Elf i dom demonówTekst

Z serii: Elfomania #7
Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jak aresztować anakondę?

– Wąż?! – zdumiał się właściciel ośrodka, pan Janusz, gdy następnego dnia spotkaliśmy go w drodze na plażę. – Żartuje pan...!

– Absolutnie nie – zapewniłem go, kręcąc głową. – Bywały już takie przypadki. Nie wiemy tylko, co to za gatunek, ale ludzie w domach różne cuda trzymają. Kiedyś komuś z mieszkania uciekł pawian, a u innego cudaka znaleźli w wannie małego aligatora.

– I co teraz? – zaciekawił się pan Janusz. – Ta policja w końcu przyjechała na miejsce?

– Mają specjalny ekopatrol, czy jak to się nazywa – wtrącił Młody, mocniej ujmując smycz. – Przyjechali. Dobrze, że budynek ma tylko dwa piętra, ustawili ludzi w łazienkach w całym pionie, czyli w sumie w trzech pomieszczeniach. Szkoda, że nie widziałem min tych ludzi, gdy w samym środku nocy pukała do nich policja i mówiła: „Dobry wieczór, my w sprawie anakondy...”.

– Znajoma ma do nas zadzwonić, gdy tylko sprawa się wyjaśni – dodałem, zerkając tęsknie w stronę plaży. – Trudno. Zrobiliśmy, co mogliśmy, a teraz, przez najbliższy miesiąc, końmi mnie nikt z Bobolina nie wyciągnie. Wypoczynek, spacery plażą, rybki na obiad i tak dalej!

Jak się okazało, wypowiedziałem te wyjątkowo głupie słowa w bardzo złą godzinę.


Mówiłem! Wiedziałem!

To znaczy mówiłem po swojemu, zaś mój Duży jeszcze nie do końca rozumie psi język. Gdy byliśmy w domu u tych fajnych ludzi i ich ludzkiego szczeniaczka, wielokrotnie wypowiadali słowo „duchy”. Wiedziałem już więc mniej więcej, czego powinienem oczekiwać, bo przecież owe duchy spotkaliśmy już co najmniej kilka razy. Jeden z nich nawet mnie bardzo polubił i pamiętam dobrze, jak na końcu, dzięki nam, zrobił się spokojny i zniknął... Tu zaś wyraźnie czułem, że nie o duchy chodzi! W owej łazience, do której weszliśmy na samym początku, pachniało wieloma rzeczami, ale tego charakterystycznego „nie zapachu” duchów nie było. Czułem za to woń jakiegoś zwierzęcia – ale takiego, którego nigdy wcześniej nie spotkałem.

Co to, psia matko, mogło być?!

Potem siedzieliśmy długo w holu pod drzwiami łazienki. Nie wiem, czemu nie siedzieliśmy w środku. Bo gdy to coś w końcu się w łazience pojawiło, to ja nic nie mogłem zrobić! Nie mogłem tego ani ugryźć w tyłek, ani postraszyć zębami. Hałasowało tam okropnie, byłem coraz bardziej zły, a ci głupi ludzie ciągle nie rozumieli, że to nie jest żaden duch! Próbowałem nawet otworzyć sobie drzwi, ale Duży stanowczo mi tego zabronił. Być może to tajemnicze zwierzę odżywiało się psami? Albo nawet ludźmi?! Bo mój człowiek przeraził się tak okropnie, że chcę wejść do tej łazienki, że aż mnie to zdumiało.

Potem tajemnicze zwierzę zniknęło tak samo nagle, jak się pojawiło. Ja jednak doskonale wiedziałem, że czai się bardzo blisko.

Czemu więc wyjechaliśmy stamtąd tak szybko?


– Anakonda! – powiedziałem w oszołomieniu, odkładając w końcu słuchawkę. – A niech mnie, Młody, zgadłeś!

– Co zgadłem? – zdziwił się mój syn, unosząc wzrok znad gofra z malinami. – Słuchaj, Elf też chce gofra.

Siedzieliśmy we trzech przy drewnianym stole przy budkach z jedzeniem, rozstawionych między lasem a bobolińską plażą. Młody wcinał gofry, ja jadłem pyszne jagodowe lody z owocami i bitą śmietaną, a Elf łypał na nas pożądliwie, z wyraźnym wyrzutem w orzechowych oczach.

– Niech sobie chce – mruknąłem. – Psom nie wolno jeść takich rzeczy, doskonale o tym wiesz.

– Wiem – zgodził się. – Ja tylko powiedziałem, że on chce. No, ale mów dalej. Co z tą anakondą?

– Pamiętasz, jak chciałeś zobaczyć reakcję ludzi na nocną wizytę policji i słowa: „Dzień dobry, ja w sprawie anakondy”?

– „Dobry wieczór” – poprawił mnie mój syn, chichocząc. – Powiedziałem „dobry wieczór”, dobrze pamiętam.

– Więc odgadłeś gatunek tego, co wylazło z klozetu – powiadomiłem go radośnie. – To naprawdę była anakonda! Miała ponad dwa metry!

– Wylazła znowu?! – zaciekawił się i pochylił ku mnie tak, że jedna z malin spadła mu z gofra. Elf złapał ją w locie i błyskawicznie połknął. – Ale skąd tak od razu wiedzieli, że to akurat anakonda?

– Powiedziała: „Dobry wieczór, jestem anakonda” – odparłem zgryźliwie. – A tak serio, to po prostu wylazła u ludzi piętro niżej. A policja zdążyła sprowadzić na miejsce weterynarza. On z nią rozmawiał.

– I co potem?

– Aresztowali ją – oznajmiłem ze śmiertelną powagą. – Był problem z kajdankami, ale w końcu zamknęli ją w rurze od przemysłowego odkurzacza. Stawiała opór, obrzuciła policję inwektywami, miała przy sobie niedozwolone substancje halucynogenne, a potem...

Ledwo uchyliłem się przed kawałkiem przeżutego gofra, który Młody wypluł w nagłym wybuchu niekontrolowanego śmiechu. Niemal od razu jednak dostałem prosto w oko maliną. Elf skorzystał oczywiście z okazji i momentalnie zajął się darami, które tak nieoczekiwanie spadły nieopodal jego nosa.

Potem dotarliśmy plażą do Darłowa, a ja po drodze błogosławiłem pomysł zakupu specjalnego plażowego obuwia, które błyskawicznie wysychało. Młody, który oczywiście szedł na bosaka, nadrabiał miną w kamienistej strefie przy samych falach, gdzie szukał bursztynów. Nie znalazł oczywiście ani jednego – o tej porze roku i wśród tłumu turystów byłoby to nie lada osiągnięcie.

W Darłowie zjedliśmy obiad i poszliśmy plażą jeszcze na wschód, więc gdy – zmęczeni okrutnie, to musieliśmy przyznać – wracaliśmy do Bobolina, zaczął już zapadać zmierzch.

Ostatnie kilkaset metrów ścieżki przez las, przy której nie stała ani jedna latarnia, było nawet ekscytujące. Zwłaszcza że zrobiło się już całkiem ciemno.

Blair Witch, kurczę – wymamrotał w końcu Młody z dołu. – Potknąłem się i leżę, gdyby ktoś pytał.

Włączyłem w smartfonie funkcję latarki i wypatrzyłem w ciemnościach jego niedoszłe zwłoki, dokładnie oblizywane przez Elfa.

– Wstawaj, bo jeszcze dziki przylezą – ponagliłem go. – Od razu mówię, że nie mam pojęcia, czy one grasują w nocy, ale lepiej nie kusić złego...

Mijając camping pod lasem, usłyszeliśmy dziwny i niepokojący odgłos. Coś jakby tam jęczało, rzęziło, chrumkało... Elf najeżył się i zawarczał głucho, więc momentalnie skróciłem mu smycz.

– O Boże, co znowu? – spytał nerwowo mój syn. – Najpierw anakonda, a teraz znowu coś?

– To chyba z tego campingu – rzekłem półgłosem. – Kurczę! Jeśli to dziki, to oby nie zrobiły nikomu krzywdy! Tu są same namioty, a dla dzika taki namiot to żadna przeszkoda!

– I płotu nie ma – zauważył Młody, świecąc swoim smartfonem. – To znaczy był, ale podobno powalił go huragan w zeszłym tygodniu, jeszcze zanim tu przyjechaliśmy.

Chrumkanie i rzężenie były coraz bardziej donośne. Nagle urwało się, nastąpiła chwila upiornej ciszy, a potem tajemnicze coś wydało z siebie odgłos tak potworny, że ciarki przeszły mi po plecach.

– Mordują kogoś...! – jęczał Młody, w ślad za mną przedzierając się przez krzewy ku namiotom. – To na pewno dziki! Wyczuły jakieś resztki jedzenia i przyszły, a teraz mordują! Dzwońmy od razu na policję! I po weterynarzy! I po karetkę!

Wypadłem z krzaków i raptem coś poruszyło się tuż obok moich stóp. Elf szczeknął i odskoczył, ja dostałem podwójnego zawału serca, a Młody zatrzymał się na moich plecach.

– Panowie się uspokoją – szepnął łagodny damski głos. – Tu nikt nikogo nie morduje, to tylko mój mąż chrapie w namiocie... A ja sobie wyszłam na papierosa i siedzę tutaj, bo i tak nie da się przy nim spać.

Dopiero kilkanaście minut później, gdy otwierałem furtkę prowadzącą na podwórko naszego domku, Młody odezwał się ponownie.

– Jeśli kiedyś zacznę chrapać, od razu mnie zastrzel – poprosił z przekonaniem. – To było chyba gorsze od anakondy...

Rozmowa brzemienna w skutkach

Telefon zadzwonił tuż po trzynastej, dokładnie w momencie, gdy przynieśliśmy do naszego stolika obiad. Młody rzucił się na swojego dorsza z rusztu, ja z wahaniem zerknąłem na halibuta i postanowiłem najpierw zjeść, a potem oddzwonić. Tym bardziej że rozmówczyni – zaprzyjaźniona bibliotekarka z Krepiny pod Koninem – z pewnością zrozumie. Sama wręcz uwielbiała celebrować obiady i pozostałe posiłki; gdy gościliśmy w jej domu w zeszłym roku, nauczyliśmy się wyłączać smartfony, zanim usiedliśmy do zastawionego stołu.

– Kto dzwonił? – spytał mój syn z ustami pełnymi dorsza i frytek.

– Małgosia.

– Która?

– Ta od wuja Leona i naszego majątku – roześmiałem się. – Tak, wiem, że jesteś ciekaw, co ma nam do powiedzenia. Oddzwonię, gdy tylko zjem.

Wzmianka o majątku nie była od rzeczy, gdyż pod koniec zeszłych wakacji ja, Młody i Elf mieliśmy swój udział w odnalezieniu najprawdziwszego w świecie skarbu ukrytego w posiadłości, którą Małgosia odziedziczyła po zmarłym wuju. Pewna część skarbu przypadła nam, zgodnie z testamentem wuja, zaś dzięki całej reszcie moja przyjaciółka i jej mąż mogli spełnić swoje życiowe marzenie – nie tylko utrzymać ów wielki, okazały dom, ale też założyć w nim przytułek dla starszych, schorowanych lub porzuconych psów, których nikt już nie chciał [2].

Gorąco poparłem ten pomysł, bo przecież naszego Elfa też przygarnęliśmy ze schroniska. A jakiś czas temu poznałem Staruszkowo – równie wspaniałe miejsce, powstałe dzięki pasji pewnej pani Krysi, która również poświęciła swoje życie potrzebującym psiakom. Byłem zdania, że to cudowna inicjatywa i całym sercem wspierałem Małgosię, która miała podobne plany.

 

– Może znowu coś tam znaleźli – powiedział Młody bezmyślnie i w złą godzinę, jak się potem okazało. – Jedz szybciej! Bo ja już jestem ciekaw, a ten twój halibut jest taki duży, że skończysz go jeść pewnie dopiero przed wieczorem...

– Wziąłem takiego wielkiego, bo zamierzam podzielić się z psem – odparłem z godnością. – Nie jestem samolubem zamawiającym kawałek dorsza wystarczający wyłącznie dla mnie.

Mój syn zamarł, zawahał się, po czym wygrzebał z talerza kawałek ryby bez panierki; sprawdził, czy nie ma w nim ości, po czym podał na dłoni Elfowi. Pies obwąchał przysmak, delikatnie wziął go w zęby i połknął. Ja zaś z uśmiechem wrzuciłem na talerz Młodego spory kawałek mojego halibuta.

– Ciągle nie mogę się nadziwić, jak on bierze jedzenie z ręki! – powiedział Młody z zachwytem. – Inne psy prawie odgryzają palce, a on? Arystokrata pełną gębą.

– Gwiazdor – mruknąłem, podając psu kawałek halibuta. – Książka o nim okazała się bestsellerem, więc pewnie rozumie powagę sytuacji. Sposób na Elfa, rozumiesz, to zobowiązuje, także do odpowiedniego zachowania przy stole...

W takiej luźnej atmosferze upłynęła nam reszta obiadu, a potem zrobiłem najgłupszą rzecz podczas tego urlopu.

Oddzwoniłem do Małgosi.


– Marcin, dzięki Bogu, że dzwonisz! – wykrzyknęła bez wstępów dziwnie drżącym głosem. – Ja już sama nie wiem, z kim mam o tym pogadać, ale nikt inny mi nie uwierzy. A ta piwnica od samego początku była jakaś dziwna. Ja sama pamiętam, jak wasz pies tam się zachowywał, i co? I miał rację! Korozja złamała nogę, a dalej było tylko gorzej! Słuchaj, ledwo go odratowali; facet młody, a spędzi w szpitalu co najmniej kilka dni, tak przynajmniej mówią lekarze...

– Małgosiu? – wtrąciłem, gdy przyjaciółka na chwilę urwała, prawdopodobnie tylko dlatego, że straciła oddech. – Ja cię przepraszam, ale nic tego nie rozumiem. Jaka piwnica? Czemu Korozja złamała nogę? Jaki facet, jaki szpital? I co do tego wszystkiego ma, u licha, nasz pies?!

– Ciotka Korozja złamała nogę? – ucieszył się Młody, zaś ja nawet nie miałem do niego jakichś specjalnych pretensji o tę konkretną, raczej mało chrześcijańską radość.

Oczywiście starsza pani nie miała naprawdę na imię Korozja, wszyscy nazywali ją tak wyłącznie dlatego, że w jej obecności i dzięki jej złośliwym uwagom wszelkie pozytywne emocje w promieniu pół kilometra rdzewiały i zamieniały się w proch. Poznaliśmy ją w zeszłym roku podczas poszukiwań skarbu. Babsko okazało się tak upiorne, wredne i z całego serca cieszące się wszelkim ludzkim nieszczęściem, że nie potrafiłem wyobrazić sobie człowieka lubiącego ją dla niej samej.

– W dodatku okręcała chorą nogę kocią skórką – dodał mój syn znad dorsza i aż się otrząsnął. – Teraz pewnie, na to złamanie, nie wystarczy jej skóra z tygrysa. No co? – spytał zaczepnie, widząc mój osłupiały wzrok. – Tygrys to też kot. Tyle że trochę wyrośnięty.

Potrząsnąłem głową i przyłożyłem palec do ust, bo w międzyczasie Małgosia odzyskała oddech i zaczęła mówić bardziej do rzeczy.

– Chodzi o to, że parę dni temu Korozja wpadła do nas z wizytą...

– Współczuję z całego serca – wyrwało mi się. – Oj, przepraszam, mów dalej.

– Ja rozumiem, że współczujesz – zgodziła się Małgosia bez większych oporów. – Sama nam wszystkim współczułam. Bo przez te parę miesięcy wyremontowaliśmy parter i piętro i byliśmy zmęczeni, a tu nagle ona zwaliła nam się na głowę. Ale za to remont wyszedł naprawdę super! Dla nas jest piętro, a z parteru tylko kuchnia, jadalnia i gabinet. Resztę przeznaczyliśmy dla psów. Z każdego ich pokoju jest wygodne zejście do ogrodu. Rozumiesz, to dla tych, które mają problemy z poruszaniem się. Ale prawie wszystkie z nich mają tego rodzaju problemy. Na razie gotowy jest tylko jeden pokój, w innych schnie farba. W tym jednym mamy takie cztery psie bidy, jak je zobaczysz, od razu stracisz dla nich głowę!

– Korozja i stado psów – aż się wzdrygnąłem na samą myśl, przypominając sobie wzrok starszej pani, gdy patrzyła na mojego Elfa. Wzrok pełen niechęci i nienawiści. – Po co przyjechała? Żeby je otruć?!

– Podobno ot tak sobie – odparła niepewnie Małgosia. – Choć raz po kolacji i dwóch lampkach wina wyrwało się jej coś o jakimś śnie, który podobno miała... Sen o naszej piwnicy, dasz wiarę? I wiesz, co się stało? Następnego dnia, o świcie, Seweryn przyłapał ją, jak ostukiwała młotkiem tamtą piwniczną ścianę!

– Zwariowała – zawyrokowałem stanowczo. – Jej własny jad rzucił jej się na mózg.

– Nie do końca. Wiesz, ona faktycznie albo coś wiedziała, albo miała przeczucie, albo naprawdę proroczy sen. Seweryn sprawdził tę ścianę jeszcze raz, ostukał ją solidnie i za tą ścianą coś było, bo echo szło. Musi być za nią jakaś pusta przestrzeń.

To brzmiało intrygująco. Seweryn, mąż Małgosi, był krzepkim mężczyzną, co dawało nadzieję, że szybko poradził sobie z rozwaleniem ceglanej ściany i sprawdzeniem, co było za nią.

– I co tam znalazł? – spytałem z żywym zainteresowaniem. – Tylko nie mów mi, że kolejny skarb po wuju!

Młody prawie udławił się kęsem ryby, słysząc moje słowa.

– A mówiłem! – wykaszlał, budząc żywe zainteresowanie Elfa, który momentalnie zaczął zbierać z płytek resztki wykaszlanego dorsza. – Mówiłem, że znowu coś znaleźli!

– Młody jest obok ciebie? – spytała Małgosia niepewnie. – Zdaje się, że przechodzi drugą mutację, bo ma dziwny głos. Daj mu tymianek i podbiał, to dobrze robi na gardło.

– Tak, to Młody, ale bez mutacji – odparłem lekko zniecierpliwiony, gestami uspokajając syna. – Dławi się rybą. Uspokój się natychmiast! Nie umiesz dławić się trochę ciszej?!


– Dobrze, nie wnikam – dobiegło ze słuchawki. – Chodzi o to, że Seweryn próbował rozwalić ten mur, ale w tej piekielnej piwnicy coś go tak potwornie przeraziło, że uciekając schodami na górę, potknął się i spadł... Prosto na Korozję, która szła za nim. Oboje zlecieli na pysk, tyle że Seweryn nabił sobie tylko guza, a ona złamała nogę.

Nagle coś mnie tknęło.

– Słuchaj, a która to była ściana? – spytałem ostrożnie, gdyż na samo wspomnienie przeszły mnie ciarki. – Chyba nie ta, gdzie Elf...

– Właśnie ta – odpowiedziała Małgosia dość bezradnie. – Ta, do której wasz pies prawie się czołgał i warczał tak okropnie!

– O Boże – westchnąłem bezradnie, gdyż doskonale pamiętałem, jak Elf zareagował na tę pamiętną ścianę. Ten obraz naprawdę zapadał w pamięć. Zupełnie jakby potwornie się bał tego, co było w cegłach lub za nimi, a jednocześnie starał się odstraszyć to coś, chroniąc to, co najważniejsze w jego życiu – swoich ludzi...

– Seweryn powiedział, że drugi raz nie spróbuje – rzekła moja przyjaciółka po długiej chwili milczenia. – Oznajmił też, że za Chiny nie powie, co go tak wystraszyło. Zamówiłam więc dwóch budowlańców, przyjechali dzisiaj raniutko i mieli rozwalić tę ścianę.

– A Korozja? – wyrwało mi się.

– Korozja w szpitalu. Złożyli jej kość, zapłaciła za jakiś ultranowoczesny gips, ale nie gipsowy, tylko taki super hiper z tworzyw... Uwierzysz, że dzięki temu ta cholera jest w stanie chodzić? Co prawda o jednej kuli, ale jednak!

– Czekaj, a ona się nie wystraszyła? – przyszło mi do głowy. – Czy też spanikowała?

– Ona szła na górę obrażona, bo Seweryn ją tam nakrył na stukaniu – burknęła Małgosia ponuro. – A podczas stukania podobno wcale nie wyglądała na wystraszoną. Za to jeden z tych budowlańców został dziś rano na dole sam. Dosłownie na parę minut. Marcin, w życiu nie słyszałam tak potwornego ludzkiego krzyku. Nie wiemy, co on tam zobaczył, ale drugi majster, gdy już tam wrócił, znalazł go nieprzytomnego. A to młody facet, ciut po trzydziestce... Karetka zabrała go do szpitala i musieli przywiązać go tam do łóżka i podać silne środki uspokajające, bo ciągle krzyczał i chciał uciekać.

– Rany boskie! – wykrzyknąłem w osłupieniu. Pies jęczał u moich stóp, więc machinalnie postawiłem na podłodze talerz z resztkami halibuta.

– Marcin, po prostu tu przyjedź! – jęknęła Małgosia. – Przecież właśnie po to dzwonię! Wszystko ci opowiem, ale weź te swoje sprzęty do wykrywania duchów i przyjedź do nas, bo ja tu nie dam rady!

Zdębiałem.

– Ale Małgosiu, jesteśmy nad morzem, na urlopie...

– Zapłacę ci!!!

– Zwariowałaś – odparłem odruchowo i nagle otrzeźwiałem. – Poczekaj. Obgadam to z Młodym i oddzwonię do ciebie za godzinkę. A ty nie załamuj się, głowa do góry. Będzie dobrze, słyszysz?

– Staram się – odpowiedziała ponuro i na tym zakończyliśmy rozmowę.

Młody siedział i patrzył na mnie znad niedojedzonego dorsza, oparłszy podbródek na zaciśniętych pięściach.

– A teraz łaskawie mów wszystko – zażądał bardzo uprzejmym tonem. – Bo albo powiesz od razu, albo za dziesięć sekund wybuchnę z ciekawości. Nie wiem, co wolisz.

– Gdybyś wybuchł, przyjechałby sanepid – rzuciłem z niesmakiem. – Restauracja miałaby problemy, a poza tym byłoby bardzo dużo sprzątania. Nie będziesz już jadł?


– Nie. Powiesz w końcu, co tam się stało?! Do wybuchu pozostało pięć... cztery... trzy...

– Chodź stąd – podniosłem się od stołu, a Elf aż podskoczył z radości, porzucając wylizany talerz po halibucie. – Nie zamierzam opowiadać takich rzeczy przy ludziach siedzących dookoła.


Gdy skończyłem zdawać relację z rozmowy z Małgosią, Młody długą chwilę kiwał głową w głębokim zamyśleniu. Ja zająłem się Elfem, który – korzystając z tego, że siedzieliśmy na tarasie za naszym domem – przyniósł mi jedną z zabawek ze swojej bogatej kolekcji. I teraz tarmosiłem sznurek, którego drugi koniec tkwił w roześmianej psiej paszczy.

Słońce świeciło przecudownie, wiał lekki wiatr, pobliski zagajnik szumiał błogo, a z oddali, zza lasu, rozlegał się rytmiczny, choć z tej odległości cichy, huk fal. Morze było dziś wzburzone i na tablicy przy wejściu na plażę widniał komunikat o zakazie kąpieli, co Młodemu się rankiem stanowczo nie spodobało.

– Nic mi się nie stanie! – oznajmił buntowniczo, pożądliwie patrząc na wysokie fale. – Poskaczę sobie przez nie trochę!

– Nawet mnie nie denerwuj – warknąłem, ucinając temat. – Zakaz to zakaz, oni wiedzą, co piszą! Dziś więc wystarczy nam spacer, koniec i kropka!

W drodze z plaży burczał pod nosem i był na mnie obrażony, ale rozmowa z Małgosią skutecznie pozwoliła mu zapomnieć o złym nastroju.

– Moim zdaniem powinniśmy pojechać – oznajmił w końcu, szukając bosymi stopami klapek na kamiennej podłodze tarasu. – Sam popatrz, jak wszystko ładnie się złożyło!

– Co się złożyło? – skrzywiłem się. – Nastawiłem się na fajny urlop, na cały miesiąc czystego lenistwa, jajecznicę z dzikich jajek co rano, rybę na obiad, spacery i patrzenie na Drogę Mleczną na nocnym niebie. U nas, we Wrocławiu, w nocy w ogóle nie widać Drogi Mlecznej!

– Jak to „co się złożyło”? – zdziwił się, kompletnie pomijając resztę moich słów. – Mamy ze sobą sprzęt do duchów, prawda? Nie trzeba wracać po to wszystko do Wrocławia. To po pierwsze...

– A widzisz jakieś „po drugie”?

– Widzę. Stąd do Krepiny jest raptem niecałe trzysta kilometrów, a jeśli pojedziemy na Bydgoszcz, to nawigacja pokazuje niecałe cztery godziny drogi w jedną stronę. Wyjedziemy rano, w południe będziemy w Krepinie, wieczorem sprawdzimy sprzętem co i jak. Pewnie nic paranormalnego tam nie wyjdzie.

– Myślisz o tym, co ja? – spytałem ostrożnie.

Młody energicznie kiwnął głową, biorąc z koszyka brzoskwinię i wgryzając się w soczysty miąższ.

– Tam w piwnicy jest piec, to pamiętam – mruknął. – Chodzi cały rok, nawet gdy jest ciepło, bo grzeje wodę, no nie? Mamy czujnik tlenku węgla, to pierwsze, co bym sprawdził...

Poczułem dumę, że tak dobrze wszystko pamięta i ma prawidłowe skojarzenia. Istotnie, przekroczenie norm stężenia tlenku węgla w powietrzu jest jedną z najczęstszych przyczyn halucynacji, zwłaszcza w starych budynkach. I bardzo często halucynacje takie miewają dość niezwykły charakter, przez co ludzie uznają swoje domy za nawiedzone.

 

– Co dalej? – spytałem krótko. – Wpadniemy, zmierzymy i okaże się, że z piecem wszystko w porządku. Co wtedy?

– Stara instalacja elektryczna? – prychnął. – Pole elektromagnetyczne...

Oczywiście miał rację. Mnie też uderzyła wzmianka Małgosi o uczuciu dziwnego niepokoju i strachu przy tamtej ścianie w piwnicy. Jeśli szły w niej jakieś źle ekranowane przewody, wytwarzane przez nie pole elektromagnetyczne jak najbardziej mogło być przyczyną złego samopoczucia. To już dawno temu zostało udowodnione przez naukowców w laboratoriach. Zatem, biorąc to wszystko pod uwagę, nie było wykluczone, że bardzo łatwo uda nam się określić przyczynę tych nietypowych odczuć i wydarzeń.

Niepokoiło mnie jednak coś innego i w końcu musiałem to głośno powiedzieć.

– Młody, słuchaj – zacząłem z wahaniem. – Ja myślę o tym, co będzie, jeśli tam pojedziemy i okaże się, że przyczyna jest inna niż tlenek węgla lub źle ekranowane przewody.

– Czyli że co? – spytał niepewnie, patrząc na mnie z lekkim zdziwieniem. – Chodzi ci o to, że naprawdę znajdziemy tam coś paranormalnego?

– Właśnie.

– I w czym widzisz problem?

– W tym, że wy tam ze mną będziecie. Naprawdę nie chciałbym, żeby spotkało was coś złego.

– A co złego może nas spotkać? – zdziwił się jeszcze bardziej, wrzucając pestkę brzoskwini do kubka po herbacie. – Przecież byliśmy już w naprawdę nawiedzonych miejscach!

– Ale tu nie chodzi o ducha małego chłopca! – zdenerwowałem się. – W żadnym z tamtych miejsc nie działo się nic, co budziło w ludziach paniczny strach i powodowało, że spadali ze schodów, łamiąc nogi!

– Korozja nie spadła sama, tylko została spadnięta – poprawił mnie Młody skrupulatnie. – A właśnie, to jest dziwne. Dlaczego ona się nie bała?

– Nie wiem, tym zajmiemy się na miejscu – warknąłem. – Może miała na głowie kapelusz z kuchennej folii aluminiowej, żeby Obcy nie manipulowali jej umysłem?! Skąd ja mam wiedzieć?

– Obcy już dawno zajęli się jej umysłem – stanowczo oświadczył mój syn. – I to była wyjątkowo groźna i złowroga rasa, chyba przyznasz mi rację...

Gdy już skończyliśmy się śmiać, wrócił do tematu.

– Powiem tak: jeśli nawet jest tam coś... złego, jakiś zły duch, to ja chcę tam być z tobą – oznajmił poważnie. – I Elf też powinien. Po pierwsze, pies od razu nam powie, czy to coś jest naprawdę złe.

– W zeszłym roku już mówił...

– Więc teraz powie nam dokładniej. A po drugie, do jasnej anielki, chcę być przy tobie! Świra bym dostał, myśląc o tym, że ja tu siedzę bezczynnie w bezpiecznym Bobolinie, podczas gdy ty narażasz się tam na nie wiadomo co. Rozumiesz?

– Nie wiem, czy chcę to zrozumieć...

– To zechciej, no! Do tej pory doskonale dawaliśmy sobie radę w różnych dziwnych sytuacjach, prawda? A dlaczego? Bo koniec końców okazywało się, że najwięcej jesteśmy warci jako rodzina! W komplecie! Ty, ja i Elf! Jeśli działo się coś złego z jednym z nas, to pozostała dwójka jakimś cudem potrafiła temu zaradzić! I nie mów mi, że nie mam racji, bo doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że MAM! Więc albo pojedziemy tam wszyscy, albo nikt! A jeśli mimo to spróbujesz pojechać sam, to wchodzę na BlaBlaCar i pojedziemy tam za tobą razem z Elfem!


Mówił to, nakręcając się coraz bardziej, a ostatnie słowa niemalże wykrzyczał, stojąc i zaciskając dłonie na brzegu stołu. Widząc to oraz jego pociemniałe nagle oczy, wstałem i przytuliłem go mocno, do czego oczywiście momentalnie przyłączył się Elf, stając na tylnych łapach i wpychając nos między nas.

– Zaraz zadzwonię do Małgosi – mruknąłem w bluzę Młodego. – Powiem jej, że przyjedziemy jutro około południa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?