Twardy. Zimny. Martwy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Napięcie w głosie Łopińskiego było tak duże, że udzieliło się także i mnie.

– Za kwadrans – rzuciłem orientacyjny czas dojazdu do szpitala i rozłączyłem się. Wdepnąłem gaz do podłogi. Silnik zawył na wysokich obrotach, podrasowany golf wyrwał ostro do przodu. Ktoś zatrąbił, ktoś mignął długimi światłami. Do obu ktosiów uśmiechnęło się dzisiaj szczęście – nie miałem czasu na pogawędki ze współużytkownikami jezdni. Miało być bez fanfar, więc koguta na dachu nie postawiłem. Klakson jednak przydał się kilkakrotnie.

***

Szedłem szpitalnym korytarzem z ręką ukrytą pod kurtką. Udawałem, że czegoś szukam – dokumentów, portfela, komórki, czegokolwiek zresztą. W rzeczywistości trzymałem w dłoni kolbę beretty. W każdej chwili byłem gotowy do jej wyciągnięcia i użycia. Łopiński był twardzielem i nie pękał z byle powodu. W krótkiej rozmowie sprzed kwadransa wyczułem, że czegoś się bał. Jeżeli Rafał się bał, sprawa musiała być poważna. I niebezpieczna. Wszedłem do sali chorych ostrożnie, nie ukrywając już broni. Po lewej leżał Łopiński, po prawej Monika Tokarczyk, którą już chyba oficjalnie powinienem traktować jako jego dziewczynę. Za stojącym pod oknem parawanem skrywała się jeszcze jedna osoba.

– Spokojnie! – rzucił szybko Rafał, widząc, że celuję w jej kierunku. Zza zasłony wyszła jego siostra.

– Kurwa mać! – dałem upust wzbierającej nagle wściekłości. – Brat ci nie mówił, że pewien twardy i wredny sukinsyn czasami najpierw strzela, a dopiero potem zadaje pytania? Jeżeli ma jeszcze komu je zadać! – Nie czekając na jej odpowiedź, zwróciłem się do Łopińskiego: – Co jest grane?

– Usiądź, musimy pogadać! – Widząc, że zamierzam schować pistolet w kaburze pod pachą, rzucił szybko: – Zaczekaj! Lepiej trzymaj to w pogotowiu!

Chwilę później dowiedziałem się wszystkiego. Siostra Łopińskiego przyszła w odwiedziny. Oprócz zatroszczenia się o brata chciała też bliżej poznać wybrankę jego serca. Podczas tamowania krwawienia po postrzale okazji do pogaduszek panie raczej nie miały. Idąc szpitalnym korytarzem, Anna minęła mężczyznę w białym fartuchu ze słuchawkami przewieszonymi przez szyję. Wszystko pasowało do standardowego wyglądu lekarza pełniącego dyżur. A w zasadzie prawie wszystko. Zaniepokoiła ją twarz. Dopiero gdy lekarz znikł za rogiem korytarza, skojarzyła, skąd ją zna. Miała bowiem okazję minąć się z przebranym w kitel adwokatem, który pomógł w uciecze Jackowi Czartoryskiemu. Przypadek? Zbieg okoliczności? Facet mający dwa dyplomy – prawnika i lekarza? I jeszcze aktywnie pracujący w obu zawodach? Nie wierzyłem w takie bzdury. Rafał zresztą też nie.

Wysłał siostrę do oddziałowej z prośbą o pomoc w poszukiwaniu wyimaginowanej chorej koleżanki, którą przyjęto do szpitala dziś rano. Przy okazji dziewczyna wypytała się o lekarza, który dopiero co opuścił oddział. Dowiedziała się, że lekarz dyżurny asystował właśnie przy pilnym, ponadplanowym zabiegu. Ten, którego minęła, był nowy, z innego oddziału i przyszedł na konsultację do pewnego pacjenta – Rafała Łopińskiego. Konsultację, której nikt nie zamawiał. To by było na tyle w kwestii przypadkowości i ewentualnych zbiegów okoliczności.

Wszystko wskazywało na to, że Gała i jego adwokat znów pojawili się na scenie. I to o wiele szybciej, niż się spodziewałem. Istniało duże prawdopodobieństwo odwiedzin nieproszonych gości w sali zajmowanej przez Rafała i Monikę. Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, do czego zdolni byli owi goście. Żarty się skończyły, o ile kiedykolwiek można było użyć w powyższych okolicznościach słowa żart. Zadzwoniłem do szefa. Zwięźle wyjaśniłem, o co chodzi, i uzyskałem zgodę na całodobową ochronę dla Rafała i Moniki.

Cóż… – pomyślałem sobie – mój nowy oddział będzie miał okazję przejść chrzest bojowy. Nie taki co prawda planowałem, ale nie na wszystko ma się wpływ.

Dwadzieścia minut później przy drzwiach zameldowali się dwaj pierwsi funkcjonariusze. Kolejna dwójka miała ich zmienić po pięciu godzinach i tak dalej aż do odwołania.

– Masz zapas? – spytał Łopiński, który mimo dopiero co przedsięwziętych środków ostrożności nadal czuł niepokój.

Nie dziwiłem mu się. W pobliżu kręcił się śmiertelnie niebezpieczny bandyta, być może nawet duet bandytów, a on leżał w łóżku unieruchomiony w gipsie od pasa w dół.

– Mam – odpowiedziałem i odpiąłem z kostki kaburę z drugim pistoletem.

Anna uniosła brwi z lekko kpiącym wyrazem twarzy. Pewnie pomyślała sobie, że jestem chodzącym arsenałem. Zbytnio się w tej kwestii nie myliła. Z kieszeni spodni wyjąłem dwa magazynki i położyłem na poduszce obok głowy jej brata ciotecznego. Z zapiętej na wewnętrznej stronie przedramienia pochwy wysunąłem dwa płaskie, ale za to ostre jak brzytwa noże do rzucania. Je z kolei podałem Monice. Anna rozdziawiła buzię w wyrazie kompletnego zaskoczenia.

– Na razie to musi wystarczyć – rzekłem do rannej w udo policjantki. – Na jutro skombinuję ci jakąś armatę.

Uśmiechnęła się w podziękowaniu i ukryła stalowe ostrza pod poduszką. Aspirantka Rożek wciąż patrzyła na mnie, jakbym był kosmitą.

– O co chodzi? – zapytałem.

– Zawsze masz tyle broni przy sobie?

– Nie, tylko jak jestem po cywilnemu. Podczas akcji mam dużo więcej zabawek.

Łopiński parsknął śmiechem, co wreszcie choć trochę rozładowało napiętą atmosferę. Doszedłem do wniosku, że zadbałem o znajomych, jak mogłem, i że pora wracać do domu. Chwilę później zamarłem uderzony pewną myślą. Zabezpieczyłem tyły innym, a moje wciąż były odkryte. Złapałem za komórkę i pospiesznie wybrałem numer. Odczekałem kilkanaście sygnałów, nikt się jednak nie zgłaszał.

– Ja pierdzielę! Mała! – warknąłem i wybiegłem z sali chorych.

***

Gnając ze szpitala do domu, pobiłem chyba wszystkie możliwe rekordy. Przy okazji złamałem też wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego. Jeśli jakiś nadgorliwy policjant z drogówki zechciałby to podsumować, na moim koncie znalazłoby się grubo powyżej setki punktów karnych. Zwłaszcza że, trąbiąc jak wariat, dwukrotnie jechałem pod prąd. Raz we wstecznym lusterku zauważyłem nawet charakterystyczne błyski koguta – ale tylko raz. W moim niepozornym na pierwszy rzut oka golfie był silnik o pojemności dwa i pół litra. Radiowozy miały raptem dwa i były znacznie cięższe. Zgubiłem więc pościg, zanim tak naprawdę się zaczął. Nie przejmowałem się faktem, że za szaleńczą jazdę mogę stracić prawo jazdy. Odbiorą to odbiorą, kupi się lewe na Bałuckim Rynku. W moim zawodzie człowiek wyrabia sobie różne kontakty. Dwa tysiące plus flaszka wódki w ramach bonusu za udany interes i mógłbym mieć nowe prawko za tydzień. Najśmieszniejsze było w tym wszystkim to, że fałszerz doskonale wiedział, dla jakiej instytucji pracuję. Nie ma to jak obopólne zaufanie w interesach, nawet w tych szemranych.

Na Bandurskiego na liczniku miałem sto czterdzieści kilometrów na godzinę. W Maratońską wpadłem z piskiem opon i zryłem trawnik na zakręcie na odcinku ponad stu metrów. Od domu dzieliły mnie minuty.

Trzymaj się, Mała!– powtarzałem w myślach raz za razem jak jakąś cholerną mantrę. Drzwi do mieszkania były zamknięte. Nie nosiły śladów włamania. Starając się być jak najciszej, otworzyłem zamki i wślizgnąłem się do środka. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Nie dostrzegłem żadnych śladów walki, nie było rozbitych czy poprzewracanych sprzętów. Błyskawicznie omiotłem wzrokiem wszystkie miejsca, w których potencjalnie mógł ukryć się nieproszony gość. Nie znalazłem celu. W łazience szumiała odkręcona woda. Po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. Przed oczami stanął mi obraz Małej utopionej w wannie albo leżącej w niej z poderżniętym gardłem w krwistoczerwonej wodzie. Wparowałem do łazienki, wkopując drzwi do środka z siłą buldożera. Strach o dziewczynę i krążąca w żyłach adrenalina potrafiły zdziałać cuda. W łazience wycelowałem berettę w… kąpiącą się Ewę. Zanurzona po szyję w pianie, patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Była autentycznie przerażona. Z uszu wystawały jej końcówki słuchawek, połączone cienkimi kabelkami z empetrójką leżącą na brzegu wanny. Wyjaśniło się, dlaczego dziewczyna nie odbierała telefonu. Rytmiczne „łup, łup, łup” rodem z tandetnych dyskotek skutecznie zagłuszyło dzwonek. Ulga, którą odczułem, była tak wielka, że aż usiadłem na terakocie i oparłem potylicę o przyjemnie chłodną ścianę.

Mała wyjęła z uszu słuchawki, spojrzała na mnie i powiedziała:

– Za to, co dla mnie zrobiłeś, pójdę z tobą do łóżka dobrowolnie, z przyjemnością i za darmo. Nie musisz mi wymachiwać pistoletem przed nosem.

Rozwaliła mnie tym tekstem. Gdyby nie to, że siedziała nago w wannie, uściskałbym ją z całych sił. Z ciężkim westchnieniem podniosłem się z podłogi i schowałem pistolet. Wychodząc z łazienki, odwróciłem się i spojrzałem na nią. Z mokrymi włosami i pianą na czubku nosa wyglądała kusząco. Uśmiechnąłem się i powiedziałem:

– Przepraszam za najście, Mała. Kąp się dalej!

Wychodząc z łazienki, zauważyłem, że posmutniała. Czyżby była zawiedziona moją postawą? Jedna strona mojego ja, ta mroczna i cyniczna, śmiała się ze mnie, wyzywając od frajerów. Przecież to łatwa i szybka panienka. Ona wolna, ty żonaty nie jesteś już od paru lat. Na co więc czekać? Niedługo zapomnisz, jak to się robi. Druga strona jednak oponowała. Przecież jakbyś się postarał i wcześniej zaczął, Mała mogłaby być w wieku twojej potencjalnej córki. Chciałbyś, żeby córkę bzykał gość dwa razy od niej starszy? Fakt, że Ewa nie była grzecznym aniołkiem, nie upoważnia cię do wykorzystania sytuacji. Hmmm… dylemat ciekawy i prędzej czy później pewnie do rozstrzygnięcia, ale nie tutaj i nie teraz. Najważniejsze, że Małej nic się nie stało, wszystko inne chwilowo zeszło na dalszy plan.

Odwiesiłem kurtkę do szafy w przedpokoju i z ciężkim westchnieniem poszedłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę i na moment zaniemówiłem. Ewa zrobiła zakupy. Kilka razy w przeszłości, kiedy zapewniała mi alibi, miała okazję pokręcić się po mieszkaniu i pozaglądać tu i ówdzie. Nie sądziłem jednak, że na podstawie takich obserwacji ktoś będzie w stanie tak dokładnie poznać moje kulinarne upodobania. Widok litrowej żubrówki i soku jabłkowego, chłodzących się na górnej półce tuż pod zamrażalnikiem, wprawił mnie w konsternację. Z jednej strony miło, z drugiej jednak wszystko prowadziło do wniosku, że jestem łatwy do przewidzenia. A może nie? Może to Mała jest bystra jak cholera? A co tam! Wzruszyłem ramionami. Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Chwyciłem za flaszkę i po chwili na kuchennym stole stał drink. Tak zwana szarlotka – dobra, choć finezji było w niej tyle, co kot napłakał.

 

Z chwilowej kontemplacji smaku mieszanki wódki i soku niespodziewanie wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek – zbliżała się dziewiąta wieczorem. Z reguły nie miewałem gości, a o tej porze tym bardziej. Otworzyłem drzwi z berettą w ręku. Za progiem stała Anna.

– Rafał powiedział mi, gdzie mieszkasz. Wypadłeś ze szpitala tak szybko, że postanowiłam sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, otworzyły się drzwi do łazienki i ukazała się w nich zawinięta w ręcznik Mała. Pięknie, kurwa, pięknie! Nie ma to jak babskie wyczucie czasu! Anna się zmieszała.

– Widzę, że nie w porę – powiedziała i odwróciła się, chcąc odejść. Złapałem ją za rękę i wciągnąłem do środka. – O nie, moje drogie panie! Tak łatwo to nie będzie! – Pociągnąłem siostrę cioteczną Łopińskiego do dużego pokoju. – Ty siadasz tu! – Wskazałem kanapę. – Ty, Mała, ubierasz się w coś bardziej odpowiedniego niż ręcznik frotté. Jak to zrobisz – siadasz obok. A potem sobie porozmawiamy.

Być może ton mojego głosu, być może brzmiące w nim zdecydowanie, a być może coś jeszcze zupełnie innego sprawiło, że obie posłusznie spełniły moje polecenia. Dorobiłem w kuchni dwa drinki, ale po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że po jednym na głowę okaże się chyba niewystarczającą ilością. Postawiłem na tacy szklanki, dołączyłem butelkę i sok i z całym majdanem wróciłem do pokoju.

Trochę sobie pogadaliśmy, choć owo „trochę” trudno było w tym przypadku traktować dosłownie. Zacząłem ja. Siląc się na spokój, kilkakrotnie zagryzając wargi, aby powstrzymać się od zbędnych dygresji i zbyt emocjonalnych komentarzy, opowiedziałem dziewczynom swoją skróconą historię. Dowiedziały się o żonie, o nienarodzonym dziecku i o tym, co spotkało hybrydę, która pozbawiła ich życia. Zapoznałem je z grubsza z przebiegiem mojej kilkuletniej wojny z osobnikami z biowspomaganiem, a gdzieś pośrodku, między czwartą, a piątą szarlotką, pokazałem im nawet tatuaż. Nigdy wcześniej nie odkryłem się tak przed nikim. Uczucie, jakie temu towarzyszyło, było dziwne, ale ogólnie należało do tych przyjemnych. Może nie spadł mi przysłowiowy kamień z serca, ale z pewnością ów kamień zrobił się lżejszy.

Potem do głosu doszły dziewczyny. Anna miała zwykły życiorys, bez szaleństw i dramatycznych przeżyć. Na decyzję o wstąpieniu do policji największy wpływ miała postawa jej ciotecznego brata i – ku zaskoczeniu – moja również. Dowiedziałem się, że dla Rafała Łopińskiego byłem niedoścignionym wzorem. Dziwnych rzeczy człowiek się dowiaduje po wypiciu kilku drinków.

Dużo barwniejszą historię miała do opowiedzenia Ewa. Pochodziła z zabitej dechami wsi na Kielecczyźnie i była od Anny kilka lat młodsza. Bieda, marazm i brak perspektyw na cokolwiek większego od bezrobocia lub orki na mało urodzajnej ziemi towarzyszyły jej od najmłodszych lat. Opisywała rodzinne strony, nie przebierając w słowach – określenie, że piździ jak w Kieleckiem, należało do najłagodniejszych. Kiedy trafiła się okazja, wyrwała się z zadupia i przyjechała do Łodzi na studia. Brakowało jej kasy na utrzymanie się, więc zajęła się tym, czym się zajęła.

Przez wywołaną żubrówką lekką mgłę obserwowałem, jak oczy Anny podczas słuchania przez nią historii Małej robią się coraz większe. Odczułem wielką satysfakcję, kiedy Ewa powiedziała, że owszem, płaciłem jej, ale nigdy za seks. Jedyny mój grzech wobec niej polegał na nakłanianiu do ewentualnego kłamstwa i składania fałszywych zeznań w razie potrzeby. Mimo że pochodziły z innych światów, dziewczyny wyraźnie się polubiły. W pewnym momencie zaczęły ze sobą trajkotać zupełnie tak, jakby mnie obok nie było. Początkowa niechęć i rzucane spode łba spojrzenia znikły bez śladu. Kiedy Anna opowiedziała Małej, jak podczas odprawy załatwiłem Kupczyńskiego, ta zrewanżowała się relacją z wydarzeń z pasażu Schillera.

Czas mijał, a ja nie miałem najmniejszej nawet okazji, żeby wtrącić się do rozmowy. Uzupełniłem szklanki, aby nie zabrakło paliwa, przeprosiłem obie panie i udałem się do łazienki. Tam zaś zaległem w wannie pełnej ciepłej wody. Przeżycia minionego dnia wsparte sporą ilością alkoholu ostatecznie zwyciężyły w nierównej walce. Poddałem się w zmaganiach z coraz cięższymi powiekami i usnąłem. Obudziłem się po pierwszej w nocy z powodu zimna. Woda w wanie wystygła do tego stopnia, że zacząłem szczękać zębami. Kiedy wyszedłem z łazienki, zobaczyłem, że Mała i Anna śpią przytulone do siebie na kanapie, przykryte kocem. Dołożyłem jeszcze narzutę i po cichu wycofałem się do drugiego pokoju. Mimo iż pora była wielce niestosowna, zadzwoniłem do Łopińskiego.

– Cześć, Rafał! – powiedziałem, gdy usłyszałem jego zaspane „halo!”. – Zgadnij, z kim śpi twoja siostra?

Po chwili ciszy usłyszałem odpowiedź:

– Jeżeli z tobą, to cię zabiję!

– Pudło, stary. Anna śpi z dwudziestoletnią prostytutką, z którą akurat chwilowo mieszkam.

Tym razem cisza po drugiej stronie była dwa razy dłuższa.

– No to teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zabić cię dwukrotnie – powiedział Rafał i się rozłączył.

Zapadłem w cudownie miękkie objęcia łóżka i błyskawicznie odpłynąłem w niebyt.

***

Ranek przywitał mnie jajecznicą na boczku i gorącą kawą z mlekiem. Zjadłem, choć nie przepadałem ani za jednym, ani za drugim. Nie wypadało jednak grymasić. Potem zaś postawiony zostałem przed faktem dokonanym. Panie poza moimi plecami doszły do porozumienia i postanowiły zamieszkać razem… W moim mieszkaniu. Co prawda chwilowo, ale jednak. Mała stwierdziła, że i tak nie ma mnie przez większość dnia, a parę zawalonych nocy w miesiącu też mi się zdarza. Z kolei Annie nie przypadł do gustu hotel, do którego dostała przydział z policyjnego pionu logistyki. Temu akurat nie dziwiłem się ani trochę. Obiektów hotelarskich na przyzwoitym poziomie nie było w Łodzi dużo, a wiadomo nie od dziś, że policja nie ma na takie cele nieograniczonych funduszy. Zostałem zarzucony mnóstwem „prooooszę!!!” i „pleeeease!!!”, choć, znając życie, i tak nie miałem w tej kwestii wiele do powiedzenia. Ewa i Anna miały zamieszkać u mnie przez tydzień. Pierwsza do momentu zniknięcia siniaka pod okiem i powrotu na wakacje do rodzinnej wsi, druga do chwili wynajęcia satysfakcjonującego ją mieszkania. Od tragicznej śmierci żony byłem zupełnie sam, a tu szast-prast i nagle mieszkam z dwiema kobietami naraz. I weź tu się skup, człowieku, na walce z hybrydami!

III

Po rutynowej odprawie i przydzieleniu zadań podszedł do mnie komendant i poprosił na bok na dwa słowa. Minę miał niespecjalną. Kiedy zamknąłem drzwi jego gabinetu, usiadł bez słowa za biurkiem i wskazał mi fotel naprzeciwko. Patrzył na mnie przenikliwie i milczał. Ciekaw byłem, jak długo potrafiłby wytrzymać w takiej napuszonej pozie, ale szkoda mi było czasu.

– Za stary jestem, Janusz – przerwałem ciszę.

– Na co? – udało mi się go zdziwić.

– Na takie gierki. Wal śmiało, o co chodzi, i obaj wracajmy do pracy!

Komendant ciężko westchnął i pokręcił głową, a ja w duchu mu przytaknąłem: Masz rację, mnie się nie da wychować.

– Nie złapałem cię za rękę i nie mam żadnych dowodów – zaczął oficjalnie szef. – Mój stary policyjny nos mówi mi jednak, że to ty spuściłeś łomot Legieniowi. Nie przerywaj! – podniósł głos, widząc, że chcę zaprzeczyć. – Po ucieczce Czartoryskiego urwały się nam tropy, którymi mogłoby dalej podążyć śledztwo. Rozpracowanie przestępczej organizacji hybryd utknęło chwilowo w miejscu. Przynajmniej oficjalnie, bo ten sam co uprzednio stary nos mówi mi, że jeden z moich policjantów jest w posiadaniu kilku ważnych informacji. Wiesz coś na ten temat? – zapytał.

– Pierwsze słyszę – skłamałem bez zająknięcia.

Szef się skrzywił. Pewnie znów ten jego kinol podpowiedział mu, że łgałem jak pies. O mało nie roześmiałem się w głos, gdy dotarła do mnie specyficzna gra słów. Skoro byłem psem, dlaczego nie miałbym łgać jak pies?

– Od pobicia mecenasa minęły dwa dni – kontynuował komendant, patrząc na mnie spode łba. – I dwie noce – dodał, zawieszając znacząco głos.

– O Matko Boska! – Mój cynizm wziął górę nad zdrowym rozsądkiem. – Patrz pan, jak ten czas szybko leci!

– Nie pajacuj!

– Do rzeczy, Janusz! – ponagliłem starego. – Gadasz mi tu jakieś smuty. Ile według ciebie po dwóch dniach miało upłynąć nocy? Trzy? Cztery? Dziesięć?

– Czarny! – Głos Toszki podniósł się przynajmniej o dwa tony, a twarz przybrała odcień pąsowej czerwieni. – Chodzi mi o to, że przez te dwa dni i dwie noce nie dotarły do mnie żadne wieści o jakichś większych awanturach w mieście. Nikt niczego nie zdemolował, żadne domy, knajpy czy magazyny nie poszły z dymem, nie znaleziono więcej trupów, niż to wynika ze statystycznej średniej. Wniosek nasuwa się sam: nie było żadnej akcji odwetowej. W to, że będzie – nie wątpię. Chcę ci tylko jedno uświadomić. Tym razem nie polujesz na pojedynczą hybrydę. Poprzeczka poszła wysoko w górę, bo, jak się pewnie orientujesz, z hybrydami skumała się mafia. Nie jeden człowiek z biowspomaganiem, tylko grupa ludzi z biowspomaganiem plus armia zatwardziałych gangsterów. Dostrzegasz różnicę?

Pytanie było retoryczne, więc milczałem. Nie czułem potrzeby komentowania oczywistych rzeczy.

– Ambroży Legień, oprócz poskarżenia się policji, z pewnością wypłakał się także w rękaw swoim pracodawcom. Rozważając rzecz hipotetycznie, nawet jeśli zdradził ci jakieś adresy, to teraz, po owych dwóch dniach i nocach, na miejscu nic nie ma. Ewentualnie zastawiono w nich pułapkę. W tym drugim przypadku akcja odwetowa nie różni się od próby strącenia słońca motyką, żeby nie powiedzieć: samobójstwa.

W gabinecie znów na moment zapadła cisza. Tym razem nie zamierzałem jej przerywać. Właśnie uświadomiłem sobie, że szef się o mnie martwi. Miłe, choć niepotrzebne.

– Czarny! – odezwał się po chwili komendant. – Nie szarżuj konno na czołgi! Weź na wstrzymanie lub zrób to ze wsparciem.

Kolejny raz omal się nie roześmiałem. Weź na wstrzymanie – dobre sobie! Nie było na co czekać. Przeciwnik z każdym dniem lepiej się organizował i rósł w siłę. Zrób to ze wsparciem – jeszcze lepsze! Czytaj: zrób to zgodnie z prawem. Wywiad terenowy, inwigilacja, zgody na nakazach i tak dalej, a akcja dopiero na samym końcu, najczęściej po trzech–czterech tygodniach procedur – rutynowych i nudnych jak flaki z olejem.

– Doprawdy, Janusz! – Bezczelnie udawałem niewiniątko. – Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi.

– Wiesz, wiesz, Czarny – westchnął zrezygnowany Toszko. Zdawał sobie sprawę, że niczego nie wskóra swoją przemową. – Mój stary policyjny nos mówi mi, że dobrze wiesz.

– Twój nos? – Do głosu znów doszedł mój cynizm. – A nie pomyślałeś czasem, że to zwykły katar? Albo, skoro już taki z niego wieszcz, to może podaj mi zwycięskie numery w najbliższym losowaniu Lotto.

Musiałem salwować się ucieczką z gabinetu szefa, bo w moją stronę pomknęły różne przedmioty. W jednej chwili stały lub leżały na biurku, w następnej rzucone ze złością leciały w kierunku mojej głowy. Najcięższy z nich – mosiężny przycisk do papieru – wyrżnął z hukiem w futrynę. Na szczęście byłem już na korytarzu i zamykałem drzwi. Przechodząca obok Anna zrobiła wielkie oczy, a ja wzruszyłem ramionami.

– Szefuńcio nie w humorze – skomentowałem kolejny łomot. W drzwi trafiło coś ciężkiego porównywalnie do mosiężnego przycisku. – Nie lubi, jak mu się okres spóźnia.

***

Wyszedłem kwadrans przed Kupczyńskim. Kiedy potężny blondyn pojawił się w drzwiach komisariatu i skręcił w lewo, niespiesznie ruszyłem za nim. Kierował się w stronę przystanku. Stamtąd pasował mu każdy autobus, a po dwóch przystankach byłby prawie przed apartamentowcem na Pogonowskiego, w którym wynajmował mieszkanie. Zniweczyłem jego plany powrotu do domu, podchodząc i mówiąc:

– Przejdźmy się, Purpura!

 

Uniósł nieznacznie brwi i gdyby nie to, można by stwierdzić, że się nie zdziwił.

– W sumie chyba mogę… – odparł. – Masz jakieś konkretne miejsce na myśli?

– Mam, chodź!

Poprowadziłem Kupczyńskiego do Irish Pubu na Piotrkowskiej. Podobno był tak irlandzki, że mieszkańcy Zielonej Wyspy mogliby przyjeżdżać tu uczyć się sztuki wystroju wnętrz. Szkoda tylko, że w irlandzkim pubie nie było szans na oryginalnego guinnessa. To, co serwowali pod tą nazwą, było polskimi sikami z domieszką chmielu i mogłem je dostać wszędzie. Usiedliśmy przy nierzucającym się w oczy stoliku ze szklankami wypełnionymi ciemnym płynem. Po dwóch głębokich łykach rozpocząłem zawczasu przygotowaną gadkę.

Moja żona była psychologiem. Pokazała mi kiedyś, jak można manipulować ludźmi. Według niej miałem w tej kwestii spore umiejętności, które podrasowane kilkoma szkoleniami, przydawały się w życiu. Tak jak chociażby podczas rozmowy z Kupczyńskim. Wmanewrowałem go w rolę, którą miał odegrać bez większych trudów. Zaserwowałem mu mieszaninę prawd, półprawd i rzeczy zupełnie wyssanych z palca. W wielkiej tajemnicy opowiedziałem o tym, jak – doprowadzony do rozpaczy nieudolnością wymiaru sprawiedliwości, widząc, jak kolejna hybryda broniona jest przez rasowego adwokata na usługach mafii i mając na sumieniu życie wielu funkcjonariuszy, wymyka się z policyjnych rąk – dałem upust swej frustracji. Przyznałem się do spuszczenia łomotu mecenasowi Legieniowi.

Purpura pokiwał głową ze zrozumieniem i zarazem z aprobatą, a ja w duchu pogratulowałem sobie dobrego wyboru. Wielkolud idealnie pasował do mojego planu. Potem pokrótce streściłem ostatnią rozmowę z szefem, podczas której do niczego się nie przyznałem. Nie mogłem, bo groziłyby mi za to poważne konsekwencje służbowe. Z drugiej jednak strony komendant miał rację. Znałem adres, gdzie w pełnej komitywie przesiadywali łódzcy gangsterzy i prawdopodobnie jedna hybryda z arystokratycznym nazwiskiem. Sam przeciwko takiej armii nie miałem szans, mimo to zamierzałem tam pójść i zrobić porządek. A przynajmniej spróbować. Powiedziałem Kupczyńskiemu, że jest równym chłopem i że wybrałem go właśnie dlatego. W przypadku gdyby coś mi się stało, miał poinformować o wszystkim starego i przeprosić go w moim imieniu.

Purpura łyknął moją rzewną bajeczkę bez zająknięcia. Zgodnie z przewidywaniami zaoferował mi pomoc w zaplanowanej na tę noc akcji. Umiejętnie mu to wyperswadowałem. Rozróba, którą zamierzałem za kilka godzin urządzić, miała być kolejnym odcinkiem mojej prywatnej wojny z hybrydami. Świadomie łamałem prawo, wiedząc o wszystkich możliwych konsekwencjach tego czynu. On natomiast dopiero co ukończył szkołę i był na samym początku służbowej kariery. Jeżeli na dzień dobry wpakuje się w coś takiego, może przekreślić swoje szanse na dalsze normalne życie. Zabroniłem mu więc mieszania się w to wszystko. Miał pełnić jedynie rolę posłańca z ewentualnym pośmiertnym wyjaśnieniem moich intencji.

Pogadaliśmy jeszcze jakieś pół godzinki na tematy marynistyczne, czyli zwyczajnie o dupie Maryni. Potem się zaś pożegnaliśmy. Przy uścisku ręki spojrzałem Kupczyńskiemu znacząco w oczy i powiedziałem:

– Dzięki, Purpura! Porządny z ciebie gość.

Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Manipulanci są wśród nas – pomyślałem i uśmiechnąłem się nieznacznie. Głowę dałbym sobie uciąć, że osiągnąłem to, co chciałem. Kupczyński będzie teraz mocno bił się ze swoimi rozterkami. Dowódca zwierzył mu się z tajemnicy. To było nobilitujące. Powinien czuć się wyróżniony i poprzez to starać się ze wszystkich sił owej tajemnicy dochować. Z drugiej jednak strony trzymanie gęby na kłódkę równało się z prawdopodobną śmiercią owego dowódcy. Jednostka bez wsparcia kontra hybryda spiknięta z mafią? Złudzeń co do wyniku konfrontacji nie miałby chyba tylko ostatni debil. Kupczyński miał jaja – w to nie wątpiłem. Nie był jednak wbrew pozorom aż tak wielkim twardzielem. Byłem przekonany, że nie udźwignie świadomości tego, że mógł coś zrobić i w ramach dotrzymania tajemnicy nie zrobił niczego. Mogłem założyć się w ciemno, że najpóźniej o dwudziestej komendant będzie wiedział o wszystkim. Rozpęta się niezły chaos, z którego wyłoni się zmontowana naprędce akcja. Toszko, oddział do zadań specjalnych i pewnie jeszcze kilku skrzykniętych funkcjonariuszy pojedzie o północy pod wskazany adres, gdzie zrobią porządną rozpierduchę. Wszystko w ramach wsparcia dla mojej skromnej osoby.

Haczyk tkwił w tym, że mnie tam nie będzie. Podany adres był oczywiście autentyczny. Podzieliłem się z Kupczyńskim jednym z dwóch namiarów uzyskanych od Legienia. Tym, pod którym z pewnością rezydowała łódzka mafia. Kilku bossów dostanie tej nocy łomot. Zanim jednak policja zwieńczy swoje dzieło, z pewnością napotka opór. Liczyłem na to, że któryś z przestępców wpadnie na pomysł ściągnięcia posiłków. Z drugiego miejsca, które będzie przeze mnie uważnie obserwowane. W grę wchodziły dwa rozwiązania. Jeżeli w pole mojego widzenia wejdzie tej nocy Jacek Czartoryski, zamierzam go ponownie udupić. Tym razem definitywnie, jak domestos kiblowe bakterie – zabić na śmierć. Jeżeli zaś nie zobaczę Gały, postanowiłem wtargnąć na posesję zaraz po tym, jak kilku gangsterów ruszy na pomoc swoim oblężonym przez policję kolegom. Wówczas działać będę adekwatnie do zastanej sytuacji. Pierwszy adres dotyczył luksusowej willi na Górnej. Tam uderzy Toszko i jego ludzie. Pod drugim namiarem znajdował się rozległy magazyn, a posesja otoczona była wysokim płotem, zwieńczonym drutem kolczastym. Gorąco pragnąłem, aby w środku działało coś w rodzaju małej, zamaskowanej kliniki implantacyjnej. Najlepiej z dużą ilością dojrzałych hodowli pseudopierwotniaków, które mógłbym puścić z dymem.

Cóż… plany na wieczór miałem dość konkretne. Zacząłem od wpuszczenia w maliny Kupczyńskiego. Teraz przyszła pora na przygotowania do realizacji dalszych etapów swoistej układanki. Jadąc w kierunku Retkini, słuchałem w radiu piosenki Wilków. Robert Gawliński charakterystycznym głosem śpiewał, że nigdy nie powie, jak to jest, kiedy nocą włóczy się. Słowa jak ulał pasowały do moich zamierzeń na najbliższych kilka godzin.

***

Niecały rok po wypowiedzeniu totalnej wojny osobom z biowspomaganiem wpadłem na trop dwóch specyficznych gości. Zupełnie przypadkowo, jeżeli nazwać rzeczy po imieniu. Miałem za sobą dzień nudnej pracy w papierach. Raporty z działań, protokoły zużycia sprzętu, formularze zamówień na nowy, rachunki za paliwo i jeszcze tona innych kartek i karteluszek przyprawiły mnie o ból głowy i oczopląs. Biurokracja w tym chorym kraju sięgnęła szczytów absurdu, czego kolejny raz boleśnie doświadczyłem na własnej skórze. Wychodząc z komisariatu, byłem wściekle głodny i spragniony, zwłaszcza alkoholu w czystej postaci. W jakiejkolwiek zresztą postaci. Czasami tak po prostu mam. Jak się nie nawalę, to mnie nie ma. Moje miejsce zajmuje wówczas upierdliwy ćwok, który daje w kość całemu światu dookoła, a przy okazji nie oszczędza również i siebie. Czując, że milowymi krokami zbliża się właśnie taka chwila, wszedłem do knajpy Pod Chochołem. Lokal może nie był najwyższych lotów, ale jako kelner pracował w nim kumpel z podstawówki. Jadałem tam co jakiś czas z błogą świadomością, że zaserwowana na talerzu treść nie zawiera żadnych dziwnych dodatków. Innymi słowy kolega ze szkolnej ławy dbał o to, żeby kucharz nie smarknął do mojej zupy, a w farszu do pierogów nie znalazł się pet. Być może naoglądałem się za dużo filmów o waleniu gruchy do jogurtu albo szczaniu do kiszonej kapusty. Pełne zaufanie miałem jednak tylko do tego, co przyrządzałem samemu.