Elf i skarb wuja LeonaTekst

Z serii: Elfomania #6
Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Testament

Notariusz Gulczyński poważnie spojrzał po zgromadzonych w pokoju pełniącym rolę salonu. Zresztą był to salon pełną gębą, z kamiennym kominkiem, wyjściem na taras za pałacykiem, perskim dywanem na podłodze i starymi martwymi naturami na ścianach.

W roli publiczności wystąpiła Małgosia i jej mąż Seweryn, pan Krzysztof z Marcelim siedzącym u jego boku, ja z Młodym i Elfem u naszych stóp, oraz osoba, która dołączyła do nas tego dnia rano, czyli ciotka Korozja.

Ciotka Korozja oczywiście nie miała tak na imię naprawdę, ale reakcja Małgosi, która tego poranka oprowadzała nas po ogrodzie, na widok zajeżdżającej na podjazd taksówki i wysiadającej z niej małej, zasuszonej staruszki, była doprawdy zastanawiająca.

– Oż...! – po słowie „oż” najwyraźniej miało paść inne, które bibliotekarka zdławiła w zarodku. – Ciotka Korozja!

– Kto? – spytał nieufnie Młody, patrząc to na taksówkę, to na naszą gospodynię.

– Ciotka Korozja – odparła Małgosia lekko nieprzytomnie. – To znaczy, ona ma na imię Anna, ale nikt o niej tak nie mówi. Przynajmniej za jej plecami. To... to... potwór!

Przyjrzałem się staruszce uważniej i jakoś nie wydała mi się specjalnie groźna. Granatowa garsonka, starannie uczesane siwe włosy, okulary „połówki” i pantofle na płaskim obcasie... I żeby od razu „korozja”?

– Bo ona psuje każdy dobry moment – wytłumaczyła ponuro Małgosia w odpowiedzi na moje pytanie, gdy pospiesznie szliśmy w kierunku stojącej u podnóża schodów starszej pani. – Gdy tylko widzi, że ktoś jest szczęśliwy, zadowolony i w ogóle, od razu go gasi jakimś okropnym tekstem. Taka już jest. Nawet najlepszy humor od razu przy niej rdzewieje. I dlatego cała rodzina mówi o niej „ciotka Korozja”. Rozumiecie już?

– Czy to jakaś krewna Marcelego? – spytał Młody z ożywieniem. – Bo on wczoraj przy powitaniu też nie podziałał na mnie jakoś specjalnie pozytywnie, wie pani...

Małgosia prychnęła śmiechem, ja też się uśmiechnąłem, a Młody chyba trochę się zmieszał. Tylko Elf pozostał niewzruszony, idąc w stronę starszej pani jak po sznurku, z nisko pochyloną głową i sztywnym ogonem.

– Młody, uważaj na Elfa – mruknąłem ostrzegawczo.

Nasz pies i owszem, reagował tak czasem na inne psy, najczęściej obce samce, względnie na samce znane i nielubiane. Do ludzi jednakże z reguły nie nastawiał się tak źle od pierwszego wejrzenia. Obecna jego postawa świadczyła dobitnie, że nie ufa, boi się znajomości i nie wie, czy wszystko skończy się pozytywnie.

– O, do diabła – bąknął zdumiony Młody, biorąc psa za szelki. – Kim ona jest, ta ciotka? Bo my już widzimy, że Elf jej nie lubi. A ja mu ufam. To czarownica, czy jak?

– To ciotka mojego męża – wyjaśniła Małgosia półgębkiem, bo byliśmy już mniej niż dziesięć metrów od staruszki, wpatrującej się w nas kamiennym wzrokiem znad swojej olbrzymiej walizki na kółkach. – Znaczy się, siostra jego matki.

– Wszyscy tutaj są członkami rodziny twojego męża? – zdumiałem się, również półgębkiem. – Czemu...?


– No przecież mówiłam ci, że jestem jedyną żyjącą krewną wujka! – prychnęła Małgosia. – To dlatego mnie przypadł dom. A teraz zjeżdża się reszta z nadzieją, że wujek, który przecież też ich znał, coś im zapisał... Oj, chyba wredna jestem. Ale na przykład ciotkę widziałam ostatnio chyba z dziesięć lat temu na jakiejś dużej rodzinnej uroczystości. W ogóle nie mieliśmy z nią potem kontaktu, a teraz co? Jest na miejscu. Głowę daję, że wietrzy jakiś interes. Zawsze taka była, ech...

Pokiwałem głową, ceniąc szczerość mojej znajomej. Rzeczy należało nazywać po imieniu, zawsze byłem tego zdania.

Na więcej uwag nie było czasu, gdyż ciotka była już w zasięgu słuchu. Zresztą diabli wiedzieli, jaki słuch miała ta starsza pani...!

– Małgorzato! – rzuciła w naszą stronę staruszka, wskazując na swoją walizkę wielkości sporej lodówki. – To trzeba dostarczyć do domu. Chyba jasne, że nie ja wniosę to po tych upiornych schodach. I dajcie mi pokój z łóżkiem, które jest w miarę niskie. Nogi mnie bolą ostatnimi laty...

– Dzień dobry, ciociu – bąknęła Małgosia, rozpaczliwie patrząc na walizkę. – Ale ciocia wie, że wujek miał niewiele pokojów gotowych do wykorzystania? Tylko kilka z nich, na parterze, nadaje się do użytku, reszta jest zaniedbana i nieposprzątana...

Ciotka Korozja spojrzała na nią ciężkim wzrokiem.

– Jeśli w ten sposób dbasz o dom, który przypadł ci w spadku, to wcale się nie dziwię, że nie masz dzieci – rzuciła pogardliwie, odwracając się w kierunku schodów. – Nie sądzę, byś kiedyś zrozumiała, co to znaczy właściwie dbać o swoją własność i rodzinę, ale z serca ci tego życzę. No a teraz proszę zająć się moim bagażem! Aha, i niech ktoś z was zapłaci za taksówkę. To tylko sto osiemdziesiąt złotych, a ja nie mam w tej chwili głowy do szukania portfela...

Nie miałem najmniejszej szansy, by przedstawić pani Annie siebie lub Młodego, nie mówiąc już o biednym Elfie, który aż dygotał, spoglądając na ciotkę. Dzięki Bogu, mój syn trzymał go mocno, więc to ja podjąłem się zadania przetransportowania bagażu upiornej ciotki na szczyt schodów.

I właśnie teraz ta dziwna osoba siedziała w salonie na jedynym obitym skórą fotelu, wpatrując się beznamiętnym wzrokiem w mecenasa Gulczyńskiego, który powoli i dostojnie łamał lakową pieczęć na dużej, szarej kopercie. W ogóle na jego widok poczułem się jakoś lepiej: przyjechał do nas starym, ogromnym mercedesem SL z lat osiemdziesiątych, aczkolwiek doskonale utrzymanym, sam zaś prezentował typ prawnika znanego z filmów. Gęsty siwy wąs, starannie zaczesana szpakowata czupryna, świetnej jakości garnitur, błękitna koszula i nienagannie dobrany krawat... To było coś!

– Drodzy państwo – zaczął notariusz bardzo oficjalnie, spoglądając na każdą osobę po kolei. – Zebraliśmy się tu dziś, by odczytać ostatnią wolę nieodżałowanego Leona Stępnickiego, będącego ostatnim lokatorem oraz właścicielem tejże posiadłości...

– Wygląda dobrze, a gada jak filmowy adwokacina z filmu z lat siedemdziesiątych – mruknęła pod nosem ciotka Korozja, bynajmniej nie starając się ukryć dezaprobaty. – Do rzeczy, panie! Do rzeczy!

Mecenas zamarł na chwilę, wpatrując się w ciotkę i przekrzywiając lekko głowę. Niezwykle przypominał w tym momencie Elfa, który – słysząc słowo „kaczuszka” – wpatrywał się we mnie niemalże tak samo, czekając na swój ulubiony filecik.

– Szanowna pani raczy wykazać jeszcze trochę cierpliwości – rzekł notariusz pogodnie, nie zwracając najmniejszej uwagi na przytyk ciotki. – Zaraz się okaże, czy szanowna pani została uwzględniona w testamencie. Muszę nadmienić, że osobiście nie mam najmniejszego pojęcia, co znajduje się w owym aneksie. Jak państwu zapewne wiadomo, pan Leon zastrzegł, by owa druga część testamentu została odczytana dokładnie dwudziestego trzeciego sierpnia, czyli dzisiaj, o godzinie dwunastej...

– Czyli teraz! – nie wytrzymała znowu ciotka, spoglądając na stary zegar wahadłowy, stojący w rogu salonu. – Wielmożny pan zapewne ma problemy ze wzrokiem, skoro nie widzi, że południe minęło dwie minuty temu! A pan ględzi i ględzi, zamiast przejść do sedna!

Na dźwięk głosu ciotki Elf cichutko warknął, zaś mecenas Gulczyński spokojnie podsunął w górę mankiet swojej koszuli i zerknął na zegarek, już z daleka wyglądający na drogi i precyzyjny. Mimo woli i ja sprawdziłem czas na smartfonie i ledwo powstrzymałem się od śmiechu.

– Droga pani, w tej chwili mamy godzinę jedenastą pięćdziesiąt osiem – oznajmił i przysiągłbym, że w jego oczach zabłysły figlarne iskierki. – A zatem, skoro tak bardzo nalega pani na trzymanie się procedury, poczekamy jeszcze te kilkadziesiąt sekund, zanim odczytam ostatnią wolę zmarłego...

Nie byłem pewien, czy ciotka Korozja zgrzyta własnymi zębami, czy też protezą, ale zgrzyt było słychać bardzo wyraźnie. Małgosia nagle zakryła usta dłonią i zaczęła kaszleć, jej mąż zapatrzył się w sufit, choć usta podejrzanie mu drżały, pan Krzysztof też znienacka się rozkaszlał, i chyba tylko Marceli siedział z niewzruszoną miną, patrząc na ciotkę Korozję z czymś w rodzaju uznania. Od razu sobie przypomniałem, jak Małgosia mówiła, że ciotka i jej młody krewny ponoć doskonale się dogadują... Czemu mnie to nie dziwiło?

– A zatem przejdźmy do rzeczy – oświadczył w końcu pan Gulczyński, biorąc do ręki ową szarą kopertę, którą uprzednio odłożył na stół. Wyjął z niej dwukrotnie złożony arkusz papieru i starannie go rozłożył. Następnie ujął go w dłonie i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki.

– I co?! – nie wytrzymał nagle Marceli. – Kiedy zacznie pan czytać?

– Gdy założę okulary, młody człowieku – uprzejmie odparł notariusz, przy czym jego spojrzenie nagle trafiło na moje. I przysiągłbym, że mrugnął przy tym lewym okiem!

Następnie faktycznie założył okulary i zerknął na papier, starannie wygładzając jego zagięcia. Odczytał datę sporządzenia dokumentu i przeszedł do rzeczy.


– „Skoro dzieci nie posiadam żadnych – zaczął – tedy mój dom przechodzi w ręce jedynej mojej żyjącej krewnej, czyli Małgorzaty Błaszczyk. Mimo że za męża ma chłopa, który jej majątku nie pomnożył, to uczciwy z niego człowiek i nie mam powodu, by podejrzewać, że roztrwoni on ów majątek, który daruję jej w formie nieruchomości...”

– Wujek wyraził się o tobie pozytywnie, Sewerynie! – ucieszyła się znienacka Małgosia, patrząc na męża.

– Ale majątku ci nie pomnożyłem – mruknął sceptycznie pan Seweryn, patrząc w podłogę.

 

Ciotka Korozja zachichotała z zadowoleniem.

– No, niechże pan czyta dalej! – zażądała. – Bo na razie informuje nas pan o tym, co już wiemy, a czekamy na coś nowego.

Mecenas Gulczyński przyjrzał jej się zagadkowym wzrokiem, po czym powrócił do swojej kartki.

– A zatem czytam dalej, zgodnie z życzeniem wielmożnej pani... – tu odchrząknął. – „Całą resztę mojego majątku w ostatnich latach sprzedawałem sukcesywnie, wymieniając ją legalnie na oszlifowane diamenty różnej wielkości. Ile ich zgromadziłem – niechaj zostanie zagadką na razie dla was, słuchających mojej ostatniej woli. Kamienie włożyłem do drewnianej skrzyneczki, od środka zabezpieczonej przed wilgocią. Skrzynka ma rozmiary dwadzieścia na trzydzieści na dziesięć centymetrów i została ukryta na terenie posiadłości. Świadom jestem, że na odczytanie aneksu do testamentu przybędzie zarówno ta upiorna zaraza Korozja...”

Dziki chichot, jaki rozległ się znienacka w pomieszczeniu, niewątpliwie wydobył się z gardła Małgosi, która teraz kaszlem usiłowała zatuszować swój nietakt.

Notariusz urwał nagle i przyjrzał się nam z uwagą.

– Korozja? – spytał niepewnie. – Czy ktoś taki znajduje się w tym pomieszczeniu?


– Znajduje się – odparł znienacka pan Seweryn, gniewnie patrząc na panią Annę, która gwałtownie posiniała.

Pan Gulczyński spojrzał na męża gospodyni, na wciąż duszącą się ze śmiechu Małgosię, a potem na siną ciotkę Korozję.

– A zatem: „Świadom jestem, że na odczytanie aneksu do testamentu przybędzie zarówno ta upiorna zaraza Korozja, jak i Krzysztof ze swoim nieznośnym synem Marcelim. Prawdopodobnie zjawią się również osoby, których nawet nie znam. Jako człowiek uczciwy od urodzenia do tajemniczej dla mnie w chwili obecnej śmierci, oświadczam ponownie, że ów skarb, w postaci oszlifowanych przez amsterdamskich mistrzów diamentów, ukryty jest na terenie mojej posiadłości. Odnaleźć go macie szansę dwudziestego ósmego sierpnia o ósmej rano, a sądzę, że ten ponad dwumetrowy drągal Krzysztof może wam wszystkim bardzo w tym pomóc. Nie jest gatunkiem myśliciela, ale jego walory fizyczne wystarczą aż nadto...”

– Bardzo dziękuję – mruknął zgryźliwie pan Krzysztof, słysząc te słowa. – Jestem po prostu przeszczęśliwy!

– Cicho! – zganiła go ciotka Korozja. – Może teraz będzie coś interesującego...?

– Być może ostatnia część coś państwu powie – rzekł mecenas dziwnie bezradnie, z lekkim osłupieniem wpatrując się w trzymaną w dłoniach kartkę. – Muszę przyznać, że takiego testamentu jeszcze nie odczytywałem, aczkolwiek świętej pamięci pan Leon był osobą stanowczo nietuzinkową... A zatem czytam dalej: „...jego walory fizyczne wystarczą aż nadto, choć nie jestem pewien, kiedy i czy w ogóle ktoś ze zgromadzonych wpadnie na to, gdzie ukryty jest mój skarb. Jego lokalizacja opisana jest w drugim aneksie do mojego testamentu, który to aneks ma zostać odczytany pierwszego września w południe, i tylko wtedy, gdyby do tej pory diamenty nie zostały odnalezione. Nadmieniam jeszcze, że gdyby miejsce ukrycia spadku po mnie w wyznaczonym czasie – czyli do pierwszego września – odnalazła jakaś osoba postronna, czyli niespokrewniona lub niespowinowacona ze mną, to ma ona dostać trzydzieści procent wartości owego spadku. Resztę otrzymać ma wspomniana już Małgorzata Błaszczyk. Jeśli zaś kosztowności nie zostaną odnalezione, to po odczytaniu drugiego aneksu całość przejdzie na rzecz instytucji charytatywnej, wymienionej w owym aneksie. Bawcie się dobrze i nie powygryzajcie sobie oczu. Pozdrawiam serdecznie, Leon Stępnicki, będący w pełni władz umysłowych, aczkolwiek fizycznie już niedomagający”.

Zapadła cisza.

– To jakiś skandal! – syknęła wreszcie ciotka, znowu lekko siniejąc. – Ten testament na pewno da się podważyć! Głowę daję, że ten stary dureń nie miał wszystkich klepek na miejscu, skoro nawypisywał takie bzdury! Jakieś zagadki, poszukiwania, co to w ogóle ma być?!


Grozy całej sytuacji dodawała pogoda, która – jak dało się dostrzec przez okno – zmieniła się dość szybko: ciemne chmury przesłoniły niebo, w pokoju zapanował wręcz półmrok, a coraz mocniejszy deszcz bębnił o szyby i parapet.

Tym bardziej więc, jako osoba niespokrewniona, niezainteresowana spadkiem i obecna tutaj w zasadzie przypadkiem, ze sporym zaciekawieniem przypatrywałem się rozwojowi sytuacji. To było coś nowego!

Mecenas Gulczyński składał powoli dokumenty. Następnie zdjął okulary do czytania i przyjrzał się nam ponownie, unosząc pytająco brwi.

– Czy ktoś z państwa ma jakieś pytania dotyczące odczytanej właśnie ostatniej woli zmarłego? – spytał w końcu. – Jeśli tak, jestem do dyspozycji. Moje honorarium zostało opłacone przez pana Leona z góry i zapewniam, że dołożę wszelkich starań, by wszystkie postanowienia tego testamentu zostały dopełnione...

– JA mam pytanie! – zagrzmiała ciotka Korozja, unosząc z fotela swe zasuszone ciało. – Co to w ogóle ma być za testament?! Czy coś takiego jest dozwolone? Takie zagadki? To... to absurdalne!

– Ciociu, dajże spokój – próbował interweniować najwyraźniej zakłopotany pan Krzysztof. – Przecież...

– Jakie znowu przecież! – piekliła się ciotka, wymachując rękami. – Przecież! To on był niespełna rozumu!

– Droga pani – przerwał jej nagle mecenas Gulczyński, a jego spojrzenie stwardniało. – Zapewniam panią, że stan zdrowia psychicznego pana Leona był sprawdzony przed spisaniem testamentu. Dokonał tego doświadczony lekarz psychiatra, a nalegałem na to ja sam, gdyż przewidziałem, że może dojść do takiej sytuacji. Świadectwo lekarskie, opatrzone pieczątką i podpisem lekarza, jestem gotów przedstawić pani w każdej chwili.

Mój wzrok padł na Marcelego, który wstał, podszedł do ciotki i zaczął jej szeptać coś pospiesznie do ucha. Ta nagle uspokoiła się i usiadła wreszcie na swoim fotelu.

– Boże, ty to widzisz i nie grzmisz... – mruknęła Małgosia tak cicho, że chyba tylko ja to usłyszałem.

I wtedy – przysięgam! – walnął piorun. Błysnęło, a huk dobiegł nas w tym samym momencie, co oznaczało niechybnie, że błyskawica trafiła w coś naprawdę blisko domu.

– Jezusie Nazareński! – wrzasnęła ciotka, łapiąc się za szyję, podczas gdy wszyscy inni – włącznie ze mną i panem mecenasem – podskoczyli na swoich miejscach.

– Nareszcie – mruknęła Małgosia, a jej brązowe oczy błyszczały w pobladłej nagle twarzy. – Czyli jednak On też ją słyszał...

Wątpliwości i wyjaśnienia

– Młody, uspokój się – zażądałem stanowczo, aczkolwiek wyszeptałem to mojemu synowi do ucha. – Zaraz zaczniesz się ślinić!

– Bo tu ładnie pachnie – odparł błyskawicznie i musiałem przyznać, że refleks ma niezły. – Zawsze lubiłem włoską kuchnię, przecież wiesz...

– Kuchnia kuchnią, ale ty masz jakiś niewiarygodny talent do zakochiwania się w pracownicach różnych restauracji – mruknąłem, spoglądając na dziewczynę za barem. – W zeszłym roku tamta nad morzem, teraz ta...

– Ale że co?! – obruszył się demonstracyjnie, udając, że widzi szatynkę za ladą po raz pierwszy. – Że w tej...? Dopiero ją zauważyłem!

– Jasne – rzekłem zgryźliwie. – A wcześniej wpatrywałeś się w dystrybutor od piwa, oczywiście...

– Za dużo widzisz – burknął ponuro. – Znowu zaczynam się ciebie bać, wiesz?

– Wy naprawdę zachowujecie się jak w tych twoich książkach! – jęknęła Małgosia, ale nie z przerażeniem, a jakby z podziwem. – To tak się da?

– No pewnie! – odparłem niefrasobliwie, gdyż taki sposób bycia mieliśmy chyba we krwi. – A to coś dziwnego?

– Ojciec zawsze się czepia, że się co chwila zakochuję...! – wszedł mi w słowo Młody z wyrzutem. – I co? I cały czas jestem sam!

– Bo durny jesteś i tyle – oznajmiłem kategorycznie. – Masz pod nosem skarb, a ciągle szukasz czegoś nowego... Zresztą o, popatrz na nią! Ma chłopaka, widzisz? I co ty na to?

Istotnie, do baru podszedł chłopak trochę starszy od Młodego, który czule przywitał uroczą szatynkę i pocałował ją na powitanie. Mój syn nagle jakby oklapł.

– Zawsze coś, zawsze... – mamrotał pod nosem. – A niby jaki ja skarb mam pod nosem? Żadne diamenty nie zastąpią drugiej połówki!

– Jeśli myślisz, że chodziło mi o diamenty, to zdurniałeś całkowicie! – oburzyłem się, słysząc te słowa. – Skarb w sensie osoby, osiołku!

– Ale może Tomek nie chce, byśmy jego sprawy uczuciowe omawiali na forum publicznym? – zwrócił mi delikatnie uwagę Seweryn, chichocząc w kułak. – Tu jest dość ciasno, wiecie, i ludzie słuchają...

Rzeczywiście, stoliki w letnim ogródku tej niedużej uroczej pizzerii – zresztą jedynej w Krepinie – były ustawione dość gęsto. Kilka osób już przysłuchiwało się nam z nieskrywanym zainteresowaniem, zerkając to na barmankę, to na zaczerwienionego Młodego.

– Racja – zreflektowałem się. – Przepraszam cię najmocniej. W ramach rewanżu wybieraj, co chcesz. Pozwolę nawet na krewetki, tylko nie waż mi się po nich spuchnąć!

– Ma uczulenie na owoce morza? – zaniepokoiła się Małgosia, przeglądając menu. – To może być niebezpieczne!

– Nienawidzę krewetek, a tata dobrze o tym wie – mruknął Młody, patrząc na mnie z obrzydzeniem. – Ja chcę makaron aglio olio. Tylko bez suszonych pomidorów.

Wszyscy w końcu złożyliśmy zamówienie i wróciliśmy do rozmowy, którą prowadziliśmy wcześniej.

– Ale żeby aż... diamenty? – rzekła Małgosia, nerwowo owijając wokół palca kosmyk swoich ciemnych włosów. – Choć trzeba przyznać, że wujek wybrał inwestycję dobrze. Pieniądze tracą na wartości, ze złotem bywa różnie, a diamenty...


– Diamenty trzymają cenę – dorzucił Seweryn, kiwając głową. – Ale jak mamy w ogóle zabrać się do tych całych poszukiwań? Gdzie to cholerstwo może być schowane?

– Na terenie posiadłości – podsunął Młody uczynnie, podnosząc się znad Elfa, którego w międzyczasie głaskał po grzbiecie. – Tyle że... wiecie, trochę duża ta wasza posiadłość, jak tak popatrzeć.

– No więc właśnie – mruknął smutno Seweryn. – I jeszcze ten termin: dwudziesty ósmy sierpnia o godzinie ósmej rano. Skąd akurat taka konkretna data i godzina? Mówi wam to coś?

Uniosłem głowę ku niebu w geście bezradności, ale Małgosia zmarszczyła nagle brwi.

– Coś było z tym dwudziestym ósmym sierpnia, mogłabym przysiąc – bąknęła niepewnie. – Ale teraz za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć, co takiego...

– To wytęż pamięć, moja droga – poprosił Seweryn gorąco. – Bo zdajesz sobie chyba sprawę, że z moją i twoją pensją nie będzie nas stać na utrzymanie tego wielkiego domu?

– A w ogóle to po co nam on? – zmarkotniała nagle Małgosia. – Co my będziemy robić z takim wielkim domostwem? Trzeba by wyremontować i umeblować wszystkie pokoje, nie stać nas na to!

– No a o czym ja mówię? – zdziwił się jej mąż. – Przydałyby się te diamenty! Pensja bibliotekarki i pracownika fizycznego nie starczy nawet na umeblowanie parteru! A jest jeszcze piętro...

– A gdybyś znalazła te diamenty? – zaciekawiłem się, patrząc na Małgosię. – Albo w ogóle ktoś z was? To co byście wtedy zrobili z domem, gdyby była kasa na remont i w ogóle?

Bibliotekarka nagle przymknęła oczy i uśmiechnęła się tak radośnie, że aż mi się serce ścisnęło.

– Wtedy urządziłabym w domu hotel dla psów – oznajmiła. – I dla kotów, i dla innych zwierzaków w potrzebie. Wiecie, takie dobre miejsce, do którego mogłyby trafić wszystkie porzucone zwierzaki i dożyć godnie starości. I w ogóle...

Straciłem głos, Młody nagle wciągnął powietrze, Elf uniósł głowę, zaś Seweryn patrzył na żonę z ogromną miłością.

– Bo i miejsca byłoby dość, i teren dookoła wielki – mówiła dalej Małgosia, ocierając dyskretnie oczy. – Oj, miałyby tu jak w raju! Ale jakoś nie umiem znaleźć w tym testamencie żadnej logicznej wskazówki... Marne szanse. Bo co wuj w sumie nam napisał? Że najłatwiej będzie odnaleźć skarb dwudziestego ósmego sierpnia o ósmej rano. I że może w tym pomóc Krzysztof, bo jest wysoki. O co chodzi? On to gdzieś powiesił, czy jak...?

– Może trzeba przeszukać strych? – podsunął Młody niepewnie. – Dom ma taki spadzisty dach, w środku pewnie są belki stropowe, zresztą czy ja wiem... Byliście w ogóle na strychu?

 

– Raz – odparł ze skruchą Seweryn. – Oglądaliśmy dach, czy aby na pewno nie będzie przeciekał. Jeszcze tylko brakowałoby nam powodzi przy pierwszym lepszym deszczu... Ale dach okazał się w porządku, byli tam specjaliści, obejrzeli wszystko. Ale nic powieszonego nie było.

Po dłuższej dyskusji postanowiliśmy jednak, że wypadałoby obejrzeć strych nieco uważniej i pod nieco innym kątem niż szczelność dachu.

– Ale może jakoś to podsumujmy – rzekł Młody nieco bezradnie. – Najlepiej w punktach, wtedy mi się lepiej myśli... Po pierwsze: wuj Leon zostawił skarb. Po drugie, skarb jest ukryty gdzieś na terenie posiadłości. Po trzecie, najlepiej go znaleźć, yyy...

– Dwudziestego ósmego sierpnia o ósmej rano – podsunąłem życzliwie. – Choć nie mam zielonego pojęcia, co konkretna data i godzina ma do możliwości znalezienia skarbu.

– Ja też nie – zgodził się ze mną bez oporów, co nieco mnie rozczuliło. – Czyli mamy po trzecie: dwudziestego ósmego sierpnia o godzinie ósmej rano. A ostateczny termin mija pierwszego września, tak?


– Tak. Możemy to dodać jako „po czwarte”...

– Niech będzie – zmarszczył nos, wpatrując się w ekran swojego smartfona, w którym zapisywał wszystkie punkty. – Po piąte więc, skarb stanowią diamenty o wartości miliarda dolarów, ukryte w skrzynce...

– Nie znamy wartości! – wykrzyknęła Małgosia. – Jak to miliarda...?

– Oj, no tak trochę żartuję – speszył się mój syn. – No, diamenty o dużej wartości. To na pewno, no nie?

– Z tym się zgodzę – mruknął Seweryn. – Leon zawsze był bogaty, jeszcze w spadku po swoich rodzicach dostał mnóstwo kosztowności. Potem ta jego Legia Cudzoziemska... A krążą różne opowieści o tym, co legioniści przywozili z wojaży po dalekich krajach. Leon przecież był na Bliskim Wschodzie, walczył tam ze swoim oddziałem ładnych parę lat!

– Więc po piąte można założyć, że skarb ma bardzo dużą wartość – rzekł Młody rzeczowo. – Zgadza się?

– Zgadza się, zgadza – uznałem. – A co dalej?

– Jeśli znajdzie je ktoś inny niż Małgosia lub ja, to ten ktoś dostanie trzydzieści procent ich wartości – zauważył Seweryn. – To chyba też jest ważne, no nie?

– Ważne – zgodził się mój syn. – Dopisuję to jako „po szóste”. A po siódme? Mamy coś takiego?

– Jeśli tego nie znajdziemy, wszystko przejdzie na jakąś instytucję charytatywną – westchnąłem, z żalem patrząc na Małgosię, która po tych słowach nagle jakby oklapła. Rozumiałem to – gdyby tak się stało, jej marzenia o własnym, przyjaznym domostwie dla pokrzywdzonych zwierzaków ległyby w gruzach...

Młody też chyba to dostrzegł.

– Spokojnie, pani Małgosiu – oznajmił niespodziewanie. – Jeśli tego nie znajdziemy na czas, to ogolę sobie wąsy!

– Jakie wąsy? – zaciekawił się Seweryn, przyglądając się uważnie mojemu synowi.

– Tam podobno mu coś rośnie... – zachichotałem pod nosem, na co Młody poczerwieniał i wycelował we mnie palec, podczas gdy urocza kelnerka stawiała akurat przed nami talerze z przepięknie pachnącymi potrawami.

– Zabijesz mnie za chwilę, dobrze? – poprosiłem, pożądliwie wpatrując się w moją pizzę na cienkim cieście, z boczkiem, czerwoną cebulą, białym sosem i rukolą. – Och, mamo, jaki to ma aromat!

– A mówiłam, że tu dobrze karmią? – zachichotała z dumą Małgosia, z błogością wąchając swój makaron z pesto. – Niech Krzysiek, Marceli i Korozja żałują, że nie chcieli z nami jechać. A zresztą, w Tuliszkowie zapłacilibyśmy znacznie więcej, a wcale nie byłoby smaczniej!

– Do Tuliszkowa i tak podjedziemy jeszcze po pieczywo – mruknął Seweryn, uśmiechając się od ucha do ucha znad swojej lasagne. – Akurat w Krepinie dobrego chleba nie da się kupić.

– I nie zapomnieli o usunięciu suszonych pomidorów – dodał Młody, grzebiąc podejrzliwie w swoim makaronie. – O, w zamian dali więcej oliwek! Zaje...

– Młody! – wrzasnąłem, podrywając się z krzesła.

– Zajefajnie! – dokończył, patrząc na mnie niewinnie. – O co ty mnie posądzasz?!

W tym samym momencie spod stołu dobiegło nas ciche piśnięcie.

– O matko, a coś dla Elfa?! – zreflektowała się Małgosia, odrywając się od swojego makaronu. – To sadyzm! My jemy, a on?! – A on też dostanie – zapewniłem ją, sięgając do plecaka. – Tu jest porcja dla niego. Bo w menu raczej nie ma niczego, po czym nie miałby problemów z żołądkiem...


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?