Elfie, gdzie jesteś?Tekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdzie dwóch nie może, tam Elf pomoże!

Ten impuls przyszedł dziwnie nagle. Już miałem siusiać jak zwykle, na trawniku, ale raptem poczułem przemożną ochotę, aby zrobić to jednak pod drzewem. Skoro już pod nim stałem, to jakoś tak tylna łapa podniosła mi się sama...

Ha! Tak jest fajniej!

W dodatku okazało się, że mój wyczyn poprawił chyba humor Młodemu, bo już od tamtego spaceru, podczas którego kopał w drzewo, żeby zdobyć parówki, czułem, że jest smutny. Zły też, ale smutny bardziej. A gdy obsiusiałem drzewo, zapach smutku trochę się zmniejszył!

Ale jestem mądry, no nie?

Myślałem, że potem wrócimy do domu i dostanę jeść, ale wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy. Ja na moim ukochanym miejscu w bagażniku, w kącie, a Duży i Młody z przodu.

Wiecie, początkowo okropnie się bałem jeździć samochodem! Ciągle mi się zdawało, że wywiozą mnie dokądś i tam zostawią... Ale nie! Zawsze wracałem z nimi. Z czasem więc przestałem się bać i okazało się, że to całe jeżdżenie jest całkiem niezłe! Można było wystawić pysk przez uchyloną szybę, a wtedy wiatr tak fajnie łaskotał w wąsy. A na końcu podróży zawsze było coś nowego: a to las, a to jezioro, a to rzeka... albo dom, w którym mieszkała moja siostra Erka i Ewa! Tam najbardziej lubiłem jeździć.

Tym razem, gdy się zatrzymaliśmy, nie było widać ani jeziora, ani lasu, ani tym bardziej Erki. Był jakiś duży dom, pełno aut przed nim, ale co dziwne – auta stały nawet w środku! Było je widać przez takie duże szyby. A co to za pomysły? Trzymać auta w domu...?!

Młody i Duży całą drogę gadali i nie przestali nawet, gdy wysiedliśmy. Potem Duży sięgnął po kaganiec... O nie! Nie cierpiałem tego wynalazku. Nawet oblizać się po nosie nie można w tym paskudztwie! Jeszcze gorsza rzecz stała się chwilę później: moją smycz przymocowali do słupka obok żywopłotu i wejścia, a sami weszli do tego domu z samochodami...

Wytrzymałem minutę. Potem zacząłem się wiercić, bo zrobiło się nudno. Dookoła nie było żadnego innego psa, żuczek w żywopłocie nie zwracał na mnie uwagi, w ogóle wokół dziwnie pachniało i wszystko było jakoś nie tak.

Hmm, żywopłot...?

Niedługo potem wślizgnąłem się do budynku. Od razu wywęszyłem Dużego i Młodego: jeden stał przy większym samochodzie, a drugi przy mniejszym i obaj ciągle mówili! W dodatku coraz głośniej. Pomiędzy nimi stał jeszcze jeden pan, ale nie wyglądał na groźnego i chyba nie chciał zrobić im krzywdy.

Zrozumiałem, że przyjechaliśmy do takiego miejsca, gdzie wszyscy wybierają sobie samochody. Zdziwiło mnie tylko, że przy tym większym stał Młody, a Duży przy tym mniejszym. Wydawało mi się, że powinno być odwrotnie. Nie wiedziałem też, dlaczego zostawili mnie na zewnątrz. Może zwyczajnie zapomnieli potem zawołać mnie do środka?

No bo skoro każdy miał sobie wybrać jakiś samochód...

Obwąchałem kilka innych, ale wszystkie pachniały okropnie. Ostry zapach plastiku, lakieru... Ble! Ale, ale: jeden z nich pachniał trochę inaczej. Zupełnie tak, jakby już kiedyś jeździli nim ludzie! Ten zapach podobał mi się zdecydowanie bardziej, więc wskoczyłem sobie na tylne siedzenie i ułożyłem się wygodnie. Młody i Duży, jak widać, potrzebują więcej czasu na zastanowienie – uznałem. A mnie tu było dobrze, więc niech myślą, ile tylko chcą...

Trwało to jednak stanowczo zbyt długo. Gadali coraz głośniej i jakby nerwowo, aż w końcu postanowiłem zareagować.



Do kupna nowego auta przymierzałem się od dobrych pięciu lat. Po pierwsze, w chwili obecnej moja wierna toyota kombi miała już tych lat dziesięć, po drugie, ilość przejechanych kilometrów zaczynała budzić mój niepokój, choć podobno ten model był w stanie przejechać jeszcze dwa razy tyle. Po trzecie zaś, i chyba najważniejsze, w ciągu ostatniej dekady pojawiło się mnóstwo rozwiązań zapewniających pasażerom bezpieczeństwo. Różne tam poduszki kurtynowe, boczne, ABS-y i inne takie. Tego moje stare auto nie miało, a ja woziłem często ze sobą to, co jest mi najdroższe: moich bliskich... To nic, że z reguły jeżdżę ostrożnie. Nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się na idiotę jadącego z przeciwka.

Zostawiając Elfa pod salonem Nissana, przytomnie pamiętałem, by założyć mu kaganiec. Zbyt świeże było wspomnienie chwili, kiedy to znalazł mnie w supermarkecie po przegryzieniu smyczy... W kagańcu raczej nie miał na to większych szans.

Upatrzyłem sobie dość niski model, który raz – że był pojemny, a dwa – ekonomicznie sprawował się w eksploatacji. Na ten widok Młody popukał się w czoło, zatrzymując się przy wypasionym SUV-ie.

Prawie dostałem zawału.

– Młody, to jest za duże i za drogie! – jęknąłem, również pukając się w czoło. – Skąd...

– Ale ma klasę! – warknął Młody, macając boczne lusterka SUV-a. – Daj spokój, tamten wygląda jak przerośnięty karton po telewizorze!

– Ale przynajmniej stać mnie na ten karton! – zdenerwowałem się. – Nie pomyślałeś o tym?!

– Przecież i tak bierzesz kredyt! – zauważył podstępnie. – O ile wyższa będzie rata?

– Trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie więcej – wtrącił niepewnie sprzedawca, kręcący się między nami. – Ale za to w komplecie...

– W komplecie dostanę nerwicę, bo nie wiadomo, czy dam radę to spłacać! – oskarżycielsko wyciągnąłem palec w stronę Młodego. – Weź pod uwagę, że rośniesz i też masz swoje potrzeby! I skąd...

– Przestanę rosnąć! – wrzasnął Młody rozpaczliwie, tuląc się do kierownicy. – Ten jest... bezpieczniejszy!

– Bo co, ma katapultę?! Jest tak wielki, że pewnie by się zmieściła! Tamten też jest bezpieczny! A ja nie lubię tak dużych samochodów! W tamtym jest dużo miejsca i dla nas, i dla Elfa, i na bagaż też!

– Nawet w takiej sytuacji nie pójdziesz na ustępstwa? – Młody spojrzał na mnie wzrokiem zranionej łani, zmieniając taktykę. – Przynajmniej może przestałbym tyle myśleć o tym, co się stało...

Aż sapnąłem ze wzburzenia.

– Młody, to cios poniżej pasa! – rzekłem oskarżycielsko. – Wiem, co się stało, ale wykorzystywać to w takiej sytuacji... Jak możesz?!

– A co się stało? – spytał niepewnie sprzedawca najwyraźniej nieco skołowany. – Coś z tą toyotą? Mamy warsztat...

– Serca mi pan nie wyklepie w żadnym warsztacie – powiedział Młody ponuro i dramatycznie. – A mój ojciec, jak pan widzi, kompletnie tego nie rozumie!

– Jeszcze raz mówię, że... – zacząłem, ale przerwało mi gniewne szczeknięcie. Rozejrzałem się ze zdumieniem. Źródło dźwięku jako pierwszy dostrzegł pracownik salonu.

– To państwa pies? – spytał z umiarkowanym zaciekawieniem. – On też już sobie coś wybrał, moim zdaniem całkiem nieźle.

Elf siedział na tylnym siedzeniu srebrnoszarego małego SUV-a i merdał ogonem, przyglądając się nam z satysfakcją. Jakimś cudem był bez kagańca, zaś przy szyi dyndała mu perfekcyjnie przegryziona smycz. Spojrzał na nas jeszcze raz, a potem ziewnął i rozłożył się wygodniej.

– Elf? – spytałem z osłupieniem, podchodząc bliżej. – Ale skąd...

Młody zajrzał ze swojej strony i zachichotał.

– Taki jak tamten, tylko mniejszy – zawyrokował z zastanowieniem, patrząc na samochód. – Nie jest zły!

– Hmm – rzekłem, z powątpiewaniem, szukając wzrokiem ceny. – No nie wiem...

– Akurat ten egzemplarz jest z rabatem! – wtrącił pospiesznie sprzedawca, widząc szansę pozbycia się dwóch obłąkańców i zwierza. Oraz samochodu. – To był egzemplarz do jazd próbnych, troszkę przekroczyliśmy limit kilometrów tych jazd...

– Ale że co? – spytał Młody nieufnie. – Rozlatuje się, czy jak?

– Ależ skąd! – pracownik wytrzeszczył oczy. – Tylko zgodnie z polityką salonu musimy obniżyć cenę, właśnie przez te kilometry. Dziś go tu wstawiliśmy, godzinę temu. Akurat miałem wieszać kartkę z ceną...

– A jaka będzie ta cena? – spytałem podejrzliwie.

Sprzedawca popędził do swojego stanowiska i po chwili wrócił z kartonikiem, który włożył za wycieraczkę.

– Co pan o tym myśli? – spytał z nadzieją.

Cena mnie mocno zaskoczyła, i to pozytywnie. Byłem wręcz w lekkim szoku, bo straciłem głos.


Facet chyba mylnie odebrał moje milczenie.

– Możemy dorzucić jeszcze zestaw audio z nawigacją, pilotem i sześcioma głośnikami – dodał z lekkim wahaniem. – Ale więcej się nie da...

Młody wydał z siebie dziwny odgłos. Coś pośredniego pomiędzy radosnym gruchaniem a gwałtownym kaszlem.

– Robię to tylko i wyłącznie z powodu złamanego serca mojego syna – wydusiłem z siebie, starając się zachować resztki pozorów, bo serce faktycznie aż rwało mi się do tego auta. – Niech pan zdejmie tę cenę i napisze „sprzedane”, dobrze? Jutro wrócimy dopełnić wszystkich formalności. Zaliczkę wpłacę od ręki...

Fatalna pomyłka i co z tego wynikło

Gdy byłem na zakupach, przypomniałem sobie, że z powodu wyższej ceny auta potrzebna będzie nowa wersja zaświadczenia od mojej księgowej. Papierek był ważny, gdyż na razie nie było mnie stać, by kupić to auto za gotówkę, raty były jedyną opcją... Zerknąłem na zegarek, po czym chwyciłem za telefon.

– Pani Karolino? – rzuciłem do księgowej, po czym wyłuszczyłem jej sprawę. Przesympatyczna, cudowna, wyrozumiała kobieta obiecała, że za pół godziny nowe zaświadczenie będzie gotowe.

– Jeśli nie ja do pani podejdę, to zrobi to mój syn, dobrze? – zapytałem na koniec, gdyż faktycznie nie byłem pewien, czy aby na pewno zdążę, przed zamknięciem jej biura. – Wszystko mu wytłumaczę, na pewno panią znajdzie...

 

Potem zadzwoniłem do Młodego.

– Bez żadnych „ale”, okej? – poprosiłem go. – Idź tam i weź ten papierek, to jutro z samego rana pojedziemy odebrać auto. Pani nazywa się Karolina Cy...

– Nie mam nic do pisania, jesteśmy na spacerze! – przerwał mi, lekko dysząc. – Ja gonię Elfa, a potem on goni mnie. A potem gonimy się wokół drzewa. Napisz mi to w wiadomości, dobra? Pójdę od razu po to coś. Kup mi tylko ze dwa banany. I kiwi. I bitą śmietanę.

Napisałem mu adres i nazwisko księgowej i wysłałem wiadomość. A bananów i kiwi kupiłem podwójną ilość, bo też uwielbiałem ten deser.

Trzy kwadranse później, gdy już zbliżałem się do domu, zadzwonił telefon.

– No co jest? – spytałem Młodego. – Załatwiłeś wszystko?

– Chyba nawet więcej niż powinienem – odparł dziwnym głosem. W dodatku wydawało mi się, że w tle słyszę jakieś niepokojące odgłosy. Czyżby tam ktoś szlochał...?! – Przyjeżdżaj tu prędko, bo narobiłeś zamieszania!

– Co takiego? – zdumiałem się, odruchowo zwalniając. – Gdzie jesteś?

– W tym biurze całym! – sapnął. – Po zaświadczenie przyszedłem i się porobiło. I Elf wyje na zewnątrz. Pospiesz się!!!

Pięć minut zajęło mi dotarcie pod blok, w którym mieściło się biuro zaprzyjaźnionej księgowej. Pod bramą faktycznie widać było Elfa, który już nie wył, tylko akurat kończył przegryzać kolejną smycz. Dopadłem go, zanim zdążył zrobić to definitywnie, i w jednej chwili zawiązałem na smyczy solidny supeł, co nie było łatwe, bo jednocześnie byłem witany, obskakiwany, oblizywany i podgryzany. Potem chwyciłem smycz krótko i pospiesznie wszedłem do budynku.

Za jednym z biurek siedziała zapłakana pani Karolina, której koleżanka podawała akurat parującą filiżankę z jakimś napojem. Przy innym biurku siedział obcy, najwyraźniej zakłopotany facet, zaś na krześle przed biurkiem pani Cytackiej – mój syn. Jego mina wyrażała dziwną mieszaninę uczuć: zakłopotanie, wściekłość, wstyd i chyba coś jeszcze, czego w tej chwili nie umiałem zidentyfikować.

– Dzień dobry – powiedziałem odruchowo, próbując ogarnąć sytuację. – To ja już jestem...

– I bardzo dobrze – warknął Młody, dziwnie czerwony na twarzy. – Teraz się tłumacz!

– Ale z czego? – spytałem, spłoszony. – Coś nie tak w moich dochodach, czy jak...?!

Nie wydawało mi się jednak, by opanowana na co dzień pani Karolina w ten sposób reagowała na jakikolwiek błąd w papierach.

– Pani Karolino, co się stało? – spytałem, podchodząc bliżej. Druga księgowa spojrzała na mnie z potępieniem i przeszła obok niczym chmura gradowa, fukając gniewnie, gdy mijała Młodego. Ten aż się skulił, a pani Cytacka po moim pytaniu rozszlochała się jeszcze bardziej.

– Wszystko...! – siąknęła nosem. – Wszystko zniosę, ale nie to, że ktoś się ze mnie naigrawa! A w dodatku pana syn! Och...!

– Naigrawa...? – bąknąłem z osłupieniem, a Młody westchnął i przewrócił oczami, podtykając mi pod nos swój telefon. Nie zwróciłem na to najmniejszej uwagi, bo oskarżenie o naigrawanie się z pani Karoliny, w dodatku w wykonaniu Młodego, dziwnie mi do niego nie pasowało.

– Wszedłem i spytałem o tę panią – mruknął Młody, ponownie próbując wręczyć mi swój telefon i o mało nie wybijając mi nim oka. – Tak jak napisałeś, pytałem, dokładnie tak! I co?!

– No i co? – spytałem niepewnie. – Nic nie rozumiem!

– Nazwał mnie Cycatka! – załkała pani Karolina, odruchowo ściągając mocniej poły żakietu. – Jak on mógł...!!!

Obcy facet dziwnie się zakrztusił i na moment zakrył twarz dłonią.

– Cycat... – wybełkotałem, ale nie dokończyłem. Zrobiło mi się słabo, więc usiadłem na wolnym krześle obok Młodego. Ten uniósł głowę i kamiennym wzrokiem zaczął wpatrywać się w sufit, ciągle trzymając swój telefon wyciągnięty w moją stronę. Ostrożnie wziąłem go do ręki i na ekranie ze zdumieniem przeczytałem esemesa, którego dostał ode mnie:

„Ul nowodworska obok zakładu pogrzebowego pani nazywa się Cycatka powiedz że przyszedłeś ode mnie i weź papier”.

– Jak to?! – jęknąłem żałośnie. – Przecież napisałem dobrze, głowę daję! Bez kropek i przecinków, bo pisałem jedną ręką...

– Trzeba było pisać jedną nogą! – zeźlił się Młody. – Może lepiej by ci wyszło! Teraz mnie wytłumacz!

– Ale to nie miało tak być!

– Sprawdź u siebie w „wysłanych” – podsunął z ciężkim westchnieniem. – Bo ta pani nie rozumie, że ja naprawdę nie chciałem jej obrazić ani nic takiego. Słowo daję!

– Więc czemu tak powiedziałeś? – spytała pani Karolina z wyrzutem, wycierając nos. – No?

W tym czasie zdążyłem sprawdzić jedną rzecz. I było dokładnie tak, jak podejrzewałem.

– Ten durny słownik w telefonie! – wykrzyknąłem, potrząsając swoją komórką. – Piszę pani nazwisko, a on to zmienia! Proszę popatrzeć!

Drżącymi rękami podsunąłem telefon pod nos księgowej i zademonstrowałem. Zerknęła zrazu niechętnie, a potem wytrzeszczyła oczy, zupełnie jak ja, gdy to zobaczyłem.

– To... to oburzające! – sapnęła, nieco przychylniej spoglądając na Młodego. – Producent powinien się wstydzić!

– Jutro kupię inny model – rzekłem z pokorą. – Przepraszam najmocniej, pani Karolino...

– Ja od razu pomyślałem, że to dziwne nazwisko – wymamrotał Młody pod nosem. – Ale znam jednego, który nazywa się jeszcze dziwniej i sam go w szkole bronię, gdy go przezywają!

W tej samej chwili Elf położył się na plecach tuż obok krzesła pani Karoliny i wystawił brzuch do góry, łypiąc na nią z radosnym wyczekiwaniem.

– On też panią przeprasza, widzi pani? – ucieszył się Młody. – A to jest mądry pies i na pewno nie kłamie! Wie, co myślimy!

– Mój kochany – rozczuliła się księgowa, schylając się i miziając Elfa po brzuchu. – No dobrze. Panie Marcinie, tu ma pan wszystko, co będzie panu potrzebne w salonie sprzedaży... Wybrał pan już model?

– I to jaki! – wykrzyknął Młody z satysfakcją. – Ha!

– Teraz tylko jeszcze musimy sprzedać naszą toyotę – dorzuciłem z westchnieniem. – Świetnie utrzymana, od pierwszego właściciela. Gdyby pani kogoś znała, pani Karolino...

– Kupuje pan nowe auto? – spytał nieoczekiwanie ów obcy facet, siedzący przy sąsiednim biurku. – Bo ja akurat też biorę papiery, chcę kupić używane. Jaka to toyota?

– A, stoi przed blokiem! – zdziwiłem się. – Chce pan obejrzeć?

– Jasne! – poderwał się facet. – Kupić od kogoś pewnego to zawsze lepiej niż na giełdzie... Pani Karolino, pani poświadcza, że ten pan jest uczciwy?

Księgowa tylko na mnie spojrzała i uśmiechnęła się błogo, nie przestając miziać Elfa.

Najwyraźniej to facetowi wystarczyło...


Walka o przeżycie i kolejne zmartwienie

– No i widzisz, na coś się przydało to całe zamieszanie – rzekłem następnego dnia około południa. – Pan Wesołowski pewnie kupi nasze stare auto! Dziś ma dzwonić. A ty po południu pięknie je wysprzątasz, pamiętasz o tym?

– Lepiej mi powiedz, gdzie się podziewają moje skarpetki – mruknął Młody, zdejmując pranie z suszarki. – Znowu brakuje jednej do pary. Nie, dwóch...!

Odruchowo obaj spojrzeliśmy na Elfa, leżącego wyjątkowo spokojnie na swoim posłaniu. Jego spokój wydał mi się dziwnie podejrzany, więc podszedłem bliżej i schyliłem się, po czym odebrałem psu lekko przeżutą i nadgryzioną podstawkę pod doniczkę.

– Ja nie wiem, skąd on bierze te rzeczy – westchnąłem. – Ale twoich skarpetek nie ma. Moich zresztą też – brakuje mi dwóch czy trzech. Przecież chyba nie zjada ich w całości?

– Znam już tego psa, więc za nic nie ręczę – głos Młodego dobiegł z łazienki, gdzie kończył ładować do pralki kolejną porcją prania. – Masz coś jeszcze?

– Nie mam. Wyjdź wreszcie z tej łazienki, idziemy! Gdy będziemy wracać, kupimy trochę nowych skarpetek. I nowego mopa, ten stary wygląda już jakoś dziwnie...

Młody wyskoczył z łazienki niczym wystrzelony z procy. Mieliśmy bowiem jechać do salonu odebrać wytęsknione nowe auto!

Rzuciłem Elfowi suszone wieprzowe ucho, podczas gdy mój syn odwrócił wzrok, robiąc zniesmaczoną minę. To był jednak jedyny sposób, znaleziony metodą prób i błędów, by pies nie zaczął żałośnie skowyczeć po naszym wyjściu. Zajął się zaciekłym gryzieniem nieszczęsnego ucha, a my w tym czasie cichutko wyszliśmy z domu...


Pralka była jednym z moich większych zmartwień. Stała sobie w łazience tuż obok deski klozetowej, która – swoją drogą – też nie wzbudzała mojego zaufania. Ciągle miałem obawy, że kiedyś wciągnie któregoś z nas i pożre w całości! Paszczę miała wielką i kto wie, co jej chodziło po głowie...

Pralka była jeszcze gorsza. Młody i Duży co jakiś czas musieli ją karmić swoimi ciuchami, które bardzo fajnie pachniały! A ta pralka, z rykiem i łomotem, przerabiała je tak, że potem śmierdziały jakoś dziwnie. Prawie jak dezodorant albo mydło. Fuj! Następnie Duży i Młody znowu musieli pracować, żeby ich rzeczy pachniały dobrze, nosili je na sobie i tak dalej, a wtedy pralka ponownie domagała się, żeby je do niej włożyć. W sumie to nie wiem, po co trzymają ją w domu. Ale może faktycznie jest groźna i gdyby nie to karmienie, to zrobiłaby nam wszystkim coś złego?!

Tym bardziej musiałem więc na nią uważać.

Tak jak teraz: oni sobie poszli i zostawili mnie zupełnie samego na straży całego mieszkania! Dobrze, że chociaż dali mi to takie coś do gryzienia. Całkiem smaczne nawet! Gdy jednak nie było już czego gryźć, z niepokojem usłyszałem, że w łazience pralka znowu usiłuje pożreć ich ubrania. Pewnie usłyszała, że Duży i Młody sobie poszli, i zaczęła swoje harce, korzystając z ich nieobecności! A to bestia! Wydaje jej się, że ze mną poradzi sobie łatwiej?! No to jeszcze zobaczymy!

Od jakiegoś czasu umiałem otwierać drzwi. Wystarczyło podskoczyć, oprzeć się łapami na takim wystającym kawałku, na który ludzie mówią „klamka”, a po kilku próbach drzwi się otwierały! Nauczyła mnie tego Erka, kiedy jeździliśmy ją odwiedzić u Ewy. Ewa to taki człowiek, którego oswaja i wychowuje moja siostra. Jest dobra i też podobno szybko się uczy, zupełnie jak mój Duży! U Ewy są również inne psy, między innymi Malina, i to właśnie ona nauczyła Erkę otwierania drzwi. Ale mądra ta Malina, co nie? A Erka też, skoro nauczyła się tak szybko! No, ale w końcu to moja siostra, więc musi być mądra.

Teraz więc szybko otworzyłem drzwi od łazienki. Od razu zrobiło się tam jaśniej, kiedy wszedłem. Nie wiem jak to się dzieje, ale w kuchni i w łazience robi się jasno, gdy ktoś wchodzi. To na pewno jakaś sztuczka Dużego!

Pralka dygotała w swoim kącie, warcząc i w ogóle okropnie hałasując. Kręciła tymi biednymi rzeczami, starając się pewnie je przeżuć i pogryźć, ale wiedziałem, że pomimo licznych prób jakoś do tej pory się jej to nie udawało. Może i tym razem nie skończy się to niczym złym?

Siedziałem długo, czuwając przy tej wstrętnej pralce i licząc na to, że Duży i Młody szybko wrócą do domu. I tylko raz poszedłem do kuchni, by napić się z mojej miski! Akurat gdy wracałem, chyba coś się pralce stało, bo nagle umilkła i się uspokoiła. Miałem już nadzieję, że może rozbolał ją brzuch albo zęby i przestanie tym wszystkim tak okropnie kręcić w paszczy, ale – jak się szybko okazało – były to płonne nadzieje...

Aż podskoczyłem, gdy znienacka zaczęło jej okropnie bulgotać w brzuchu! Potem podskoczyła, a rzeczy w środku zaczęły się kręcić tak szybko, że nie mogłem za nimi nadążyć wzrokiem! Odsunąłem się nerwowo, i dobrze zrobiłem, bo z pralki dobiegł głośny łomot, coś huknęło, a potem... potem to dopiero się zaczęło!

Szczeknąłem raz, jeżąc sierść na grzbiecie. Potem jeszcze kilka razy, ale w odpowiedzi ta złośliwa pralka zaczęła się przesuwać w moją stronę w drobnych podskokach. O psia matko, co tu się dzieje?! Jeszcze nigdy nie zachowywała się tak dziwnie!

Pralka wyszła już prawie na środek łazienki, ja zaś szalałem wokół niej, ujadając ostrzegawczo. Nic to nie dawało – ta bandytka skakała tu i tam, okropnie dudniąc i łomocząc! A potem przyparła mnie znienacka do ściany – no mówię wam, ledwo udało mi się odskoczyć!


I wtedy zobaczyłem, że pralka ma dwa ogony! Jeden dość gruby, a drugi całkiem cieniutki. Zresztą być może jeden z nich był smyczą, a w ogóle to oba były przypięte do ściany. Do tej pory nigdy nie było ich widać.

 

Wcześniej już kilka razy próbowałem ją ugryźć, ale miała tak gładką i twardą skórę, że nawet moje zęby nie dały jej rady! Teraz jednak sytuacja się zmieniła, no bo skoro wyszło na jaw, że bestia ma ogon?! A nawet dwa?!

Z głuchym warkotem zatopiłem zęby w tym grubszym ogonie. Szarpnąłem raz, potem drugi, a wtedy stało się coś strasznego! Pralka zaczęła tym ogonem sikać prosto w moje oko! Szczeknąłem krótko i gniewnie, ale w sumie się ucieszyłem, bo istniała nadzieja, że posikała się ze strachu! Mimo tego skakać nie przestała, obijając się teraz o jedną ze ścian. Chyba nie widziała zbyt dobrze, a zresztą być może była już stara i całkowicie niewidoma? Tak czy inaczej, dobrze się trzymała, bestia jedna!

Grubszy ogon w dalszym ciągu sikał, więc chwyciłem w zęby krótszy. Szarpnąłem z całych sił i znienacka ogon odpadł od ściany! Aż usiadłem z wrażenia, przyglądając się temu ze zdumieniem. Poszło mi dziwnie łatwo, a pralka dygotała coraz wolniej, terkotała coraz ciszej, aż w końcu zamarła, pokonana. Co dziwne, w dalszym ciągu sikała drugim ogonem. Teraz, gdy odrobinę ochłonąłem, zaczęło mnie to trochę dziwić. Kto to widział, żeby sikać ogonem...?

No cóż, może to taki gatunek. Albo w ten sposób siusia się na starość?

Myślałem, że teraz wreszcie odetchnę, ale nie było mi dane. Z przedpokoju dobiegło mnie nienawistne, wstrętne bzyczenie...

MUCHA...!!!

Mucha była moim kolejnym utrapieniem. Zresztą, nie tylko moim. Była nieznośna, bzyczała, siadała, gdzie popadnie, a najgorsze było to, że nie dawało się jej dopaść! Na przykład dziś rano mój Duży spokojnie sobie spał, a ta mucha ciągle siadała mu na czole lub na nosie. Duży przez sen machał ręką, ale ona odlatywała tylko na chwilę po to, by zaraz wrócić i znowu na nim usiąść. Pacnąłem muchę łapą, a wtedy Duży się obudził. No tak, gdy pacnąłem, to mucha siedziała akurat na jego nosie. Ale nie musiał od razu być na mnie taki zły, no nie? Chciałem dobrze!

Teraz mogłem ją wreszcie złapać, nie drażniąc ludzi!

Gniewnie mrucząc, popędziłem do pokoju.


– Jaki ładny! – co chwila powtarzał Młody z dziwnie dziecięcym zachwytem, głaszcząc a to deskę rozdzielczą, a to schowek na różności, a to wyświetlacz LCD. Gdy zaczął głaskać kierownicę, zaprotestowałem.

– No śliczny, kurde! – fuknąłem. – Możesz w nim spać, jeśli chcesz, ale na miłość boską, daj mi spokojnie prowadzić, odczep się od tej kierownicy!

– Ale ona też jest ładna – wymamrotał Młody. – Myślisz, że Elf polubi nowe auto?

– Postaramy się, żeby polubił.


– Pewnie będzie tęsknił za starym...

Nawet nie wiedział, a tym bardziej ja, że te słowa padły w złą godzinę. Okazało się to dopiero później i to w wyjątkowo dramatycznych okolicznościach.

– Dobrze, że nie mamy pawiana – dodał, co spowodowało, że nieomal wjechałem na sąsiedni pas bez kierunkowskazu. – Bardzo dobrze.

– Skąd ci przyszedł do głowy pawian?!

– Nie czytałeś wczoraj w gazecie? – zdziwił się. – Gdzieś u nas, to znaczy na naszym osiedlu, ktoś miał pawiana. I albo od upału, albo od czegoś innego ten pawian się zdenerwował i zrobił im jatkę w domu. To znaczy, nie zagryzł nikogo ani nic w tym stylu, ale zdemolował kompletnie całe mieszkanie.

– Kto normalny trzyma w domu pawiana? – rzuciłem z niesmakiem. – I co dalej?

Nie zdążył odpowiedzieć, bo akurat zadzwonił jego telefon. Młody przez chwilę patrzył na wyświetlacz, a jego entuzjazm i radość nagle jakby wyparowały.

Nie spytałem, kto dzwoni – nie musiałem. W milczeniu dojechaliśmy pod dom, znalazłem wolne miejsce na parkingu, po czym wysiedliśmy. Drugi raz jego telefon zadzwonił, gdy byliśmy już na dziedzińcu. Młody nawet nie wyciągnął go z kieszeni. Na półpiętrze sięgnąłem po klucze, a wtedy z góry dobiegły nas jakieś dziwne odgłosy. Brzmiało to, jakby ktoś rzucał czymś o ścianę lub podłogę, tłukły się jakieś rzeczy... Zerknąłem z niepokojem na Młodego, a ten na mnie.

Drzwi od mieszkania numer osiem uchyliły się i wyjrzała z nich głowa Pani Sąsiadki. Niemal widać było, jak jej ucho wyciąga się w stronę naszych drzwi.

– Ty, to od nas! – wrzasnął raptem Młody i chyba miał rację. – O Boże, dziki pawian...!!!

– U nas? – jęknąłem, pędząc za nim i grzebiąc w torbie w poszukiwaniu klucza. – Skąd?!

– Pewnie uciekł i wlazł przez okno, przecież one skaczą po drzewach! I balkonach...!

– Aaa, to teraz pawiana w domu trzymacie? – spytała zimno Pani Sąsiadka, zaciskając szczęki. – Nie wiem, czy spółdzielnia na to pozwala.

– Dzień dobry – warknąłem, potykając się na ostatnim stopniu. – Tak, mamy pawiana, a jutro jadę jeszcze po krokodyla. Takie hobby, rozumie pani?!

– O matko...! – wybełkotała i cofnęła się do siebie, zatrzaskując drzwi.

– Otwieraj szybciej, zanim coś zrobi Elfowi!!! – wrzasnął Młody rozpaczliwie.

W końcu zdołałem otworzyć drzwi i wpadliśmy do środka tuż po tym, jak odgłosy ucichły. Przedpokój wyglądał względnie normalnie, pomijając parę przedmiotów zrzuconych z szafki: smycz, szczotkę do psiej sierści, pojemnik na klucze... Zajrzałem do pokoju i nagle zrobiło mi się słabo.

– Jest pawian? – spytał z niepokojem Młody zza moich pleców. – Chcesz mopa? Możesz go nim walnąć, jakby co!

– Jest Elf – odparłem, łapiąc się za głowę. – To wystarczyło...

Istotnie. Pokój wyglądał jak postapokaliptyczna wizja końca świata. Potłuczone resztki wazonu, który stał na komodzie, przemieszane były z rodzinnymi fotografiami, które wcześniej stały obok niego. Stojak z kwiatami leżał teraz na środku pokoju, na dywanie uwalanym wysypaną z doniczek ziemią. Podarta firanka dyndała smętnie, uczepiona karnisza jedną lub dwiema żabkami. Mój fotel, dziwnie przekrzywiony, wepchnięty w kąt, przygniatał stojącą lampę do ściany.

A na środku dywanu grzeczniutko siedział Elf, merdając ogonem.


– O kurde! – sapnął Młody, zaglądając mi przez ramię. – To on zrobił?! Ale czemu?

Jakby w odpowiedzi, pies otworzył na moment paszczę, wypuszczając z niej na dywan coś malutkiego i czarnego. Schyliłem się i rozpoznałem przeżuty muszy zewłok.

– Gonił muchę – rzekłem w osłupieniu. – Ja chyba oszaleję!

– Ale dogonił – bąknął Młody niepewnie. – To się liczy, nie? Ty, a co tutaj tak mokro?

– Gdzie mokro? – poderwałem się. – Przecież on już nie sika w domu!

Rzeczywiście, przy drzwiach od łazienki zebrała się spora kałuża wody. Pospiesznie otworzyłem drzwi, w łazience zapaliło się światło i to, co ujrzeliśmy, sprawiło, że tym razem obaj straciliśmy głos.

– Dawaj tego mopa! – warknąłem chwilę później, usiłując zakręcić kurek w zaworze doprowadzającym wodę do pralki. – Szybko!

– Którego? Nowego czy starego?

– Oba!!!

Młody potknął się, poślizgnął na mokrej podłodze, po czym popędził do przedpokoju.

– Ty, to jest przegryzione! – zdziwił się chwilę później, schylając się nad wężem od pralki, z którego przestała już sikać woda.

– No więc właśnie – westchnąłem, wyżymając ścierkę. – Co tu się stało?! Nikt mi nie wmówi, że pies, choćby nawet Elf, jest w stanie wyciągnąć pralkę z wnęki na środek łazienki!

– Dziwne – zgodził się Młody bez oporów, przysiadając na wannie. – I wtyczka wyjęta z kontaktu, widzisz?

Na kablu również były ślady zębów. I wtedy coś mnie tknęło.

– Ty chyba nie włączyłeś tej pralki przed wyjściem z domu, co? – spytałem, patrząc na Młodego podejrzliwie.

Zawahał się i rozwichrzył sobie włosy, które momentalnie opadły mu na oczy tak, że prawie nie widziałem jego twarzy.

– Mów mi tu zaraz! – zażądałem. – I przestań wyglądać jak Kuzyn Coś z Rodziny Addamsów!

– Może i włączyłem? – bąknął niepewnie, robiąc w grzywce dziurę, przez którą łypnął na mnie okiem. – Jechaliśmy po auto, więc byłem trochę roztargniony, wiesz...

– Ja naprawdę oszaleję! – na moment ukryłem twarz w dłoniach. – Tysiąc razy powtarzałem, że pralka ostatnio działa jakoś dziwnie i trzeba być w domu, gdy ona pierze!

– Daj spokój! – oburzył się. – Nawet jeśli ją włączyłem, to co? Sama wyszła na środek?!

– A żebyś wiedział! Może bęben się zepsuł lub obluzował i przy wirowaniu zaczęła skakać!

– Aaach! – westchnął Młody, a w oku mu błysnęło. – Pewnie dlatego wkurzyła Elfa i zaczął ją gryźć!

– Cud, że nie poraził go prąd, gdy gryzł kabel! Zdajesz sobie z tego sprawę?!

– A ja od razu mówiłem, żebyś kupił nową, gdy się przeprowadzaliśmy!

– ZA CO?!!

– No dobra, przestań krzyczeć! – zdenerwował się. – Stało się coś komuś?! Nie stało! Trochę wody na podłodze, wielkie mi coś! A ty od razu, jak zwykle, masz czarne wizje! I się czepiasz! Jakby jeszcze mi było mało tego wszystkiego...!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?