Elf i dom demonówTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Marcin Pałasz
Elf i dom demonów

Ilustracje: Kasia Kołodziej


Strona redakcyjna

Marcin Pałasz

Elf i dom demonów

© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Katarzyna Kołodziej

Korekta i skład: Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-563-5

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog piwniczny

– Poświeć jeszcze tutaj – mruknął jeden z murarzy, wskazując na ścianę w samym końcu starej piwnicy.

– Po co? – zdziwił się drugi, nieco starszy, posłusznie jednak skierował w tę stronę latarkę. – Zapalę ci światło, tu jest przecież lampa u góry!

– Ale nie działa – uciął pierwszy. – Więc...

– Panie Tadziu, i co z tą ścianą? – zza ich pleców dobiegł znienacka kobiecy głos, a pierwszy z murarzy, nazwany Tadziem, aż podskoczył do góry. – Dobrze się mężowi zdawało, że coś tam jest?

– Jezusie Nazareński, pani Małgosiu! Ależ mnie pani przestraszyła – rzekł murarz drżącym głosem. – Mało żem zawału nie dostał!

– A coś ty taki nerwowy się zrobił? – zdumiał się jego kolega, podchodząc bliżej ściany, i nagle się zawahał. – Tu jakby zimniej jest, aż gęsiej skórki dostałem...

– Światło by się przydało – mruknął Tadzio. – Ma pani może żarówkę? Ta jest przepalona.

– Trzykrotnie ją wymienialiśmy i za każdym razem nowa strzelała po kilku minutach – odparła pani Małgosia z lekkim zmieszaniem. – Coś pewnie z instalacją jest nie tak, chociaż elektrycy dwa razy sprawdzali i przysięgali, że wszystko jest w najlepszym porządku. Może potrzymam latarkę?

– Damy radę – uspokoił ją drugi murarz. – Pani pójdzie na górę i zrobi nam dobrej herbaty, a my się uwiniemy z tym murem raz-dwa!

– No dobrze, panie Karolu – odparła gospodyni z lekkim wahaniem. – Dajcie znać, gdybyście czegoś potrzebowali!

Gdy ucichły jej kroki na schodach, prowadzących z piwnicy do holu, mężczyźni spojrzeli na siebie.

– Dziwnie się tu czuję – wyznał Tadzio, drapiąc się po brodzie. – Nie śmiej się ze mnie, ale naprawdę wolałbym pracować wszędzie, byle nie tutaj.

– Płacą dobrze, więc bierz się do roboty i nie narzekaj – uciął drugi. – Ludzie mają kasę, odziedziczyli dom po jakimś tam krewnym, który wykitował w zeszłym roku. A potem jeszcze podobno skarb znaleźli, wyobrażasz to sobie?

– A niby skąd to wiesz?

– No, ludzie gadają, miejscowi...

– Ludzie to zawsze gadali i będą gadać. Trzeba mieć dystans do plotek!

– W każdej plotce podobno można znaleźć ziarno prawdy...


– Kazałeś wziąć się do roboty, a teraz sam terkoczesz jak najęty – rozzłościł się nagle Tadzio. – Rozwalmy ten mur i zabierajmy się stąd! Pewnie i tak nic za nim nie ma oprócz ziemi.

– A co ma być?

– Gospodarz skuwał stary tynk i zdawało mu się, że w tym miejscu ściana daje głuchy odgłos. Jakby była za nią jakaś pusta przestrzeń.

– Tadziu, nie żartuj! – Karol aż opuścił trzymaną w dłoni latarkę, a długie, mroczne cienie zatańczyły po podłodze i na ścianach starej piwnicy. – A jeśli ten cały krewny zostawił gdzieś tutaj drugi skarb?!

– Ty jak coś palniesz, to aż żal słuchać – odparł jego kolega z politowaniem, po czym podniósł ogromny młot i z wysiłkiem wziął zamach. – No, świeć...!

Młot z hukiem walnął w ścianę, krusząc kilka cegłówek. Ich kawałki posypały się na podłogę. Światło latarki nagle zamigotało, a z ust murarzy zaczęła wydobywać się para.

– Co za cholerstwo? – zdziwił się Karol, ze zdumieniem obserwując dziwne zjawisko. – Już wcześniej było tu jakoś chłodno, ale teraz to zrobiło się jak na biegunie północnym!

– Taaa... – Tadzio z zastanowieniem zmarszczył brwi. – Pewnie zrobiłem dziurę, a za ścianą faktycznie jest jakieś zimne pomieszczenie...

– Jaką dziurę? Ledwo naruszyłeś zewnętrzną warstwę paru cegłówek!

Latarka nagle zgasła. Teraz ciemność rozjaśniało jedynie nikłe światło żarówek świecących w części piwnicy bliższej schodów. Starszy murarz potrząsnął nieposłusznym sprzętem, kilka razy uderzył weń otwartą dłonią i wzruszył ramionami.

– Poczekaj tu, pójdę po drugą – sapnął gniewnie. – Mam w samochodzie. Zaraz wrócę...

Tadzio, pozostawiony samemu sobie, czuł się coraz bardziej nieswojo. Zdążył pomyśleć, że na nerwowe sytuacje najlepiej pomaga mu antynikotynowa guma do żucia, gdyż niedawno rzucił palenie... i wtedy usłyszał cichy szept.

– Karol? – rzucił w ciemność dość niepewnie. – To ty?

– Mur... – dobiegło z tyłu. – Oooaaal... Mur...

Mężczyźnie ciarki przeszły po plecach. Za nim znajdowała się przecież solidna, ceglana ściana, którą mieli rozwalić. I na pewno nikt za nim nie stał.

– Karol, nie wygłupiaj się – poprosił mimo to, ledwo wymawiając słowa. – Jak kolega kolegę cię proszę, daj spokój!

Czuł, że strach lodowatym uściskiem obejmuje jego serce. Nie był to zwykły strach, jaki zdarzało mu się czuć wiele razy w życiu, ale coś głębszego – jakiś przejmujący, budzący grozę, paniczny lęk. Chciał pójść w kierunku dalekiego światła, ale z przerażeniem stwierdził, że nie jest w stanie zrobić kroku. Zupełnie jakby jakieś grobowo zimne ramiona złapały go za nogi i trzymały w miejscu.

– Rooozwaaal... mur... – szepnęło mu coś tuż przy uchu. – Mur...

Głos był obrzydliwy, syczący i mlaskający, zupełnie jakby ten ktoś, kto mówił, miał usta pełne jakiejś lepkiej substancji.

Murarz zdobył się na przeogromny wysiłek i... odwrócił głowę.

Ze ściany, tuż za jego plecami, wyłaniała się bladoniebieska, upiornie świecąca w ciemności ręka, pokryta łuskami. Palce były tylko trzy i powoli zbliżały się do jego głowy. Co najgorsze, owe palce zakończone były długimi pazurami.

Na jednej ze starych cegieł ukazały się dwa czerwone punkty, patrzące na niego z mroku.

– Mur... – szepnęło znowu to coś. – Mur...!

Tadzio poczuł, że z przerażenia traci zmysły.

Zaczął krzyczeć.

Nadmorski dramat, czyli czegoś mi zabrakło

Wakacje!

To słowo już znałem i nauczyłem się je lubić. Oznacza po prostu, że Duży już nie zostawia mnie w domu z Młodym, tylko jedziemy razem w jakieś fajne miejsce! Bo Duży niestety ma tak zwaną „pracę”, przez którą często wyjeżdża. A ja jestem wiernym psem i okropnie go kocham, tego mojego Dużego. I nie lubię, gdy wyjeżdża. Przynajmniej jednak mój niezawodny psi węch mówi mi, że on też wcale nie cieszy się z tych wyjazdów. Pachnie smutkiem. Wiecie, o co chodzi...

Ale ja tak gadam, a wy pewnie nie wiecie, kim on jest! To taki mój człowiek, którego wychowuję już ponad dwa lata. Kiedyś mieszkałem w schronisku – to miejsce dla psów i kotów, których nikt nie chce. I on mnie z tego schroniska zabrał, uwierzycie?! On i jego syn, Młody. No i oczywiście kocham ich nad życie, ale Dużego chyba najbardziej. Od tamtej pory mieliśmy mnóstwo różnych przygód, niekiedy całkiem niebezpiecznych. Raz nawet, zeszłego lata, strzelano do mnie z pistoletu! Ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. To było nad morzem, więc trochę mi się nie spodobało, że i w tym roku tam jedziemy. Co będzie, gdy znowu trafimy na okropnie złych ludzi?! Oczywiście wszystko spadnie na moją biedną psią głowę i to znowu ja będę musiał zadbać o bezpieczeństwo stada...

No i w końcu pojechaliśmy nad to morze!

Tym razem nie zamieszkaliśmy w żadnym pensjonacie, jak w zeszłym roku, ale mieliśmy dla siebie cały dom! Duży i fajny, prawie taki, w jakim mieszka pod Wrocławiem Ewa, która przygarnęła Erkę, moją siostrę bliźniaczkę. Przywitał nas tam miły, wąsaty pan, do którego Duży mówił „panie Januszu”. Może być pan Janusz, mnie to obojętne, bo fajnie pachniał wędzoną rybą. Z początku myślałem, że będzie mieszkał z nami, bo w domu było czuć jego woń, ale okazało się, że ma swój dom kawałek dalej.


Poszliśmy na spacer – Duży i Młody, no i oczywiście ja. Słuchajcie, jak tu fajnie! Tuż obok był las, przez który idzie się i idzie, a zapachów w nim tyle, że co chwila musiałem się zatrzymać, aby oznaczyć teren. Co rusz podnosiłem tylną łapę i zostawiałem swoje znaki, aż w końcu doszliśmy do morza! Prawie od razu znalazłem gruby patyk i Młody zaczął mi go rzucać. Duży zaś, pachnąc szczęściem, klapnął w tym miejscu, gdzie dochodziły fale, i moczył stopy w wodzie. I tylko ja zauważyłem, że kawałek dalej pływa w morzu ryba. Co prawda zdechła, ale i tak pływała. I ja naprawdę nie wiem, o co potem była ta cała awantura, gdy przyniosłem rybę Dużemu i położyłem na kolanach. Dowiedziałem się, że jestem zwłokofilem i trupolubem, czy jakoś tak. I zrozumiałem, że Duży raczej nie lubi zdechłych ryb. No cóż, następnym razem postaram się o mniej zdechłą.

 

Z plaży wracaliśmy do naszego domu inną drogą – też przez las, ale dużo węższą ścieżką. Tutaj również była cała masa nowych zapachów i trzeba było całą tę ścieżkę oznaczyć! Wtedy właśnie stało się najgorsze.

Mimo że na plaży dostałem pić z takiej specjalnej miski, to w końcu, zupełnie znienacka, poczułem, że skończyły mi się siki.

Coś potwornego.

I jak tu oznaczać nowe miejsca...?!


– Co o tym sądzisz? – spytałem z zaciekawieniem, gdy wypakowaliśmy z auta najpotrzebniejsze rzeczy, czyli klapki, kąpielówki oraz butelkę i miskę na wodę dla psa. – Przez pół drogi jęczałeś „co to znowu za jakiś Bobolin, mogliśmy jechać jak co roku do Dziwnówka” albo...

– Dobrze, już sobie daruj – burknął niechętnie mój syn, ale widziałem, że z trudem powstrzymuje uśmiech. W końcu jednak nie wytrzymał i zachichotał, rozglądając się po tarasie z tyłu domu. – Niech ci będzie, miałeś świetny pomysł! Superchata. Ten taras, drewniane ławy, stół, bujana ławka, a w dodatku grilla mamy tylko dla siebie...

– Psu też się podoba – zauważyłem, obserwując Elfa [1]

, który z wyraźnym zaciekawieniem obwąchiwał właśnie duży, ceglany grill stojący pod żywopłotem oddzielającym nasze podwórko od sąsiedniej posesji. Z drugiej strony działki był drewniany płot. – Właściciel też bardzo sympatyczny. A po drodze, zdaje się, mijaliśmy sklepik ze świeżo wędzonymi rybami.

– I fermę dzikich jaj – oświadczył znienacka mój syn. – Przez pół drogi jęczałeś, że masz ochotę na jajecznicę. Teraz będziesz miał blisko po najdziksze jaja...

– Jakie znowu dzikie jaja?!

– Pewnie kurze, chyba że mają tu ekologiczne strusie – odparł z humorem. – Sprawdziłem prognozę pogody, ma być pięknie przez prawie cały czas, w którym tu będziemy! Trzy tygodnie!

– Znowu się wysmażysz na skwarkę...

– A ty znowu wrócisz z białym brzuchem – odgryzł się. – Czemu nie lubisz się opalać?

– Bo wolę chodzić z psem brzegiem plaży – oznajmiłem, wzdrygając się na samą myśl o bezczynnym wylegiwaniu się w słońcu. – Będziemy chodzić sobie do Darłowa albo do Dąbek...

– A tę całą „Noc Łowców Duchów” to w Słupsku mamy, tak? – upewnił się, wkładając kąpielówki. – Pojutrze? Na pewno wziąłeś wszystkie przyrządy? Bo ostatnio jakby skleroza cię lekko dopada...

– Musiałeś o tym wspomnieć, oczywiście – zazgrzytałem zębami. – Raz zdarzyło mi się zapomnieć, że nie lubisz suszonych pomidorów w sałatce! Raz!

– To początki – zawyrokował bezlitośnie, chichocząc. – Potem zapomnisz, że sam też nie lubisz suszonych pomidorów, potem zaczniesz jeść sklepowe kurczaki, a potem...

– Oszczędź mi tego – poprosiłem. – Czekaj, dziś jest czwartek, tak? Więc tę biblioteczną noc z duchami mamy pojutrze, w sobotę.

– O proszę! Dni tygodnia też ci umykają, skoro musisz się upewniać.

– Zaraz dostaniesz w ucho! Przyrządy mam wszystkie, są w tej aluminiowej walizeczce w bagażniku, po lewej.

Młody poprawił kąpielówki, zrobił kilka kroków i zajrzał do bagażnika. Elf, zaciekawiony, oparł się łapami o zderzak i zajrzał tam również.

– Ja tu żadnej walizeczki nie widzę – bąknął mój syn, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie. – Znowu masz jakieś urojenia. Pewnie tylko ci się zdawało, że ją spakowałeś. Albo może pomyliło ci się z którymś z poprzednich wyjazdów?

Serce zamarło mi w piersi, gdyż nasz sprzęt do „łowienia duchów” był integralnym, niezbędnym elementem imprezy. Bez niego nie miała sensu! Jak ja się wytłumaczę bibliotekarkom?! A może zostawię ich tu i wrócę do Wrocławia po sprzęt?! W jeden dzień obrócę autem tam i z powrotem...

Te myśli przemknęły mi przez głowę w jednej sekundzie, w ciągu której znalazłem się obok Młodego. Wsadziłem głowę do bagażnika i niemal palnąłem czołem o brzeg niedużej, aluminiowej walizki, która jak byk stała po lewej stronie, błyszcząc w promieniach popołudniowego słońca.

Nie wiem, co pomyśleli sobie o nas ludzie, którzy mogli nas w tym momencie zobaczyć, ale przestałem gonić Młodego dopiero na końcu ulicy Spokojnej, przy której stał nasz domek. Mój syn uciekał nadspodziewanie chyżo, robiąc zręczne uniki, ja mamrotałem pod nosem coś o mordowaniu i patroszeniu, jednak można było przewidzieć, że najlepszą zabawę z nas wszystkich miał Elf.

– O, miałeś rację z tymi kurami! – zdumiałem się nagle, stając i patrząc na napis na dużej, drewnianej bramie. – „Sprzedaż jaj wiejskich”!

– No przecież mówiłem – wydyszał Młody, zatrzymując się kawałek dalej i przyglądając mi się podejrzliwie. – Będziesz dalej mnie gonił, czy może chwilowo zrezygnujesz z synobójstwa? Mieliśmy iść na plażę, tak tylko przypominam...


Nowe wyzwanie

Miałem rację, w tym roku też się sporo dzieje! Ledwo co zjawiliśmy się nad morze, już dwa dni później jechaliśmy gdzie indziej. Ten zapach jednak już znałem, choć w tym konkretnym miejscu nigdy jeszcze nie byłem... Chodzi po prostu o to, że budynki nazywane przez ludzi „bibliotekami” pachną wszędzie prawie tak samo! Całkiem lubię ten zapach. Większość naszych półek w domu, we Wrocławiu, też pachnie książkami... Co prawda nie jestem w stanie zrozumieć Dużego i Młodego, którzy uwielbiają te całe książki i przesiadują całymi godzinami, trzymając je w dłoniach i wpatrując się w nie bez końca. Mają wtedy taki nieprzytomny wzrok jak moja siostra Erka, gdy widzi kiełbasę! Tylko że ona kiełbasę od razu zjada, a ludzie książek nie jedzą.

Więc po co im one? Ot, kolejna zagadka...!

W bibliotece, poza książkami, było też sporo dzieci. Siedzieliśmy z nimi do późnej nocy. Duży i Młody dużo mówili, a potem wyciągnęli te wszystkie „przyrządy”, które mieliśmy kiedyś ze sobą w domu, w którym straszyło. I to chyba najbardziej się dzieciom spodobało! Mnie mniej, oczywiście.

Od razu wiedziałem, że żadnych duchów nie ma, ale ludzie nie widzą ich tak dobrze jak my, psy. Pewnie dlatego muszą posługiwać się tymi „przyrządami”.

Potem zaś stało się coś strasznego... Pojechaliśmy do domu jednej człowieczki w samym środku nocy. Wyraźnie pachniała strachem. Był tam jeszcze jeden pan i dziecko, ale dzieckiem na szczęście zajął się Młody. Zaprowadzono nas do łazienki, a w łazience...

Istny horror!

No, mówię wam!


– Panie Marcinie, a pan naprawdę wierzy w te... duchy? – spytała jakby niepewnie jedna z bibliotekarek. – Ale tak szczerze?

Staliśmy przed budynkiem jednej ze słupskich filii, gdzie odbywała się właśnie wakacyjna edycja „Nocy w bibliotece”. Paranormalne śledztwo wyszło znakomicie, dzieciaki były zafascynowane sprzętem i naszymi nagraniami z pamiętnego pensjonatu, gdzie spędziliśmy parę przerażających nocy kilkanaście miesięcy wcześniej. Teraz najmłodsi oglądali film przygodowy, a dwie bibliotekarki, Elf, Młody i ja rozkoszowaliśmy się świeżym powietrzem. Dochodziła dwudziesta trzecia.

– Wierzę – odparłem z przekonaniem, patrząc pani Bożence prosto w oczy. – Wiem, że w duchy trudno uwierzyć ludziom myślącym racjonalnie, ale byłem już w paru dziwnych miejscach. Tak jak mówiłem: od kiedy nocowałem w tamtym pensjonacie, wierzę w to wszystko jak najbardziej. Może się pani ze mnie śmiać...

– Właśnie że nie zamierzam się śmiać – odparła ponuro i gwałtownie, wyłamując sobie nerwowo palce u rąk. – Bo u mnie w domu od tygodnia dzieją się dziwne rzeczy. I tak sobie pomyślałam, że może by pan...

– Mamy sprawdzić, co się u pani dzieje? – spytałem z lekkim zdumieniem, zerkając na zegarek. – Trochę już późno, może przyjedziemy do pani jutro albo pojutrze?

– Ale to się dzieje właśnie w nocy! – jęknęła pani Bożenka, spoglądając na kierowniczkę filii, która w milczeniu pokiwała głową. – O proszę, Jadzia świadkiem! Sama słyszała!

– Ale co panie słyszały?! – nie wytrzymał Młody, niemal podskakując w miejscu z podniecenia. – Coś gada? Jęczy? Stuka? Przesuwa przedmioty?

– Demoluje łazienkę – oznajmiła bibliotekarka posępnie. – Tylko nocami. Słychać, jak coś zrzuca z półek kosmetyki i rzeczy stojące na pralce, tłucze się to wszystko... A tam nikogo nie ma!

– O rany – sapnął mój syn z szacunkiem i spojrzał na mnie błagalnie. – Tato, tego jeszcze nie było! Nawiedzona muszla klozetowa...!

Na krótki moment zapadła cisza, a potem wszyscy ryknęliśmy gromkim śmiechem, nie bacząc na późną porę.

– Gdyby więc panowie mogli zajrzeć do nas nawet teraz, choć na chwilę... – bąknęła w końcu pani Bożenka, ocierając łzy, które popłynęły jej ze śmiechu po policzkach. – Uprzedzę męża, zresztą on na pewno jeszcze nie śpi i też się ucieszy. Nawet już mu mówiłam, że pan przyjeżdża z takim sprzętem i że spróbuję pana poprosić o pomoc.


Mieczysław Cadillac i nawiedzona muszla klozetowa

Pan Robert, mąż bibliotekarki, przywitał nas z otwartymi ramionami. Od razu zaprosił nas do kuchni i bez pytania zrobił wszystkim mocną kawę. Młody rozejrzał się niepewnie, po czym odstawił naszą drogocenną aluminiową walizkę pod ścianę, usiadł na taborecie i zaczął uspokajać Elfa, podekscytowanego nowym miejscem i nowymi ludźmi.

Ledwie zaczęliśmy rozmowę, w drzwiach prowadzących do holu pojawił się nieduży, może siedmioletni chłopczyk, trąc oczy piąstkami.

– Mamo, co się dzieje? – spytał niepewnie, patrząc to na mnie, to na mojego syna, to na rodziców. – Kim są ci panowie?

Potem dostrzegł Elfa i aż wstrzymał oddech.

– Pies! – wykrzyknął radośnie, momentalnie pozbywając się resztek snu. – Prawdziwy pies! On na pewno znajdzie ducha!

– Rozumiem, że synek wie o dziwnych zjawiskach? – spytałem przyciszonym głosem, gdy już przedstawiliśmy się małemu Antosiowi.

– Wie – odparła zmartwiona bibliotekarka. – Kiedyś wróciliśmy z nim dość późno od dziadków i trafiliśmy akurat na moment, gdy w łazience było istne pandemonium. Przedmioty spadały, słychać było wyraźnie...

– Ktoś próbował tam wtedy wejść? – spytałem niepewnie. – Żeby zobaczyć na własne oczy, co się dzieje?

– Uchowaj Boże! – pani Bożenka aż uniosła ręce i zerknęła na męża. – Robert chciał, ale mu zabroniłam. A gdyby to wyszło z łazienki i przeniosło się na resztę domu?!

Zerknąłem na pana Roberta i pokiwałem głową ze zrozumieniem. Młody słuchał z wypiekami na twarzy.

– No cóż – powiedziałem z lekkim wahaniem, odstawiając pusty kubek po kawie i podnosząc się ze stołka. – Teraz trzeba tam wejść. Ustawimy kamerę do zdjęć nocnych, obraz z niej będziemy mieć tutaj, w kuchni, na laptopie. I jeszcze dyktafon, miernik K2... Na początek powinno wystarczyć.

Jak się okazało, wystarczyło aż nadto.


– A skąd się wzięło BMW? – dobiegł nas głos Antosia z kuchni. – Tego na pewno nie wiesz!

– Ależ oczywiście, że wiem! – odparł Młody niefrasobliwie. – A więc słuchaj...

– Pana syn ma niesamowity kontakt z dziećmi – szepnęła pani Bożenka, spoglądając w stronę kuchennych drzwi. – Skąd się to u niego wzięło w takim wieku?

– Nie mam pojęcia, własnych dzieci jeszcze nie ma – odparłem, poprawiając lekko ekran laptopa stojącego na małym stoliku, który pan Robert ustawił w przedpokoju obok drzwi do nawiedzonego pomieszczenia. – A przynajmniej mam taką nadzieję.

Mąż bibliotekarki parsknął śmiechem, a ja ponownie spojrzałem na ekran. Pole widzenia kamery obejmowało niemal całą, dość sporą łazienkę. Wyraźnie widać było bidet, fragment muszli klozetowej, kabinę prysznicową, pralkę oraz – co dla nas najważniejsze – półki, na których stały nieliczne już buteleczki i słoiczki kremu.

– BMW też założył Polak! – oznajmił mój syn z kuchni. – Nazywał się Bartłomiej Marek Wojciechowski. Stąd skrót „BMW”, od inicjałów. A potem firmę odkupili od niego biznesmeni z Niemiec i zrobili z tego „Bayerische Motoren Werke”...

 

– Ojej! A na przykład Reebok?!

– Firmę założył w dziewiętnastym wieku Zenon Reebok, polski imigrant – odparł Młody z niezachwianą pewnością.

– A, a... a ta firma, która produkowała samochody w Ameryce? Mam takie fajne resoraki, zaraz ci przyniosę i pokażę!

Obok nas przemknął Antoś, w jego pokoju coś zagrzechotało, po czym chłopiec pędem wrócił do kuchni.

– O, popatrz! – pisnął. – Patrz, jaki fajny!

– To przecież Cadillac DeVille! – ucieszył się Młody. – Piękny, wspaniały samochód! Firmę Cadillac stworzył w Ameryce niejaki Mieczysław Cadillac, syn biednej polskiej imigrantki oraz amerykańskiego milionera, Josepha Cadillaca...


– A Porsche?

– Porsche... – Młody jakby się zawahał. – A, niech tam. Firmę Porsche stworzył Ferdynand Porsche. Austriak albo Niemiec, trudno powiedzieć... I to święta prawda. Bo wiesz, że wcześniej cię wkręcałem?

– Pewnie, że wiem! – roześmiał się Antoś. – Ale to było takie fajne. Opowiedz coś jeszcze! Teraz... teraz Ferrari!

Mój syn odchrząknął.

– Pierwsze ferrari skonstruowała we Włoszech polska hrabina, która uciekła z Polski, gdyż rodzice nie pozwolili jej zająć się ulubionym hobby, czyli automobilami. Hrabina wyszła za mąż za włoskiego hrabiego, który również pasjonował się samochodami. A zgadniesz, jak miał na nazwisko hrabia?

– Ferrari! – pisnął chłopiec. – Tak?

– Zgadza się! Enzo Ferrari.

– Mów dalej – sapnął mały, po czym nagle się zawahał. – Ale zaraz, to jak teraz nazywała się hrabina?

– Zenobia Ferrari – oświadczył Młody z godnością, co spowodowało gwałtowne parsknięcie pana Roberta, a i ja zakrztusiłem się ze śmiechu. Antoś chichotał nieprzytomnie.

– Cicho tam, obok łazienki! – huknął Młody. – Duchów szukać, a nie podsłuchiwać o prawdziwej, utajnionej historii włoskiej motoryzacji! Antosiu, słuchaj dalej: hrabia i hrabina wyjechali do posiadłości w Maranello, gdzie hrabina skonstruowała pierwszy wyścigowy automobil. Prowadziła go osobiście, podczas jazdy testowej osiągnęła zawrotną prędkość dwudziestu kilometrów na godzinę, a zaraz potem automobil wybuchł! Kapelusz hrabiny odnaleziono pół kilometra dalej, na wieży kościoła...

– A hrabina?!

– Wylądowała w kurniku dwieście metrów dalej. Wkrótce przystąpiła do konstruowania kolejnego automobilu, który osiągnął niewiarygodną prędkość trzydziestu kilometrów na godzinę...

– I wybuchł! – pisnął radośnie Antoś.

– Zgadza się! – ucieszył się Młody. – Wybuchł, w dodatku dwa razy lepiej, bo tym razem nowy kapelusz hrabiny, razem z właścicielką, znaleziono dopiero w kolejnej wiosce!

– Wyobraźnię też ma niesamowitą – mruknął z humorem pan Robert, chichocząc pod nosem. – Kiedyś będzie wspaniałym ojcem!

– Oby nie za szybko – bąknąłem, wprawiając panią Bożenkę i jej męża w jeszcze lepszy humor.

I wtedy nagle obraz z kamery zmienił się – pojawił się na nim czerwony, pulsujący punkt świadczący o tym, że czujnik ruchu na coś zareagował.

Na przedramionach pojawia mi się gęsia skórka.

Elf, leżący do tej pory spokojnie u moich stóp, nagle podniósł się z podłogi, po czym spojrzał na mnie. Następnie na ugiętych łapach podszedł do drzwi łazienkowych, pochylił się i zaczął intensywnie węszyć przy otworach wentylacyjnych przy samej podłodze.

Następnie gardłowo, ponuro zawarczał.

– O Jezus Maria... – szepnęła pani Bożenka, łapiąc męża za ramię.

– Boli! – syknął pan Robert. – Panie Marcinie, o co chodzi?

– Kamera zarejestrowała ruch w łazience – mruknąłem, wpatrując się w ekran laptopa. – I zaraz potem zareagował pies...

– A teraz KFC! – zażądał w tym momencie Antoś.

Pan Robert wstał i zajrzał do kuchni.

– Chłopcy, zróbcie sobie przerwę – poprosił niepewnie, oglądając się na nas. – Coś tam się dzieje...

Byłem zdania, że akurat w tej chwili należało zająć Antosia czymkolwiek, byle nie duchami, ale było już za późno.

– Duch w łazience! – pisnął chłopiec. Jego tata wrócił do nas, a Młody wyjrzał z kuchni i zapatrzył się z daleka w komputer.

– Co tam... – zaczął przyciszonym głosem, ale urwał, gdy coś uderzyło od wewnątrz w drzwi łazienki. – O chol... yyy...

– Chciałeś powiedzieć „o rany” – rzekłem z naciskiem, nie odrywając oczu od monitora. Coś nagle mignęło w rogu, gdzie widać było fragment muszli klozetowej. Na moment pojawiło się coś ciemnego, długiego, co zaraz cofnęło się i zniknęło z pola widzenia.

– Jakby ręka – powiedziała pani Bożenka zduszonym, drżącym głosem. – Ktoś tam wystawił rękę!

– Też to widziałem – szepnął pan Robert zza moich pleców.

– Ja też chcę zobaczyć! – zażądał Antoś cichutko, wychodząc z kuchni i stając niepewnie w drzwiach obok Młodego. Ten od razu wziął go za rączkę.

– Duchy to nic specjalnego, uwierz – odparł lekceważąco. – Ten tutaj to nic takiego! Chodźmy do twojego pokoju, opowiem ci albo o duchach, albo o samochodach. Albo o KFC. Chcesz?

Chłopiec wahał się tylko przez chwilę.

– Chcę – sapnął, a twarz rozjaśnił mu uśmiech. – I pokażę ci resztę moich resoraków!

– Masz u mnie ogromny dług wdzięczności – mruknął Młody, mijając mnie w drodze do pokoju Antosia. – Już ja coś wymyślę, nie martw się.

– Nie wiem, jak mu się odwdzięczę – rozczuliła się pani Bożenka i nagle podskoczyła. – Patrzcie! O, tutaj! Widzieliście?!

Nocna kamera dawała obraz dość nietypowy, bo szaro-biały i ziarnisty, choć sprzęt wcale nie był złej klasy. Dla ludzkiego oka w łazience było całkowicie ciemno, kamera filmowała wnętrze pomieszczenia w podczerwieni, doświetlając je specjalnymi diodami.

– Takie coś długie, ciemne było pod półką z kosmetykami! – emocjonowała się pani Bożenka. – I od razu zniknęło!

– Akurat patrzyłem na chłopaków – zmartwił się pan Robert.


– Ja również – skrzywiłem się i chciałem dodać coś jeszcze, ale wtedy wszystko zdarzyło się niemal jednonocześnie.

Elf, warczący do tej pory cicho i równomiernie, nagle szczeknął raz, a potem drugi. Podskoczył i złapał przednimi łapami za klamkę, co przyprawiło mnie o atak paniki, gdyż doskonale wiedziałem, że nasz pies potrafi otwierać drzwi.

Jednocześnie na ekranie pojawiło się coś czarnego i długiego, wygięło się dziwnie wdzięcznym gestem, przysunęło się do jednego ze słoiczków stojących na półce, po czym trąciło go delikatnie. A potem zdecydowanym ruchem zrzuciło go na podłogę. Wszyscy usłyszeliśmy głośny brzęk rozbijanego szkła i jakiś dziwny, jakby syczący odgłos. Potem zaś to coś odwróciło się w stronę kamery, na jego końcu błysnęły dwa jasne światełka, a ja momentalnie zrozumiałem, na co patrzymy i zdrętwiałem z przerażenia.

– Elfie, przestań! – wrzasnąłem, zrywając się z taboretu. – Zostaw! Nie wolno...!!!


– Co tam jest?! – jęczała pani Bożenka, zasłaniając dłonią usta. – Boże, co tam jest?!

Pies posłusznie opadł na cztery łapy, w dalszym ciągu to gardłowo warcząc, to znów ujadając. Na ekranie widać było, że owo coś w łazience porusza się teraz znacznie gwałtowniej, owijając się wokół butelek stojących na pralce, przewracając je i strącając na podłogę. Hałas był niemiłosierny.

– Panie Robercie, niech pan natychmiast dzwoni na policję! – zażądałem, przytrzymując psa za szelki i starając się go uspokoić. – Pani Bożenko, proszę podeprzeć klamkę jakąś szczotką albo krzesłem z wysokim oparciem, żeby to cholerstwo nie wylazło przypadkiem tutaj, do nas!

– Ale co mam powiedzieć policji? – spytał oszołomiony pan Robert, trzymając w dłoni telefon, podczas gdy pani Bożenka poderwała się z miejsca i popędziła do salonu po jedno z krzeseł.

– Że z muszli klozetowej wylazł wąż!

– Co takiego?!

– Sam pan widział, mam nadzieję – powolutku zacząłem się uspokajać i opadłem na taboret, zerkając to na ekran laptopa, to na psa. Harmider w łazience zaczął się uspokajać i nagle wyraźnie ujrzeliśmy, jak długi, wężowy kształt wypełza z tyłu muszli, chwilę kołysze głową, po czym bezszelestnie zanurza się w środku. Trwało to długą chwilę – wąż najwyraźniej nie należał do najmniejszych.

– O Chryste, rzeczywiście – jęknął pan Robert i błyskawicznie zajął się telefonem. – Halo? Policja? Proszę przyjechać, z mojej muszli klozetowej wyszedł wąż... Co takiego? Jakie znowu żarty, szanowna pani, naprawdę wyszedł!... Nie wiem jaki, nie przedstawił się! Duży! Wyszedł z muszli, narozrabiał, a potem znowu do niej wszedł!... Nie mam pojęcia. Może wyjdzie za chwilę, a może poszedł do kogoś innego! Jeszcze komuś krzywdę zrobi, ja mam w domu dziecko!!!

Przez chwilę jeszcze słuchał, pomrukując, a potem rozłączył się, usiadł na jednym z taboretów i złapał się za głowę. Jego żona w tym czasie ustawiła krzesło przy drzwiach łazienki, podpierając je. Przez chwilę się wahała.

– To nie wyjdzie dziurami od wentylacji? – spytała nerwowo. – Tymi tutaj, na dole?

– Na pewno nie wyjdzie – zapewniłem ją solennie. – Za duży był, nie zmieściłby się.


– Kochanie, a co powiedziała policja?

– Za bardzo nerwowy, zdaje się, jestem – oznajmił melancholijnie pan Robert. – Pani przyjmująca zgłoszenie chyba do końca nie wierzyła w moje słowa. Ale obiecali kogoś przysłać...