Licencja na zakochanie

Tekst
Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


NOWY SMS

OD: LUTKA

DO: GUCIO

DZISIAJ, GODZ. 18.47

HEJ, GUCIU! NIE MOGĘ SIĘ DZIŚ Z TOBĄ SPOTKAĆ, BO WŁAŚNIE JESTEM Z PIOTRKIEM W KANAPIE.

Gucio, którego oblicze przybrało w tej chwili kolor bladozielonkawy, wytrzeszczonymi oczami wpatrzył się w wyświetlacz swojego telefonu, na którym jednak uparcie widniała ta sama wiadomość.

Nie rozumiał. Co to znaczy, że Lutka jest z Piotrkiem w kanapie? W jakiej kanapie?! Co oni w ogóle wyrabiają?! Na miłość boską, przecież ona ma dopiero trzynaście lat, a Piotrka poznała raptem dwa tygodnie temu!

Zrozumiał jedno – życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem. Prawdopodobnie sam Gucio również nigdy nie będzie już taki jak przedtem. Istniała duża szansa, że na przykład właśnie w tej chwili zaczynały mu się pojawiać pierwsze siwe włosy na głowie. Może nawet już całkowicie osiwiał? Nie był pewien, czy siwieniu towarzyszą jakieś inne objawy. Na przykład swędzenie, łaskotanie czy coś w tym stylu. Niedawno czytał w gazecie artykuł o tym, że pewien pan osiwiał w jednej chwili po tragicznej stracie ukochanego psa. A zresztą, być może to pies osiwiał znienacka po tragicznej stracie ukochanego pana. Gucio nie był tego pewien.

Zbliżając się do przystanku autobusowego, z lekkim niepokojem, ale i z pewną nadzieją, przejrzał się w mijanej właśnie witrynie. Niestety, zamiast szlachetnej siwizny ujrzał dobrze znane, rozczochrane nieco włosy w równie dobrze mu znanym, ciemnym kolorze. Pod włosami widniała zaś obrzydliwie znajoma, pucołowata twarz z lekko perkatym nosem, na którym tkwiły okulary. Czy coś takiego może wygrać z tym okropnie przystojnym, blondwłosym Piotrkiem, wyglądającym jak młodszy brat jednego z członków zespołu One Direction? Wątpliwe. Nawet mocno wątpliwe.

Porzuciwszy nadzieję na siwiznę, która być może nadałaby mu nieco uroku cechującego na przykład George’a Clooneya, przyspieszył kroku, z daleka widząc nadjeżdżający autobus. Z drugiej strony ludzie farbują sobie włosy, po prostu. Może to jest jakieś wyjście? Może czas na dokonanie radykalnych zmian w wizerunku?

Nie zdążył dokończyć tej intrygującej myśli, bowiem w tej właśnie chwili został w zasadzie napadnięty. Może nie fizycznie, ale raczej werbalnie.

– Haszło?! – wykrzyknął w kierunku Gucia chłopak mniej więcej w jego wieku, pędząc chodnikiem. Zamyślony Gucio, znienacka wyrwany ze swoich posępnych rozważań, wpadł w lekką panikę. Kompletnie nie rozumiał, dlaczego ktokolwiek pyta go o jakieś hasło.


– Czerwony Kapturek!!! – wrzasnął rozpaczliwie, mając nadzieję, że to wystarczy sepleniącemu chłopakowi.

Ten z wrażenia zatrzymał się w biegu, potknął się i ze zdumieniem przyjrzał Guciowi.

– Jaki znowu Czerwony Kapturek? – spytał niepewnie, przy czym okazało się, że wcale nie sepleni. – Ja pytam, czy „H” już szło. Znaczy się, autobus linii „H”. Nie widziałeś?

Gucio jęknął z głębi serca. Tak, teraz obcy człowiek weźmie go za kompletnego idiotę. Czerwony Kapturek, dobre sobie. Już i tak wystarczy, że jego przyjaciółka Lutka zrobiła mu coś… No, coś takiego, że…

– Nie szło – mruknął ponuro. – I nie jechało. A także nie pełzło ani nie tańczyło samby. Przed chwilą przejechał jeden, ale to nie było „H”.

– O, teraz rozumiem – odetchnął chłopak. – Co do pełzania, to jednak mam wątpliwości. Tutaj chyba wszystko pełza, w tym Wrocławiu. Czemu macie połowę ulic w remoncie?

Gucio, dla którego ten stan rzeczy był w zasadzie czymś najzupełniej zwyczajnym, nieco się zdziwił.

– A to coś nienormalnego? – spytał. – Skąd ty jesteś, że ci to przeszkadza?

– Z Łodzi – odparł chłopak ostrożnie. – Wy tutaj, mam nadzieję, nie bijecie tych z Łodzi?

Gucio ze swoją dość masywną, ale niebudzącą zazwyczaj u nikogo grozy posturą, poczuł się mile połechtany.

– Nie bijemy – zapewnił go. – Przynajmniej ja jakoś w to nie wchodzę. A co, kibicujesz może?

– Nie kibicuję – mruknął chłopak z lekkim wstrętem. – Wystarczy, że jeden taki, który mieszka nade mną, jest kibicem. Ostatnio dostał przez to w zęby, a w ogóle to go nie lubię.

– Podobno nie wszyscy, którzy kibicują, są tacy źli – zauważył Gucio, powoli nabierając chęci do rozmowy. W jakiś dziwny sposób czuł, że dobrze mu to zrobi po tym okropnym esemesie od Lutki. – Niektórzy potrafią być zupełnie normalni.

– Ten akurat nie jest zupełnie normalny – zapewnił go chłopak, wpatrując się w wylot ulicy. – Coś jedzie! Żółto-czerwone i duże, więc chyba autobus. A o tym kibicu to kiedyś ci opowiem, jak go załatwiłem martwą kurą.

– Mrożoną?! – wyrwało się Guciowi, gdyż momentalnie ujrzał oczyma duszy wizerunek niepozornego chłopaka, walącego niesympatycznego i agresywnego kibica mrożonką w łeb.

– Nie, gotowaną – odparł chłopak z lekkim roztargnieniem. – Jak się okazało, była lepsza niż mrożona. Wsiadasz?

– Wsiadam – ucieszył się Gucio na widok autobusu linii „H”. – A dokąd w ogóle jedziesz?

– Na Wrzosową – mruknął chłopak z lekkim niesmakiem. – Na razie tam mieszkam, przynajmniej do końca wakacji.

– Spędzasz wakacje we Wrocławiu?

– Nie z własnej woli, uwierz – padła dość nieoczekiwana odpowiedź, która, nie wiedzieć czemu, nieco uraziła Gucia. Jak by nie patrzeć, kochał swoje miasto i uważał je za jedno z najpiękniejszych w Polsce. – Po prostu nie miałem innego wyjścia.

– Masz karę? – spytał Gucio domyślnie, postanawiając się jednak nie obrażać. W końcu nie każdy musi uważać wakacje we Wrocławiu za szczyt marzeń. – Ja też niedawno miałem być za granicą, na Wyspach Kanaryjskich, ale babcia dostała grypy albo jakiejś innej anginy, więc musiałem z nią zostać. A w ogóle to też mieszkam przy Wrzosowej.

– Co ty nie powiesz! – ucieszył się chłopak, po raz pierwszy uważniej przyjrzał się Guciowi, po czym wyciągnął do niego dłoń. – Jestem Bąbel. Chociaż tak naprawdę mam na imię Bartek, ale nikt tak na mnie nie mówi. To, że tu jestem, nie znaczy, że zrobiłem coś złego. To znaczy zaprzyjaźniłem się z kurą, a potem pojawiła się krowa, a potem gotowałem rosół, który wybuchł. No i w końcu moja mama postanowiła, że lepiej przyśle mnie tutaj, do wujka, żeby wybił mi z głowy głupie pomysły.

Gucio po króciutkim wstrząsie i nieco dłuższym namyśle postanowił na razie nie wnikać w te dziwne wyjaśnienia, kojarzące się raczej z gospodarstwem rolnym niż z dużym miastem, jakim niewątpliwie była Łódź. Poza tym wzmianka o zaprzyjaźnionej kurze, którą następnie Bąbel ugotował, wydała mu się dziwnie niesmaczna. Bo przecież nie przyjaźnił się chyba z gotowaną kurą?!

Skoro jednak Bąbel się przedstawił, wypadało zrobić to samo.

– Jestem Gucio – powiedział krótko.

– Gucio? W takim razie ja chyba o tobie słyszałem – oznajmił niespodziewanie Bąbel, obrzucając Gucia zaciekawionym spojrzeniem. – Od mojego wujka właśnie. Twierdzi, że jesteś podejrzany.

Gucio przeżył kolejny lekki wstrząs. Po krótkim namyśle stwierdził jednak, że bycie podejrzanym w czyichkolwiek oczach może być nawet ekscytujące. Przynajmniej w tej dramatycznej sytuacji, w jakiej znajdował się obecnie. Pozwalało to choć trochę oderwać myśli od tego tragicznego esemesa i kanapy, w której Lutka z Piotrkiem… No właśnie. Co oni mogli tam robić?

– Nie jestem podejrzany – stwierdził jednak uczciwie, z pewnym trudem przenosząc myśli z kanapy do czerwonego autobusu linii „H”. – Nie wiem, kim jest twój wujek, ale… – urwał nagle, tknięty straszliwym przypuszczeniem. – Czy twój wujek jest może emerytowanym pułkownikiem wywiadu? – spytał z nagłym przerażeniem. – I czy nazywa się Wścibejko?!

– Kontrwywiadu – sprostował Bąbel spokojnie. – No właśnie, to on. A co, pewnie go znasz?

– Aż za dobrze – wyznał Gucio, czując lekkie dreszcze i skurcz w żołądku. – Moja babcia nie lubi go za to, że nas podgląda tą swoją wielką lornetką marki Zeiss.

– Już ma nową, podobno lepszą! – powiadomił go radośnie Bąbel. – Z laserowym celownikiem.

– Mam nadzieję, że nie będzie z tego lasera strzelał do mojej rodziny.

– Ma też strzelbę. Co prawda tylko wiatrówkę, ale jednak…

– Nie wiem w sumie, czy mam cię lubić, czy nie – wyrwało się nagle Guciowi z głębi serca, zanim zastanowił się, co też właściwie mówi. – Bo twój wujek nasłał na nas kiedyś policję.

– To, że mój wujek ma czasem wybujałą wyobraźnię i wymyśla różne dziwne rzeczy, nie znaczy przecież, że to nasza cecha rodzinna! – roześmiał się na to Bąbel, a był to śmiech tak szczery i jakiś taki… przyjazny, że Gucio momentalnie pozbył się wszelkich wątpliwości. – No, sam powiedz! On chyba robi to wszystko z nudów od czasu, jak przeszedł na emeryturę.

Gucio po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że nie sposób nie zgodzić się z tym rozumowaniem. W każdej rodzinie zawsze znajdzie się jakaś czarna owca, przecież znał takich ludzi. Nawet Lutka ostatnio opowiadała mu o takim jednym, którego bracia i rodzice byli zupełnie normalni, a on uparcie znosił do domu słoiki pełne żywych dżdżownic. Jakoś wolał nie wnikać w powody, dla których ktokolwiek może pałać sentymentem do żywych dżdżownic. No chyba że jest wędkarzem. Wujek Piotr też był wędkarzem i kiedyś nawet usiłował nakłonić Gucia, aby założył rosówkę na haczyk, ale Gucio mimo wszystko odmówił.

 

Myśl o wujku Piotrku ponownie nasunęła Guciowi wspomnienie o tamtym Piotrku, którego Lutka poznała podczas zdjęć próbnych do reklamy telewizyjnej i prawdopodobnie od razu się w nim zakochała. Swoją drogą pewną pociechę stanowił dla Gucia fakt, że Piotrek wystąpił w reklamie przebrany za paluszek serowy. To nie był chyba jakiś specjalny powód do dumy, prawda? Z drugiej strony on sam do tej pory jakoś nie wystąpił w żadnej reklamie, a to był jeszcze mniejszy powód do dumy. Może by tak wystąpić jako pyza? Chyba tylko to mu pozostało przy jego nadwadze.

– A tak w ogóle, to mam wrażenie, że jesteś jakiś smutny – zauważył Bąbel, gdy wysiadali z autobusu. – Coś się stało?

– Kanapa – odparł Gucio ponuro. – Moja najlepsza przyjaciółka spędza właśnie wieczór w kanapie z takim jednym. Nie lubię go.

Bąbel milczał przez chwilę, najwyraźniej ogłuszony nagłą informacją.

– Dość nietypowe miejsce jak na randkę – wymamrotał w końcu. – Oni są jacyś dziwni czy jak?

– Do tej pory ona była zupełnie normalna. To znaczy dopóki go nie poznała, tego całego Piotrka. I sam popatrz, teraz zamyka się z nim w kanapie.

– Ale po co?!

– Nie chcę tego wiedzieć. Chyba sam się zamknę w kanapie, żeby sprawdzić, co tam można robić. Chociaż mam wrażenie, że jest im tam razem dość ciasno.

– Może właśnie o to chodzi? – wysunął przypuszczenie Bąbel i zmieszał się, widząc nagłą bladość swojego nowego kolegi. Pospiesznie spróbował naprawić swój błąd. – To znaczy chodziło mi o to, że może słuchają tam razem radia… Albo, na przykład, było im zimno?

– Nie kończ – poprosił Gucio. – I nie próbuj mnie pocieszać. Ja wiem, że wszystko jest względne. Tylko Chuck Norris jest bezwzględny.



W barze Kanapka Lutka zaraz na samym wstępie mocno się zdumiała, gdy Piotrek, zamawiając zestaw kanapkowy, zaczął wybrzydzać nad rodzajami pieczywa.

– A czy to pełnoziarniste nie ma w sobie aby zbyt wiele słonecznika? – zwrócił się do kelnerki, która wytrzeszczyła oczy, słysząc to pytanie. – Bo wie pani, że w ciemnym pieczywie muszą być zachowane odpowiednie proporcje.

– Nie… nie jestem pewna – odchrząknęła kelnerka. – Ale, jak do tej pory, nikt się nie skarżył na zbyt dużą ilość słonecznika.

– Chodzi o błonnik – ciągnął Piotrek, przeglądając kartę. – Nie każde ziarno ma odpowiednią jego ilość. A teraz, w takim razie, zajmiemy się serem i wędliną.

Żądanie sera z konkretnej mleczarni, na szczęście dość znanej, przeszło w miarę bezboleśnie, gdyż okazało się, że bar Kanapka zaopatruje się w przetwory mleczne właśnie u nich. Natomiast pytanie o rasę świń, z której pochodzi szynka użyta w kanapce, oraz o uprawę ekologiczną sałaty wykorzystywanej w barowej kuchni, wzbudziło już lekkie osłupienie tak kelnerki, jak i samej Lutki, która do tej pory nawet nie miała okazji się odezwać. Burczało jej w brzuchu, miała ochotę zjeść cokolwiek, nawet chleb z dużą zawartością słonecznika, z szynką z nierasowej świni i z żółtym serem, który mógł być pokrojony choćby i wczoraj. Była głodna!

A może jednak w tym wszystkim coś było? Z tego co wiedziała, Piotrek pochodził z jakiejś okropnie bogatej rodziny, która z pewnością orientowała się, czego należy wymagać w rozmaitych restauracjach. A tym bardziej w takim zwykłym barze kanapkowym. Ona sama poczuła się nagle dziwnie dzika, nieobyta i nieokrzesana, zupełnie jakby ktoś wypuścił ją prosto z lasu w świat wieczorowych sukien, homarów i kelnerów we frakach. Jakie to szczęście, swoją drogą, że tu nie podają homarów. Nawet nie miała pojęcia, jak powinna się zabrać do jedzenia czegoś takiego. Postanowiła, że jak tylko wróci do domu, zapyta rodziców. Ewentualnie poszuka odpowiednich porad w internecie…

W końcu jednak Piotrek zakończył swoje żądania.

– A co tobie podać? – spytała kelnerka znękanym głosem.

– Wszystko mi jedno – wymamrotała Lutka, okropnie się wstydząc, że nie może przedstawić jakichś wygórowanych wymagań. Nie znała się na rasach świń, zaś wytwórnie serów jakoś jej do tej pory nie interesowały. – Może być kanapka, na przykład z sosem. I nie wegetariańska, bo podobno młodzież potrzebuje mięsa.

– To już zależy od poglądów rodziców – zauważył Piotrek uprzejmie, zastanawiając się nad wyborem odtłuszczonego kefiru lub jogurtu truskawkowego. – Nie wszyscy tak uważają. A tłuszcze zwierzęce w nadmiarze nie wpływają korzystnie na nasze zdrowie.

Lutka z ogromnymi wyrzutami sumienia przypomniała sobie kotlet schabowy zjedzony wczoraj u Gucia. W dodatku z kapustą zasmażaną, w której były skwareczki. Ale Guciowa babcia gotowała tak pysznie, że nie mogła się po prostu powstrzymać, by nie poprosić o dokładkę! W obliczu straszliwych szkód, jakie nieszczęsny kotlet mógł wyrządzić jej młodemu organizmowi, popadła w lekkie przygnębienie.

– Czemu jesteś smutna? – spytał Piotrek, sadowiąc się wygodniej na krześle. – Co jest?

– Kotlet – wyznała Lutka ponuro, postanawiając być szczera do granic możliwości. W końcu skoro zależało jej w jakimś stopniu na tym ogromnie czarującym i dobrze wychowanym chłopcu, który tak niespodziewanie pojawił się w jej życiu, szczerość była rzeczą bezwzględnie wymaganą. Nie zamierzała grać kogoś, kim nie była. Chociaż, w sumie, jakieś drobne poprawienie własnego wizerunku w jego oczach nie byłoby, być może, tak bardzo naganne?

– Jaki kotlet? – spytał Piotrek nieufnie. – Mielony?

– Schabowy.

– I co on robił? Czemu o nim myślisz? Był niedobry?

– Był bardzo dobry – westchnęła Lutka, po czym mimowolnie dodała: – Guciowi też bardzo smakował.

– Ciągle wspominasz o tym Guciu – zmarszczył brwi Piotrek, zerkając na zegarek marki Adidas. – A ja go do tej pory nawet nie miałem okazji poznać. Kim on w ogóle dla ciebie jest?

– Przyjacielem – wyznała Lutka uczciwie. – Znamy się, sama nie wiem jak długo, mieszkamy przy tej samej ulicy i w ogóle. Bardzo go lubię.

– Jak bardzo?

Pytanie było tak zwyczajne, a zarazem tak trudno było na nie odpowiedzieć, że Lutka zaniemówiła. Co ma znaczyć: „jak bardzo”?

– Gucio to Gucio, i tyle – westchnęła wreszcie. – Jest fajny, ma poczucie humoru i umie się zachować w różnych niezwykłych sytuacjach. No i, co najważniejsze, mogę mu opowiedzieć o wszystkim.

Piotrek ponownie zmarszczył brwi i zapatrzył się w sufit.

– Chciałbym poznać tego całego Gucia – rzekł miłym głosem, w którym pobrzmiewały jednak stalowe nuty. – Nie powinnaś się zadawać z byle kim, pamiętaj. Moja mama zawsze tak mówi i pewnie ma rację. A właśnie, może wpadłabyś do nas jutro na obiad? Opowiedziałem mamie o tobie i ucieszyła się, że poznałem miłą dziewczynę.

– Nie będę jeść żadnego homara! – wyrwało się Lutce, zanim zdążyła się opanować. Jednakże wizja egzotycznego stworzenia ze szczypcami, leżącego przed nią na talerzu, była silniejsza od niej. W dodatku podobno do jedzenia tego całego homara potrzebne są jakieś wyrafinowane i tajemnicze przyrządy, którymi posługiwać się z pewnością nie potrafiła.

– Nie będzie homara! – zapewnił ją zdumiony nieco Piotrek. – Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? Homar czasem jest w niedzielę, ale tylko wtedy, gdy tacie uda się kupić świeżego w zaprzyjaźnionym sklepie.

– A co będzie? – odważyła się spytać Lutka, rozdarta pomiędzy dziwnym trzepotaniem w okolicach serca, gdy patrzyła na Piotrka, a lękiem przed homarem, krewetkami lub, nie daj Boże, ośmiornicą. Te wszystkie szczypce i macki były w jakiś sposób niepokojące.

– Zapewne zupa rybna z grzankami, a na drugie szparagi zawijane w polędwicy – mlasnął Piotrek, przymykając aż oczy z wrażenia. – Oczywiście lubisz szparagi, prawda? Są bardzo zdrowe i niskokaloryczne. Moja mama zwraca na to szczególną uwagę.

Lutka zajęła się swoją do bólu zwyczajną kanapką, patrząc na Piotrka, z wdziękiem konsumującego swoje ciemne pieczywo z niską zawartością słonecznika, i rozmyślając posępnie nad brakami w swoim obyciu towarzyskim.

To całe zakochanie to nie jest taka prosta sprawa, jak się okazuje. Taki Piotrek, na przykład, konsumuje posiłek i to od razu widać. A ona sama zwyczajnie je swoją kanapkę. To jednak stanowiło pewną różnicę.

Zaraz, co to ona właśnie pomyślała?

Zakochanie?!

Zastygła z kanapką przy ustach, nie zwracając uwagi na to, że dwa kawałki kapusty pekińskiej podstępnie zawisły w kącikach jej ust.


– Dziwnie wyglądasz – rzekł wreszcie Piotrek, przyglądając się Lutce z uwagą. – Kanapka ci nie smakuje? Może chcesz inną?

Lutka w panice zerknęła w lustro zawieszone na ścianie tuż obok, po czym ze zgrozą stwierdziła, że feralna kapusta wygląda niczym długie zęby wygłodniałego wampira. No tak, tego tylko brakowało, żeby na jednej z pierwszych randek wyglądała niczym rodzona siostra hrabiego Drakuli!

Z drugiej strony lepsza chyba kapusta aniżeli szczypce jakiegoś homara czy innej langusty…

Posępnie zastanawiając się nad możliwymi efektami jedzenia szparagów, westchnęła ciężko, po czym uśmiechnęła się najbardziej promiennie, jak tylko potrafiła i powróciła do posiłku, starając się go konsumować.


– Wyglądałam jak wampir!!! – szlochała Lutka w słuchawkę telefonu, podczas gdy Gucio po drugiej stronie zastygł z pędzlem w dłoni. – W dodatku taki zdziczały wampir, który w ogóle na niczym się nie zna i zwyczajnie je kanapkę!!!

– A co miałaś z nią robić? – wybąkał Gucio w zdumieniu, porzucając na razie kwestię wampira. – Co można innego robić z kanapką?

– Konsumować ją! – wrzasnęła Lutka z rozpaczą, ocierając łzy. – Albo się posilać, ja już sama nie wiem! Piotrek konsumował.

– Ty jesteś nienormalna – stwierdził z niesmakiem Gucio, który nadspodziewanie szybko doszedł do siebie, przypominając sobie, że przecież ten wieczór Lutka wraz z Piotrkiem spędzili w kanapie. – A właśnie, jak było w kanapie? I dlaczego wyglądałaś jak wampir? Mieliście latarkę w tej kanapie, czy jak?

Starał się przy tym bardzo, aby w jego głosie nie dało się słyszeć tego okropnego wzburzenia, które czuł, gdy tylko pomyślał o sposobie, w jaki Lutka spędziła miniony wieczór. Dobrze przynajmniej, że już wyszła z tej kanapy. Chyba że dzwoniła z wnętrza, ze skrzyni na pościel? Ale może przy Piotrku nie przyznawałaby się do wampiryzmu?!

– W jakiej znowu kanapie? – siąknęła nosem Lutka. – Co ty w ogóle wygadujesz? Dobrze się czujesz? Byliśmy w barze Kanapka, przecież ci napisałam w esemesie. Nie czytałeś?

– Napisałaś, że jesteście w kanapie – zdołał wykrztusić Gucio.

– Zwariowałeś chyba. Napisałam „w Kanapce”. A może coś tam źle kliknęłam. Słuchaj, czy ty zwracasz uwagę na zawartość słonecznika w ciemnym pieczywie?

Kolejne pytania Lutki wprawiały Gucia w stan coraz większego osłupienia. Co, u licha, ma do rzeczy ciemne pieczywo i jego skład? Czyżby rodzice Piotrka byli właścicielami jakiejś piekarni?

– Ja tam generalnie lubię razowy chleb, nieważne czy ze słonecznikiem, czy z innymi ziarnami – rzekł ostrożnie. – A wampir?

– Jaki znowu wampir?!

– Podobno wyglądałaś jak wampir?

– To przez kapustę pekińską – odparła Lutka posępnie, co jeszcze bardziej namieszało w głowie biednego Gucia. – Chyba już nigdy nie zjem kanapki z kapustą pekińską. Przez to wszystko sama nie wiem, co on sobie w ogóle o mnie pomyślał. A w dodatku jutro jestem zaproszona do nich na obiad. To znaczy do domu. I będą szparagi w czymś i zupa rybna, też z czymś. Ale z tego wszystkiego to już nie pamiętam z czym.

Gucio miał mieszane uczucia, wysłuchując wyznań Lutki na temat jej randki, a na domiar złego, na temat jutrzejszego obiadu. Czy ona jest zupełnie bez serca, że mówi właśnie jemu takie rzeczy?! Przecież obiad, na który ją zaproszono, świadczy o tym, że rodzina Piotrka traktuje ją bardzo poważnie! Co to wszystko miało znaczyć?!

– A ty co porabiasz? – spytała wreszcie Lutka, kończąc swój ponury, długi i nieco chaotyczny wywód, z którego Gucio niewiele zrozumiał, poza tym że homary są kłopotliwe w jedzeniu, zaś macki ośmiornicy wzbudzają w Lutce zdecydowanie uczucia negatywne.

 

– Maluję – rzekł posępnie, patrząc zarazem, jak farba z pędzla kapie mu wprost na świeżo wyprane spodnie. Miał cichą nadzieję, że zdoła to jakoś doczyścić rozpuszczalnikiem, zanim mama zobaczy efekty upiększania pokoju i jego garderoby w wykonaniu syna.

– Malujesz – westchnęła Lutka z roztargnieniem. – To dobrze, to bardzo dobrze… Wiesz co, kończę już, bo muszę jeszcze poczytać o szparagach. No i gdzie się kładzie tę serwetkę przy obiedzie? Na kolanach czy zawiązuje się ją pod szyją? Nie mam pojęcia, jestem dzika i niewychowana. Czuję się jak Tarzan. Do jutra!

– Do jutra – mruknął Gucio w słuchawkę, w której i tak słyszał już przerywany sygnał.

Nieopatrznie zerknął w lewo i natknął się wzrokiem na lustro, w którym zobaczył przerażająco znajomy widok. Zamknął oczy i w natchnieniu postanowił, że pozbędzie się choćby okularów. Istnieją przecież soczewki kontaktowe…