Twardy. Zimny. Martwy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Może nie na wszelkie, ale ogólnie – tak.

– Dobra, stary! – zgodziłem się wielkodusznie, ściskając wielką łapę na pożegnanie. – Masz to jak w banku.

Stojąc w progu, spojrzałem na jedynego oprócz mnie żywego członka oddziału operacyjnego. Sińce dość mocno kontrastowały z ogólną bladością. Łopiński porządnie jednak oberwał.

– Dzięki, Czarny! – Uśmiechnął się na do widzenia, lekko poprawiając niewygodną pozycję.

Udałem, że nie widzę grymasu bólu, który zagościł na jego twarzy.

– Podziękujesz, jak wyzdrowiejesz! – odpowiedziałem i wyszedłem.

Na korytarzu wygrzebałem z kieszeni komórkę i wybrałem numer z listy kontaktów. Popikało, pobuczało, aż w końcu usłyszałem damski głos.

– Halo?

– Cześć, Monika. Mówi Witek Czarnecki.

– Cześć!

– Właśnie wyszedłem od Rafała.

– Co z nim? – Pytanie zostało rzucone szybko, żeby nie powiedzieć: nerwowo. Dziewczyna wyraźnie była bardzo zainteresowana stanem zdrowia kolegi z pracy.

– Niby w porządku, ale jednak mocno cierpi. Leży biedak unieruchomiony, nie ma mu kto pomóc zjeść czy chociaż podać szklanki herbaty. O ogoleniu się już nie wspominając. Facet nie ma do kogo gęby otworzyć – kłamałem jak z nut. – Pielęgniarki tu jakieś niemiłe, nieskore do pomocy. – To ostatnie zdanie na nieszczęście trafiło do uszu przechodzącej obok siostry w jasnozielonym kitlu. Jeśli wzrok mógłby zabijać, pewnie na miejscu padłbym trupem. – Tak sobie pomyślałem, że może gdybyś znalazła jakieś pół godzinki, Rafałowi przydałoby się towarzystwo, chociaż na trochę.

– Już jadę! – stanowczo, konkretnie, bez cienia wahania.

To mi się w tej dziewczynie podobało – kiedy zachodziła potrzeba, Monika nie miała problemu z podejmowaniem decyzji.

– Która sala?

– Dwudziesta trzecia, piętro drugie.

– Uprzedzisz go?

– Myślę, że lepiej będzie, jak zrobisz mu niespodziankę.

– Dzięki, Witek! – W jej głosie zabrzmiały ciepłe tony. – Powiem Rafałowi, jak bardzo się o niego troszczysz.

– Tak, tak! – zgodziłem się, z trudem utrzymując powagę. – Nie omieszkaj!

Ledwo zakończyłem połączenie, wyobraziłem sobie minę kumpla i parsknąłem śmiechem. Przechodząca obok ta sama co uprzednio pielęgniarka w zielonym wdzianku spojrzała na mnie, jakbym był niespełna rozumu.

– Przepraszam, siostro! – zaczepiłem zdegustowaną moim zachowaniem kobietę. – Którędy na psychiatrię?

Równie dobrze mógłbym zapytać, którędy na Grunwald. Tym razem jej wzrok nieomal mnie spopielił.

***

Hybryda siedziała na przyśrubowanym do podłogi krześle. Miała skute ręce i nogi, dodatkowo do metalowego oparcia przypinały ją dwa szerokie pasy, biegnące tuż pod pachami i nieco powyżej bioder. O tym, że osoby z biowspomaganiem potrafią uciec w nieprawdopodobnych okolicznościach, z dobrze strzeżonych miejsc, przekonałem się w bardzo bolesny sposób. Tym razem nikt nie chciał ryzykować powtórzenia incydentu sprzed kilku lat, zastosowano więc wszelkie dostępne środki ostrożności. Metalowe podeszwy butów aresztanta ściśle przylegały do wyłożonej płytami przewodzącymi podłogi, złapane w magnetyczną pułapkę. Z sufitu w dół lało się intensywne światło, które dzięki alternatywnemu zasilaniu nie gasło nawet po odcięciu prądu w całym budynku. Wnętrze pokoju przesłuchań monitorowały bez przerwy cztery reagujące na każdy ruch kamery, rozmieszczone w rogach. Pozwalały dostrzec płatki łupieżu sypiące się z głowy na ramiona zatrzymanego, a sprzężone z nimi mikrofony były tak czułe, że prawie słychać było towarzyszący temu szelest. Hybryda siedziała unieruchomiona, podana jak na widelcu.

Przyglądałem się jej przez weneckie lustro. Jeśli chodzi o zwykłych ludzi, był to dobry, sprawdzony sposób obserwacji ogólnego zachowania i reakcji na zadawane pytania. W przypadku osób z biowspomaganiem bywało różnie. Niektórzy z nich wprowadzali do swych ciał szczepy pseudopierwotniaków, które znacząco poszerzały możliwości postrzegania. Modyfikacje umożliwiały na przykład widzenie w ciemności i w podczerwieni. Soczewka oka mogła zwiększać elastyczność i zmieniać kształty w dużo większym zakresie niż normalnie. Dzięki temu w zależności od potrzeb zachowywała się jak zoom w aparatach fotograficznych. Przy tego rodzaju właściwościach przeniknięcie wzmocnionym wzrokiem przez taflę weneckiego lustra stanowiło mały pikuś. Nie zdziwiłbym się, gdyby taka zdolność dodawana była jako mały bonus do dużo poważniejszych modyfikacji ciała. W tej sytuacji z anonimowością obserwatora można było się pożegnać. Ani mnie to ziębiło, ani grzało. Nie miałem nic przeciwko, żeby zatrzymany widział moją twarz. Z pewnością nie należała ona do przyjaznych, poza tym w głębi duszy miałem nadzieję, że będzie to ostatnia twarz, jaką ujrzy w swoim życiu.

Przyglądałem się, cokolwiek by mówić, dość pospolitej gębie. Znaków szczególnych – brak. Innych, mniej szczególnych – również. Najbardziej charakterystyczną cechą oblicza była jego… nijakość. Facet idealnie nadawał się do tego, aby wtopić się w tłum i przepaść bez wieści. Jarzące się podczas aresztowania oczy były teraz zwyczajne, brązowe. Intensywna czerwień, która nadawała hybrydzie demoniczny wygląd, znikła jak dotąd bezpowrotnie po tym, jak potraktowałem gościa prądem. Bliskie spotkanie z elektrycznością mocno zmieniło zatrzymanego.

Według opinii lekarskiej siedzący w pokoju przesłuchań mężczyzna na powrót stał się zwykłym człowiekiem. Pseudopierwotniaki, które pozwalały mu ignorować postrzały z broni palnej, usmażone zostały w mgnieniu oka co do jednego. Żegnajcie, cudowne właściwości wspomaganego ciała. Był superman, jest zwykły złamas. Złamas, którego należało przesłuchać. A może by tak wszystkich, którzy byli choć trochę podejrzani o modyfikację ciała, potraktować prądem? Nie zdążyłem rozwinąć w myślach tej interesującej idei.

Z cichym skrzypnięciem uchyliły się drzwi, a w szparze między nimi a futryną ukazała się uśmiechnięta twarz Moniki Tokarczyk.

– Rafał powiedział, że cię zabije.

– Już kilka razy wcześniej mi to obiecywał. – Wzruszyłem ramionami.

Dziewczyna spoważniała.

– Szef chce cię widzieć u siebie.

– Jak szybko?

– Natychmiast! – odpowiedziała, a widząc moją kwaśną minę, dodała: – Służba nie drużba.

– Tak – zgodziłem się. – A drużba nie służba, więc po co tu filozofować?

Spojrzałem przez lustro na pokój przesłuchań – hybryda wciąż siedziała bez ruchu, sprawiając wrażenie nieświadomości tego, co działo się obok. Może rzeczywiście nie wiedziała? W końcu ponoć skutecznie pozbawiłem ją wsparcia ze strony armii symbiotycznych żyjątek.

Ruszyłem na drugie piętro. Szef wzywał, a jemu się nie odmawiało. Prawie się nie odmawiało, bo w przeszłości kilkakrotnie zdarzyło mi się zignorować jego służbowe polecenia. Potem były dywaniki i słowne połajanki, raz nawet komendant Toszko zagroził mi wyrzuceniem z jednostki. Potem jednak szybko zmienił zdanie, widząc, że gówno mnie to obeszło. Ktoś mógłby powiedzieć, że miałem u Starego specjalne względy. Trochę w tym racji było, Toszko chyba rzeczywiście mnie lubił. Wszystko jednak miało swoje granice i nawet ja mogłem przegiąć pałę.

Zapukałem w drzwi i po krótkim „proszę!” wszedłem do gabinetu szefa.

– Siadaj, Czarny! – W głosie Starego wyraźnie wyczuwalne było zmęczenie. – Akcja w kamienicy na Sienkiewicza wymknęła się spod kontroli – stwierdził.

Chciałem powiedzieć, że nie musimy rozmawiać o oczywistych rzeczach. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak oddział operacyjny wypadł podczas zatrzymania hybrydy. Kontroli nad wydarzeniami nie mieliśmy wtedy chyba nawet przez pierwsze pięć minut. Toszko uniósł jednak palec wskazujący i oznajmił:

– Nie przerywaj mi! Siedź, gdzie siedzisz, i słuchaj uważnie, zamiast mielić jęzorem po próżnicy!

Oho! – pomyślałem. Ktoś tu wstał lewą nogą. I to z pewnością nie ja!

Przyjrzałem się szefowi uważniej. Miał podkrążone oczy, a związane z nimi po zewnętrznych stronach bruzdy wydawały się głębsze niż zazwyczaj. Mocno przerzedzone siwe włosy sprawiały wrażenie, jakby ich właściciel ułożył je ręką, nie mając czasu na posłużenie się grzebieniem. W tym momencie Toszko wyglądał na starszego o jakieś dziesięć lat w porównaniu z codziennym wizerunkiem.

– Wiem, że zetknęliście się z hybrydą o niespotykanych dotąd możliwościach. Siła, szybkość, widzenie w nocy, niewrażliwość na postrzały i tak dalej. Cholera wie, co facet jeszcze potrafił, zanim go przysmażyłeś paralizatorem. To, że w ogóle udało się aresztować hybrydę i że właśnie teraz siedzi w pokoju przesłuchań, jest niewątpliwie sukcesem. Blaknie on jednak zupełnie wobec strat własnych. Poszło ośmiu, wróciło dwóch, z czego tylko jeden o własnych siłach. To już, nie owijając niczego w bawełnę, czarna dupa. Katastrofa! Oddział interwencyjny sekcji do walki z przestępczością z udziałem osób z biowspomaganiem nie został zdziesiątkowany. On został wybity prawie że do nogi! I to przez jednego tylko przeciwnika!

Westchnąłem ciężko prawie równocześnie z przełożonym.

– Wiem, Czarny, co chcesz powiedzieć – oznajmił Toszko, widząc, że ponownie zamierzam mu przerwać. – To nie twoja wina i daleki jestem od wieszania na tobie psów. Spieprzył przede wszystkim Pierwszy, który nie zareagował w porę. Zamiast się wycofać, jak debil uparcie realizował założenia taktyczne. Błędne założenia, jak się w trakcie akcji okazało. Nad nim też się nie będę pastwił. Po pierwsze nie wypada źle mówić o zmarłych, po drugie niczego to i tak nie zmieni. Kapitan Zawilski był dobrym oficerem, ale do szkolenia kotów na unitarce. Na dowodzenie w polu miał jednak za małe jaja. Wydarzenia w kamienicy na Sienkiewicza potwierdzają to w stu procentach.

Kolejne ciężkie westchnienie, tym razem pojedyncze, w wykonaniu szefa.

 

– Tak stawiając sprawę, pozostaje postawić sobie pytanie: kto uczynił ograniczonego trepa dowódcą oddziału interwencyjnego? Odpowiadam – ja! A wiesz, Czarny, dlaczego to zrobiłem?

Wiedziałem, ale milczałem. Toszko i tak zamierzał nazwać rzeczy po imieniu, więc przerywanie jego monologu mijało się z celem.

– Nie miałem innego wyjścia – oznajmił komendant z ciężkim westchnieniem. – I nie chodzi mi o to, że Zawilski był pociotkiem któregoś ministra, a tatuś biznesmen, chcąc wkupić się w łaski miejskiej policji, zasponsorował kilka nowiuteńkich radiowozów. Koneksje rodzinne podwładnych i hojność szemranych sponsorów mam w głębokim poważaniu. Zawilski został dowódcą, ponieważ był jedynym oficerem. W dziesięcioosobowym oddziale interwencyjnym miał tylko jednego stojącego nieco niżej w służbowej hierarchii konkurenta. Rzekomego konkurenta, ów funkcjonariusz wcześniej odmówił bowiem pokierowania akcją aresztowania hybrydy.

Zaczynam się denerwować, gdy ktoś próbuje mną manipulować. Granie tanimi chwytami na uczuciach i próba wywołania u mnie poczucia winy przynosiły zazwyczaj skutek odwrotny do zamierzonego. Mimo wcześniejszego polecenia, by siedzieć cicho i słuchać, przerwałem przełożonemu w dość obcesowy sposób:

– Daruj sobie te podchody, Janusz! – Niewielu mogło zwracać się do szefa per ty. Szczęśliwie należałem do tego wąskiego grona. – Jeżeli czekasz na moje łzy skruchy, to muszę cię rozczarować. Dobrze wiesz, dlaczego odmówiłem wątpliwego awansu.

Toszko powoli pokiwał głową. Doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że o wiele lepiej czułem się w walce jako zwykły policjant niż jako sterujący walką innych dowódca. Owszem, pracowałem w zespole, wolałem jednak nim nie kierować. W chwilach, w których wpadałem w amok, ryzykowałem życie. Dopóki było to moje życie, nie wahałem się. Jeśli jednak odpowiadać miałbym za kolegów, fakt ten skutecznie związywałby mi ręce i uniemożliwiałby działanie w pełnym zakresie. Zależność była prosta – gdy ja przeszarżuję, ja dostanę po dupie. Kiedy jednak dowódca schrzani sprawę, baty zbiera cały oddział. Poza tym jeśli kieruje się poczynaniami grupy ludzi, trzeba mieć do akcji pewien dystans. Ocena sytuacji i analiza ewentualnego dalszego rozwoju wydarzeń zawsze zabiera przynajmniej kilka sekund, a na to czasami nie można było sobie pozwolić. W przypadku hybryd zostanie pół kroku z tyłu równoznaczne było z pozwoleniem na ich ucieczkę. Być może potrafiłbym kierować akcją na chłodno, bez zatracenia się w niej. Nie miałem jednak ochoty tego sprawdzać. Rola generała, który stoi obok rozbitego na pobliskim wzgórzu sztabowego namiotu dowodzenia i obserwuje, jak jego podwładni leją kogoś albo od tego kogoś dostają lanie, i na tej podstawie wydaje rozkazy, nie odpowiadała mi ani trochę.

Zdecydowanie bardziej wolałem być w samym centrum wydarzeń. Miałem wówczas szansę ponownie wpaść w amok i uwolnić drzemiącego wewnątrz drapieżnika. Od czasu do czasu musiałem znaleźć ujście dla nieustannie zbierającej się gdzieś we mnie nienawiści. Krótkie chwile szaleństwa, w których przeistaczałem się w bezlitosną maszynę do zabijania, oczyszczały moją duszę. Pozwalały mi żyć. Nie wiem, co by się bez nich stało, ale z pewnością nie byłoby to nic dobrego.

Toszko znów westchnął, godząc się chyba z tym, że nie zrealizuje założonego wcześniej scenariusza rozmowy. Znaliśmy się parę ładnych lat, zdążył się więc wielokrotnie przekonać, że manipulowanie mną nie było łatwe. Bez słowa otworzył szufladę w biurku i wyjął z niej do połowy opróżnioną butelkę. Po chwili o blat biurka stuknęły dwie szklanki z grubymi denkami.

– Masz coś przeciwko temu, żeby do rozmowy dołączył się mój przyjaciel Jack Daniels?

Nie miałem. Bursztynowy płyn zabulgotał w szkle. Komendant wypił swoją porcję jednym haustem.

– Nie byłeś na pogrzebach chłopaków – powiedział z wyrzutem.

– Nie byłem – odparłem zgodnie z prawdą, ale bez poczucia winy. Rodziny funkcjonariuszy, którzy zginęli podczas fatalnej akcji, swoje już wycierpiały. Obecność podczas ostatniego pożegnania tego, który przeżył, byłaby według mnie dodatkowym źródłem bólu. Z takiego założenia wyszedłem i nie pojawiłem się na żadnym z trzech cmentarzy. – Przejdźmy do rzeczy, Janusz! – zaproponowałem, bo nie zamierzałem się z powyższego faktu tłumaczyć.

Toszko dolał sobie drugą porcję alkoholu i zmęczonym głosem oznajmił:

– Przysyłają nam ze Szczytna świeże mięso armatnie. Do końca tygodnia zamelduje się tu dziesięciu nowo wypromowanych policjantów. Oddział interwencyjny zostanie odtworzony. Wolałbym jakichś antyterrorystów albo chociażby paru funkcjonariuszy z kilkuletnim doświadczeniem w pracy operacyjnej. Niestety to nie jest koncert życzeń. Dostaliśmy samych nieopierzonych smarkaczy. Twoim zadaniem będzie zrobienie z nich prawdziwych twardzieli.

– Słucham? – tylko tyle zdołałem wykrztusić.

– Masz ich wdrożyć i przygotować do działania tak, żeby na widok hybrydy szarżującej z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę albo podnoszącej jedną ręką samochód nie narobili pod siebie.

– Odmawiam! – stanowczo zaprotestowałem przeciw roli niańki dla absolwentów niedzielnej szkółki w Szczytnie.

– Nie masz takiej możliwości, Czarny. – Szef spojrzał mi prosto w oczy. – Rafał Łopiński jest unieruchomiony przynajmniej na miesiąc. Potem czeka go jeszcze długa rehabilitacja. Lekarze mówią, że wróci do pracy, ale najprawdopodobniej będzie ona zlokalizowana za biurkiem. Tu i teraz został mi tylko jeden doświadczony policjant. Wiem, że nie chcesz, ale nie mam wyboru. Zostajesz dowódcą oddziału interwencyjnego bez prawa do odwołania się od tej decyzji.

Chciało mi się wyć z bezsilnej wściekłości. Stary urządził mnie na cacy. Aż mnie zęby zaswędziały na myśl o bandzie nieporadnych amatorów chcących pójść na wojenkę z hybrydami. PKP. Pięknie, kurwa, pięknie!

Toszko nalał mi danielsa prawie po sam brzeg szklanki.

– Gratuluję awansu, Czarny.

Wypiłem wszystko na dwa łyki. Niewiele pomogło.

***

Drzwi do pokoju przesłuchań były zamknięte. Spodziewałem się tego, więc odegrałem przygotowaną uprzednio scenę wielkiego zawodu i rozgoryczenia. Przez moment udawałem nawet wściekłość. To ja go aresztowałem! Mam prawo być przy przesłuchaniu! Te i kilka podobnych w swym przekazie zdań wypowiedziałem podniesionym głosem, aby wszyscy postronni obserwatorzy zorientowali się w moim nastroju. Na użytek gawiedzi żywo też gestykulowałem i kilkakrotnie zakląłem.

Uspokoiłem się po około dziesięciu minutach strzelania fochów. Dłuższe odgrywanie podwładnego niezgadzającego się z decyzją szefa mogłoby wydać się podejrzane. Spuściłem więc z tonu i w coraz mniej żarliwej dyskusji dałem się przekonać wyświechtanym argumentom o tym, że brakuje mi dystansu do tej sprawy, że nie można samowolnie mścić się za kolegów, że hybryda hybrydą, ale nawet on zasługuje na uczciwy proces. Wszyscy wiedzieli, że jestem porywczy, więc podczas przesłuchania mogłyby ponieść mnie nerwy, a wówczas mógłbym zrobić zatrzymanemu małe kuku. To z kolei byłaby woda na młyn dla jego adwokata. Na gościu ciążyły zarzuty przynajmniej sześciu zabójstw, ale obchodzono się z nim jak z jajkiem. Miał swoje prawa. „Hybryda też człowiek” – grzmiały kretyńskie hasła z sądowych ambon. Gówno prawda – jak dla mnie. Osobnicy z biowspomaganiem plasowali się na samym końcu mojej prywatnej kolejki istot żywych. Za wszami, żukiem gnojarzem, dwoinką rzeżączki i jeszcze kilkoma innymi plugastwami z wirusem genitalnej opryszczki włącznie.

Kręcąc zdegustowany głową, opuściłem komisariat. Ledwo zamknęły się za mną drzwi, pognałem do samochodu. W jego wnętrzu, ocierając z czoła kilka kropel potu, czym prędzej włączyłem nasłuch. Technika pozwalała zminimalizować rozmiary mikrofonów aż do granic absurdu. Domyśliłem się, że szef nie będzie chciał dopuścić mnie do przesłuchania, więc zawczasu postarałem się nie wypaść z gry. Zanim aresztowany został przykuty i przypięty do krzesła, przewinąłem się niespostrzeżenie przez przypominający akwarium pokój. Pod blatem stołu przykleiłem jeden, a pod poręczami fotela dwa mikrofony wielkości ziaren słonecznika. Słyszałem wszystko dokładnie, choć nie było mnie w środku.

Zatrzymany nazywał się Jacek Czartoryski. Arystokratyczne nazwisko nie szło jednak w jego przypadku w parze z ogładą i dobrymi manierami. Był arogancki i bez przerwy przeklinał w niewyszukany sposób. Chciałbym zobaczyć minę Toszki, kiedy nazwał go jebanym pizdolizem. Z pewnością była wyjątkowa! Facet miał trzydzieści pięć lat, zawodowo zajmował się wynajmem ciężkiego sprzętu budowlanego, prywatnie był miłośnikiem sportów ekstremalnych. Zwłaszcza wysokogórskiej wspinaczki. Hobby służyło mu za pretekst do biowspomagania. Chciał być silniejszy i wytrzymalszy, aby zdobywać najtrudniejsze szczyty. W kilku słowach – istne wcielenie górskiej kozicy. Wspinał się w całkowitych ciemnościach, bo to ponoć jeszcze bardziej go kręciło.

Pieprzenie w bambus! Facet wyraźnie robił w balona szefa i dwóch innych oficerów śledczych. Kreował się na niewinnego fascynata przeżyć z dużą dawką adrenaliny w krwiobiegu. Poddał się zabiegowi biowspomagania niecałe dwa lata temu. Od tamtego momentu cierpiał na pojawiające się okresowo silne bóle głowy. Podczas ich napadów zdarzało mu się irracjonalnie zachowywać.

Słysząc tę ostatnią bzdurę, omal nie parsknąłem śmiechem. Facet kłamał jak z nut. Wciskał dobrze ułożoną bajeczkę, którą co rusz, niby zupełnie przypadkowo, ubarwiał nowymi, niczego niewnoszącymi szczegółami. Według niej napadnięty został przez grupę chuliganów, których nie do końca świadomie z powodu bolącej głowy trochę poturbował. O tym, że poturbował ich na śmierć i że zamiast chuliganów pozbawił życia sześciu policjantów, dowiedział się dopiero po fakcie. Zaraz po tym, jak minęła mu koszmarna migrena. Szopka, jaką odstawił Czartoryski, była żenująca. W każdym razie przynajmniej dla mnie, bo przesłuchujący hybrydę oficerowie śledczy sprawiali wrażenie, jakby dali się na to nabrać.

Oczami wyobraźni widziałem, jak każdy z nich, z moim szefem włącznie, notuje podany adres kliniki, w której odbył się zabieg biowspomagania. W ciemno mogłem się założyć, że wskazane przez aresztowanego miejsce nie istnieje. Podobnie jak nie istniał wymieniony z imienia i nazwiska neurobiolog, który czuwał nad procesem implementacji odpowiednich szczepów pseudopierwotniaków. To była jedna wielka ściema. Wszystko wskazywało jednak na to, że na razie tylko ja zdawałem sobie z tego sprawę.

Po około dwóch godzinach pytania zadawane przez komendanta i jego dwóch pomocników stawały się coraz bardziej chaotyczne. Automatycznie również w uzyskiwanych odpowiedziach było coraz mniej treści. Przesłuchanie zmierzało na manowce i rokowało jedynie tym, że za parę dni utknie w martwym punkcie. Wówczas do toczącej się rozmowy włączył się jeszcze jeden głos.

– Panowie! – usłyszałem basowe dudnienie w słuchawkach. – Mój klient jest już zmęczony. Dalsze wypytywanie byłoby w powyższych okolicznościach nieludzkie. Proponuję zrobić przerwę w celu nabrania sił. Możemy kontynuować naszą rozmowę za, powiedzmy, godzinę. Stanowczo na to nalegam.

Ależ śliska ta papuga! I co za dobór słów! Zmęczony klient – dobre sobie. Czym? Siedzeniem na dupie? Pitoleniem trzy po trzy? Wypytywanie byłoby nieludzkie… Dlaczego nie użył stwierdzenia: niehybrydzkie? Chociaż, jeśli wierzyć opinii lekarza, cały ten Czartoryski po porażeniu prądem ponownie stał się zwykłym człowiekiem. Pomniejszenie znaczenia przesłuchania poprzez określenie go rozmową było tanim chwytem i celowo miało kontrastować ze stanowczym naleganiem na przerwę. Oczywiście owa przerwa była tylko propozycją. Urocze, aż do wyrzygania.

W końcu jednak znalazłem punkt zaczepienia. Na chwilę obecną do hybrydy nie mogłem dobrać się w żaden sposób. Był pilnowany przez okrągłą dobę przez osoby uczulone na wszystko, a w szczególności na mnie. Nie miałem szans, żeby dorwać gnoja i wydusić z niego prawdę. Wobec powyższego jako źródło interesujących faktów musiał mi posłużyć Ambroży Legień – adwokat o basowym głosie.

Znałem typa od kilku lat, choć tylko z wokandy sądowej, nie osobiście. W tym czasie miłością do niego nie zapałałem ani przez sekundę. Z wielkim zaangażowaniem bronił najgorsze szumowiny w mieście. Tajemnicą poliszynela było to, że pan mecenas znał się i przyjaźnił z wierchuszką miejskiej mafii. Legień pojawił się na planie wydarzeń błyskawicznie tuż po aresztowaniu hybrydy i fakt ten wyraźnie sugerował, że Czartoryski był ważnym elementem organizacji przestępczej. Do tego pasowała propozycja, którą otrzymałem tuż przed tym, jak popieściłem go paralizatorem. Chciał, żebym przyłączył się do takich jak on. Twierdził, że potrzebują wyszkolonych, znających się na broni, twardych ludzi. Użyta przez niego liczba mnoga sugerowała, że jest ich już spora grupa. Umiejętność walki, w tym strzelania, zwiększały moją atrakcyjność i przydatność dla niej. Fakt ten z kolei dość jednoznacznie nasuwał myśl o działaniach z użyciem broni, które wykraczały poza granice prawa. To plus adwokat mafii – równanie było dziecinnie proste do rozwiązania.

 

Do hybrydy nie miałem dostępu. Jego obrońcą mogłem jednak zająć się w każdej chwili. Pozostało mi tylko zaczekać, aż Legień opuści komisariat. Przekonanie go do odbycia natychmiastowych bezpłatnych konsultacji prawniczych nie powinno stanowić problemu. Broniący największe ścierwa adwokaci nie mieli moralnych kręgosłupów, więc przejście na drugą stronę, choćby na trochę, nie wykraczało poza ich możliwości. Poza tym jeśli chciałem, potrafiłem być bardzo przekonujący.

***

Jacek Czartoryski rzeczywiście należał do miejskiej mafii. W jej kręgach znany był jako Gała. Kiedy tylko to usłyszałem, od razu nasunęły mi się skojarzenia z jego czerwonymi oczami. Swego czasu jarzyły się tuż nade mną i przewiercały prawie na wylot upiornym spojrzeniem. Po chwili jednak przypomniałem sobie, że lokalni gangsterzy nie słyną ze zbyt lotnych umysłów. Wniosek był prosty – nadanie Czartoryskiemu ksywy na podstawie podobnych do moich skojarzeń raczej wykraczało poza granice ich intelektualnych możliwości. Nie chcę przez to powiedzieć, że cała mafia to obesrane sieroty ledwo potrafiące liczyć do dziesięciu. Gdyby tak było, policja dawno wyłapałaby wszystkich jej członków bez potu na czole. Skąd więc Gała? Cholera ich wie.

Początkowo Czartoryski był stadionowym chuliganem. Wszczynał burdy na meczach, organizował tak zwane ustawki oraz w nich uczestniczył. Przemocy na trybunach mówiłem zdecydowane nie. Nie miałem jednak nic przeciwko temu, aby dwie bandy debili obiły sobie tępe gęby gdzieś w ustronnym miejscu. Jeżeli wraz z krwią z rozbitego nosa wyciekał nadmiar testosteronu albo gdy kilku skopanych mięśniaków wyłączonych zostało na parę tygodni z funkcjonowania w społeczeństwie, to działało to tylko na korzyść owego społeczeństwa. Gała po okresie bycia kibolem stał się przestępcą pełną gębą. Kradł samochody, włamywał się tu i ówdzie, a że szło mu całkiem nieźle, wpadł w oko mafii. Wówczas zaczął działać na jeszcze większą skalę. Wszedł w handel narkotykami, stręczycielstwo i wymuszanie haraczy. Zwłaszcza w tym ostatnim szło mu najlepiej, bo skłonność do puszczania w ruch pięści pozostała jeszcze z czasów stadionowych bijatyk. Jego pozycja w przestępczej organizacji stale rosła, a po zabiegu biowspomagania Gała dostał się na mafijne salony.

Stał się człowiekiem do zadań specjalnych. Był przedłużeniem ręki najwyższych bossów. Ręki, która w zależności od potrzeb trzymała bejsbolową pałkę, nóż lub gnata. Dzięki jarzącym się na czerwono oczom budził z jednej strony grozę, z drugiej zaś stał się pewnego rodzaju maskotką, pupilkiem ojców chrzestnych miejskiej mafii. W zamian za skuteczne świadczenie specyficznych usług zyskiwał coraz szersze przywileje. W dużym uproszczeniu było to podstawowe i nieodłączne atrybuty gangstera – gruby szmal, luksusowa fura i panienki. W rozwinięciu tego uproszczenia znalazła się również opieka prawna. Mafia dbała o swoich ważnych członków, zapewniając im szybki i łatwy dostęp do sowicie opłaconych adwokatów. Między innymi takich jak Ambroży Legień, z którym uciąłem sobie pouczającą pogawędkę.

Z początku żywił przed nią pewne opory i trudno się facetowi dziwić – obcy mężczyzna w czarnej kominiarce nie budzi w końcu zaufania. Jednak kwadrans później obrońca Czartoryskiego diametralnie zmienił swoją postawę i wyzbył się wszelakich uprzedzeń, żywionych wobec osób z czarnymi nakryciami na całą głowę z dziurami na oczy i usta. W mało interesujących okolicznościach przyrody – a precyzując: pomiędzy dwoma kontenerami na śmieci, gdzie na siłę wepchnąłem opierającego się adwokata – potoczyła się ciekawa rozmowa. Kilka razy musiałem po przyjacielsku klepnąć pana mecenasa, bo zacinał się i udawał, że nie pamięta. Ponieważ darzę takich typów jak on dość specyficzną przyjaźnią, zamiast otwartą ręką po plecach, klepałem go pięścią po twarzy. To był skuteczny lek na wybiórczą amnezję. Pamięć szybko mu wracała, a odpowiedzi błyskawicznie zyskiwały płynność. W ten właśnie sposób poznałem skróconą historię życia i radosnej twórczości Jacka Czartoryskiego vel Gały.

Następnie broniący go prawnik podzielił się ze mną kilkoma adresami. W celu zweryfikowania krótkiej listy wybiłem mu dwa zęby. Jak się okazało, było to słuszne posunięcie, bo jedynie dwa namiary były sensowne. Pozostałe dotyczyły pustych parceli lub popadających w ruinę i grożących zawaleniem starych fabryk. Na koniec poprosiłem mafijnego mecenasa o zachowanie dyskrecji. Przyrzekł mi to solennie, zupełnie tak, jakby wierzył, że jego słowa mają jakiekolwiek znaczenie. Aby przypieczętować naszą krótką znajomość, w pożegnalnym uścisku złamałem mu palec – zupełnie gratis, na pamiątkę.

Miałem dwa tropy, którymi mogłem podążyć. Powoli zbliżał się czas, kiedy obudzi się śpiący we mnie drapieżnik. Zaraz po tym nadejdzie chwila, gdy ów drapieżnik zerwie się z łańcucha. Jeszcze nie teraz, jeszcze trochę, cierpliwości… Przede wszystkim musiałem zapewnić sobie alibi na dzisiejszy wieczór. Sprawa pobicia Ambrożego Legienia szybko ujrzy światło dzienne. Byłem tego absolutnie pewien. Jej powiązanie z toczącym się śledztwem, w którym adwokat brał udział, było oczywiste. Mój szef, choć sprawiał wrażenie, że nabrał się na przedstawioną przez hybrydę interpretację wydarzeń, idiotą jednak z pewnością nie był. Zapytany o potencjalnego sprawcę cielesnych obrażeń szanownego mecenasa, wymieni kilka mniej lub bardziej prawdopodobnych nazwisk. To, co wypowie na głos, nie będzie się liczyć. Ważniejsze bowiem będzie to, co po zapoznaniu się z faktami przyjdzie mu na myśl. Głowę dałbym sobie uciąć, że w pierwszej kolejności sprawdzi, czy ja nie maczałem w tym palców.

W pasażu przy Schillera zawsze kręciło się kilka panienek chętnych na łatwy pieniądz. Młodociane prostytutki przy legitymowaniu przez policję okazywały się grzecznymi uczennicami, które akurat tu, właśnie przy Horteksie, umówiły się z koleżankami na lody lub z chłopakiem na randkę. Jedną z nich znałem dość dobrze. W przeszłości kilkakrotnie korzystałem z jej usług – była doskonała jako alibi. Potrafiła kłamać w żywe oczy, a że przy okazji dawałem jej zarobić więcej, niż mogłaby dostać od klientów z pasażu, robiła to z zapałem godnym lepszej sprawy. Nie wiem, jaka była w robieniu pozostałych rzeczy – z innych oferowanych przez nią usług nie korzystałem.

Siedziała na ławce w krótkiej spódniczce, z nogami założonymi jedna na drugą. Intensywna czerwień wymalowanych ust mocno kontrastowała z bladością reszty twarzy. I z czymś jeszcze. Zza przyciemnionych okularów wystawał przypudrowany siniak. Na pierwszy rzut oka nie był widoczny. Moje oczy były jednak szkolone do rejestrowania możliwie największej liczby wszelakich szczegółów. Czasami od pozornie mało istotnych dupereli zależały losy śledztwa i późniejszych wyroków. Zatrzymałem się tuż przed nią. Nie mogło być wątpliwości – miała podbite oko.

– Co jest, Mała? – zapytałem.

– Wszystko w porządku. – Uśmiechnęła się, choć jakoś bez przekonania. Nerwowo strzeliła oczami na boki, była wyraźnie spłoszona. Tyle mi wystarczyło, żeby zorientować się, o co chodzi. Niezrzeszone dotychczas młodociane panienki miały opiekuna. Wszystko wskazywało na to, że przymusowego i brutalnego.