Głodna Puszcza

Tekst
Z serii: Nie ma tego złego #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



[no image in epub file]


[no image in epub file]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1

Mój świat, od kilku tygodni idealnie uporządkowany, zaczął się walić mniej więcej w czwartek po południu.

Cóż, zapewne weźmiecie te słowa za wyraz niedojrzałości, bo porządku w moim świecie było dokładnie tyle, ile sam sobie wmówiłem. To, że przez cały ten czas skupiałem się wyłącznie na rodzinie, przyjaciołach i karczmie, wcale nie oznaczało, że świat zewnętrzny, który z taką pasją wypierałem, przestał istnieć. Czyhał na mnie – być może już za najbliższym miasteczkiem czy targowiskiem – i prędzej czy później musiał wyciągnąć po mnie łapska.

Złe przeczucia ogarnęły mnie w chwili, gdy przestąpiłem próg karczmy i dojrzałem trzech jeźdźców nadciągających traktem. Na pierwszy rzut oka nie robili wcale złego wrażenia – jechali niespiesznie i choć u dwóch z nich wypatrzyłem broń, wydawali się bardziej karnymi żołnierzami aniżeli najemnikami czy maruderami. Trzecim jeźdźcem była kobieta, która jechała po męsku, z wysoko uniesioną głową. Jej szary płaszcz spływał na koński zad, a głowę zakrywał kaptur.

Nie było więc żadnego powodu do niepokoju – wręcz przeciwnie, powinienem powitać gości niskim ukłonem i zaprosić na zupę cebulową, od południa pyrkającą w największym kotle – ale mimo to z jakiegoś powodu po prostu zwiałem.

Karczma Pod Kaprawym Gryfem była sporym gospodarstwem, otoczonym niewysokim, rozpadającym się tu i ówdzie murem obronnym. Mieliśmy spory ogród, niewielki sad z cholerną krasnoludzką katapultą, stodołę, kurnik, drewutnię, oborę i stajnię, a za murem również pasiekę, kuźnię, warsztat powroźniczy i wędzarnię, przez co roboty na ogół było aż po oczodoły, ale tego popołudnia dosłownie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Usiłowałem pielić grządki z ogórkami i dyniami, potem raz czy drugi wbiłem widły w kompostownik, jakiś kwadrans rąbałem drewno, aż w końcu zacząłem uczyć sztuczek Paprocha, kundla moich dzieci.

Na tym właśnie przyłapała mnie córka Salia.

Wypadła zza rogu stodoły w chwili, gdy wymachiwałem patykiem przed nosem szczerze zaintrygowanego psa i przymierzałem się do rzutu. Zwolniła i zatrzymała się, a potem obrzuciła mnie dokładnie tym samym spojrzeniem, które żona Sara miała zarezerwowane na każde z moich nietypowych zachowań.

Dokładnie tym samym, pomyślałem. Identycznym. Na starość mam przerąbane.

– Tato, mama cię szuka – powiedziała pozornie neutralnym tonem, w którym dosłyszałem niedowierzanie przemieszane ze współczuciem.

– Tak? – bąknąłem, udając beztroskę. – Powiedz jej, że zaraz przyjdę.

– Zaraz? – Salia oparła brudne rączki na biodrach i tym razem zaszczyciła mnie wzrokiem zarezerwowanym dla nienachalnie bystrych.

Tak, wiedziałem. Doskonale wiedziałem. Sara kierowała się surowymi zasadami, które wymyślała głównie po to, by pomóc mi uregulować moje życie, a jedną z nich był całkowity zakaz korzystania ze słowa „zaraz” w kontaktach z nią. Zdaniem Sary „zaraz” przekładało się na język codzienny jako „jestem czymś zajęty i nie zawracaj mi głowy, a przyjdę wtedy, gdy sobie przypomnę” i pewnie bym to oprotestował, gdybym nie doszedł do wniosku, że w sumie Sara ma rację.

– Dziwnie wyglądasz, tatusiu – stwierdziła Salia.

– Nie, ja tylko tak… No wiesz… – Zachichotałem sztucznie. – Paprocha uczę kijek przynosić.

– Paprocha? – Dziewczynka zerknęła na psa, który siedział obok mnie z tryumfalnie wywalonym jęzorem i przyglądał mi się z zainteresowaniem. – Paproch słucha tylko wujka Żychłonia.

Tak, wiedziałem o tym. Żychłoń uratował kiedyś tego zapchlonego sierściaka z nie lada opresji i przekazał go moim dzieciakom pod opiekę, ale w żaden sposób nie wpłynęło to na psią hierarchię. Paproch nadal słuchał tylko starego guślarza, a wyjątki robił jedynie dla tych, którzy interakcję rozpoczynali z kawałkiem kiełbasy w ręku.

Wiedziałem również, że niewiele brakuje, bym zrobił z siebie idiotę przed ośmiolatką, a więc wciągnąłem powietrze w płuca i wypuściłem je ze świstem.

– Gdzie jest mama? – spytałem głosem wojownika szykującego się do ostatecznego starcia.

– W sali gościnnej – odparła Salia. – Rozmawia z tą dziwną panią, której się czka.

Dłuższe unikanie przeznaczenia rozmijało się z sensem. Wyrzuciłem patyk, odprowadzony przez Paprocha obojętnym spojrzeniem, pogładziłem Salię po jasnych rozwichrzonych włosach i bocznym wejściem wkroczyłem do karczmy. A tam ujrzałem dwie kobiety, które siedziały naprzeciwko siebie przy największej z ław i gawędziły ze sobą przyjaźnie.

Moja żona Sara, jak już wspominałem, żyła wedle rozlicznych zasad i przestrzegała ich z żelazną konsekwencją. Zgodnie z bodaj najważniejszą z nich szanujące się kobiety nie powinny się starzeć, i mogę powiedzieć, że realizowała ją znakomicie. Znaliśmy się od piętnastu lat, małżeństwem byliśmy od dwunastu, a ona nie zmieniła się wcale. Nic a nic. Siedziała w swobodnej pozie, opierając łokcie o blat ławy, i uśmiechała się do rozmówczyni, przechylając lekko głowę, jakby w ten sposób chciała zaakcentować jednocześnie dystans i sympatię. Zgodnie z inną zasadą nie odzywała się, jedynie kiwała lekko głową, zachęcając drugą osobę do dalszych wywodów i taksując ją jednocześnie nieco zmrużonymi oczami, które w zależności od światła były zielone, niebieskie, a nawet brązowawe. Mało kto umiał się oprzeć jej uśmiechowi i starannie zaaranżowanemu zainteresowaniu, dzięki czemu Sara z każdej rozmowy potrafiła wyciągnąć mnóstwo informacji. Te zaś, podbudowane jej niezachwianą intuicją, pozwalały jej kroczyć pewnie wszędzie tam, gdzie ja się potykałem.

Teraz na własne oczy przekonałem się, że potrafi korzystać ze swego daru w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy przychodzi jej rozmawiać z koronowaną głową.

Rozmówczynią mojej żony była bowiem księżna Yanna, władczyni Dymu.

Nie zdjęła płaszcza podróżnego, a do tego siedziała do mnie tyłem, zasłonięta w znacznej mierze przez oparcie ławy, ale od razu się zorientowałem, że to ona. Nie znałem bowiem innej kobiety, która potrafiłaby bez najmniejszego skrępowania drapać się po tyłku podczas rozmowy, a jednocześnie roztaczać wokół siebie miażdżący, wielkopański powab.

Struchlałem, przyznam szczerze, ale jakoś zdołałem to ukryć. Na Dolę, przecież ja się mierzyłem z rosochałami i leśnymi smokami! Wciągnąłem brzuch i mężnie podszedłem bliżej ławy.

– Bądź pozdrowiona, pani, w naszym skromnym przybytku! – Ukłoniłem się księżnej z szacunkiem.

– Rety, Kociołek we własnej osobie – mruknęła Yanna. – Cieszysz się, że wpadłam, co?

– Bardzo, pani – odpowiedziałem i przeniosłem wzrok na żonę. – Salia mówi, że potrzebujesz w czymś mojej pomocy.

Spojrzenia obu kobiet pochwyciły mnie mocno i nie puszczały. Czułem na sobie zarówno lubieżne, rozlazłe wyzwanie Yanny, jak i ciepły, uważny, niemalże analityczny wzrok Sary. Przysięgam, nigdy w życiu nie czułem się gorzej.

– Tak, rzeczywiście. – Sara od niechcenia odrzuciła rudawe loki z krągłych ramion i skupiła uwagę na gościu. – Nalej nam zupy, dobrze? I dokrój chleba. Księżna jest zdrożona, jej żołnierze również.

Spodziewałem się usłyszeć dosłownie wszystko. Księżna Yanna miała wobec mnie ogromny dług wdzięczności, wraz z drużyną ocaliliśmy wszak jej księstwo przed zakusami niejakiego Gwidona, który okazał się sługą Złego – jednak w kluczowym momencie naszych starań musiałem ją upchnąć w beczce po rybach. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ i nie zdziwiłbym się wcale, gdyby księżna zapamiętała sobie głównie ten epizod. Być może zapamiętała sobie również to, że kiedyś spędziłem pół nocy w jej komnacie, i choć nie doszło do niczego zdrożnego…

– Edmund? – Głos Sary, w którym kryła się konsternacja, przebił się przez szalony wir moich myśli i nagle zdałem sobie sprawę, że wciąż stoję i gapię się na żonę.

– Zupa. Chleb – wybełkotałem i czmychnąłem do kuchni.

Kuchnia zawsze była moim królestwem i azylem. Widok wypolerowanych rondli, wiszących rzędem nad blatem z ciemnego drewna, niezliczonych dzbanuszków z przyprawami, stojaków na noże, pęków ziół oraz mosiężnych chochli wszelkich rozmiarów wnosił porządek do mego świata, a zapach gotującej się cebulowej wraz z dziesiątkami innych kuchennych woni zlewał się w cudowną mieszaninę, która zawsze dodawała mi otuchy. Po chwili odzyskałem więc panowanie nad sobą i ostrożnie wyjrzałem zza futryny.

Sara pochylała się ku Yannie, która opowiadała jakąś historię, zamaszyście przy tym gestykulując. W pewnym momencie moja żona odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła głośnym, perlistym śmiechem, który na ogół uwielbiałem, ale teraz… Cóż, teraz nie wiedziałem, co o nim myśleć. Rozumiałem tylko to, co oznaczało nieoczekiwane pojawienie się księżnej – świat zewnętrzny wreszcie mnie dopadł, gotów zadeptać resztki mojego spokoju, i to być może razem ze mną.

 

A także to, że Sara zapewne urządzi mi awanturę. Opowiadałem jej o przebiegu każdej wyprawy w miarę dokładnie, ale pomijałem bądź rozcieńczałem szczegóły, które mogłyby ją zaniepokoić albo skłonić do zadawania niewygodnych pytań. Tymczasem cała nasza wyprawa do Dymu składała się, mam wrażenie, z takich właśnie szczegółów.

Na moim ramieniu zacisnęła się czyjaś dłoń.

– Kociołek! – syknął Gramm z niedowierzaniem. – Czy to nie ta cycata panna, cośmy ją w beczce upchnęli?

Krasnolud Gramm, zwany też Majstrem, był jednym z moich najstarszych przyjaciół, wieloletnim domownikiem, powiernikiem tajemnic i wujkiem dla moich dzieciaków, a więc stanowił ważną część mojego życia. Miał jednak koszmarnie niewyparzony język i zdarzało mu się palnąć coś takiego, że miałem przemożną chęć zapaść się pod ziemię.

Jak na przykład teraz.

– Taaa! – westchnął z zachwytem Gramm, wyjrzawszy zza futryny. – To ta sama! Takich gabarytów się nie zapomina!

Spojrzał na mnie i zmarszczył krzaczaste brwi. W jego zmrużonych ślepiach zamigotało coś, co bardzo mi się nie spodobało.

– Ta, z którą spędziłeś noc, no nie? – szepnął dramatycznie.

– Nie spędziłem z nią żadnej nocy! – syknąłem. – I zawrzyj pysk, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia!

– O ile dobrze pamiętam, w Dymie zamknąłeś drzwi, minęło kilka godzin, otworzyłeś drzwi i wyszedłeś – oznajmił filozoficznie krasnolud. – Definicja jest klarowna. Po mojemu spędziłeś z nią noc.

– Do niczego nie doszło! – wycedziłem z narastającą furią, czując, że na policzki wypływa mi zdradziecki rumieniec. – Do niczego, Majster!

– Dobra! – Gramm rozłożył masywne ramiona. – Jasne, w porządku. Ja ci wierzę. Nie unoś się. Mam tylko nadzieję, że Sara też ci uwierzy.

W jego słowach pojawiło się coś niebezpiecznego. Po plecach spłynął mi zimny dreszcz.

– Nie masz chyba zamiaru…

– Nie, nie, nie! – Gramm wydął usta i machnął pospiesznie dłonią. – Skądże znowu. Gdzież by tam. Nie, nie, ja tylko… – Rozejrzał się po kuchni, jakby czegoś szukał. – Kociołek, gdzie schowałeś te śrubki od katapulty? – spytał niewinnym głosem.

– Co?

– Śrubeczki. – Gramm założył ramiona na szerokiej piersi. – Wiesz które.

Od kilku miesięcy Gramm konstruował w sadzie katapultę, w co oczywiście wciągnął moje dzieciaki. Z początku mi się to nawet podobało, bo Nuut i Edvin, zamiast szwendać się po obejściu i psocić, pod czujnym okiem krasnoluda malowali, smołowali, szlifowali i wiercili wielkie drewniane bale. Wnet jednak dotarło do mnie, do czego katapulta właściwie służy i co może za jej pomocą zmalować obdarzony wielką wyobraźnią krasnolud do spółki z dwoma chłopakami, którzy nie mają jej za grosz.

W ostatniej chwili skonfiskowałem wszystkie potrzebne im śrubki i postanowiłem, że nie oddam ich za nic w świecie.

– Ty pieprzony szantażysto – warknąłem. – Ty zafajdany, brodaty…

– Edmund, zupę znajdziesz w garnku! – zawołała Sara z nutą ironii w głosie. – Poszukaj na piecu! Duży, ciemny kocioł z pokrywką.

Z trudem panując nad gniewem, ustawiłem na tacy cztery miski i do każdej nalałem parującej zupy, a potem zacząłem kroić chleb.

– Jeśli zrobisz choć jedną aluzję – cedziłem przez zęby – jedną, najmniejszą, malusieńką nawet uwagę, Majster, znajdę te śrubki i jedną po drugiej zacznę ci je wbijać w dupę, aż wyskoczą z tej twojej paskudnej gęby!

– Co się dzieje? – W drzwiach pojawiła się łysa głowa Żychłonia.

– Nic takiego. – Gramm wzruszył ramionami. – Do karczmy przyjechała ta panna, co ją Kociołek w Dymie wydymał… He, he, he, czaisz dowcip, no nie? No i rozmawiamy sobie o tym, jak bardzo Kociołek nie chce, żeby sprawa się rypła.

– Aha – powiedział Żychłoń i znikł.

W zasadzie nie powinno mnie to dziwić. Żychłoń, choć należał do grona moich najserdeczniejszych przyjaciół, był przecież guślarzem, jednym z ostatnich przedstawicieli tej rzadko spotykanej i zaciekle tępionej profesji. To, że dożył słusznego wieku, zawdzięczał przede wszystkim instynktownej umiejętności wykrywania wszelkich awantur, w tym tych, które się właśnie rodziły.

– Śrubki – powtórzył krasnolud tonem nieznoszącym sprzeciwu. – I nie groź mi, Kociołek. Masz zbyt dobre serce, by podnieść na mnie rękę.

– Może i racja – ująłem tacę i skierowałem się do wyjścia – ale wiem, czego dorzucić ci do owsianki, żebyś z kibla nie zszedł przez tydzień. Innymi słowy, Majster, morda w kubeł.

Zbliżałem się po cichu, mając nadzieję, że usłyszę, o czym kobiety rozmawiają, ale Sara zamilkła na mój widok i uśmiechnęła się szeroko. Bez słowa postawiłem przed nimi miski, obsłużyłem również obu żołnierzy i zwiałem, tym razem przez główne wejście, by nie natknąć się na czyhającego w kuchni Gramma.

Przemierzyłem pospiesznie niedawno wybrukowane podwórze, po czym skręciłem za budynek karczmy, minąłem budę Paprocha, który znów spojrzał na mnie z zaintrygowaniem, i pchnąłem furtkę w murze, niemalże niewidoczną wśród winorośli. Zatrzasnąłem ją za sobą z westchnieniem ulgi.

– Wrócę po zmroku – obiecałem sobie, patrząc na słońce wiszące już nisko nad łąkami. – I powiem Sarze, że musiałem obejść pułapki na lisy. I że trzeba było rozsypać trutkę na skrzaty, bo znów obsrały pole z ziemniakami. I… Coś tam jeszcze wymyślę.

Po prawej miałem niewielką kuźnię Gramma, przytuloną do muru okalającego karczmę. Przez chwilę bawiłem się myślą, czy nie zakraść się do środka i z czystej złośliwości nie narobić mu bałaganu, ale po namyśle uznałem, że nie ma to wielkiego sensu. Eskalacja konfliktu z Grammem równałaby się spuszczeniu na siebie lawiny.

Zamiast tego ruszyłem w stronę pobliskiego lasu. Ścieżka wiodła przez łąkę, skąpaną w leniwym blasku popołudniowego słońca i wprost odurzającą zapachami. Ciężkie trzmiele odrywały się z donośnym buczeniem od koron popłochów i pysznogłówek, a pszczoły, upojone upałem, kręcące się wokół nachyłków i kocimiętek, coraz liczniej unosiły się wyżej i odlatywały ku pasiece, wabione osobliwym, hipnotycznym śpiewem bez słów.

Mimowolnie pokręciłem głową, jak zawsze, gdy przechodziłem w okolicy pasieki. Pszczołami zajmował się Eliah, mój wieloletni towarzysz i zwiadowca w naszej drużynie. Chętnie i jego nazwałbym przyjacielem, ale nie sądziłem, by tego typu pojęcia do niego pasowały. Eliah był bowiem elfem, który zwykł zaznaczać swoją odrębność w każdy możliwy sposób. Odzywał się tylko wtedy, gdy było to absolutnie niezbędne, podróżował niby z nami, ale w zasadzie obok nas, wybuchał śmiechem w sytuacjach, które z komizmem nie miały nic wspólnego, a do tego miał znacznie luźniejsze podejście do kwestii moralności i niejednokrotnie dał się nam poznać jako wyrachowany zabójca.

Obojętność wobec ludzkiego życia rekompensował pasją okazywaną pszczołom. Te najwyraźniej odwzajemniały to uczucie, bo Eliah, w przeciwieństwie do wszystkich innych znanych mi pszczelarzy, nigdy nie zakładał stroju ochronnego ani kapelusza z siatką. Być może dlatego, że żaden pszczelarz nie wabił swoich skrzydlatych podopiecznych hipnotycznym, uspokajającym śpiewem. Kiedyś, w rzadkiej dla siebie chwili otwartości, powiedział mi, że śpiew to odwieczna tradycja jego plemienia i każdy elf, od dziecka aż po starca, ma w zwyczaju w ten sposób opowiadać samemu sobie o wszystkich ważnych wydarzeniach danego dnia.

Zapytałem go wówczas, dlaczego powrócił do tego zwyczaju dopiero po założeniu pasieki.

– Czemu nie śpiewałeś podczas naszych wypraw? – chciałem wiedzieć. – Toczyliśmy przecież walki, uciekaliśmy, goniliśmy, rozgryzaliśmy spiski… Sporo się działo.

– Ale nic godnego uwagi – rzekł wówczas Eliah i poszedł sobie.

Jasne.

Śpiewał też do snu księżnej Yannie, gdy wyciągnęliśmy ją z beczki, a ta zażyczyła sobie…

– Jasna cholera! – zawołałem. – Może już czas najwyższy, by przestać myśleć o tej rozmemłanej miotle, która…

– Nieee! – Od strony karczmy dobiegł dziki wrzask Yanny. – Znowu ta żaba! Weźcie mi tę paskudę! Kazałam Kociołkowi się jej pozbyć! Nie! Niech on się do mnie nie zbliża! Niech się natychmiast przestanie uśmiechać! Fuj! Ja pierdolę!

Uśmiechnąłem się pod nosem. Jedynym spośród moich towarzyszy, wobec którego Yanna żywiła lęk przemieszany z obrzydzeniem, był goblin Zwierzak. Na szczęście Zwierzak, osobnik poczciwy i dobroduszny ponad ludzką miarę, a przy tym najlepszy kumpel moich dzieciaków, nic sobie z ataków paniki u księżnej nie robił, a chyba wręcz ich nie rozumiał.

– Masz za swoje, prukwo – mruknąłem do siebie i przyspieszyłem kroku.

Pozdrowiłem Eliaha machnięciem dłoni, na co ten nie zwrócił uwagi, i przeszedłszy kilkanaście kroków, wkroczyłem między drzewa, gdzie otoczył mnie błogosławiony cień. Unosiła się tam już chłodna, wilgotna zapowiedź jesiennego zmroku, której trudno by szukać na wciąż rozgrzanej, huczącej życiem łące. Musnąłem dłonią korę mijanej sosny, skubnąłem nieco mchu, wciągnąłem powietrze w płuca.

– To tu, mości książę – powiedział ktoś ochrypłym, niskim głosem. – Ta karczma już tuż za lasem.

– Świetnie – odparł inny głos, równie nieprzyjemny, za to doskonale mi znajomy. – Odwykłem chyba od jazdy konnej, bo dupsko mnie pije jak nigdy wcześniej.

Między drzewami widziałem wyraźnie sylwetki trzech uzbrojonych jeźdźców, którzy powoli zmierzali traktem prowadzącym w stronę Gryfa. Bezwiednie zrobiłem kilka kroków w ich kierunku, zawadzając nogą o suchą gałąź. Po lesie poniósł się suchy trzask. Cała trójka natychmiast odwróciła głowy w moją stronę.

– Kociołek! – Książę Stefan, władca Wichrowin i mój bezpośredni suweren, się rozpromienił. – Cóż za miłe spotkanie! Czy raczej: miłe dla mnie i zapewne mocno niekomfortowe dla ciebie, czyż nie?

Spojrzenie osadzonych blisko siebie oczu księcia odbierało rezon największym chojrakom, a ja bynajmniej do takowych nie należałem. Książę potrafił sparaliżować mnie lękiem na długo przed wydarzeniami, które związały nasze losy, a co dopiero teraz, gdy miał naprawdę ważkie powody, by chcieć się ze mną rozprawić. Najlepiej tu i teraz, bez niewygodnych świadków.

Byłem sam, bez choćby nożyka do ziemniaków, a oni mieli przewagę liczebną, a do tego byli uzbrojeni.

Nagle zrobiło mi się zimno, a szok wywołany pojawieniem się księżnej Yanny wydał mi się wręcz komiczny. Stefan zaś najwyraźniej świetnie zdawał sobie sprawę z popłochu, w jaki wpadłem – powoli, nie spuszczając ze mnie spojrzenia, obrócił ku mnie konia, a jego dłoń w skórzanej rękawicy opadła na drzewce włóczni. Towarzyszący mu wojownicy poszli w jego ślady.

Cisza się przeciągała, a krzywy, złośliwy uśmiech Stefana poszerzał się, aż książę przekrzywił głowę i parsknął śmiechem.

– Och, Kociołek, na żartach się nie znasz? – zawołał, choć w jego nadal zmrużonych oczach wcale nie widziałem wesołości. – Spójrzcie tylko, chłopaki, mało się nie sfajdał.

Obaj wojownicy jak na komendę ryknęli śmiechem.

– Naprawdę myślisz, że bym cię tak tu w lesie rozwłóczył? – spytał Stefan. – Cóż, myśl sobie, co chcesz. Co masz na piecu?

– Eee… Co takiego? – wykrztusiłem.

– Głodny jestem – oświadczył władca Wichrowin. – I zmierzam do tego twojego Gryfa, by sobie podjeść, a ty przecież lubisz dla mnie gotować, no nie?

W jego zimnym wzroku nie dostrzegałem ani odrobiny szacunku, za to bezkres wzgardy. Myśl, że będę gościł u siebie nie jedną, lecz dwie koronowane głowy Doliny, wydała mi się nie do zniesienia.

– Cebulowa jest – bąknąłem. – Normalnie w czwartki podajemy kotleciki w sosie grzybowym, ale dziś mamy cebulową.

– Świetnie – rzekł książę, naraz zadumany. – Cebulowa może być. Dojechała już Yanna?

– T-tak…

– A Rupert?

*

Księcia Ruperta, pana na Sokolniku, znałem z całej trójki rodzeństwa najsłabiej, i to tylko ze złej strony. Choć mnie i moim kompanom udało się bez większego trudu odbić jego córkę Matyldę z rąk porywaczy, książę nie okazał nam ani cienia wdzięczności i podjął starania, by pozbawić nas zapłaty, którą ostatecznie wręczył nam ze wzgardą i skrajną niechęcią. Być może w głębi swego czarnego serca mimo wszystko poczuł ulgę – Matylda była wszak jedyną jego pełnoletnią, a więc politycznie istotną córką – choć ze strony smarkuli nie doczekaliśmy się słów podzięki. Znienawidziła nas, swoich wybawicieli, tak bardzo, że gdyby nie kontrakt z jej ojcem, chętnie oddałbym ją jakimś innym porywaczom.

 

Choć może jest w tym trochę naszej winy, pomyślałem, przyglądając się Rupertowi zsiadającemu z konia. Może trzeba było jednak wykombinować dla młodej inną sukienkę w miejsce tej posikanej. I nie dawać jej Eliaha na towarzysza.

Książę Rupert na szczęście nie zabrał córki. Stawił się w karczmie Pod Kaprawym Gryfem samotrzeć, podobnie jak Stefan i Yanna, emanując przy tym miażdżącą aurą wyższości i pogardy. Omiótł niechętnym wzrokiem mnie oraz Sarę, a potem spojrzał na karczmę i skrzywił się tak bardzo, że kąciki jego ust znikły w gęstwinie czarnej brody.

– Ze wszystkich miejsc w całej Dolinie – wycedził – wybraliście akurat tę obrzydliwą…

– Cicho, braciszku – przerwał mu Stefan, który stanął obok nas i upił łyk piwa z wielkiego kufla. – I wyciągnij kijek z dupy. Nie pamiętasz ustaleń?

– Dyskretnie ma być – dodała Yanna, która pojawiła się obok księcia Wichrowin i wsunęła mu dłoń pod ramię. – Gospodarze przygotowali dla nas ustronne miejsce. Nie będziemy ściągać na siebie uwagi ani zwykłych ludzi, ani naszych nadętych, świętobliwych…

– Ciii – przerwał jej Stefan. – Dyskretnie to dyskretnie.

Teraz dopiero dotarło do mnie, że cała trójka, wyjąwszy arystokratyczne miny i spojrzenia, prezentuje się nad wyraz skromnie. Mieli na sobie mocne buty, porządne kaftany i nowe płaszcze, a u pasów – nie licząc Yanny – zawiesili niezgorszą broń, ale nie nosili żadnych insygniów ani jakiejkolwiek biżuterii, która podkreślałaby ich status. Był to, musiałem przyznać, kamuflaż wielce udany, bo ludzie, którzy zewsząd napływali do karczmy, by jak co wieczór pić, jeść i śpiewać, rzadko kiedy zaszczycali przybyszów więcej niż jednym spojrzeniem.

– Poza tym to miejsce ma mnóstwo zalet – dodał książę Wichrowin, przewracając oczami. – Nasz przyjaciel Kociołek dołoży wszelkich starań, by było nam tu miło.

Poklepał mnie przy tym po ramieniu, zbyt mocno jak na mój gust.

– Mam nadzieję, że nie będę tego żałował – prychnął Rupert i rzucił wodze konia przechodzącemu nieopodal Grammowi.

– No, rozchmurz się, braciszku. – Yanna uśmiechnęła się szeroko. – Chodź już. Pokażę ci miejsce, w którym sobie… no, pogadamy.

– Ty masz nas tam zaprowadzić? – Rupert zmierzył mnie i Sarę wzrokiem przeznaczonym dla wszelkiego plugastwa. Wpatrywałem się w niego bez wyrazu, a Sara, czego byłem pewien, ze spokojnym, zdystansowanym uśmiechem. – A co z gospodarzami tej rudery? To nie ich robota?

Yanna wyjęła kufel piwa z ręki Stefana i upiła łyk, nie dbając o to, że strużka pociekła na jej bluzkę. Beknęła głośno, a potem podeszła bliżej i syknęła:

– Którą część mojego listu przegapiłeś, Rupercik? Żadnych ukłonów, żadnych względów, żadnego pomiatania służbą. Przegadujemy, co do nas należy, i znikamy bez śladu.

– Integracja z pospólstwem nie wychodzi mi tak dobrze jak tobie, Yanna – warknął Rupert, ale posłusznie ruszył za księżną Dymu do środka. W drzwiach, ku swej wyraźnej zgryzocie, przepuścił dwóch wychodzących na zewnątrz koniuchów. Stefan, klepnąwszy mnie w ramię raz jeszcze, podążył za nimi.

Powoli zapadał zmierzch, a niebo ciemniało tym szybciej, że ze wschodu nadciągały chmury. Od nieodległych mokradeł niosło się kumkanie żab, a z karczmy dobiegała wrzawa wesołych rozmów. Spojrzałem na Sarę, która wydawała się spokojna jak zwykle, choć tym razem mogła to być jedynie fasada. Nagle uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas trzymam ją za rękę.

– Co tu się wyprawia? – spytał cicho Żychłoń.

Stary guślarz wyrósł bezszelestnie za nami. Spoglądał na drzwi, za którymi właśnie znikło troje z pięciorga książąt władających Doliną i reprezentujących wszystko to, co zadecydowało o śmierci dziesiątków jego konfratrów, a jego samego zmusiło do życia w ukryciu. Uśmiechnąłem się lekko. Żychłoń był najmądrzejszym z nas i zawsze czułem się nieco raźniej, gdy miałem go w pobliżu.

– Tak do końca to chyba nie wiemy – odpowiedziała Sara i spojrzała na mnie. Na jej ustach pojawił się uśmiech, choć oczy pozostały poważne. – Wygląda na to, że koronowani przyjaciele Edmunda postanowili spotkać się w naszej karczmie, by omówić swoje sprawy. Tak przynajmniej przedstawiła to księżna Yanna, kiedy ty postanowiłeś…

Zmarszczyła lekko brwi i wypuściła moją dłoń.

– Mogę wiedzieć, Edmund, dlaczego uciekłeś na jej widok?

– Wcale nie uciekłem – pisnąłem. – Ja po prostu… nie lubię jej i tyle.

– Ciekawe. – Sara nie spuszczała ze mnie wzroku. – Przegadałyśmy dobrą godzinę. Przemiła kobieta. Zupełnie nie wiem, dlaczego ludzie wygadują o niej takie rzeczy.

– Masz zbyt dobre serce, by dostrzegać ludzkie przywary – oznajmiłem, na co Sara wywróciła oczami.

– Ależ to słabe było, Edmund. Koszmarne wprost. Ble. Umówmy się, że na najbliższy tydzień dajesz sobie spokój z komplementami, a do sprawy twojego dziwacznego zachowania jeszcze wrócimy. Na razie poprzestańmy na tym, że masz znamienitych przyjaciół i w naszym interesie jest, by odwiedzali nas jak najczęściej. Plotki o tym, że gospodarz ucieka przed gośćmi, żeby uczyć psa aportu, na niewiele nam się zdadzą.

– Serio? – prychnął Żychłoń. – Chciałeś wytresować Paprocha? Pogorszyło ci się, Kociołek.

– Odwal się – bąknąłem.

– Do roboty. – Sara klasnęła w dłonie. – Ja stanę za barem, a ty leć do kuchni. Stefan życzy sobie cebulową, Rupert porcję bigosu z kaszanką, a Yanna śledzika.

Urwała i spojrzała na mnie.

– Powiedziała, że ma być taki jak wtedy – dodała miękko. – Jak kiedy, Edmund?

– Jak podczas naszej wizyty w Dymie – warknąłem, przypuszczalnie za ostro. – Bo dla owych znamienitych przyjaciół, z których wizyty tak się cieszysz, jestem tylko kuchcikiem na zawołanie, bez względu na to, czy właśnie ratuję ich samych, czy może ich księstwo. I chyba właśnie dlatego wolę tresować Paprocha niż im usługiwać.

– A ja nie mam ochoty robić tego za ciebie – powiedziała dobitnie Sara. – Własnych obowiązków mam aż nadto. Chcesz się mazać, to proszę, ale jutro, kiedy szanowni państwo pojadą sobie w cholerę.

– Oho! – stwierdził Żychłoń. – Jeszcze jeden powód, by się stąd wynosić.

Dopiero teraz zauważyłem, że stary guślarz ma na sobie ciepłą wełnianą szatę, a na plecach tobołek. Wyglądał, jakby się szykował do drogi.

– A ty gdzie się wybierasz? – spytałem ostro. Nie chciałem, by nas opuścił.

– Za dużo tu koronowanych głów jak na mój gust – mruknął guślarz. – Spędzę tę noc w lesie.

– No tak – bąknąłem. – Ma to sens.

– Uważaj na siebie – powiedziała Sara, a potem spojrzała w niebo. – I przyszykuj się na deszcz.

– Dam sobie radę – oznajmił Żychłoń i prychnął pod nosem, jakby dziwiło go, że ktoś uważa deszcz za niedogodność. – To lepiej wy uważajcie na siebie. A ty – spojrzał na mnie przenikliwie – nie wciągnij nas w jakieś bagno.

Miałem wrażenie, że chciał powiedzieć „znowu”, ale powstrzymał się ze względu na Sarę. Pokręciłem głową.

– Bywaj, Żychłoń – powiedziałem. – Do zobaczenia rano.

A potem moja żona i ja wzięliśmy się znów za ręce i ruszyliśmy z powrotem ku tętniącej życiem, roześmianej karczmie.

– Kociołek! – zawołał za nami Gramm, który z niewyraźną miną wciąż trzymał lejce książęcego konia. – Ta szkapa to jest dla mnie czy co?

*

Jedyną zemstą na trójce książąt, którzy znienacka wdarli się w moje życie i odebrali mi spokój, było to, że do przygotowywania posiłków dla nich zabrałem się dopiero jakieś pół godziny po powrocie do Gryfa i krzątałem się wyjątkowo niespiesznie. Gdy ruszyłem z tacą po skrzypiących schodach na piętro, gdzie książęce rodzeństwo zawzięcie nad czymś dyskutowało, na dworze rozszalał się wiatr, który szarpał okiennicami.

Z komnaty, w której zazwyczaj odbywałem narady z drużyną, dobiegały odgłosy stłumionej rozmowy, przerwane w pewnym momencie wybuchem mało przyjemnego śmiechu Yanny. Zastukałem butem.

– Kolacja! – zawołałem.

Otworzył mi Stefan. W pomieszczeniu płonął rozpalony przez Sarę kominek, buchający raz po raz żywszym ogniem, gdy do komina wpadał wiatr. Obaj mężczyźni zrzucili kaftany i siedzieli w samych koszulach, a Yanna pozostawiła na sobie jedynie tunikę, która nie stanowiła żadnego wyzwania dla wyobraźni. Zaczerwienione policzki, błyszczące oczy i opróżniona do połowy baryłka piwa były wyraźnym znakiem, że rodzeństwo znalazło sposób, by nieco naoliwić zadry we wzajemnych stosunkach.

– Wreszcie – prychnął Stefan i zatrzasnął za mną drzwi. – Już myślałem, że każesz nam zejść na dół i zjeść wśród pospólstwa. Tam postaw. – Poklepał blat w miejscu, gdzie siedział, a ja poczułem, że coś we mnie pęka.