nie macie prawa... – zaczął, ale uprzejma maska nałożona przez urzędnika nagle zniknęła. Prawnik chwycił pilota ECS.

– Radzę, by nie poddawał się pan wzburzeniu – wymamrotał, wstając pośpiesznie od stolika i cofając się w stronę drzwi. – A co do prawa, panie Rudecki, to tylko przypominam, że to my nim jesteśmy... Proszę nie wstawać! – rzucił nieco piskliwie, bo unoszący się z wolna Malkolm patrzył na niego tak, jakby i jego miał ochotę rozsmarować po ścianach. – Bo nacisnę! Rozumie pan? Nacisnę!

– A naciskaj sobie – wycedził Rud. Ale prawnik już go nie słyszał. Niemal wybiegł z celi, zabierając ze sobą pilota, mikroczytnik i ostatnie resztki nadziei.


Kapelan przybył kilka dni później.

Tego, że upływały dni, Malkolm dowiadywał się z rogu płaskoekranu. Nie wychodził już; skutecznie ograniczono mu swobodę. Znacznie lepsze od stołówkowych posiłki podawano mu przez specjalny podajnik, ale to, że nagle zamiast białkowo-witaminowej brei pojawiło się mięso, frytki i neocola, nie poprawiło mu humoru. Miał złe przeczucia. Przeczucia, które wpędzały go w ciemność.

Nocą myślał o wszystkim, co go spotkało. O spojrzeniach osadzonych, którzy powitali go w więzieniu burzliwymi, gorzkimi oklaskami. O sferze szacunku, otaczającej go niczym ochronny krąg. I o Tulpen, która pragnęła schronić się w jego cieniu. Ale najmocniej i najboleśniej myślał o Lidii. O twarzy swej córki biorącej go za rękę i całującej jego dłoń. O ich pełnych milczenia spotkaniach i o oszczędnych informacjach, które docierały do niego niczym zapomniane resztki światła: o nowej szkole, opiekującej się Lidią ciotce, o dobrych stopniach... Tyle razy prosił ją, by nie przychodziła, ale teraz oddałby wszystko, by zobaczyć ją jeszcze raz. Ale nie odwiedził go już nikt – nie licząc starego kruka.

Czuł, że coś jest nie tak tego dnia. Zbyt szybko włączono mu światło i uruchomiono prysznic. Po raz pierwszy spytano go też przez głośnik, co chce dostać na śniadanie, i gdy nieco oszołomiony zamówił jajecznicę z boczkiem, podano mu ją po ledwie piętnastu minutach, dokładając chleb i plastikowy kubek z gorącą, aromatyczną herbatą. Zjadł i wypił, starając się nie myśleć, i gdy tylko usłyszał buczenie systemu, odruchowo wyrzucił resztki do kosza na śmieci. A potem otworzyły się drzwi i przez próg przestąpił kapelan.

Był taki, jak szeptano na spacerniaku. Wysoki i chudy, odziany w starą czerń. Nie przypominał księży, których Malkolm widział w mediach – tłustych, rumianych i uśmiechniętych, proszących o kredyty podczas holowizyjnych zbiórek. Sztywny i kościsty, o twarzy napiętej jak stary pergamin, nosił czarne okulary ślepca i wspierał się na wysuwanej teleskopowo lasce.

– Malkolm – powiedział. Głos miał słaby i szeleszczący jak jesienny liść. – Dwa tysiące pięćdziesiąt dwa. Czy mogę usiąść, synu?

Rud cofnął się odruchowo. Kapelan wydzielał dziwną woń starej naftaliny zmieszanej z mdłym olejkiem o zapachu zwietrzałego piżma.

– Tutaj – ogłosił ni to do Malkolma, ni to do siebie, stukając laską i znajdując dzięki niej pryczę.

Usiadł na niej i skierował twarz ku Rudowi. Jego czarne okulary odbijały światło elektrycznych lamp.

– Dziękuję.

Malkolm nie odpowiedział. Kruk oparł dłonie na lasce. Na jednym z palców połyskiwał mu sygnet z czarnym, źle oszlifowanym kamieniem.

– Gniew, synu – powiedział. – Najbardziej szlachetny z grzechów. Gniew skłaniający dobro do czynienia zła. Nawet Bóg potrafi unieść się gniewem, nieprawdaż? I choć wiemy, że gniew Boży jest gniewem sprawiedliwym, z ochotą doszukujemy się owej rysy na boskim pancerzu. Bóg zagniewany to Bóg ludzki, bardziej zrozumiały przez tłuszczę niż ten, którego zwiemy miłosiernym...

Wykład, pomyślał niechętnie Rud. Kapelan dopiero się rozkręcał.

– Gniew nie jest zatem grzechem niskim, jak choćby łakomstwo, chciwość czy rozpusta. Nie jest też tak uwłaczający jak zazdrość czy tak krótkowzroczny jak próżność. Jest zaprzeczeniem gnuśności, gdyż mało który grzech jest aż tak aktywny. Mówią o nim, że łatwo łączy się z pychą, ale to nie do końca prawda. Gniew pozostaje gniewem. Gdy on przejmuje władzę, pozostałe grzechy blakną i drżą...

– Po co ksiądz przyszedł? – wycedził sucho Malkolm. – Nie zamawiałem zdrowasiek ani moralnej pogawędki.

– Przecież wiesz – odparł kapelan, unosząc nieco głowę. – Po to, by dać ci wybór. Oto on, synu: skrucha lub gniew. Wejrzyj więc w swoje serce i znajdź właściwą odpowiedź.

Tatusiu! Ratunku!

– A jeśli nie chcę? – spytał Rud. Kruk wolno pokiwał głową.

– W tej chwili gniew cię rozświetla – powiedział powoli, kierując ślepy wzrok wprost na twarz Malkolma. – Ten żar, który odczuwasz i który rozrywa ci serce, nie jest jednak dobrem. To ogień, który cię spali. Gdzie bowiem tkwi serce prawdziwego zła? Gdzie jest jądro ciemności? Kryje się ono w wierze, synu. W pewności, że zło jest dobrem. Prawdziwy mrok nie musi być bowiem ciemnością. I piekło jarzy się jasnym płomieniem. Płonie tak poprzez gniew.

Tatusiu! Pomóż mi!

– Nie muszę tego słuchać – powiedział powoli Rud.

– Nie – przyznał kapelan, wstając z wysiłkiem z pryczy. Do Ruda doleciała nagle słaba, słodko-kwaśna woń oddechu więziennego kruka. – Rozumiem cię. W gniewie jest moc, tak. Lecz cóż pozostanie, gdy gniew wygaśnie? I co wypali ów płomień? Myślałeś o tym, synu? Myślałeś o tym, co pozostanie... – uniósł lekko laskę – gdy zgaśnie owa światłość?

Rud nie odpowiedział. Cofnął się do ściany i dotknął przycisku awaryjnego wezwania strażnika. Zabrzęczało. Klawisze weszli szybko, najwidoczniej czekali tuż za drzwiami. Jeden z nich podszedł i wyprowadził kapelana na zewnątrz. Dwóch pozostałych zostało, patrząc na Malkolma z czymś, co wziął z początku za objaw dziwnego, niezrozumiałego współczucia.

 

– Już czas, Rudecki – powiedział po chwili mężczyzna, wyciągając pilota ECS. – Dostałeś swój wybór. My damy ci kolejny.

– Jaki? – spytał ochryple.

– Albo pójdziesz spokojnie, dwa tysiące pięćdziesiąt dwa – wyjaśnił drugi strażnik. – Albo uruchomimy chipa, jeśli będziesz wierzgał. Dla nas to bez różnicy. Rozumiemy się?

Malkolm nie odpowiedział. Milczał.


Gdy szli, wszystkie lufciki w celach były zamknięte. Nikt do nich nie wołał, nikt nie krzyczał. Krokom towarzyszyło tylko dudnienie – cichy odgłos miarowego uderzania w drzwi. Ostatni, żałobny akord nadawany przez więźniów. Akompaniament śmierci.

Kierowali się w stronę zewnętrznego baraku i gdy tylko Malkolm zrozumiał, gdzie go prowadzą, szarpnął się mocno i krzyknął. Byli na to przygotowani. Nacisnęli przycisk jedynie raz, dając mu lekką dawkę, i poczuł, że jego mięśnie wiotczeją. Nagle obwisł na rękach strażników, wszystko pokryło się lekką mgłą. W ten sposób pokonali resztę dystansu i przeszli przez dobudowany korytarz, łączący blok B z osławionym barakiem.

– Wolałbym już gaz – usłyszał mamrotanie drugiego klawisza. – Jak w kantonie Mannheim. Tam od razu jest masowo, a nie ten cały cyrk. Cały ten czynnik odstraszający jest o dupę potłuc. I tak przecież nie widzą.

– Za dużo gadasz – zauważył pierwszy, ucinając pogawędkę. Rud zaczął jeszcze ciężej powłóczyć nogami, impuls nadany do chipa wciąż błądził mu po ciele. Czuł, że zbiera mu się na wymioty.

– Tędy go – stęknął drugi. – Ciężki, cholera... napakował się...

– Gówno tam, napakował. Miał tę... firmę warsztatową... to się tam... czekaj, tak go weź... tam się narobił.

– A, mechanik... Dobra, mam.

– To szef tych, no... z synchronicznych. Nap...rawy, holowizja i te tam... z SynchroWork. Oni się różnymi gów...nami zajmowali. Spora... firma.

– Dobra, nie gadaj, tylko ciągnij! Już?

– Teraz.

Rud zmrużył oczy.

Pomieszczenie było średniej wielkości, miało może dwadzieścia kilka metrów kwadratowych. Przedzielało je przepierzenie z przezroczystej plastmasy. Po jednej stronie stało kilka starych plastikowych stołków i aparatura. Po drugiej – krzesło, do którego powoli go prowadzono.

– Słuchaj, dwa tysiące pięćdziesiąt dwa – mruknął do niego pierwszy strażnik. – Chcesz, to cię pyknę. Jak dam pełną moc chipa, to się wyłączysz. Nic nie poczujesz. Słyszysz, co do ciebie mówię?

Malkolm otworzył usta. Chciał coś powiedzieć, ale z gardła wydobył mu się tylko niewyraźny bełkot.

– Za mocno mu... – zaczął drugi klawisz, ale pierwszy uciszył go szybkim syknięciem. Ktoś się do nich zbliżał.

– Proszę o ulokowanie osadzonego na krześle – odezwał się znany już Rudowi głos prawnika Damiana Sobisa. – I o oddanie mi pilota. Czy więzień został potraktowany ECS?

– Rzucał się... – chrząknął pierwszy klawisz.

– Mówiłem, żeby nie stosować! – syknął urzędnik, odbierając piloty. – Dzisiejszą egzekucję zaszczyci swą obecnością gubernator! Jeśli zobaczy, że skazany to warzywo...

– Przecież kontaktuje... – mruknął drugi z mężczyzn. – Lekko było...

– Już widzę, jak lekko! Sadzajcie go.

Nie, pomyślał niewyraźnie Rud. Pod powiekami migotała mu twarz Lidii, dziwnie wymieszana z twarzą Tulpen i niewyraźną twarzą ciężarnej żony – żony, której nie mógł i nie chciał pamiętać, bo samo wspomnienie sprawiało, że ciemniało mu przed oczami. Ktoś go szarpnął i poczuł nagle twarde siedzisko krzesła i jego metaliczny, martwy chłód.

– Nie, golić nie trzeba – usłyszał jak przez mgłę. – Tak, gąbka. Nie tu. Dobrze.

Przypinali go niemal dokładnie tak, jak mówił doktor Cukier. Montowali mu elektrody – cztery, na rękach i nogach. Opisywany przez Cukra hełm zastąpiła metalowa, lodowata opaska z wystającą plątaniną kabli, niczym średniowieczna korona. Trwało to krótko, śpieszyli się. Ale nie włożyli mu w usta gumowego klocka – jeszcze nie teraz. Ten ostatni gest zostawili na koniec, na moment, gdy pojawi się główny widz przedstawienia. Jednak na niego nie trzeba było długo czekać.

Gubernator wschodniego kantonu Masovii Konrad Salowski wkroczył do pomieszczenia wolnym, spokojnym krokiem. Jego twarz za plastmasą nie wyrażała niczego – ani radości, ani bólu. Była obojętna i tylko oczy zdawały się palić od jakiegoś przygaszonego, starego żaru. Otaczający go ludzie – niesprecyzowani, szarzy urzędnicy i dyrektor więzienia – stanowili tylko tło. Nie widział ani ich, ani baraku. Nie widział nawet krzesła. Widział tylko przytomniejącą z wolna twarz Ruda.

Nieco to trwało. Malkolm szarpnął się kilka razy, ale skórzane pasy trzymały go mocno. Stojący obok Damian Sobis odczytał skróconą wersję wyroku z mikroczytnika i do Ruda dotarło w pełni, gdzie się znajduje. Krzyknął.

– Słyszysz mnie, Rudecki?

Głos był dziwnie mocny, choć cichy. Trzeszczał od elektrycznego przepięcia. Tkwiący za plastmasą gubernator wstał i podszedł do przezroczystej bariery. W starej, upstrzonej wątrobowymi plamami ręce trzymał prosty mikrofon.

– Zabiłeś mi dziecko, skurwysynu – wychrypiał, powodując niejaką konsternację wśród zebranych w baraku urzędników Cesarstwa. Najwidoczniej tego punktu programu nie przewidziano. – Mojego jedynego syna. I za to będziesz się smażył. Słyszysz, Rudecki? Za to będziesz się smażył...!

– Wykonać wyrok – polecił suchym tonem prawnik więzienny Damian Sobis.

Ale słowa nie były już potrzebne. Zaprojektowana elektronicznie i podpięta do systemu JUDEX aparatura zgodnie z wcześniej ustalonym programem uruchomiła prądnicę, przepuszczając przez skazanego dwa tysiące woltów czystego, zimnego napięcia.

Thea była bowiem gorąca i miękka, przesycona niosącym życie światłem... Tak zatem, gdy przebyli tylko mgielny opar, powiedzieli, że pragną tam pozostać – w osnowie nieśmiertelnej łaski. Tam więc pozostali, tam żyli i tam pomarli.

Odrzuceni, ustęp trzeci,

tekst zakazany Dekretem Czwartym

Pierwszego Dominium


Rozdział pierwszy
Szaleństwo

Było mu zimno.

To zapamiętał jako pierwsze – przenikliwy, docierający do kości chłód. Chłód i ciemność.

Leżał na czymś – na nierównym, skalistym podłożu, które odebrał z początku jako lekko porowate. Było też wilgotne, tak jak jego więzienny szary drelich z numerem dwa tysiące pięćdziesiąt dwa. To dlatego dygotał – cokolwiek mu zrobili, musieli też oblać go lodowatą wodą. Odruchowo objął się ramionami, ale zimne, zesztywniałe ręce nie przyniosły mu ciepła. Spróbował w nie chuchnąć, ale nie mógł porządnie zaczerpnąć powietrza. Zauważył za to wylatujący mu z ust obłoczek pary. Ciemność ustępowała.

Za to będziesz się smażył!

Głos gubernatora powrócił do niego, odbijając się echem w wyziębionym mózgu. To wtedy próbował wstać po raz pierwszy, ale gibnął się tylko w bok i upadł. Nie poczuł nawet bólu – nie pozwoliła mu na to zimna, sztywna skóra.

Umieram.

Pierwsza w miarę trzeźwa myśl przysłoniła echo głosu gubernatora. Zakaszlał boleśnie, wypluwając nieco śliny. W pomieszczeniu – czymkolwiek było – rozległ się cichnący odgłos odbitego od ścian charkotu.

Jedyny plus był taki, że go nie rozebrali. Wciąż miał na sobie więzienny kombinezon, bieliznę, skarpety i zapinane na rzepy bezmarkowe buty. Wciąż czuł też ucisk pozakładanych na ręce i nogi elektrod – choć już ich nie było – tak samo jak metalowej, wciśniętej na głowę obręczy. A więc przysmażyli go tylko. Sprawili, że cierpiał, a potem wrzucili do jakiegoś... kamieniołomu czy gdziekolwiek był. Czyżby Salowski jeszcze z nim nie skończył? Teraz będzie go trzymać tutaj, w jakiejś kamiennej dziurze? Wciąż próbując się podnieść, skulony i drżący jak stary dziadek, Malkolm po raz pierwszy spojrzał w miarę przytomnie. Wracało światło.

Był w jaskini albo też tak to na pierwszy rzut oka wyglądało. Chyba typu krasowego, a więc najbardziej pospolitej, z licznymi naciekami. Na razie dostrzegł tylko kilka wystających z podłoża guzowatych stalagmitów. Gdyby sturlał się na dół z krzywej płyty, rozbiłby sobie głowę. Miał jednak szczęście... Chwileczkę.

Płyta.

To, na czym leżał, nie powstało w sposób naturalny. Grube, pełne starych żłobień i roślinnych wzorów, musiało być czymś na kształt kamiennego nakrycia. Wielkie, wykute w skale wieko jakiegoś włazu? Możliwe, choć nie dostrzegał żadnych uchwytów. A zatem: płyta nagrobna. Skojarzenie nasuwało się samo, tym bardziej że mniej więcej w jednej trzeciej długości dostrzegł wreszcie twarz – a raczej wyżłobioną w kamieniu czaszkę z częścią kunsztownie odwzorowanej fizjonomii – popękaną i cienką tak, jakby jej właściciel cierpiał na przewlekłą chorobę. Cały wizerunek otaczał stary i mokry mech jaskiniowy.

– Śliczny to ty nie byłeś – skomentował Rud ochrypłym od zimna głosem.

Pierwsze wypowiedziane słowa poleciały w mrok i zgasły. Malkolm wzdrygnął się: jeśli leżał na czyimś grobie, to dopiero teraz w pełni to do niego dotarło. Tak jak i pozostałe elementy nareszcie widzianego w pełni pomieszczenia.

Jeśli rzeczywiście była to pieczara, to ktoś zrobił z niej istny grobowiec. W naturalnie uformowane ściany wkomponowano niewyraźne wykusze i popękane słupy. Wysokie sklepienie pokryte pajęczymi wspornikami wyglądało na dziurawe, i to przez owe dziury do wnętrza dostawało się nieco srebrzystego światła. Na zewnątrz musiała być noc – jej miękki, gwiezdny blask oświecał porozrzucane wokół katafalki, upiorne freski przedstawiające odziane w płótna szkielety i stare fragmenty zatartych przez czas rzeźb.

W licznych wykutych w ścianach niszach widać było odłamki starych dzbanów i resztki wyschniętych gromnic. Katakumby, uznał, powoli zbierając się z płyty. Ale gdzie? Jedyny podziemny cmentarz, który widział, znajdował się w kantonie rzymskim – ale nie robił wrażenia takiego ogromu. Kto zresztą robiłby coś takiego po jaskiniach? Etruskowie? Nie kojarzył, by coś takiego było w kantonie Masovii. Może w byłej europejskiej Francji?

Cóż, miejsce wyglądało na bardzo stare. Nikt go też chyba nie utrzymywał, nie wspominając już o renowacji. W zasadzie wyglądało tak, jakby ktoś odpalił w środku baterię granatów. Wskazywały na to choćby złamane w pół kamienne płyty, które powinny okrywać krzywe sarkofagi o zatartych przez czas inskrypcjach. Brakowało tylko pajęczyn i walających się wokół starych grobowych szat. Może to przez wilgoć; swoją drogą, jaki był sens budować cmentarz, który z wolna, ale nieustępliwie drąży podziemna woda?

Zaczął iść, niepewnie i chybotliwie, wciąż obejmując się ramionami. Gdzie, nie wiedział. Na logikę powinien tu zostać do rana. Na zewnątrz mogło być zimniej, ale na zewnątrz musiała też być cywilizacja. Choćby jakiś kościół przy cmentarzu. Budynek administracji zarządzającej tym obiektem. Droga i stacja benzynowa. Jednostka wojskowa podpadająca pod jurysdykcję Salowskiego... Nieważne. Niechby to było cokolwiek. Cokolwiek, co mogło mu pomóc przeżyć.

Drepcząc po nieforemnym podłożu, dopiero po jakimś czasie zaczął rozglądać się za czymś, co mógłby ewentualnie rozpalić. Problem w tym, że nie miał przy sobie zapałek. Jego ulubiona stalowa zippo została w więziennej przechowalni i nigdy jej nie odzyskał. Palić nie palił, wyleczył się szczepionką, ale zapalniczka została. Co zatem? Będzie pocierać patykiem o patyk? Bzdura. Musiał coś jednak wymyślić albo liczyć się z zaawansowanym zapaleniem płuc. O śmierci z wyziębienia nie wspominając.

Kilka kroków dalej potknął się o żelastwo.

Trochę tu tego było, zapewne jako element dekoracyjny, ale niestety – wszystko wyglądało na przerdzewiałe. Nieco okrągłych uchwytów, które oderwały się od sarkofagów. Ułamek starej kraty. I – co zauważył z niejakim zdziwieniem – resztki czegoś, co niegdyś musiało być mieczem.

Nachylił się i podniósł owe przeżarte przez rdzę kawałki, wcześniej biorąc w dłoń urywek jakiegoś podartego materiału, niemal rozpadającego się w palcach. Lepiej jednak było wziąć ów zetlały strzęp, niż skaleczyć się i narazić na tężec. Potem bez większego przekonania złapał za w miarę suchy kamień. Uderzył o zardzewiały metal... ale nic się nie stało. Nie skrzesał nawet jednej wątłej iskry.

 

Cudownie.

Znów ruszył przed siebie, trzymając w ręku swoje znalezisko. Kroczył mechanicznie, kierując się plamami rzucanego przez wykusze nocnego światła. Na plus było z pewnością to, że rozruszał się i tym samym nieco rozgrzał. I żył, choć w to ostatnie trudno mu było uwierzyć.

I za to będziesz się smażył!

– Obiecanki cacanki – wymamrotał ni to do siebie, ni to do obecnego w głowie głosu gubernatora. Co w zasadzie się przydarzyło? Puścili mu mniej woltów? Zapewne takie założenie było od samego początku. Po cholerę go jednak zanosić na jakieś kamienne zadupie? Nie lepiej było go zabrać do wymazanej z mapy rezydencji, by bawić się w nocne przypalanki i inne wymyślne rozrywki...? By patrzeć, jak skręca się z bólu... i nie pozwolić mu umrzeć?

To wszystko nie miało najmniejszego sensu. A już najmniej miało go to, że nie mógł znaleźć wyjścia.

Z początku szedł przed siebie bez wyraźnego planu. Potem zaczął myśleć. Logiczne wydawało się iść tam, gdzie jaskinia się rozszerza, lub znaleźć cokolwiek wskazującego na efekt działania cywilizacji. Przybite do ścian strzałki pokazujące drogę. Puszki po piwie i neocoli. Foliowe torby i podeptane niedopałki. I szklane oczy obserwujących katakumby kamer.

Niestety, nic takiego tu nie było. Tylko wariacje na temat nisz, pokruszonych słupów i ciosanych, ślepych bram z płaskorzeźbami w tle. Tym ostatnim dokładniej się przyjrzał: nie wyglądały zbyt zachęcająco, choć stworzono je z precyzją wskazującą na wysoki kunszt kamieniarzy. Szkielety – ni to ludzkie, ni to zwierzęce, o miejscami zaburzonych proporcjach – niosły w kościstych dłoniach broń białą i latarnie. Ich zewłoki były spowite przez porwane proporce i całuny.

Znajdowały się tam również niby ludzkie, zakapturzone sylwetki, otwierające grube księgi bądź skulone w zaklętym w kamień cierpieniu, wskazujące palcem na plątaninę fantazyjnych istot o kształtach wyciągniętych z horroru. Wszystko było zatem upiorne, choć Rud musiał przyznać, że w pewien sposób fascynujące, i w innej sytuacji z chęcią skoczyłby tu z własnym mikro, by zrobić serię holograficznych zdjęć. Ale na razie ciekawość i zachwyt przytłumiał chłód. Co gorsza, zaczął pojawiać się kaszel i Malkolm pomyślał, że jeśli nie zachoruje, to będzie to cud równy ocaleniu z elektrycznego krzesła.

To, że ocalenie mogło być chwilowe, zrozumiał po półgodzinie bezsensownego marszu.

Koncepcję z podziemną jaskinią odrzucił szybko – podejrzewał, że chodzi po wnętrzu góry, na co wskazywały coraz liczniejsze wykusze, przez które dostawało się światło gwiazd. Miejsce, w którym się przebudził, musiało jednak być fragmentem kompleksu pieczar, bo dopiero po kilkunastu minutach zaczął wychodzić na wielkie, kamienne przestrzenie o formowanych ścianach. To ostatnie zdumiało go najbardziej – ktoś zadał sobie trud, by nie tylko wykuć w skale krzyżowo-żebrowe sklepienia, ale i kolumny wspierające puste balkony i przyporowe łuki.

Praca ta była nie tylko monumentalna, ale i bezsensowna. Po cóż tak drążyć skałę, skoro jej wnętrze trzymało się samo z siebie? Malkolm, prowadząc swą firmę, niejednokrotnie napotykał problem, z którym musiała poradzić sobie jego ekipa – czy to mechaniczny, czy konstrukcyjny – ale ten, kto zaprojektował owe katakumby, wykazał się brakiem pomyślunku. To było kompletne marnotrawstwo sił i środków.

Wciąż rozglądając się wokół, doszedł wreszcie do mostu nad ziejącą rozpadliną, wyciągniętego w mrok niczym cienki jęzor skały. Zawahał się: kamienna kładka nie miała żadnych zabezpieczeń czy poręczy i wyglądała na taką, która niekoniecznie przeniesie go na drugą stronę. Tam jednak – co dobrze widział – było więcej światła, zupełnie jakby dochodził do cieńszej warstwy skał, pełnej dziur prowadzących na zewnątrz góry.

– Cholera jasna – wymamrotał, stawiając pierwszy krok na moście. Zęby wciąż szczękały mu z zimna. – Pieprzone grotołażenie. Spadnę.

Na szczęście most był dość szeroki – przynajmniej na dwa metry – i nie był jedyną przerzuconą nad przepaścią kładką. Na lewo – jakieś dwadzieścia metrów dalej – pysznił się spory wiadukt, niestety, ułamany w połowie. To tędy zapewne przenoszono niegdyś materiały i ciała, by złożyć je w tym cmentarnym labiryncie.

Malkolm ruszył, niechętnie zerkając w dół. Tkwiło tam coś, co wziął za grupę kamiennych zabudowań, wydobywanych z mroku jedynie przez kilka pasm srebrnego światła. Nie potrafił oszacować, jak głęboka była przepaść, ale ocenił, że leżące w dole budowle musiały mieć wielkość typowych kantonowych bloków z wielkiej płyty. Widząc coś, co można było wziąć za fragment podziemnego miasta, krzyknął więc, po raz pierwszy wołając o pomoc. Ale odpowiedziało mu tylko echo i odległe kapanie z jakiegoś ukrytego nacieku.

Chociaż nie. Było chyba coś jeszcze – coś jak odgłos osypującego się żwiru. Rud przyspieszył kroku – dźwięk dochodził zza drugiej strony mostu i choć już cichł, dodał mu nagle nadziei.

– Jest tam kto?! – krzyknął. W tej chwili było mu już wszystko jedno: jeśli była to gra gubernatora, to postanowił ją skończyć. – Odezwijcie się! Na pomoc!

Odpowiedziała mu cisza.

Ostatnie metry pokonał niemal truchtem, na moment zapominając o chłodzie. Już widział, że dochodzi do wyjścia, bo niecałe dwadzieścia metrów dalej widać było rozłam: sporą salkę upstrzoną skalnymi zlepieńcami, przypominającymi niewielkie menhiry ustawione pionowo na kształt nieforemnych kolumn. To, co znajdowało się na ziemi, już znał: kolejna seria zmurszałych ze starości grobów o popękanych płytach. W częściowo tylko zakopane sarkofagi wrosły korzenie i skalny mech.

Rud zatrzymał się, zakaszlał. Na zewnątrz lekko wiało – salka okazała się wysuniętą, szeroką półką skalną, wyglądającą niczym kamienny, wystający z gór jęzor. Na zewnątrz panowała ciemność. Czarne niebo zakrywały burzowe chmury. Gdzieś w dole – po słabo widoczny horyzont – ciągnęła się ciemna, niewyraźna linia. To musiał być las.

– Zadupie – wymamrotał, rozglądając się niepewnie. – I jak mam teraz zejść z tego...

Nie dokończył. Pomiędzy grobami był ksiądz.

Odziana na czarno, skulona sylwetka siedziała niedaleko na jednym z otwartych grobowców i grzebała w środku łapczywymi chudymi dłońmi. Malkolm widział głównie jej plecy. Wzdrygnął się. Spodziewał się wszystkiego, ale nie więziennego kapelana. Stał więc przez moment niczym sparaliżowany, słysząc, jak ksiądz mamrocze do siebie jakieś niewyraźne słowa, zagłuszone częściowo przez przedburzowy powiew.

– Dobry... – usłyszał wreszcie wyraźniej skrzekliwy głos. – Och, dobry, dobry...

Nadchodząca nawałnica wydobyła z siebie basowy pomruk. Razem z nim pojawił się nieco silniejszy wiatr, który zdarł kaptur z czarnego habitu kruka tak, że Rud dostrzegł wreszcie swój błąd.

Siedząca na grobie postać nie była kapelanem. Podmuch poszarpał jej długie, siwe włosy. Ale odziana na czarno sylwetka nie przejmowała się fryzurą. Sięgnęła głębiej, by – ku obrzydzeniu Malkolma – wyszarpnąć z grobu nadgniłą trupią głowę z czymś przypominającym przerdzewiałą koronę.

– Jesteś, mój miły Konradzie... – wycharczała istota, zrywając ozdobę i odrzucając ją niedbale w porastający podłoże mech. – Och, taki dobry... i taki martwy... lecz nie zakopany głęboko, o nie. Nie głęboko, lecz tu: w Czatowni. I patrz – dodała, unosząc lekko zmurszały czerep, jakby pragnęła ukazać mu skryty w ciemności krajobraz – gdzież twe starania? I gdzie wysiłki? Jeden z wielu... – dodała do siebie – jeden z wielu. Odrzucony.

Rud skrzywił się. Nie wiedział, czy ma się odezwać, czy odejść, ale coś trzymało go w miejscu. Czy naprawdę usłyszał imię gubernatora? Zapomniał na chwilę o przenikliwym zimnie. W powietrzu unosił się mdły zapach ozonu, zapowiedź solidnej burzy. Okolica znowu zagrzmiała, wiatr stał się silniejszy. Malkolm nie mógł tego ciągnąć. Otworzył usta, ale zanim powiedział choćby słowo, istota spojrzała w bok, i nagle Rud ujrzał jej twarz.

Była to stara kobieta – w zasadzie wyjątkowo stara: blada i chuda, o popękanych ustach. Jej twarz, choć pomarszczona, wyglądała na dziwnie napiętą, tak samo jak skóra na pokrytej plamami dłoni o długich, czarnych od grzebania w ziemi paznokciach. Nie widział dobrze jej oczu, ale nawet z tej odległości dostrzegł ich dziwną szklistość – kimkolwiek była owa starucha, z pewnością nie grzeszyła już dobrym wzrokiem.