Twardy. Zimny. Martwy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Napastnik lekko i zgrabnie zeskoczył z całego półpiętra. Już raz coś podobnego kiedyś widziałem – na Sienkiewicza. Wciąż lekko ogłuszony, spojrzałem w górę. Pochylała się nade mną znajoma twarz z jarzącymi się czerwono oczami.

– Wiedziałem, że się na to złapiesz, psie! – warknęła hybryda. – Nastraszyłem ci kumpla, a ten zaskomlał o pomoc, prawda, kundlu? – zapytał, wymierzając mi kopniaka w brzuch.

Na szczęście zdążyłem podciągnąć nogi w górę. Jego stopa zderzyła się z moim kolanem. Chrupnęło, a Gała wrzasnął z bólu.

Ha! – wykrzyknąłem triumfalnie w duchu. Najwyraźniej jego biowspomaganie miało jakieś słabe punkty i wszystko wskazywało na to, że przynajmniej jeden z nich właśnie odkryłem. Zerwałem się z podłogi, nie chcąc ponownie oddać przeciwnikowi inicjatywy. Hybryda chyba dochodziła do siebie po szoku bólowym, bo już nie wrzeszczał. Na jego obliczu zagościła bezbrzeżna wściekłość.

Zaatakowałem kopnięciem z półobrotu, jak pewien strażnik z Teksasu. Gała uśmiechnął się lekceważąco i zablokował mój cios przedramieniem. Chwilę później uśmiech znikł z jego twarzy, gdy wystające z brzegu podeszwy ostrze zagłębiło się w ciele. Takich butów nie miał nawet Chuck Norris. Miałem szczęście, bo dłoń hybrydy zwisła bezwładnie. Najprawdopodobniej udało mi się przeciąć mu jakieś ścięgna. Nie łudziłem się jednak, że to zatrzyma Czartoryskiego na dobre. W końcu skurwiel kulom się nie kłaniał. Pewnie już zaczął się goić i regenerować. Znając życie, robił to w szybkim tempie.

Kopnąłem ponownie, tym razem celując w kolano. Zszedł z linii ciosu. Szybko się gnojek uczył. Zamarkowałem kolejny półobrót i w ostatniej chwili zmieniłem ruch ciała. Dał się nabrać i ustawił się do blokady, robiąc krok w tył. Pozwolił mi tym samym na wyciągnięcie beretty. Gała znów wyglądał na rozbawionego. Z tym tylko, że ja nie zamierzałem strzelać w tułów. Staliśmy zaledwie półtora metra od siebie, a z takiej odległości nie mam zwyczaju chybiać. Wpakowałem mu po jednej kuli w oba kolana. Z wyrazem kompletnego zdumienia opadł na nie i dopiero wówczas zaczął wyć. Strzeliłem jeszcze dwukrotnie, rozpieprzając mu łokcie. Gała ani na chwilę nie przestał wrzeszczeć, a oprócz bólu w jego głosie słychać było też wściekłość. Chwilowo nie mógł mi nic zrobić. Krwawienie spowodowane postrzałami już co prawda ustąpiło, nawet jednak wspomagającym jego ciało pseudopierwotniakom uleczenie zniszczonych stawów musiało zająć dobrych kilka minut. Czasu miałem więc aż nadto.

Wbiegłem na piętro i kopniakiem rozwaliłem wystające ze ściany gniazdko elektryczne. Oczywiście wcześniej schowałem z powrotem ostrza w podeszwie buta. Po chwili miałem dwa kable z nagimi miedzianymi końcówkami wystającymi z otuliny. Wróciłem po Gałę i skułem go kajdankami. Szarpał się i wrzeszczał, ale mimo postępów w gojeniu się ran wciąż miałem nad nim znaczącą przewagę. Zaciągnąłem go na górę i rozerwałem koszulę, w którą był ubrany. Następnie ustawiłem tak, żeby po popchnięciu wpadł na wystające ze ściany przewody środkiem gołej klatki piersiowej. Zostało mi już do zrobienia tylko jedno. Bez słowa pchnąłem Czartoryskiego i z satysfakcją patrzyłem, jak zatelepało go po zamknięciu obwodu. Aż przygasły jarzeniówki na szpitalnym korytarzu.

Znów poradziłem sobie z hybrydą za pomocą prądu, choć tym razem w zdecydowanie mniej konwencjonalny sposób. MacGyver byłby ze mnie dumny. Czartoryski telepał się przy ścianie jakieś pięć sekund, po czym opadł bezwładnie na podłogę. Zbiegło się to w czasie z kolejnym mrugnięciem i ostatecznym zgaśnięciem jarzeniówek na korytarzu. Gdzieś w szpitalu, być może nawet w podziemiach, do których ostatecznie nie dotarłem, najzwyczajniej w świecie wywaliło korki. Złapałem nieprzytomną hybrydę za skute ręce i pociągnąłem za sobą korytarzem. Nie krwawił już, więc nie zostawiał na podłodze żadnych śladów. Salowe będą miały mniej sprzątania.

Zapukałem do sali, w której leżał Łopiński. Kolejny raz się przedstawiłem, po czym wciągnąłem do środka specyficzny tłumok. Na widok rozszerzonych ze zdziwienia oczu Rafała wzruszyłem ramionami.

– Prezent od firmy – powiedziałem. – Z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia dla ciebie i twojej panny.

Łopiński zaniemówił, Monika spiekła raka, a ja, tak jak poprzednio, usiadłem na podłodze i oparem poturbowaną głowę o ścianę. Przez moment było mi dobrze, choć do stadium nirwany brakowało cholernie dużo.

– Rafał! – Chwilową ciszę zmąciła siostra wywołanego. – Mówiłeś, że Czarny jest wrednym sukinsynem. Nigdy nie mówiłeś, że aż tak. – W jej głosie słychać było nutę wyrzutu. – Przecież przy nim predator wydaje się nieszkodliwy jak komar.

Chciałem coś powiedzieć, ale zawroty głowy zmusiły mnie do położenia się na podłodze. Z trudem ogniskowałem wzrok na jednym punkcie. Czyżbym miał wstrząs mózgu? Usłyszałem łomot do drzwi. Do środka wparował wzburzony komendant Toszko z depczącym mu po piętach Pawliczakiem. Omiótł wzrokiem wnętrze sali i zaklął:

– Kurwa jego w dupę jebana mać!

Szef musiał być naprawdę mocno wyprowadzony z równowagi, bo z reguły bluźnił w tradycyjny, dwuwyrazowy sposób.

Chyba rzeczywiście miałem wstrząs mózgu, co było jednoznacznym dowodem na to, że jednak ów mózg mam. Było kilka osób, które w to wątpiły.

– Czarny, co z tobą? – usłyszałem natarczywe pytanie.

Resztką sił odpowiedziałem:

– Powiedz Pawliczakowi, żeby stąd wypierdalał. To prywatna impreza i łysym pedałom wstęp wzbroniony.

Nie wiem, co było dalej. Poczułem, jak szum w mojej głowie narasta, i najzwyczajniej w świecie zemdlałem.

***

Obudziłem się dwa dni później. Oprócz tego, że miałem uraz głowy, organizm najwyraźniej domagał się też regeneracji po nocnej akcji w magazynie i nadużyciu alkoholu. Położono mnie w sali obok Łopińskiego i jego dziewczyny. Oprócz etatowych pielęgniarek miałem jeszcze jedną niedyplomowaną – Annę Rożek. Była nieocenionym źródłem informacji po moim powrocie do świata przytomnych.

Gdzieś w mojej potłuczonej głowie kołatało się, że podczas fizycznego niebytu mój mózg nie próżnował i uciąłem sobie pogawędkę z tatuażem na ramieniu. Obcy obnażył ociekające jadem kły bardziej, niż to miał w zwyczaju, i stwierdził, że choć mam sukcesy w walce z hybrydami, on czuł się nimi nieusatysfakcjonowany. Twierdził, że noszenie go na ramieniu do czegoś zobowiązywało. Po pierwsze miałem wziąć się w garść i nie mdleć jak panienka podczas obfitego okresu. Po drugie, jak już będę w tej garści, miałem skopać dupska osobnikom z biowspomaganiem tak, żeby – cytuję – posrali się na rzadko. Obiecałem mu solennie, że będę się starał ze wszystkich sił. Obcy mruknął niewyraźnie coś w stylu: Jak się cienki Bolek nie poprawi, to spierdalam z tego ramienia! Tego ostatniego nie byłem do końca pewien, może trochę przeinaczyłem.

Kiedy tylko odzyskałem przytomność, poprosiłem o zwięzły raport z aktualnej sytuacji. Okazało się, że komendant zabrał do aresztu powoli dochodzącego do siebie Czartoryskiego. Gała po kontakcie z prądem nie goił się już co prawda w oczach, ale był w na tyle dobrym stanie, że nie wymagał opieki lekarskiej. Został osadzony w pilnie strzeżonej celi. Podobno teraz nie dało się do niej niczego przemycić – kontrola była ponoć tak ścisła, że nie obejmowała tylko rewizji naturalnych otworów ciała. Potencjalni obrońcy, którzy zgłosili chęć reprezentowania interesów Gały, trafili pod wielką lupę sprawiedliwości, a dwóch z nich zajęło już cele tuż obok niedoszłego klienta. Reszta miała prześwietlane kartoteki do trzeciego pokolenia wstecz. Zatrzymany miał oczywiście prawo do kontaktu z adwokatem, ale jak dotąd nawet taki służbista jak Toszko nie wyraził zgody na jego wyegzekwowanie.

Pawliczak, który próbował podpiąć się pod kolejny sukces policji, został wygoniony w trybie pilnym z dożywotnim zakazem pokazywania łysej pały w komisariacie. Na samo wspomnienie zastępcy szefa sekcji do spraw zwalczania przestępczości zorganizowanej zaswędziało mnie ramię.

Spokojnie, stary! – pomyślałem pod adresem ksenomorfa. Obiecałem sklepać michę kilku złym facetom, to ją sklepię!

Gdzieś po drodze wymówienie ze służby w moim oddziale złożyło trzech funkcjonariuszy, w tym Kupczyński. Dwóch miałem w głębokim poważaniu. Chcieli, to odmówili, ich broszka. Kupczyńskiego trochę było mi szkoda. Facet najwyraźniej nie mógł się pogodzić, że posłużył jako marionetka, choć osobiście za władcę marionetek wcale się nie uważałem. Cóż… urażone ego powiedziało „nie” i trzeba było tę decyzję uszanować. Z drugiej strony jeśli ktoś miał owo ego tak rozbuchane, to może lepiej, że zrezygnował na samym początku. Później w tej robocie częstość obrywania po tyłku mogła jeszcze wzrosnąć. Kupczyński sprawiał wrażenie twardziela, ale najwyraźniej pozory myliły.

Na sam koniec skrótu wydarzeń, które miały miejsce podczas mojego niebytu, Anna powiedziała mi, że jej brat i Monika Tokarczyk czują się dobrze. Podziękowałem jej uprzejmie i przeprosiłem, chcąc wykonać telefon. Z rozbrajającą szczerością oznajmiła mi jeszcze, że nie muszę się martwić Małą – zdążyła już ją uprzedzić, że kilka dni nie będzie mnie w domu.

Kiedy tylko wyszła z pokoju, wstałem z łóżka. Zignorowałem tym samym wszystkie zalecenia i rady zarówno lekarzy, jak i pielęgniarek. Wybrałem się na krótki spacer szpitalnymi korytarzami. W sięgającej do kolan, pachnącej jakimiś antyseptykami koszulinie było to doprawdy urocze. Przy każdym kroku czułem przeciąg mierzwiący włosy na jajkach. Na szczęście do szpitalnego depozytu nie było daleko. Stojąc przed zakratowanym okienkiem, skonstatowałem, że w końcu i tak, mimo uprzednich trudności, zawitałem do szpitalnych podziemi.

Grubas po drugiej stronie miał pewne opory, aby wydać moje rzeczy. Kiedy jednak złapałem go za przybrudzony kitel i docisnąłem nalaną gębę do kraty, zmienił zdanie. Od cywilnych ciuchów zalatywało nieco stęchlizną, ale i tak były milsze od szpitalnego wdzianka. Bez broni czułem się niekompletnie ubrany, ale z drugiej strony z tego powodu nie mogłem być zły. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zostawiłby przecież beretty w szpitalnym depozycie. Pistolet zapewne będę mógł odebrać dopiero w komisariacie. Trzeba będzie się po niego pofatygować. Trudno, da się zrobić.

 

Po aresztowaniu Gały numerem jeden na mojej prywatnej liście był jego adwokat. Zakładałem, że skoro ostatnio nie był hybrydą, nie został nią do tej pory. Jeżeli moje założenia były słuszne, chwilowo mogłem obejść się bez broni. Chwilowo, czyli przez tyle czasu, ile potrzebowałem na dotarcie do komisariatu. Albo do domu. Tam miałem nawet lepszy arsenał. Jeżeli podczas drogi do jednego lub drugiego miejsca zostałbym napadnięty przez mafijnego mecenasa, spuściłbym mu łomot jedną ręką. Strachu więc nie było, tym bardziej że taki scenariusz był bardzo mało prawdopodobny. W progu rozsuwanych, frontowych drzwi szpitala zaśpiewał telefon. Dzwonił Łopiński.

– Cześć! – powiedział, gdy odebrałem. – Chcę cię tylko ostrzec, żebyś w najbliższym czasie nie wchodził Ani w drogę.

– Tak? – zdziwiłem się, rozważając, czy wypisanie się ze szpitala w trybie pilnym na własną rękę mogło mieć z tym coś wspólnego.

– Powiedziała, że cię zabije!

Cóż, domysł był chyba słuszny.

– Mam się bać? – zażartowałem.

Rafał był jednak poważny.

– Lepiej uważaj, stary! Nie znasz tej kobiety tak dobrze jak ja.

– Dzięki! – odparłem i się rozłączyłem. Do całego bigosu brakowało mi jeszcze rozgniewanej koleżanki z pracy. Jeżeli była bardziej upierdliwa od Łopińskiego, czekały mnie z pewnością ciekawe zdarzenia. Przez moment zastanawiałem się, czy może być coś gorszego od dywanika u szefa. Chyba mogło, zważywszy na fakt, że w ostatnich kilku latach z płcią przeciwną radziłem sobie zazwyczaj kiepsko. Żeby nie powiedzieć, że wcale. Mieszkająca u mnie studentka-prostytutka i fakt, że dopiero co podpadłem innej, również u mnie mieszkającej kobiecie, były na to wystarczającym przykładem.

Ach, te baby! – westchnąłem wzorem milionów mężczyzn na całym świecie. Albo były przed okresem, albo w jego trakcie. A faza po nie różniła się niczym od poprzednich. Zawsze tak samo.

***

Do domu wszedłem i zeń wyszedłem. Chciałem coś spokojnie zjeść, również w spokoju umyć się i przebrać. Niestety… siostra cioteczna Łopińskiego zadzwoniła do Małej, więc już od progu zbombardowany zostałem tyradą na temat braku odpowiedzialności, męskiej głupoty, nikomu niepotrzebnej brawury i tego typu dupereli. Wziąłem tylko szybki prysznic i ogoliłem się raz-dwa. Ewa nawijała dalej, mimo iż byłem od niej odgrodzony łazienkowymi drzwiami. Słuchając kolejnej porcji pomyj wylewanych na moją głowę, straciłem apetyt. Ubrałem się, wziąłem gnata ze schowka w szafie. Kiedy sięgałem po kluczyki od auta, Mała wpadła w autentyczną wściekłość.

– A ty dokąd?! – wrzasnęła.

O nie, moja droga! Miarka się przebrała! Złapałem ją za sweter pod szyją i przyciągnąłem ją do siebie. Umilkła momentalnie. Łapiąc spazmatycznie oddech, patrzyła na mnie rozszerzonymi ze strachu oczami. Nasze nosy dzieliła odległość zaledwie kilku centymetrów. Przez zaciśnięte zęby wycedziłem:

– W ten sposób nie odzywała się do mnie nawet żona. Albo wyluzujesz, albo jak przyjdę, ma cię tu nie być!

Puściłem ją i wyszedłem. Miałem ochotę trzasnąć drzwiami, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Co one komu winne? Wkurwiały mnie babskie fochy. Z dwojga złego wolałem już dywanik u szefa. Pojechałem na komisariat.

***

Toszko nie bardzo wiedział, jak się zachować. Z jednej strony chciał mi dołożyć, z drugiej bał się, czy mój aktualny stan zdrowia pozwoli mi to przetrzymać. Niczego mu nie ułatwiałem, skakał więc z tematu na temat, raz głaszcząc mnie z włosem, raz biorąc pod włos. Jak łatwo było się domyślić, wmanewrowanie Kupczyńskiego w donos i w konsekwencji nalot na mafijną willę nie przypadło mu do gustu. Efekty akcji były jednak niespodziewanie dobre i choć nie dotyczyły bezpośrednio hybryd, należało zapisać je na konto sukcesów. Nawet jeżeli chciał się pod nie podpiąć pewien palant z innego wydziału.

Moje zachowanie na pamiętnej odprawie było według szefa karygodne. W zasadzie zgadzałem się z nim w tej kwestii. Przeciwwagę dla tego zarzutu stanowiły jednak późniejsze wydarzenia w szpitalu. Ponowne aresztowanie Czartoryskiego było czymś, co, powiedzmy, zmazywało moje winy. Może nie wszystkie, ale zdecydowaną większość. Zmarnowaliśmy pół godziny na mielenie oczywistych rzeczy. Pomny mojego niedawnego złego zachowania kilkakrotnie powstrzymywałem się, aby ostentacyjnie nie ziewać. Szef zakończył spotkanie mocnym akcentem. W ramach troski o zdrowie podwładnego wysłał mnie na zaległy dwutygodniowy urlop. Na ten okres oddziałem do zadań specjalnych dowodzić miała Anna Rożek.

Do obecności kobiet w szeregach policji zdążyłem się już jako tako przyzwyczaić. Myśl, że owe kobiety dostawały do ręki władzę, nie przypadła mi jednak do gustu. Nie byłem psem ogrodnika, co sam nie zeżre, ale innemu też nie da. Dowódcą oddziału zostałem niejako z przymusu, bo oprócz mnie nie było innego kandydata. Poprzedni był zaś świętej pamięci matołem. Wobec powyższego nie powinienem mieć obiekcji, aby tym razem możliwość wydawania rozkazów leżała w damskich rękach. A jednak miałem. Baba zawsze pozostawała babą, nawet jeśli skończyła szkołę policyjną i zaliczyła kurs dla antyterrorystów. Patrząc na minę szefa, wiedziałem, że zakomunikowane właśnie wiadomości nie podlegają dyskusji i są nieodwołalne. Nie było sensu dyskutować, więc wstałem i ruszyłem do wyjścia. Gdy byłem w progu, szef zapytał mnie, czy mam jakieś plany na ten nagle przydzielony urlop. Zmyśliłem na poczekaniu kilka bajek. O prawdziwych planach nie zamierzałem mówić nikomu, a staremu w szczególności.

***

Zanim wyszedłem z pracy, zajrzałem jeszcze na parę minut do sutereny. Tam w zakratowanych boksach trzymaliśmy aresztantów. Interesował mnie tylko jeden. Jacek Czartoryski leżał na nieco sfatygowanej pryczy. Stanąłem przed celą i przyjrzałem mu się uważnie. Usiadł na łóżku i odwzajemnił spojrzenie. Odniosłem wrażenie, że w jego ruchach nie było dawnej płynności i gracji, zginaniu nóg towarzyszył niewielki, ale zauważalny grymas bólu. Rany postrzałowe goiły się, ale nie w takim tempie jak przed porażeniem prądem. Biowspomaganie zostało wyłączone i obecnie Gała nie różnił się fizjologią od przeciętnego człowieka. Patrzył na mnie z nienawiścią, choć tym razem jego oczy nie jarzyły się czerwienią.

– Dorwę cię, psie, i zabiję! – powiedział ochrypłym głosem.

– Nie sądzę – odparłem lekkim tonem. – Zgnijesz w pierdlu, Gała. A tam jedyny rodzaj implantacji, na jaki możesz liczyć, to kutas jakiegoś napakowanego byczka wsadzony ci w dupę. Poznasz nowy rodzaj biowspomagania.

– Uciekłem raz, ucieknę i drugi. – Zważywszy na okoliczności Czartoryski miał zaskakująco dużo pewności siebie.

– Rozejrzyj się dookoła – poradziłem mu kpiącym głosem. – Przez te kraty mógłbyś przecisnąć się jedynie wtedy, gdybyś był T-1000 z Terminatora. Na robota z płynnego metalu raczej nie wyglądasz.

– Mam prawo do… – zaczął, ale przerwałem mu dość obcesowo:

– Miałeś prawo. Skorzystałeś z niego tak, że do wcześniejszych sześciu dorzuciłeś dwa następne zabójstwa funkcjonariuszy. I jeszcze postrzelenie kolejnego, jakby było mało. Przy takim dorobku nikt nie kiwnie palcem w twojej sprawie. Możemy zrobić z tobą, co tylko nam się żywnie podoba. I zrobimy! – obiecałem, opuszczając suterenę.

Czułem na sobie nienawistny wzrok. Ani mnie ziębił, ani grzał. Gała został wykreślony z pierwszego miejsca mojej listy spraw do załatwienia.

Nawet nie odebrałem służbowej broni z depozytu. Niech sobie poleży te dwa tygodnie w wiadomym miejscu. Niech kolejny dowód przemawia za tym, że Witek Czarnecki wziął urlop. Podpisałem odpowiedni wniosek, zostawiłem go w sekretariacie i byłem wolny od obowiązków służbowych na całe czternaście dni. Ruszyłem w stronę domu. Miałem do przejrzenia papiery zgarnięte ze spalonego magazynu-wylęgarni hybryd. Laptopa tego samego pochodzenia również przydałoby się wybebeszyć. Miałem nadzieję znaleźć choć kilka nowych tropów.

***

Pierwszym, co znalazłem po powrocie do domu, była kartka przyczepiona do przesuwanych drzwi stojącej w przedpokoju szafy. Mała informowała w niej, że wyjechała do rodzinnej wioski na wakacje. Jak będę jej kiedyś potrzebował, to w wiadomym miejscu… od października… Klucz przekazała Annie, która odda mi go przy okazji w pracy. Na dole widniało słowo „Przepraszam”.

– Proszę – mruknąłem, mnąc kartkę i wyrzucając ją do kosza.

Lubiłem tę dziewczynę, ale przecież nie mogłem z nią mieszkać. Po tym jak przy żubrówce z sokiem jabłkowym opowiedziała Annie Rożek o roli, jaką dla mnie okresowo odgrywała, jej przydatność jako źródła potencjalnego alibi spadła do zera. Musiałem wykombinować coś innego, żeby mieć kryte tyły. Oczywiście nie zamierzałem szerokim łukiem omijać pasażu Schillera. Jeżeli Mała tam będzie, pewnie podejdę i zamienię kilka słów. Z jej pomocy raczej już jednak nie skorzystam.

Nalałem sobie drinka i usiadłem na kanapie pośród porozrzucanych papierów. Miałem urlop, więc czas najwyższy wziąć się do roboty! Przebiegałem oczami płachty naukowego bełkotu. Było coś o wzbogacaniu hodowli komórkowych, o akceleracji procesu namnażania poszczególnych szczepów, o zróżnicowaniu składów pożywek rozwojowych i wiele innych tego typu rzeczy. Tu i ówdzie widniały odręczne zapiski, ale z nich również nic nie wynikało. Mogłem to dać do analizy grafologicznej, jednak nie miałem złudzeń w kwestii jej ostatecznych rezultatów. Prawdopodobieństwo, że w policyjnej bazie danych skatalogowany został wzorzec pisma na tyle podobnego, żeby zidentyfikować autora, było bliskie zeru. Szkoda prądu! Przydatność przejrzanych papierów również oceniłem jako zerową. Kartka za kartką powędrowały do niszczarki. Przyszła pora na elektroniczny łup.

Odpaliłem nieco zakurzonego samsunga. Nie był to najnowszy model, ale do pionierów w dziedzinie laptopów też nie należał. Na ekranie pojawiło się żądanie wpisania loginu i hasła. Cóż, nikt nie powiedział, że będzie z górki. Nalałem sobie drugiego drinka, bo zapowiadało się na trochę dłuższą robotę. Wszystko jest jednak do zrobienia, a każde zabezpieczenie do obejścia. Mniej więcej takie motto przyświecało pewnemu informatykowi, który uczył mnie kiedyś podstawowych technik hakowania. Za chwilę miało się okazać, czy byłem pojętnym uczniem i czy owe podstawy wystarczą, aby dobrać się do zapisanych na twardym dysku danych.

Pół godziny później przeciągnąłem się, aż chrupnęły stawy. Choć już lekko szumiało mi w głowie, nalałem do szklanki wódki i soku po raz trzeci. Przede mną stała otworem masa folderów i plików różnego formatu. Przeglądałem je do późnego wieczora. Muszę przyznać, że było co czytać. Znalazłem obszerną bazę naukowych artykułów na temat najnowszych osiągnięć biowspomagania. Dominowały teksty angielskie, jak chyba w każdej innej dziedzinie nauki, ale kilka prac po niemiecku i francusku też się znalazło. Dowiedziałem się między innymi, że pewne szczepy pseudopierwotniaków zwiększały przewodnictwo akustyczne do tego stopnia, że hybryda mogła usłyszeć ludzki szept z odległości stu metrów. Inne integrowały się ze strukturami aparatu paznokciowego, niebywale go wzmacniając. Hybryda z tego rodzaju właściwościami bez problemu rozcinała dwumilimetrowej grubości blachę, na wzór diamentu rysowała powierzchnię szkła lub dokręcała śruby. Wszystko to robiła przy pomocy odpowiednio spiłowanych paznokci. Kolejne nowinki dotyczyły biowspomagania skóry. Według autora publikacji można było zmodyfikować ją w bardzo różnych kierunkach. Na przykład zwiększyć odporność na urazy mechaniczne nawet do poziomu porównywalnego z azbestem.

Podobno trwały też prace nad taką przemianą skóry, żeby była zdolna do czerpania tlenu bezpośrednio z otoczenia. Musiałem przeczytać tekst dwukrotnie, aby dotarły do mnie wszystkie implikacje tego faktu. Jeżeli coś takiego zaistnieje w rzeczywistości i okaże się wydajne na określonym poziomie, człowiek będzie mógł oddychać bez pomocy płuc. Idąc dalej tym tropem – dlaczego na przykład nie oddychać skórą pod wodą? Jeżeli tego rodzaju biowspomaganie wykorzystane zostanie przez, dajmy na to, oceanografów do badań dna morskiego albo rafy koralowej bez użycia akwalungu, to pal licho. Niech im na zdrowie wyjdzie. Jeżeli dzięki niemu ludzie z ciężkimi chorobami płuc będą mogli żyć normalnie – to jeszcze lepiej. Moja cyniczna część natury podsuwała mi jednak alternatywne obrazy. Oczami wyobraźni ujrzałem hybrydę terrorystę przyczepiającą magnetyczny ładunek wybuchowy do kadłuba statku. Inny wiercił dziurę w podwodnym rurociągu w celu odprowadzenia na lewo paru ton ropy. Ktoś mógłby zarzucić mojej wyobraźni, że to da się zrobić, nie będąc hybrydą. Owszem, ale do takich czynów trzeba być dobrym płetwonurkiem. Będąc hybrydą z odpowiednim biowspomaganiem, można tego dokonać, o nurkowaniu nie mając zielonego pojęcia. Chwilę później nawiedziła mnie kolejna wizja – jeszcze jeden zmodyfikowany koleś ucieka przed policją w Wenecji, a może to był Amsterdam, wskakuje do kanału i tyle go widziano. Zresztą po co szukać za granicą – w Polsce parę kanałów też się znajdzie, a z mostów do rzeki również da się skoczyć.

 

Ogłuszony z lekka tymi informacjami, potarłem skronie. Na moich oczach powoływani do życia byli komiksowi bohaterowie. Następcy Batmana, Spidermana, Ironmana i innych wymyślonych ludzi o bajkowych zdolnościach zaczynali w biały dzień chodzić po ulicach. Byli istotami z krwi i kości. I z pseudopierwotniaków. Przypomniało mi się pewne stare przekleństwo: obyś żył w ciekawych czasach! Moje były cholernie ciekawe.

Zrobiłem krótką przerwę – tyle, ile potrzeba na przełknięcie dwóch przyrządzonych naprędce kanapek. A potem wróciłem do lektury. W jednym folderze znalazłem zdjęcia roznegliżowanych kobiet. Wszystkie były Azjatkami, a pozy, w jakich je sfotografowano, w pełni zasługiwały na miano wyuzdanych. Najwyraźniej właściciel laptopa gustował w skośnookich pięknościach o lekko zażółconej skórze. W kolejnym odkryłem zestawienia liczbowe w kilku arkuszach kalkulacyjnych. Suche cyferki tworzyły sumy najróżniejszej wielkości, ale nie mówiło mi to niczego. Równie dobrze mogłem odkryć obliczenia finansowe, jak i statystykę wykonywanych w laboratorium prób biologicznych. Ich ewentualną analizę pozostawiłem na później. Grzebałem dalej w morzu różnorodnych plików, szukając potencjalnych tropów.

Po ponownym załatwieniu Czartoryskiego moja wojna z hybrydami weszła w fazę stagnacji. Nie cierpiałem tego stanu jak cholera. Nie dopuszczałem nawet do siebie myśli, że wybebeszenie laptopa okaże się jałowe. Coś w nim musiało być i zamierzałem to znaleźć. Bladym świtem czułem piasek pod powiekami, a obita niedawno głowa pękała z bólu. Mimo tych nieprzyjemnych doznań, warto jednak było zawalić noc. Znalazłem to, co chciałem. A niewyspanie? Olać! Zawsze wychodziłem z założenia, że wyśpię się w trumnie.

***

Jedno z długiej listy moich założeń było takie, że przejrzany nocą laptop należał do osoby bezpośrednio wykonującej lub przynajmniej nadzorującej procesy implantacji biowspomagania. Nie pomyliłem się w tej kwestii. Samsung należał do neurochirurga, który dorabiał sobie na boku, przeprowadzając zabiegi na zlecenia mafii. Facet nazywał się Jakub Karbal i miał całkiem spory dorobek naukowy. Dowiedziałem się tego, otwierając plik z jego życiorysem w jednym z ukrytych folderów. Gość zrobił doktorat z nowoczesnych technik implantacji i jeżeli moje wnioski były poprawne, specjalizował się zwłaszcza w aspekcie przenikania pseudopierwotniaków przez skórę. Wszystko było na najlepszej drodze do tego, żeby chcąca wzmocnić się w specyficzny sposób osoba nakleiła sobie plaster na ramię.

Im dalej brnąłem w głąb informacji, tym mniej podobało mi się to, czego się dowiadywałem. Dokąd zmierzał człowiek? Dokąd zmierzał ten popieprzony świat? Wobec przeczytanych dopiero co faktów wizje przyszłości roztaczane w filmach science-fiction takich jak Blade Runner czy Total Recall zakrawały wręcz na śmiesznostki. Miałem nieprzyjemne wrażenie, że staję się mimowolnym świadkiem końca normalności. W dziejach ludzkości zaczynał się okres, w którym istniała możliwość, że zwykły człowiek będzie musiał zejść do podziemi i stać się zwierzyną łowną dla armii różnej maści hybryd. Ewentualnie zostać ich niewolnikiem. Oprócz tego, że owe hybrydy nie przyleciały na ziemię z kosmosu, w moim odczuciu niczym się nie różniły od obcych.

Ktoś mógłby mi zarzucić błąd w tym rozumowaniu. Przecież obcy, który przez kilka filmów próbował dopaść Ripley graną przez Sigourney Weaver, różnił się od człowieka wyglądem. I to znacząco. Owszem, wyglądem tak, ale właściwościami od hybryd ludzkich już się nie różnił. Człowiek z biowspomaganiem dorównywał filmowemu bohaterowi siłą, szybkością i żywotnością. Zresztą już teraz po implantacji odpowiednich szczepów pseudopierwotniaków można było zafundować sobie skórę niebieską, zieloną lub różową. Gładką albo we wzorki. W którymś z przeczytanych przeze mnie w nocy artykułów wspomniano też o tym, że istnieje możliwość wpływu na tempo metabolicznych przemian w jej obrębie. Tym samym daje się uzyskać trwałe wzmożone ocieplenie skóry lub jej oziębienie. W czym więc problem dla jakiegoś świra? W niczym. Wystarczy tylko strzelić sobie do żyły odpowiednią mieszankę pseudopierwotniaków i po określonym czasie zmienić się w gadopodobną hybrydę. Taką z sinozieloną, zimną skórą, ociekającą w dodatku śluzem. Przemiana zębów w dwa rzędy ostrych jak brzytwa kłów pewnie też była osiągalna. Co prawda żaden z przejrzanych artykułów nie dotyczył problemów biowspomagania w stomatologii, ale nie chciało mi się wierzyć, że takowe nie istnieją. Biorąc pod uwagę szerokie spektrum wpływu na inne elementy ludzkiego ciała, założenie, że uzębienie również może podlegać specyficznej modyfikacji, było ze wszechmiar oczywiste. No i proszę – zastrzyk tu, zastrzyk tam, plus jakiś plasterek, powiedzmy, na dupie i mamy obcego. Jak w mordę strzelił. PKP! Pięknie, kurwa, pięknie! Ciekawymi rzeczami zajmował się doktor Karbal.

Zaswędział mnie mój prywatny obcy – wytatuowany na ramieniu. Zupełnie tak, jakby się wiercił. Dobrze znałem to uczucie. Trzeba będzie dać komuś w mordę. Na liście potencjalnych kandydatów szczególnie mocno wyróżniały się dwie pozycje. Na pierwszym miejscy znajdował się adwokat, który przyczynił się do ucieczki Czartoryskiego. Drugi stopień na podium zajmował Pawliczak z sekcji do spraw zwalczania przestępczości zorganizowanej. Do grona wybrańców dołączył właśnie zajmujący się nielegalnym biowspomaganiem doktorek Jakub Karbal. W zasadzie kolejność spotkań i ewentualnego, choć bardzo prawdopodobnego mordobicia nie robiła mi większej różnicy.

Zważywszy na fakt, że lekarz pracował w tym samym szpitalu, w którym leżał Łopiński, postanowiłem zacząć od niego. Połączę przyjemne z pożytecznym i po pogawędce z łapiduchem odwiedzę towarzysko kolegę z pracy. W końcu byłem na urlopie, mogłem robić, co tylko zechcę. Dochodziła piąta rano. Na dworze było już widno. Znając życie, lekarze przychodzili do pracy na ósmą. Potem odprawa i obchód, więc do dziewiątej miałem czas. Odliczając go trochę na dojazd, miałem trzy i pół godziny na sen. Niewiele, ale powinno wystarczyć, aby pozbyć się piasku spod powiek. No dobra! Do wyra i spać! Ciekawe, czy są hybrydy, które potrafią obejść się bez snu.

***

Na miejscu okazało się, że doktora Karbala nie ma w pracy. Nie pojawił się w niej od kilku dni, a dokładniej od momentu, kiedy pewien magazyn poszedł z dymem. Dla osoby postronnej zbieg okoliczności mógłby wydać się dziwny. Dla mnie nie był. Idąc na urlop, zostawiłem w depozycie służbową broń. Odznakę wciąż jednak miałem przy sobie. Zawędrowałem do działu kadr, a tam pomachałem nią przed biurkiem pani Jadzi, Krysi czy innej Zdzisi. Nie rozróżniam urzędniczek, wszystkie są dla mnie tak samo nijakie. Zaprowadzono mnie do kierowniczki działu. Ta z kolei wyróżniała się na tle pracownic – była zdecydowanie większą suką. I do tego ciekawską. Na pytania, po co mi adres lekarza i dlaczego interesuje się nim policja, roztoczyłem zasłonę dymną w postaci dwóch słów: tajemnica śledztwa. Uwielbiałem je – mówiły zarazem wszystko i nic.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?