Zaginione arabskie księżniczkiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zaginione arabskie księżniczki
Zaginione arabskie księżniczki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,70  50,96 
Zaginione arabskie księżniczki
Audio
Zaginione arabskie księżniczki
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Majid triumfalnie podniósł maczetę, wzywając imię Allaha.

***

Widzę łzy w oczach Talala. Nawet teraz, po tylu latach, nie jest w stanie mówić o tym normalnie. Nie był nawet świadkiem tej egzekucji, znał ją tylko z przekazów, ale i tak poruszała go do głębi. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że opowiadając o Mishaal, myśli nie tylko o niej.

– Księżniczka Mishaal mogła uniknąć śmierci. Poniekąd sama się na nią skazała – mówię prowokacyjnie.

– Nie mogła!

– Przecież podczas procesu trzykrotnie przyznała się do winy.

– Nie było żadnego procesu!

– Jak to? Przecież przed chwilą w szczegółach mi go opowiedziałeś…

– Tak, bo to relacja, którą saudyjski dwór przedstawił światu. W ich pokrętnych umysłach fakt, że księżniczka sama przyznała się do winy, zmywa krew z ich rąk. Przecież została skazana prawomocnym wyrokiem zgodnie z obowiązującym w państwie kodeksem, więc żaden inny kraj nie ma prawa ich za to potępiać. Ale prawda wyglądała zupełnie inaczej. Nie było żadnej publicznej egzekucji i choć przebiegała ona tak, jak to opowiedziałem, doszło do niej bez sądowego wyroku, na wyłączne polecenie szejka Mohammeda, na parkingu tuż po tym, jak Mishaal i Khaled zostali zabrani z lotniska. Rozprawili się z nimi nie na podstawie wyroku sądu, tylko na rozkaz. Tak po prostu. Nie miało to nic wspólnego z prawem. Nawet tym nieludzkim, koranicznym. To była zwykła, prymitywna plemienna rozprawa z nieposłuszną wnuczką, która śmiała się sprzeciwić woli głowy rodu i splamić honor rodziny. Książę Mohammed mimo swojego prawa do tronu nigdy nie został królem, ale był niezwykle wpływowym politykiem. Sąd traktował fasadowo – jako instytucję potrzebną do sprawiania wrażenia praworządności, ale w wielu sprawach to jego wola była ostateczna.

– Nie miałeś problemu z tym, by dla niego pracować?

– Nie miałem wyboru. Ale na szczęście wkrótce moja pałacowa kariera zapędziła mnie w zupełnie inne miejsce. Choć w sumie nie wiem, czy powinienem mówić o szczęściu…

– Znalazłem informację o tym, że Mishaal była mężatką, kiedy wdała się w romans z Khaledem.

– Nie była. To kolejna próba uzasadnienia barbarzyństwa, które zakończyło jej krótkie życie. Nie była mężatką, ale nawet gdyby nią była, nie zasłużyła na to, by w wieku dziewiętnastu lat odejść z tego świata. I to na rozkaz własnego dziadka, przy współudziale własnego brata!

– No właśnie, co z Majidem?

– Spotkałem go podczas jednej z uroczystości w pałacu mojego następnego pracodawcy. Miał wtedy około trzydziestu lat, trzy żony i gromadkę dzieci. I oczywiście żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, co zrobił własnej siostrze.

Talal sięga po mocno już podniszczoną kopertę. Wyjmuje z niej sporej wielkości fotografię. Poznaję. To kadr z filmu, który razem oglądaliśmy. Jego najsmutniejszy moment. Egzekucja dwójki młodych, zakochanych w sobie, niewinnych ludzi.

– Dlaczego przechowujesz to zdjęcie? – pytam.

– Bo przypomina mi o tej zbrodni, a ja nie chcę o niej zapomnieć. Kiedy spotkałem Majida, wiedziałem, że nikt z jego bliskich nie pamięta już o Mishaal. Tak w Arabii Saudyjskiej postępuje się z członkami rodziny, którzy splamili jej honor. Usuwa się całą pamięć o nich najskuteczniej, jak się da. Dlatego ci ludzie, najczęściej kobiety, po prostu znikają, jakby nigdy ich nie było. Ja nie mogę… nie chcę na to pozwolić.

ROZDZIAŁ 4

Kamal

Niedługo po egzekucji Mishaal i Khaleda na królewskim dworze nastąpiły spore zmiany. Król Khalid podupadł na zdrowiu, przeszedł operację serca, a zanim doszedł do siebie, dostał zawału. Był osłabiony i niezdolny do kierowania państwem. Jego oficjalne obowiązki przejął książę koronny Fahd. Kolejnego zawału król Khalid nie przeżył. Wkrótce książę Fahd zasiadł na tronie jako kolejny z Saudów, którzy od kilku dekad władali islamskim królestwem. Dla mnie oznaczało to krótki powrót na królewski dwór, a następnie nowe, chyba najtrudniejsze w dotychczasowym życiu zadanie. Trafiłem do pałacu Fatmy, najstarszej córki króla Fahda, i jej męża, królewskiego ministra Hafeza. Mieli trzy córki i trzech synów. Kamal był najmłodszym z nich.

Niesforne stworzenie. Nie znał strachu przed nikim. Nikogo nie słuchał. Robił, co chciał. Kiedy zostałem oddelegowany do opieki nad nim, miał zaledwie dziewięć lat, ale już wtedy wiedziałem, że nie wyrośnie z niego nic dobrego. Był, jak na swój wiek, bardzo wyrośnięty, spokojnie mógłby uchodzić za dwunastolatka. Jego prawdziwy wiek zdradzała jednak twarz. Patrząc na jego błyszczące jak czarne diamenty oczy i pucułowate policzki, można było odnieść wrażenie, że to zwyczajne, słodkie dziecko. On sam szybko się przekonał, że jego niewinne miny działają jak tarcza odpychająca wszelkie oskarżenia, co utrzymywało go w poczuciu bezkarności i pozwalało na skrajne okrucieństwo.

Kiedy dziś o nim myślę, widzę wiele analogii z Majidem, bratem Mishaal, choć mam wrażenie, że Kamal w swoim okrucieństwie pobiłby go na głowę. On także zaprowadził swoją siostrę, księżniczkę Fahdę, na zgubę bez najmniejszych skrupułów. I niestety nie była ona jego jedyną ofiarą.

Księciu Kamalowi zostałem przedstawiony przez sekretarza szejka Hafeza jako jego osobisty służący. Przyjął to do wiadomości i ignorując moją obecność w komnacie, rzucił z uśmiechem:

– Zobaczymy, ile wytrzyma! Ostatni śmieć zdechł dość szybko. Mam nadzieję, że znaleźliście jakiś bardziej wytrzymały egzemplarz.

Byłem porażony tymi słowami, ale jednocześnie zaskoczony elokwencją zupełnie nieprzystającą do jego wieku. To niestety dowodziło tylko jego psychopatycznych skłonności. Przekonałem się o nich niedługo później, gdy miałem towarzyszyć księciu podczas jego ulubionej zabawy.

Na dziedzińcu pałacu stał wielki pleciony ze słomy kosz. Przemoknięty od spodu, zdradzał pochodzącą z morza zawartość. W istocie w środku kłębiły się walczące o życie i tlen sporej wielkości żółwie. Kamal wyszedł z pałacu pośpiesznym krokiem i dopadł kosza.

– Mam nadzieję, że to nie wszystko, bo coś tu mizernie. Rozpalać ruszt!

Kilku zgiętych wpół służących na jego słowa wyniosło żeliwny obiekt, w którym wkrótce potem zapłonął ogień. Kamal tymczasem przystąpił do zabawy. Zaczął wyjmować z kosza żółwie i ciskać nimi o kamienną posadzkę. Służba, ewidentnie przeszkolona w tej grze, biegała dookoła, zbierając wyrzucone zwierzęta. Te z pękniętymi skorupami trafiały do jednego kosza, a te, których skorupy wciąż były całe, wracały do tego, w którym przyjechały.

– Yes! – krzyknął Kamal, ciesząc się kolejną pękniętą skorupą. – Rozleciała się w drobny mak! Ma się tę siłę w rękach.

Nie mogłem uwierzyć, że obserwuję zabawę dziewięciolatka. Ale to wciąż nie było najgorsze. Gdy wszystkie żółwie były już satysfakcjonująco zmasakrowane, Kamal przystąpił do kolejnej rozrywki. Każde ze zwierząt osobiście wyjmował z resztek skorupy – co, sądząc po jego minie, sprawiało mu niekłamaną radość – i wrzucał żywcem w szalejący w żeliwnym naczyniu ogień.

– A masz, motherfucker! I następny! – monologował, masakrując kolejne żółwie jeden po drugim. Odpuścił dopiero, gdy ostatni zniknął w ogniu, a cały dziedziniec spowijał drażniący cuchnący dym. Ale nawet krztusząc się od niego, Kamal był niezadowolony, że liczba przygotowanych dla niego ofiar jest tak niewielka. Zabawa skończyła się zdecydowanie zbyt wcześnie.

– Co to ma być?! Następnym razem chcę trzy takie kosze, bo zacznę was wrzucać żywcem do ognia! – straszył czterokrotnie większych od siebie mężczyzn, którzy wyglądali na śmiertelnie przerażonych. Wiedzieli, że takie pogróżki księcia Kamala mogą nie być czczą gadaniną.

Kiedy go poznałem, lista jego ofiar zawierała wyłącznie zwierzęta. Gdy zaledwie o rok starsza od Kamala księżniczka Fahda znalazła na pałacowym dziedzińcu dwa kotki, prawdopodobnie osierocone i zabłąkane, Kamal zapalił się do roboty. Bezpańskie zwierzęta nie mają w Arabii Saudyjskiej łatwego życia. Są traktowane na równi z insektami i niewiele osób oferuje im jakąkolwiek pomoc. Fahda należała do tych nielicznych. Kamal obserwował, jak siostra karmi maluchy mlekiem, bawi się z nimi i opiekuje jak prawdziwa kocia mama. Wiedziałem, że nie może tego pojąć. W końcu zdecydował, że musi zainterweniować.

– Co ty znosisz do pałacu? – zapytał, stając przed księżniczką pochyloną nad kocimi maluchami.

– Same tu przyszły. Nie twoja sprawa. Idź stąd! – próbowała bronić malców, wiedząc, do czego zdolny jest Kamal.

– O nie! Zabieram te sierściuchy ze sobą.

– Chyba zwariowałeś! Niby dlaczego miałabym ci je oddać? – Fahda zwinnym ruchem złapała kocięta i schowała za poły swojego płaszcza.

– Dobrze wiesz dlaczego. Nie masz tu nic do powiedzenia. To szkodniki. Oddaj je!

– Nigdy! Sam jesteś szkodnikiem!

Pobiegła do pałacu co sił w nogach. Ku mojemu zdziwieniu Kamal nie ruszył za nią, choć zapewne byłby w stanie ją dogonić i dopiąć swego. Zamiast tego zaczął obmyślać plan, który w dużo łatwiejszy sposób miał doprowadzić go do celu.

Bez zapowiedzi ani czekania na zgodę wparował do gabinetu ojca.

– Fahda musi zacząć się zakrywać – zażądał. – Jest nie do zniesienia!

Szejk Hafez uśmiechnął się dobrotliwie, bo żądanie chronienia moralności starszej o rok siostry w ustach dziewięciolatka brzmiało zabawnie nawet dla niego – pokornie respektującego religijne zasady ojca.

– A czymże ci się naraziła, synu? – spytał z udawaną powagą.

– Nie słucha poleceń. Kobieta powinna słuchać!

Hafez nie był już w stanie powstrzymać śmiechu. Rozbawienie mieszało się z dumą.

– Masz rację, Kamalu, powinna. Ale Fahda jeszcze nie jest kobietą… Minie jakiś czas, zanim nią zostanie, Insh Allah… Lepiej powiedz, o co ci tak naprawdę chodzi.

– Bo ona przyniosła do pałacu koty i nie chce mi ich oddać.

 

– A dlaczego miałaby je oddać?

– Bo… bo koty roznoszą choroby.

Trzeba przyznać, że jak na dzieciaka spędzającego niemal cały czas na sadystycznych zabawach Kamal potrafił merytorycznie argumentować swoje kaprysy. Przekonał ojca. Jeszcze tego samego dnia, ku jego niekłamanej radości i rozdzierającej serce rozpaczy Fahdy, oba kocięta znalazły się w jego rękach.

– Jedziemy na wycieczkę. Przygotuj samochód! – wrzasnął na mnie.

Wkrótce jechaliśmy ulicami Rijadu. Kamal na tylnym siedzeniu kurczowo trzymał popiskujące kocięta.

– Dokąd mam jechać, książę? – zapytałem.

– Na pustynię!

Wyjechaliśmy z miasta i po chwili znaleźliśmy się na asfaltowej drodze z nierównomiernie przysypanymi pustynnym piaskiem krawędziami. W oddali majaczyło miasto, słupy energetyczne, gdzieniegdzie jakiś beduiński namiot.

– Teraz gaz do dechy!

– Książę, to niebezpieczne…

– Ktoś cię pyta o zdanie? Gaz do dechy!

Nie dyskutowałem z nim dłużej. Przyspieszyłem, starając się jednocześnie obserwować to, co się działo na tylnym siedzeniu. Gdy byliśmy już porządnie rozpędzeni, Kamal opuścił szybę. Podmuch gorącego powietrza wpadł z impetem do kabiny, ale niezrażony tym przysunął się do okna i wystawił na zewnątrz rękę, w której trzymał za skórę jedno z kociąt. Zwierzak piszczał niemiłosiernie, a ja – w trosce o nasze bezpieczeństwo – nie mogłem zareagować. Po chwili Kamal puścił kociaka. Zwierzę odbiło się o samochód i upadło na rozpaloną pustynnym słońcem jezdnię. Zginęło na miejscu. Gdy sięgnął po kolejnego, gwałtownie zahamowałem. To było silniejsze ode mnie, nie mogłem się powstrzymać, nie zastanawiałem się nad konsekwencjami.

– Co ty robisz, śmieciu? – warknął. – Ruszaj, natychmiast!

– Książę, tak się nie robi. Jak mogłeś zabić to zwierzę? Dlaczego?

– Bo takie miałem życzenie. Musisz się przyzwyczaić do tego, że moje życzenie jest święte. A teraz życzę sobie, żebyś ruszył z tej cholernej pustyni albo wkrótce będziesz gnił jak ten kot.

– Książę, oddaj mi, proszę, tego kotka! – nie chciałem ustąpić.

Był wściekły i widziałem, że nie wie, co zrobić z moim nieposłuszeństwem. Byłem pierwszym służącym, który odważył się zakwestionować jego prawo do robienia tego, co mu się żywnie podoba.

– Chcesz kotka? Proszę!

Złapał zwierzę i wysiadł z samochodu. Przez moment myślałem, że chce mi go podać przez otwartą szybę od strony kierowcy, ale on rzucił nim z impetem o jezdnię. Kot przeżył upadek, ale nie był w stanie się podnieść. Podniósł go Kamal. I rzucił ponownie. Tym razem polała się krew. Zwierzę cierpiało niewyobrażalne męki. Książę był tym wyraźnie usatysfakcjonowany. Wkrótce wrócił do samochodu.

– Proszę, weź sobie kotka – powiedział cynicznie. – Przecież go chciałeś.

Ku jego zdziwieniu wysiadłem i pochyliłem się nad umierającym malcem. Nie byłem w stanie zrobić nic bardziej miłosiernego, niż skrócić jego cierpienie. Szybkim ruchem ukręciłem mu łepek, po czym podniosłem drobne ciałko i położyłem na piasku, kilka kroków od jezdni.

W drodze powrotnej do pałacu Kamal siedział niemal nieruchomo. Był w ciężkim szoku po tym, co zobaczył. Zmasakrowane zwłoki zwierząt go nie ruszały, ale empatia była mu zupełnie obca. O tym, jak bardzo go to zszokowało, przekonałem się, gdy okazało się, że nie poskarżył na mnie nikomu. Byłem przekonany, że ta mała mściwa bestia natychmiast zaraportuje fakt, iż nie wykonałem jego rozkazu, ale nie… Odpuścił.

Historia z kociętami pokazała mi olbrzymią przepaść, jaka dzieli arabskich arystokratów w zależności od płci. W tradycyjnym muzułmańskim społeczeństwie ten podział też występuje, ale w pałacach jest posunięty do ekstremum. Książętom wolno niemal wszystko – księżniczkom znacznie mniej. Młodych szejków wychowuje się na bezczelnych, pozbawionych skrupułów zdobywców. Ich siostry na łup, który będzie można w przyszłości dobrze sprzedać w jakimś politycznym układzie za cenę większych wpływów lub jakiś militarny sojusz.

Różnica między Fahdą i Kamalem była olbrzymia. Wychowani pod tym samym dachem, stanowili swoje całkowite przeciwieństwa. Fahda była niezwykle uroczą dziewczynką, kochała przyrodę, opiekowała się wszystkimi, a jej szczebiot topił serca każdego – od służby po jej poważnego ojca. Kamal był małym sadystą, który znęcanie się nad ludźmi trenował na zwierzętach.

Kiedy skończył dziesięć lat, w urodzinowym prezencie od swojego ojca dostał zwierzę godne saudyjskiego księcia – małego tygrysa bengalskiego. Dzika bestia była dla niego równym przeciwnikiem. Kamal szybko się przekonał, że tutaj sadyzm nie przejdzie. Na jakiś czas zaprzestał nawet zabaw w rozłupywanie żółwich skorup czy obcinanie skrzydeł kanarkom. Zamiłowanie do krwi zaspokajały zapewne chwile karmienia małego tygrysiątka. Książę z dużym zaangażowaniem rzucał mu spore kawałki baraniego mięsa, przygotowanego specjalnie dla jego pupila. Opiekował się nim, jakby nigdy wcześniej nie skrzywdził żadnej istoty. Takim jeszcze go nie widziałem. Był po prostu małym chłopcem, dzieciakiem, który przestał udawać dorosłego i dobrze się bawił. Kamal naprawdę bardzo się zaprzyjaźnił z młodym tygrysem. Chodził z nim wszędzie, przytulał, spał z nim i nieudolnie tresował. Może właśnie to było mu potrzebne, pomyślałem, widząc, jak turla się z tygrysim malcem po marmurowej posadzce pałacu. Może potrzebował zwierzęcia, przed którym będzie czuł respekt, które będzie szanował. Krwiożerczego jak on, choć w tej kwestii istniała pomiędzy nimi spora różnica. Tygrysy zabijają, by przeżyć. Kamal robił to z czystej przyjemności.

Nazwał go Arel, co w języku arabskim znaczy „duch”. Swoje imię młody tygrys zawdzięczał zapewne niemal mlecznobiałemu umaszczeniu z delikatnie tylko zaznaczonymi szarymi prążkami, które dopiero z czasem zaczęły być bardziej widoczne.

Moje przeświadczenie, że Arel jest w stanie pozytywnie wpłynąć na psychikę i zachowanie młodego księcia, prysło, gdy pewnego dnia w przypływie szczerości Kamal zdradził mi, że Arel wkrótce weźmie udział w swojej pierwszej wielkiej misji.

– On czuje krew! Wyczuje krew u Fahdy!

Był przekonany, że Arel poinformuje go o tym, że jego siostra zaczęła miesiączkować – w tym dniu, według tradycji, zostanie ona kobietą i będzie musiała zacząć się zasłaniać przed światem czarnymi tkaninami. Czekał na to wręcz obsesyjnie.

– Ja wiem, że będzie chciała to ukryć, żeby się nie zakrywać, ja ją znam, ale Arel na pewno to wyczuje – powiedział, prowadząc zwierzę na czerwonej skórzanej smyczy przymocowanej do wysadzanej diamentami obroży. – Skończy się!

Kobiety w Arabii Saudyjskiej mają być niewidoczne. Oficjalnie służy to ich ochronie, ale wiele fragmentów Koranu i sunny wskazuje na to, że tak naprawdę chodzi tylko i wyłącznie o ochronę własności i zwykłą męską zazdrość (zwaną tu ghirą i uważaną za stan uświęcony przez samego Allaha), bo na przykład kobiety w bardziej zaawansowanym wieku, niebędące już obiektem pożądania saudyjskich mężczyzn, są zwolnione z obowiązku zasłaniania się przed światem. „A kobiety starsze, które się już nie spodziewają małżeństwa, nie będą miały grzechu, jeśli zdejmą swoje szaty, jednakże w taki sposób, aby nie ukazywać swoich ozdób. Lecz lepiej dla nich, żeby się od tego powściągały”8. Oczywiście na zrzucenie hidżabu decyduje się niewiele kobiet, które pod czarnym welonem spędziły większą część swojego życia i niemal się z nim zrosły. Kobiety mają się zasłaniać przed wszystkimi mężczyznami, z którymi potencjalnie mogłyby uprawiać seks. Nie muszą tego robić w obecności innych kobiet i najbliższej rodziny. „Nie mają one żadnego grzechu, jeśli się pokazują swoim ojcom, ich synom i ich braciom, synom ich braci, synom ich sióstr, ich żonom i niewolnicom”9.

To właśnie najbliższa rodzina, ojcowie, wujkowie, bracia i kuzyni od momentu jej pierwszej menstruacji do czasu wydania za mąż są obrońcami jej cnoty, a w praktyce ciemiężycielami, obsesyjnie pilnującymi, by nieszczęsna dziewczyna czekała szczelnie zapakowana na tego, który zakupi jej dziewictwo.

Porażała mnie niechęć, jaką młody książę pałał do swojej siostry, ale też to, że wyrażał ją jak stary islamski ekstremista, a nie dziesięcioletni chłopiec.

Arel rósł szybciej niż Kamal i już po roku stał się dorodnym tygrysem, który budził postrach w całym zachodnim skrzydle pałacu, oczywiście ku wielkiej uciesze Kamala. Nie przeszkadzał mu fakt, że skończyły się czasy rzucania mięsa małemu tygryskowi. Arel teraz sam polował na wypuszczoną do specjalnie wydzielonej części ogrodu zwierzynę, pozostawiając po swoich posiłkach czerwone plamy, które służba każdego dnia kilkakrotnie zmywała z trawy i kamiennych chodników.

Służący zawsze czekali na znak, że Arel jest już poza ogrodem – dopiero wtedy przystępowali do prac porządkowych. Kamal doskonale o tym wiedział i uznał to za świetny sposób, by się zabawić. Pewnego dnia, kiedy służący zajęci byli zmywaniem krwawych plam pozostawionych przez zaserwowany Arelowi obiad, tygrys niespodziewanie wrócił do ogrodu. Miał na szyi obrożę i przypiętą do niej smycz, ale był zupełnie sam. Przyzwyczajony do spożywania posiłków w tej scenerii, tygrys rzucił się znienacka na drobną służącą z Bangladeszu. Zaczął ją szarpać pazurami, ale w chwili, gdy zamierzył się pyskiem, jego głowa odskoczyła i napotkała opór. Smycz trzymali Kamal i dwóch innych służących. Arel zaryczał groźnie na swojego młodego pana, ale powstrzymał się od ataku, choć nie był zadowolony z faktu, że przerwano mu kolejne polowanie. Dziesięciolatek nie byłby w stanie sam powstrzymać tygrysa od zjedzenia właśnie zaserwowanego posiłku, ale książę wszem wobec opowiadał później o swoim bohaterskim czynie. Tłumaczył, że zwierzę urwało się z uwięzi, jednak doskonale wiedziałem, że gdyby nie wypuścił Arela specjalnie, nie doszłoby do tragedii.

Ranna służąca poważnie krwawiła, była ledwo przytomna, gdy zabrano ją z ogrodu i odwieziono do szpitala. Jej krew zmyto z ziemi – tak jak krew jagniąt i cielaków wypuszczanych codziennie na pastwę Arela. Rany dziewczyny okazały się zbyt poważne, by dało się ją uratować. Zmarła następnego dnia. Jej śmierć nie przeszkodziła jednak Kamalowi w kreowaniu swojej legendy bohaterskiego obrońcy. Mieszkańcy pałacu zdawali się w nią wierzyć, a służba, która zwykle nie wypowiada ani jednego słowa ponad te, które są absolutnie konieczne, nie kusiła się o sprostowania.

Miłość pomiędzy Kamalem i Arelem zakończyła się niezwykle gwałtownie i jak nietrudno się domyślić, całkowicie za sprawą księcia. Oswojony tygrys nadal pozostawał dzikim zwierzęciem, które nie było w stanie zrozumieć ludzkiej mowy. Tego z kolei nie mógł zrozumieć sam Kamal. Któregoś dnia książę zapragnął się bawić z tygrysem, gdy ten odpoczywał. Ciągnął Arela za sobą, a dziki kot dość skutecznie opierał się jego woli.

– Chodź, głupia bestio! – wrzeszczał książę, ale jego słowa nie spotykały się ze zrozumieniem. Coraz bardziej się złościł, co zaczynało być bardzo niebezpieczne.

Musiałem zainterweniować.

– Książę, Arel najwyraźniej nie ma ochoty na wycieczkę. Najlepiej będzie, jak zostawimy go teraz w spokoju.

Kamal oczywiście nie posłuchał.

– A kto ciebie pytał o zdanie, śmieciu? To mój tygrys i ma iść tam, gdzie ja chcę, i wtedy, kiedy ja chcę! – wrzeszczał.

A potem, w poczuciu bezsilności, z całych sił uderzył Arela w głowę, a potem jeszcze raz i kolejny… Początkowo spokojne zwierzę przy kolejnych ciosach warknęło, a przy następnym zamachnęło się łapą, zwalając z nóg księcia Kamala. Chłopak nie dał za wygraną. Wstał o własnych siłach i z jeszcze większą mocą uderzył tygrysa. Tym razem Arel podniósł swoją masywną łapę i przewrócił Kamala, raniąc go w ramię. Gdy tylko książę zauważył krew sączącą się spod rozdartej tkaniny jego szaty, wpadł w histerię i uciekł z komnaty. Ruszyłem za nim. Tygrys tymczasem położył się na chłodnej pałacowej posadzce i wrócił do przerwanej drzemki.

Rana nie okazała się groźna. Ewidentnie Arel był na tyle oswojony z Kamalem, że nie chciał go skrzywdzić, a tylko ostrzec na swój tygrysi sposób. Gdyby faktycznie miał zamiar się z nim rozprawić, załatwiłby to jednym, może dwoma kęsami. Dla Kamala był to jednak koniec miłości. Tygrysi przyjaciel stał się jego największym wrogiem.

Wieść o „tragicznym” wypadku księcia szybko rozniosła się po pałacu. Mimo że Kamal został jedynie draśnięty, zażądał, by położono go do łóżka i wezwano rodziców. Jego matka szybko się zorientowała, że synowi nic nie dolega, ale ojciec, który w pałacu pojawił się dopiero kilka godzin później, przerwawszy ważne spotkanie z udziałem króla, wyglądał na wstrząśniętego do głębi. Rzekomy groźny wypadek syna i poważne rany spowodowane przez dziką bestię były wystarczającym powodem, by niezwłocznie udać się do łoża swego cierpiącego potomka.

 

– To niebezpieczne zwierzę. Trzeba się go pozbyć – zawyrokował szejk Hafez.

Kamal natychmiast zapalił się do tego pomysłu.

– Tak, trzeba… Nawet najwierniejsi przyjaciele zdradzają – powiedział z miną mędrca.

– Zajmę się tym. A ty, synu, odpoczywaj. Jutro przyjadą po niego moi ludzie i zabiorą go tam, gdzie nie będzie zagrażał innym.

Kamal ewidentnie nie tego się spodziewał.

– Nie, tato… Chcę się jeszcze pożegnać.

– Po tym, co ci zrobił?

– To w sumie nic takiego… jestem zupełnie sprawny – przyznał Kamal, ale widząc wzrok ojca, szybko się zreflektował: – Rana krwawiła mocno, ale już dochodzę do siebie. Na szczęście Talal tam był i mnie uratował. W przeciwnym razie ta bestia rozszarpałaby mnie na strzępy.

Wiedziałem, że jestem tylko środkiem do osiągnięcia celu. Wygodną wymówką, dzięki której Kamal wybrnął z opresji. Ale jego słowa, choć dalekie od prawdy, zdobyły mi jeszcze większe uznanie u jego ojca. Szejk spojrzał na mnie i ukłonił się w podziękowaniu. Odwzajemniłem gest.

– Chcę się z nim jutro pożegnać. Ostatecznie! – Książę przerwał tę wymianę uprzejmości.

Następnego dnia Arel został wyprowadzony do pałacowego ogrodu, gdzie zgodnie ze zwyczajem za chwilę miała się pojawić gotowa do upolowania zwierzyna. Ale tym razem tygrys nie został puszczony wolno. Miał na szyi ciężką żeliwną obrożę, a za przymocowany do niej gruby łańcuch prowadził go jeden z treserów. Arel zdawał się nieco zaskoczony sytuacją, jednak spokojnie człapał przez ogród. Przyspieszył tylko, gdy z naprzeciwka zobaczył swojego przyjaciela z dzieciństwa, księcia Kamala. Zwierzę ewidentnie ucieszyło się na jego widok. Gdy stali już naprzeciwko siebie, tygrys ukłonił się i przytulił łeb do brzucha Kamala. Ten jednak stał niewzruszony, z rękami założonymi do tyłu. Po chwili wyprostował jedną z nich. Miał w niej pistolet. Przysunął jego lufę do tulącego się do niego kociego łba i strzelił. Kolejne cztery kule pozbawiły zwierzę życia na miejscu. Ciężkie ciało osunęło się na ziemię i zastygło.

– Nie tak miało być, ale tak kończą zdrajcy – powiedział książę bez nuty wzruszenia w głosie.

A potem odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku pałacu.

– Sprzątnąć to ścierwo. Do niczego już się nie przyda – rzucił na odchodne.

Najwyraźniej jakiś czas później zmienił zdanie. Na życzenie księcia Arel został wypchany i ustawiony w jednym z pałacowych korytarzy. Dziur po kulach w jego głowie nie usunięto – na pamiątkę i ku przestrodze.

Jest w hadisach opowieść o tym, jak Mahomet zstąpił do piekieł, które – jak się okazało – są zamieszkane głównie przez kobiety. Wśród nich prorok miał spotkać jedną, podrapaną przez dzikiego kota, którego miała więzić i głodzić, za co spotkała ją kara nie tylko za życia, ale i po śmierci. Zastanawiam się, jaką karę za zabicie Arela dostałby Kamal. Oczywiście gdyby był kobietą…

Kamal oprócz niewątpliwej przyjemności, jaką od najmłodszych lat sprawiało mu zadawanie cierpienia żywym istotom, miał jeszcze jedno, dość osobliwe hobby. Uwielbiał klucze. Zawsze nosił ze sobą pęk zrobionych specjalnie dla niego i niepasujących do żadnych drzwi, ale za to szczerozłotych kluczy. Zupełnie tego nie rozumiałem, ale gdy bawił się kluczami, byłem spokojny, że przynajmniej nikt nie zginie. Kiedy przechodził przez jakiekolwiek drzwi i widział pozostawiony w nich klucz, nie był w stanie się powstrzymać od jego przekręcenia. Czasami zatrzymywał się na dłużej, blokując przejście, czego oczywiście nikt nie odważyłby się skrytykować. Przekręcał klucz w zamku, czekając na brzdęk. I jeszcze raz. A potem dwa razy w odwrotnym kierunku. Zawsze się przy tym uśmiechał, i mam wrażenie, że tylko w tych momentach był prawdziwym dzieckiem. Paradoksalnie obrzydliwie bogaty książę, mający do dyspozycji fortunę, olbrzymią przyjemność znajdował w rzeczy, którą nierzadko posiadali nawet ci najbiedniejsi, nawet jeśli ich majątek nie był wiele większy od chroniącego je zamka. I gdyby tylko na tych kluczach poprzestał.

***

– Kamal, zdaje się, był nieprawdopodobnie znudzonym dzieciakiem. Nie miał żadnych zorganizowanych zajęć? Nie chodził do szkoły?

– Szkoła przyjeżdżała do niego. Ale nauczyciele szybko rezygnowali z posady, zwłaszcza ci ściągani z Zachodu. On nie był materiałem na ucznia, studenta. Zresztą wśród książąt jest olbrzymia przepaść w tym temacie. Jedni kończą najbardziej prestiżowe uniwersytety, inni z trudem opanowują umiejętność pisania i czytania.

– Ale Kamal był bardzo inteligentny…

– Owszem, jednak pozostał niewykształcony. Był najmłodszym z rodu, więc najważniejsze było pisanie, czytanie, liczenie… Rodzice odpuścili mu resztę.

– Nie miałeś ochoty czasami przełożyć go przez kolano i nauczyć dyscypliny w tradycyjny sposób? Jestem przeciwny karom cielesnym, ale ten gówniarz chyba się wymyka wszelkim normom – mówię z wypiekami na twarzy.

Talal uśmiecha się znacząco.

– Oczywiście! Mniej więcej pięć razy dziennie. Ale wiedziałem, że ręka podniesiona na księcia prawdopodobnie zostałaby ucięta, a ja lubiłem mieć dwie sprawne ręce. Zwłaszcza że wkrótce miałem się przekonać, w jak wielkim niebezpieczeństwie był każdy służący w pałacu szejka Hafeza. Ale o tym opowiem ci następnym razem.

8 Koran 24:60.

9 Koran 33:55.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?