Elf wszechmogącyTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Marcin Pałasz
Elf wszechmogący

Ilustracje: Kasia Kołodziej


Strona redakcyjna

Marcin Pałasz

Elf wszechmogący

© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Katarzyna Kołodziej

Korekta: Lidia Kowalczyk, Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie II w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-487-4

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Odrobinę nietypowa kradzież

– Daleko jeszcze? – spytał Młody trochę bezsensownie, bo przecież równie dobrze jak ja wiedział, gdzie znajduje się nasz ulubiony nadmorski pensjonat. Poza tym Dziwnówek to miejscowość malutka i przez to bardzo łatwo zapamiętać, co gdzie się tam znajduje.

– Za rogiem – odparłem mimo to, odruchowo zerkając w lusterko wsteczne. Roześmiany psi pysk tkwił na swoim miejscu, czyli pomiędzy oparciami przednich siedzeń, z zaciekawieniem obserwując drogę przed nami.

Dość długo trwało, nim Elf [1] zrozumiał, że w samochodzie jego miejsce nie jest z przodu, u stóp ukochanego pana. W końcu jednak pojął chyba, że podczas podróży kierowcy przydaje się czasem dostęp do pedałów gazu, hamulca i sprzęgła. Od tej pory posłusznie podróżował na tylnym siedzeniu, bezpiecznie zapięty w specjalne, samochodowe szelki dla psów. Na to nalegałem, bowiem – odpukać – w razie czego nie zniósłbym, gdyby coś mu się stało przez moje zaniedbanie...

Na szczęście pogoda dopisała, zgodnie z moimi oczekiwaniami. Już trzeci raz wybraliśmy się nad morze, pomimo fatalnej prognozy dla Pomorza Zachodniego, i trafiliśmy na aurę całkowicie odmienną od zapowiadanej. Pan Wiesio, właściciel zaprzyjaźnionego pensjonatu, bardzo się ucieszył z mojego telefonu, wyznał bowiem, że przez tę pogodę ma tylko jednego gościa, który w dodatku wyjeżdża następnego dnia. Mieliśmy więc perspektywę wyboru pokoju, który najbardziej się nam spodoba.

Minąłem atrapę latarni morskiej, skręciłem w znajomą uliczkę i z westchnieniem ulgi zaparkowałem przy wysokim żywopłocie. Trochę zaniepokoił mnie widok policyjnego radiowozu przed bramą wjazdową na posesję. Obok radiowozu i dwóch policjantów stał pan Wiesio. Wyglądał jakoś dziwnie.


– Co tu się stało? – zaniepokoił się Młody, ale w jego głosie dało się słyszeć również nutkę radości. – Chyba nie zamordował tego ostatniego gościa, bo nie chciał się wyprowadzić...?

– Raczej zamordował go za to, że chciał się wyprowadzić – mruknąłem zgryźliwie. – Puknij się w głowę! Mało to ostatnio mieliśmy przygód?!

Istotnie, ledwie parę dni temu ratowaliśmy Elfa z opresji w asyście brygady antyterrorystycznej i miałem szczerą nadzieję, że wypoczynek nad morzem pozwoli nam trochę odetchnąć po tych dramatycznych wydarzeniach.

– Może ktoś coś ukradł – rzekłem z nadzieją. – Najlepiej jakiś drobiazg, i oni zaraz sobie pojadą...

Okazało się, że istotnie – w nocy ktoś coś ukradł.

– Dzień dobry, panie Marcinie! – wykrzyknął pan Wiesio, targając się za resztki włosów na głowie. Pomyślałem, że rok temu miał ich chyba znacznie więcej, i przeraziłem się, że za chwilę wyrwie sobie i te resztki. – Nie ma! Ukradli...!

– Ale co ukradli? – spytałem niepewnie, przytrzymując Elfa, podczas gdy Młody podszedł do ogrodzenia, zajrzał do środka i nagle jakby go wbiło w ziemię.

– O kurde! – wykrztusił i spojrzał na mnie wytrzeszczonymi oczami. – A niech mnie...!

– Pensjonat – rzekł ze smutkiem pan Wiesio. – Ukradli. Nie ma.

– Co takiego?! – zrobiłem dwa kroki, również chcąc zajrzeć przez płot.

– A pan jest...? – spytał niepewnie jeden z policjantów.

– Tak, jestem – odparłem nieprzytomnie, patrząc na betonowy fundament i resztki stalowych prętów, które chyba przytrzymywały wcześniej drewnianą konstrukcję domu. – To znaczy przyjechałem. Przed chwilą.

– Widzieliśmy – rzekł drugi policjant wyrozumiale. – I chciał pan tu spędzić urlop, tak?

– Chciałem – odrobinę poluzowałem Elfowi smycz, bowiem najwyraźniej koniecznie chciał podejść do żywopłotu. – Naprawdę ukradli?!

– Trzeba będzie tu chyba namiot rozstawić – rzekł Młody ze smutkiem, dochodząc do siebie. – Ale jaja! Olek nie uwierzy, jak mu o tym napiszę. Jak oni to zrobili? I kiedy?

– W nocy – odparł pan Wiesio smutnym głosem. – Wieczorem miałem telefon. Zadzwonił ktoś do mnie, przedstawił się, że z policji pod Zieloną Górą jest. I powiedział, że żona miała wypadek samochodowy, trzeba przyjechać jak najszybciej. W pierwszej chwili pomyślałem: Co ona u licha robi pod Zieloną Górą?! Ale wie pan, w takich chwilach nie ma czasu na zastanowienie, zresztą mamy w Zielonej Górze znajomych i przyszło mi do głowy, że może wyskoczyła do nich na dzień lub dwa... Ja tutaj już od czerwca siedzę, ona domem się zajmuje, ech... Ostatni gość wyjechał godzinę wcześniej, wsiadłem do samochodu i popędziłem do tej nieszczęsnej Zielonej Góry...

Panu Wiesiowi chyba zabrakło oddechu, bo mówił prawie bez żadnych przerw. Czerwony na twarzy, zaczerpnął powietrza i pokręcił głową.


– No i...? – spytał zachłannie Młody, najwyraźniej nie mogąc doczekać się dalszego ciągu. Obok niego, na chodniku, siedział Elf i słuchał równie uważnie, kręcąc głową i nadstawiając swoich wielkich uszu. Sprawiał wrażenie, jakby był zainteresowany tematem co najmniej tak samo jak my!

– No i co? – rzekł smętnie pan Wiesio, drżącymi palcami gniotąc papierosa. – Naszukałem się w tej Zielonej Górze tego Jaworskiego, znaczy się policjanta, bo tak mi się przedstawił. Jego komórka w ogóle nie odpowiadała, kompletnie wyłączona była...

– Prawdopodobnie to numer prepaid, kupiony tylko po to, by do pana zadzwonić i wywabić pana z domu – wtrącił jeden z policjantów. – Oczywiście nie znalazł pan tam żadnego Jaworskiego?

– Znalazłem nawet jednego! – ożywił się pan Wiesio. – Jest archiwistą w komendzie wojewódzkiej. I nic nie wiedział o żadnym wypadku. Na wszelki wypadek obdzwoniłem szpitale, pół nocy mi to zajęło. I też nic. Potem byłem już tak zmachany...

– I nie zadzwonił pan do żony? – nagle przyszło mi do głowy pytanie, które powinienem był zadać na samym początku. – Bo...

– Potem zadzwoniłem – przerwał mi złym głosem. – Dopiero potem! W środku nocy. Bardzo się zdziwiła, że jestem w Zielonej Górze. I była wściekła, że ją budzę. Uznałem, że to wszystko jakaś pomyłka, więc wynająłem pokój w motelu, bo w takim stanie nie mogłem bezpiecznie prowadzić, w dodatku w nocy...

– Bardzo rozsądnie – pochwalił go drugi policjant. – Życie ważniejsze, a przynajmniej zdrowie.

– I co mi z tego przyszło? – jęknął smutno pan Wiesio, znowu chwytając się za resztki włosów.

Elf pisnął żałośnie, przyglądając mu się uważnie. Kręcił się niespokojnie w miejscu, zrobił dwa kroki w jego stronę, zerknął na mnie i cofnął się z powrotem. Pisnął znowu i usiadł.

– A on co? – spytał policjant z zaciekawieniem.

– Współczuje – rzekł krótko Młody, kucając i obejmując Elfa za szyję. – Taki egzemplarz, bezbłędnie wyczuwa ludzkie emocje.

– Piękny! – zachwycił się mundurowy, przyglądając się psiakowi z sympatią, przez co momentalnie wyczułem w nim bratnią duszę. Elf zamerdał uprzejmie, a potem zainteresował się czymś leżącym na trawniku pod płotem, obwąchując to i rozgrzebując łapą. Odruchowo podszedłem dwa kroki i zerknąłem, bo – niestety – nasze kochane psisko miało skłonność do pożerania rozmaitych rzeczy leżących na trawnikach i choćby względnie nadających się do zjedzenia. Tym razem jednak było to kilkanaście niedopałków.

Policjant też podszedł.

– Co tam znalazł? – spytał z zaciekawieniem. – Ach, kiepy!

– Dzięki Bogu – odetchnąłem, kątem oka widząc pracownika miejskich służb porządkowych, zbliżającego się chodnikiem z workiem, zmiotką i innymi akcesoriami. – Co innego mógłby zeżreć. A tak, zaraz będzie sprzątnięte...

Mundurowy chwilę przyglądał się niedopałkom i w zamyśleniu tarł dłonią podbródek, na którym już zaczynał się pojawiać ślad zarostu. Przez sekundę mu zazdrościłem – mimo wieku, broda ani wąsy jakoś nie bardzo chcą mi rosnąć. A takiemu wyrastają przez dwa dni, ot, szczęście...!

– Chwileczkę – policjant powstrzymał sprzątającego. – Niech pan tego nie rusza.

Po czym ruszył w stronę radiowozu, a gdy wrócił, starannie zebrał niedopałki dłonią w rękawiczce i umieścił je w specjalnym woreczku.

– Tak mnie zastanawia, skąd ich tu tyle – wyjaśnił w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie. – Pewnie nic z tego nie będzie, ale...

 

Elf natomiast potraktował to jako zabawę. Uznał chyba, że ten zapach interesuje jego nowego wielbiciela i węsząc przy ziemi, podreptał do stojącego obok kosza na śmieci. Wspiął się na niego łapami i na moment wsunął nos do środka. Po czym obejrzał się i znowu zamerdał.

– A niech mnie! – rzekł policjant z szacunkiem. – Tam też coś jest!

Po czym zabrał się za otwieranie kosza i grzebanie w jego zawartości. Jego starszy kolega przyglądał mu się z rozbawieniem.

– Pracujesz na awans? – zachichotał, po czym spoważniał. – Przepraszam, tu nie ma nic do śmiechu, sam pan widzi, że się staramy.

– Myśli pan, że coś to da? – markotnie spytał pan Wiesio, patrząc przez płot na betonowy fundament. – Swoją drogą, genialnie to wymyślili... Musieli wiedzieć, że cały domek zrobiony jest z tych drewnianych modułów. Efektowny, trochę kosztował, ale stawia się go dosłownie w trzy dni!

– A rozbiera w ciągu jednej nocy – pokręcił głową pierwszy gliniarz. – Przyznam, że jestem w szoku. Obrabować pensjonat – to jeszcze rozumiem. Wynieść telewizory, inne cenne rzeczy... Ale żeby ukraść DOM?!

– Ach! – zrozumiałem nagle. – To był domek z rodzaju tych gotowych? Naprawdę tak łatwo to rozmontować?

– Cztery pokoje na dole, cztery na górze plus kuchnia i łazienki – warknął pan Wiesio. – Nieduża przestrzeń. I, jak widać, demontaż faktycznie jest łatwy.

– Ale po co to komu? – nie mógł zrozumieć Młody. – Przecież... Zaraz. Ktoś to ukradł dla siebie?

– Pewnie właśnie montują domek gdzieś w Bieszczadach – mruknąłem. – Albo na Mazurach. Przecież nie sposób wytropić czegoś takiego! Samochody już łatwiej odnaleźć, znaczy się – te skradzione. Numer nadwozia, jakieś charakterystyczne wgniecenie lub coś w tym stylu... Ale dom?

– Trzy wielkie ciężarówki tu były w nocy – sapnął pan Wiesio, kręcąc głową. – Sąsiad mi rano powiedział. Widział je w nocy, jak wywoziły ostatnią partię... Ale on imprezowy jest, znaczy się – wypić lubi. I akurat był po imprezie, myślał, że ma zwidy, i się przeraził, że już z nim koniec. Postanowił rzucić picie, bo uznał, że zniknięcie domu oznacza już pewne delirium. Rano zobaczył, że domu faktycznie nie ma, i wtedy mi wszystko opowiedział, zaraz jak tylko przyjechałem...


– Myśli pan, że wytrwa w decyzji? – zaciekawił się znienacka Młody. – To znaczy, że nie będzie już pił? Bo chociaż tyle dobrego na razie z tego wynikło...

Pan Wiesio przyjrzał mu się ze zgrozą, chciał chyba coś powiedzieć, ale pospiesznie się wtrąciłem, zanim zrobił mojemu synowi coś złego:

– Namiotu rozstawiać nie będziemy – rzekłem szybko. – Panie Wiesiu, przykro mi strasznie... Niech się pan nie martwi, damy radę. Życzymy panu gorąco, żeby znalazła się zguba. To znaczy, żeby...

Zmieszałem się lekko, bo mój dobór słów był chyba mało odpowiedni, delikatnie mówiąc. Pan Wiesio patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem, jeden z policjantów zaś nie wytrzymał i zachichotał. Elf zamerdał ogonem, podniósł się i spojrzał na mnie wyczekująco.

– To my już pójdziemy – bąknąłem z zakłopotaniem. – Musimy poszukać jakiegoś wolnego pokoju...

– Spróbujcie w Costa Verde – odezwał się niespodziewanie drugi policjant. – Między nami mówiąc, właściciel zimą planuje sprzedać ten ośrodek, bo ciągle dokłada do interesu. W tym sezonie i tak małe obłożenie, więc ceny niskie, a wysoki standard.

Młody spojrzał na mnie roziskrzonym wzrokiem.

– Costa Verde! – wykrzyknął. – Przecież to ten...

– Wiem, że to ten – mruknąłem, chwyciłem go za ramię, pożegnałem się ze wszystkimi i skierowałem się do samochodu. Costa Verde to luksusowy ośrodek położony niedaleko plaży w sosnowym lesie i stanowiący od lat obiekt pożądliwych spojrzeń Młodego. Nigdy jednak nie było nas stać na pobyt w takim hotelu, a i teraz wątpiłem, czy jakakolwiek obniżka cen w czymś nam pomoże. Ale spróbować można...

W aucie mój syn spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.

– Teraz już wiesz, jak najprościej spełnić swoje marzenie. Wiesz, to, które nawet na stronie internetowej zamieściłeś. Mały domek z ogródkiem, gdzieś na uboczu... Trzeba tylko załatwić trzy ciężarówki i paru ludzi do demontażu. Co ty na to?

Jęknąłem i ruszyłem. Zapewne jęknąłbym znacznie głośniej albo nawet zawyłbym rozpaczliwie, gdybym wiedział, do czego doprowadzi niespodziewana zmiana planów.

– Swoją drogą, my to mamy szczęście – dorzucił Młody po krótkim namyśle. – No wiesz... Zrozumiałbym, gdybyśmy musieli szukać nowego miejsca, bo w tamtym pensjonacie był, nie wiem... wyciek gazu, zalanie, pożar lub coś w tym stylu. A tu co? Ukradli. Ha!

To jego „ha!” zabrzmiało tak entuzjastycznie, że mimowolnie zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno nie ma on nic wspólnego z tą absurdalną, niewiarygodną kradzieżą...

Najstraszliwszy dywan świata

Znowu gdzieś pojechaliśmy! Jak zwykle nie zwróciłem uwagi na to coś gorzkiego w porannym jedzeniu. Zaraz potem poczułem się senny i momentalnie zrozumiałem, że czeka nas podróż. Byle tylko nie skończyło się tak jak ostatnim razem... Mimowolnie otrząsnąłem się na samo wspomnienie, ale w końcu posłusznie wskoczyłem do auta. Do tego, które sam wybrałem, a moi ludzie – Duży i Młody – posłuchali mnie bez sprzeciwu! Ale ich dobrze wychowałem, no nie? Choć jestem tylko psem. A w dodatku dalej ich wychowuję, nie myślcie sobie, że to tak szybko się skończy! Już niedługo będą zupełnie dobrze wychowani. Tylko co ja wtedy będę robił...? Hmm.

A potem zasnąłem. Nie dało się inaczej, to coś gorzkiego w jedzeniu tak dziwnie na mnie działa i koniec. Następnym razem będę musiał pamiętać, żeby od razu to wypluć. W końcu chciałbym też sobie popatrzeć przez okno podczas podróży, prawda? Może moim ludziom chodzi o to, że gdy w samochodzie nie śpię, to szybko robi mi się niedobrze i czasem kończy się to sprzątaniem...? Oj, wielkie mi rzeczy. Czepiają się i tyle.

Obudziłem się przed samym końcem podróży! Gdy wysiedliśmy, momentalnie poczułem, że powietrze pachnie tu zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż u nas! Chyba to była długa podróż. Węszyłem z zainteresowaniem, podczas gdy Duży i Młody z kimś rozmawiali. Obok nich stali jeszcze dwaj tacy, którzy pachnieli dość charakterystycznie. Moi ludzie mówią na takich „policjanci” i jakoś tak jest, że obecność policjantów zwiastuje rychłe kłopoty, o czym zdążyliśmy się już przekonać. Odniosłem przy tym wrażenie, że ten, z którym rozmawiał Duży, coś zgubił. Pomyślałem, że może mógłbym pomóc. Patrzyłem prosząco, wierciłem się, aż w końcu udało mi się wzbudzić ich zainteresowanie. I chyba w dodatku byli zadowoleni. Ha!

Potem znowu gdzieś pojechaliśmy, ale nie dawali mi tego gorzkiego czegoś, więc zrozumiałem, że podróż będzie krótka. I była! Znaleźliśmy się w takim superodlotowym miejscu, dookoła było pełno drzew, ludzi niezbyt wielu... I tam, w tym pięknym lesie, stał dom! Duży, wielki dom. A w dodatku skądś z oddali dobiegł mnie nietypowy odgłos: coś szumiało, przeciągle i jednostajnie, raz mocniej, a raz słabiej. I nie przestawało ani na chwilę! Ten odgłos był dla mnie całkiem nowy i momentalnie mnie zaintrygował. Okazało się jednak, że będę musiał się tym zająć nieco później, bo Młody pociągnął mnie w stronę tego budynku. W holu aż jęknąłem z zachwytu, bo nawet tutaj rosły drzewa! Nie takie okazałe jak na zewnątrz, no i rosły w donicach, ale to na pewno były drzewa! Już podniosłem nogę przy jednym, by od razu oznaczyć swój nowy teren, gdy dopadł mnie Duży i pospiesznie odciągnął od donicy. Nic nie rozumiałem. Co to niby ma znaczyć?!


Kolejną ciekawostką był taki malutki pokoik. Ledwo się tam zmieściliśmy, ja i moi ludzie, no i ich walizki. Drzwi się zamknęły, pokoik drgnął, warknąłem ostrzegawczo i spojrzałem na Dużego, ale ten poklepał mnie uspokajająco po grzbiecie. A gdy niedługo potem drzwi się otworzyły, byliśmy zupełnie gdzie indziej!!!

Nie mam pojęcia, co tu się wyrabia, w tym dziwnym nowym domu. Ten mały pokoik był dla mnie prawdziwą zagadką. Ludzie nazywają go „windą”, ale niczego mi to nie wyjaśniło. Trzeba to potem przemyśleć... teraz bowiem nie było na to czasu, gdyż weszliśmy do innego pokoju, który na szczęście nigdzie nie odjechał. Zająłem się obwąchiwaniem wszystkich kątów, wybrałem sobie nawet łóżko – wygodne było! Spojrzałem zachęcająco na Dużego, który wyglądał niezbyt dobrze i pachniał zmęczeniem... Miałem wrażenie, że chętnie by się tu ze mną położył i zdrzemnął, ale Młody najwyraźniej miał inne plany. Po krótkiej rozmowie Duży ciężko westchnął, przebrał się w takie śmieszne, kolorowe rzeczy, Młody również, a potem poszliśmy. Bardzo się ucieszyłem, bo przypomniało mi się, że trzeba przecież sprawdzić, co tak tajemniczo szumi! Być może było to coś groźnego i trzeba będzie interweniować. Nie mogę przecież pozwolić, by coś złego stało się moim ludziom!

Nie podobało mi się to, że pomimo iż dom był w lesie, to ja szedłem na smyczy. Dobrze przynajmniej, że nie założyli mi kagańca! Tego tylko by brakowało.

Szliśmy trochę pod górkę, las się skończył, a szum był coraz głośniejszy. Dowiedziałem się, że te grzbiety z krzakami nazywają się „wydmy”. Wleźliśmy ścieżką na szczyt tej całej wydmy i nagle zobaczyłem, co tak szumi.

O PSIA MATKO...!!!

Zjeżyłem się momentalnie i zacząłem skakać, szarpać smycz i szczekać tak głośno, jak rzadko kiedy. Nie byłem pewien, czy należy atakować to okropieństwo, czy też raczej ciągnąć ludzi w drugą stronę, bo pomysł ucieczki też wydawał się sensowny. Wyglądało to jak wielki, olbrzymi, największy na świecie szaroniebieski dywan, ale, co najgorsze – ten dywan się ruszał! Pełzał, falował, coś strasznego. W dodatku zdawało mi się, że usiłuje pożreć tę wielką masę piasku, która dzieliła dywan od wydm...!


Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Duży i Młody wcale nie pachną strachem, ale radością! I to ogromną! Duży przysiadł przy mnie i zaczął mnie głaskać i coś tłumaczyć; wtedy wreszcie odrobinę się uspokoiłem, choć serce dalej waliło mi jak szalone. Na ugiętych łapach, z podkulonym ogonem i ciągle zjeżoną sierścią zszedłem za nimi za wydmy i razem poszliśmy przez piasek w stronę falującego i szumiącego dywanu. Przyszło mi raptem do głowy, że zazwyczaj podobnie szumi, gdy odkurza się dywan. A teraz wyglądało na to, że to dywan odkurza piasek. Dziwne to wszystko...

A potem okazało się, że to nie tak.

Dywan, jak wytłumaczył mi Duży, nazywa się „morze” i jest zrobiony z wody. Ta woda się rusza i chlapie, a do tego jest niesmaczna. Spróbowałem i od razu wyplułem. Fuj!

Nie rozumiałem tylko, po co komu to całe morze... aż do momentu, gdy ludzie mi pokazali, że to jedna z najfajniejszych rzeczy na świecie!

Jupiii!!! Niech żyje morze!

To tu, to tam

Nie wiem, jakim cudem udało mi się spostrzec, że ten potwór Elf z zainteresowaniem obwąchuje ozdobne drzewko w holu pensjonatu. Gdy podniósł przy nim nogę, zdążyłem w ostatniej chwili.

– Elfie – rzekłem półgłosem, skracając smycz. – Tutaj nie wolno. Rozumiesz?

Spojrzał na mnie z urazą i udał, że sprawa jego nie dotyczy. Młody chichotał przy blacie recepcji.

– Dam panom dwieście szóstkę – mówiła właśnie recepcjonistka. Wyglądała jakoś dziwnie, wokół oka miała nietypowe czerwone smugi, a na wargach coś czarnego. Przyjrzałem się jej z zainteresowaniem. – A nie, dwieście szóstka ma łoże małżeńskie... Chyba że odpowiada panom łoże małżeńskie?

– Pod warunkiem, że jest drugie, normalne – odparłem przytomnie, gdyż Młodego chyba zatkało. – Jest?

– Nie ma – mruknęła dziewczyna i ciężko westchnęła. – Boże, co się dziś ze mną dzieje...?! Przed chwilą wydawało mi się, że jeden pan już wchodził do siebie, a okazało się, że nie wchodził. A gotowa byłam przysiąc, że chwilę wcześniej wydałam mu kartę... A robiąc rano makijaż, prawie wsadziłam sobie szminkę do oka. Wszystko chyba przez to, że mam egzamin w sesji poprawkowej i okropnie się denerwuję, choć jeszcze trochę czasu... – wpadła w słowotok, ale przynajmniej zrozumiałe stały się czerwone smugi wokół oka.

– Szminka w oku? – zainteresował się Młody. – I chyba tusz do rzęs na ustach...

Recepcjonistka zamarła, spojrzała na niego z przerażeniem, po czym gorączkowo zaczęła szperać w torebce. Drżącymi dłońmi wyjęła z niej puderniczkę, przejrzała się w lusterku i aż się zachłysnęła.

 

– Wyglądam jak Joker! – jęczała, ocierając usta chusteczką higieniczną. – Ten z Batmana...! Jeszcze tego brakowało, żeby mnie stąd wyrzucili, o matko!

– Wszystko będzie dobrze – rzekłem uspokajająco, choć miałem ochotę zachichotać. Kątem oka doskonale widziałem, że Młody ledwo się powstrzymuje, i pilnowałem się, by nie spojrzeć mu w oczy, bo wiedziałem, że wtedy na bank obaj byśmy nie wytrzymali. Kopnąłem go w kostkę.

– Tu jest karta magnetyczna do pokoju – powiedziała w końcu ponuro recepcjonistka, podając mi kartę. – Dwieście osiem, tuż obok pokoju tego pana, który wchodził podwójnie.

– Ale są dwa łóżka? – zaniepokoił się Młody, odgarniając włosy z czoła.

– Są dwa – zapewniła go dziewczyna. – I balkon. I łazienka, i aneks kuchenny. Tutaj jeszcze dam panom hasła do sieci bezprzewodowej. Śniadanie od siódmej w sali na dole...

To mi wystarczyło. Wchodziłem do Costa Verde z duszą na ramieniu, bo pomimo zapowiadanej obniżki cen bałem się, że mój budżet nie przetrzyma dwutygodniowego pobytu w ośrodku tej klasy. Tymczasem okazało się, że promocja faktycznie była gigantyczna. Za pokój z balkonem, łazienką, aneksem kuchennym...?! Żyć nie umierać! Nawet dopłata za psa w pokoju była iście symboliczna.

W windzie Elf był niespokojny, więc trzeba było mu wytłumaczyć, że nie dzieje się nic groźnego. Za to pokój okazał się rewelacyjny! Młody zajął się wyciąganiem z bagażu plażowych ciuchów, ja tymczasem nalałem Elfowi wody do miski i poszukałem wzrokiem kąta, gdzie można by ją postawić, razem z tą drugą, do jedzenia. Po czym zamarłem.

– Młody – rzekłem niespokojnie. – Czy ty spakowałeś te woreczki z karmą dla Elfa?

Pół poprzedniego wieczora spędziłem w kuchni, ważąc porcje Elfowego jedzenia i przesypując je do woreczków śniadaniowych, by mieć łatwiej podczas pobytu. Trzy porcje na dzień, na dwa tygodnie... Trochę czasu mi więc to zajęło. Tylko że teraz za nic w świecie nie umiałem ich odnaleźć w torbie z psimi akcesoriami.

– Niczego nie pakowałem – odparł, najwyraźniej wahając się pomiędzy błękitnymi a zielonymi szortami kąpielowymi. – Które wybrać?

Złapałem się za głowę i usiadłem na jednym z łóżek, tym bliżej okna. Wcześniej już ułożył się na nim Elf i teraz zamerdał radośnie.

– Ej, ja chciałem to łóżko! – zaprotestował mój syn, patrząc na mnie z pretensją.

– To trzeba było uprzedzić Elfa – rzekłem gniewnie. – On już wybrał, a wiesz, że śpi ze mną. Daj spokój, tamto drugie jest identyczne! Młody, nie zabraliśmy żarcia dla psa! A niech to...!

– Nie „nie zabraliśmy”, tylko „nie zabrałeś” – skorygował Młody z wyraźnym zadowoleniem, że tym razem to ja dałem plamę. – Psie rzeczy były na twojej głowie.

– Plus tysiąc pięćset innych – mruknąłem zgryźliwie. – Usmażyć na drogę kotlety, zatankować i sprawdzić auto, spakować ciuchy i psa...

– No i widzisz, starzejesz się! – Młody cmoknął z dezaprobatą. – Parę rzeczy, a ty już ich nie ogarniasz. Kupię ci geriavit w aptece...

Zabulgotałem gniewnie, ale wtedy Elf pociągnął mnie zębami za spodnie. I miał rację.

– Ja ci dam „starzejesz” – mruczałem, ściągając spodnie i szukając w torbie swoich szortów. – Geriavit, też wymyślił...!

– A niedługo potem balkonik, taki do chodzenia – dorzucił słodko. – Na plaży będzie z nim kłopot, bo będzie się w piasku zapadał...

Ledwo zdążył się uchylić przed zwiniętymi w kłębek skarpetkami. Ale zaraz potem dostał drugą parą.

– A widzisz? – zachichotałem. – Nie jest ze mną tak źle! Trzeba będzie pojechać do Niechorza albo do Międzyzdrojów, tam pewnie są sklepy z markowymi karmami.

– Poszukam w necie, gdy wrócimy z plaży – zaoferował się Młody lojalnie. – I możemy potem pojechać, jeszcze pierwszej nie ma...

Zamarłem.

– Jak to? – spytałem z pretensją, tęsknie patrząc na łóżko i Elfa, który zajadle wygryzał sobie coś z tylnej łapy. – Teraz, od razu chcesz iść na plażę? Myślałem, że...

Urwałem w pół słowa, ale mimo to bezbłędnie odgadł, o co mi chodziło.

– Że co? – spytał niewinnie. – Że odpoczniemy? Biorąc pod uwagę twój zaawansowany wiek...

– Dam ci w ucho – zagroziłem ponuro. – No dobra, faktycznie miałem ochotę odpocząć. Sam zobaczysz, jak to jest, gdy już zrobisz prawo jazdy. Wtedy zrozumiesz, jak czuje się człowiek po prowadzeniu auta przez kilkaset kilometrów.


Dochodząc do szczytu wydmy, za którą była plaża i szumiało morze, jeszcze raz obejrzałem się i z przyjemnością popatrzyłem na majaczący za sosnami pensjonat. Costa Verde położony był w najpiękniejszej części miasteczka! Piękniej byłoby chyba tylko wtedy, gdyby stał na wydmach i z jednej strony miał widok na las, a z drugiej – na morskie fale. Dobrze jednak wiedziałem, że nadzór budowlany z reguły nie wydaje pozwoleń na dużą zabudowę na wydmach chronionych przez prawo...

– Boże, jak tu fajnie! – wyrwało się w tej samej chwili Młodemu. Spojrzałem na niego z wdzięcznością. Ten wyjazd miał być w jakimś stopniu remedium na jego ostatnie problemy. Po tym, gdy zerwała z nim Kara – czy też on z nią zerwał, trudno wyczuć – uznałem, że przyda mu się ucieczka od naszej wrocławskiej rzeczywistości. Ucieszyły mnie więc jego słowa.

Zerknąłem na psa. Od momentu wyjścia z pensjonatu Elf szedł dziwnie czujnie, przekrzywiając łeb i nasłuchując. Co on słyszał, u licha? Może gdzieś dalej szczekał jakiś pies, niedosłyszalnie dla ludzkiego ucha...?

– Słucha fal – stwierdził Młody z przekonaniem, odpowiadając na niezadane przeze mnie pytanie. – Widzisz, jak mu chodzą te radary?

Poprawiłem na ramieniu torbę wypchaną różnymi różnościami i zatrzymałem się na szczycie, patrząc na Bałtyk. Fale łagodnie szumiały, morze nie było wzburzone, raczej dość spokojne. W sam raz na kąpiel! W dodatku pogoda – zgodnie z moimi przewidywaniami – była po prostu cudowna. Kilka niedużych chmur nie było w stanie zepsuć mi humoru, bo nawet jeśli przesłaniały sierpniowe słońce, to tylko na chwilę.

– W takim razie... – zaczął Młody, ale nie skończył.


Elf, gdy ujrzał morze, na moment zastygł, a potem zaczął szarpać się na smyczy, nieomal wyrywając ją z dłoni mojego syna. Zaniósł się przy tym takim szczekaniem, jakiego dawno nie słyszałem!

– Przestraszył się – rzekłem z troską, rzucając torbę i kucając przy nim. – Elfie, nie bój się! To jest morze! Morze jest dobre, nie trzeba się bać...

Kilka minut trwało, nim się uspokoił. Teraz tylko kręcił się nerwowo w miejscu i cichutko, gardłowo mruczał. Łagodnie głaskałem go po boku, tłumacząc, że morze to nic złego i że nie zamierza zrobić nam krzywdy.

– Nie wiem, jak ty to robisz – rzekł Młody z niechętnym podziwem. – W życiu bym go tak szybko nie uspokoił!

– W zaawansowanej starości nabywa się doświadczenia – odparłem zgryźliwie, wywołując u niego atak śmiechu. – No dobra, chodźmy. Zobaczymy, co zrobi. W razie czego wrócę z nim do pensjonatu i spróbujemy potem jeszcze raz...

Jak się okazało, nie było takiej potrzeby. Elf szedł za mną na ugiętych łapach, niemal czołgając się po piasku, ze skulonym ogonem pod brzuchem – ale jednak szedł. Zebrało mi się na śmiech, gdy dotarliśmy do pustego grajdołka wykopanego wcześniej przez kogoś: Elf momentalnie wskoczył do niego i wystawił jedynie głowę, czujnie obserwując fale i co chwila zerkając na mnie pytająco.

– No i popatrz, jaki on jest mądry! – rzekłem z dumą. – Zawodowy żołnierz! Na widok wroga od razu wskoczył do okopu.

Młody jednak nie słuchał – cisnął swoją torbę na piach obok grajdołka i popędził w stronę fal, w biegu zdejmując koszulkę i gubiąc klapki. Z wrzaskiem przebiegł kilka pierwszych metrów na płyciźnie i rzucił się szczupakiem w nadchodzącą falę.

– Chodź! – wrzasnął, wynurzając się z wody i parskając. – Tutaj jest za...

Nie dokończył, gdyż przykryła go kolejna fala.

Elf popiskiwał nerwowo, kręcąc się w miejscu i spoglądając to w stronę Młodego, to na mnie.

– No co? – spytałem łagodnie i rozejrzałem się. Obok niemal nie było ludzi, w razie czego miałem w pogotowiu foliowe woreczki na odchody, a ewentualny mandat z ciężkim sercem byłem gotów zapłacić. A niech to – będzie, co ma być!

Spuściłem psa ze smyczy, zrobiłem krok w stronę brzegu i czekałem, co się stanie. Elf pisnął jeszcze raz, najwyraźniej w rozterce, i niechętnie poczołgał się za mną. Dobrze...!

Niedługo potem zrozumiał, że to duże i szumiące nie zamierza pożreć ani mnie, ani Młodego, ani tym bardziej jego samego. Pacnął łapą w falę i szczeknął. Powąchał łapę i najwyraźniej zrozumiał, że to woda, bo w następnej fali zanurzył pysk i spróbował się napić. Parsknęliśmy jednocześnie – ja ze śmiechem, a Elf z niesmakiem. Spojrzał na mnie z wyrzutem i ze zdumieniem jednocześnie.

– Tej wody się nie pije – pouczyłem go, czochrając go za uchem, podczas gdy Młody przyglądał się nam z zainteresowaniem z wody. – W tej wodzie się bawi i pływa. Hopaj!