Zaginione arabskie księżniczkiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zaginione arabskie księżniczki
Zaginione arabskie księżniczki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,70  50,96 
Zaginione arabskie księżniczki
Audio
Zaginione arabskie księżniczki
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Książę Turki przyznał się do zabójstwa Adela bin Suleimana bin Abdulkareema Al Muhaimeeda, którego zastrzelił w 2012 roku. Był pierwszym męskim członkiem rodziny królewskiej, któremu od czasu egzekucji księcia Faisala nie udało się wykupić od śmierci. Ojciec jego ofiary nie przyjął diyah, co wiązało się z automatycznym skazaniem arystokraty na najwyższy wymiar kary. Tym, który miał przebić ofertę księcia Turki, prawdopodobnie był sam następca tronu książę Mohammed bin Salman. Miał w ten sposób upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: pozbyć się zaciekłego krytyka i pokazać społeczeństwu, że wobec prawa równi są wszyscy, także książęta.

Niestety wraz ze śmiercią króla Faisala w Arabii Saudyjskiej bezpowrotnie zakończyła się era światłych władców. Mimo że w kolejnych latach ja sam z niewolnika stałem się człowiekiem wolnym, zatrudnionym i rozwijającym pałacową karierę, wcale nie jestem dumny z tego, że swoją pracą wspierałem kreatury, które nie zasługiwały na miano królów. Szczerze mówiąc, mam wątpliwości, czy wszyscy następcy Faisala zasługują, by nazywać ich ludźmi.

Rządy w królestwie przejął przyrodni brat zmarłego króla, książę Khalid. Nie był on pierwszym w kolejności do objęcia tronu. Pierwszeństwo miał jego starszy brat, książę Mohammed. Ale już wiele lat wcześniej, jeszcze zanim na tronie zasiadł król Faisal, został on zmuszony do zrzeczenia się tego prawa. Pozostał w cieniu, jednak w dalszym ciągu miał olbrzymi wpływ na kierowanie państwem, doradzając poszczególnym władcom, najpierw przyrodniemu bratu Faisalowi, później jedynemu ­rodzonemu – Khalidowi.

Król Khalid politycznie nie dorastał swojemu poprzednikowi do pięt, ale miał szczęście, bo kraj, który po nim odziedziczył, miał rozpędzoną gospodarkę, a dochody z wydobycia ropy każdego roku biły kolejne rekordy. Trudno było to zepsuć.

Nowe porządki w pałacu przyniosły mi pierwszy awans i pierwszą pensję. Zostałem służącym jednego z królewskich sekretarzy. Tak, tak, w saudyjskich pałacach nawet sekretarze mają swoich służących. Do moich obowiązków należało dosłownie wszystko, co zlecił mi mój przełożony Mahir. Bywałem więc chłopcem na posyłki, sprzątaczem lwich kup, kierowcą. Musiałem być gotowy na wszystko, ale nie narzekałem. W mojej sytuacji miałem olbrzymie szczęście. Niewolnictwo w Arabii Saudyjskiej oficjalnie już wtedy nie istniało – nieoficjalnie kwitnie w najlepsze do dziś. Fakt, że otrzymywałem nawet mierną wypłatę za moją pracę, był więc prawdziwą nobilitacją.

Moje wyzwolenie spod niewolnictwa przynosiło mojemu panu jeszcze jedną korzyść. Zgodnie ze słowami proroka: „Jeśli człowiek uwolni niewolnika, który jest muzułmaninem, Allah ocali go przed ogniem piekielnym tak, jak on ocalił niewolnika”. To niewielka cena za obietnicę uniknięcia gehenny4, zwłaszcza że poza wspomnianą mierną pensją nadal pracowałem niemal bez przerwy. W saudyjskich pałacach praktykuje się islam, a nie wiarę w to, że służba powinna czasami odpocząć. Podobno to dla jej dobra. W wolnym dniu można by było zejść na złą drogę. Po jakiej zatem stąpali panowie, dla których wolny był każdy dzień?

Choć Mahir nigdy nie dawał tego po sobie poznać, miałem wrażenie, że bardzo mnie polubił. Być może wpływ na to miał fakt, że jego matka była Egipcjanką, a może po prostu na to zasługiwałem. Byłem sumienny, zawsze starałem się wykonywać wszystkie polecenia jak najlepiej, a ponieważ natura nie poskąpiła mi inteligencji, byłem też dobrym partnerem do rozmowy. Mahir poświęcał mi zdecydowanie więcej czasu niż innym służącym, nawet tym postawionym wyżej ode mnie. Większość traktował oschle, nie wchodził z nimi w interakcję, a jeśli już, to tylko po to, by na nich nawrzeszczeć. Mnie takie gromy omijały, nawet gdy zdarzało mi się czegoś nie dopilnować. Zawsze mówił mało, ale ton, jakim się do mnie zwracał, różnił się bardzo od tego, którego używał do wydawania poleceń reszcie służby. O większym szczęściu trudno było mi marzyć.

Króla Khalida widziałem na własne oczy dwa, może trzy razy. Dużo częściej widywałem jego starszego brata, księcia Mohammeda. Obrzydliwa kreatura. Był szarą eminencją dworu. Choć formalnie sprawował obowiązki gubernatora Rijadu i mieszkał w okazałym pałacu w centrum stolicy, dużo częściej można go było spotkać w pałacu królewskim. Chudy i wysoki, miał posępną twarz, której grozy dodawały spływające po ziemistym obliczu głębokie zmarszczki. Miał nieustannie podkrążone oczy o przenikającym zimnym spojrzeniu i usta niemal pozbawione barwy. Budził grozę samym wyglądem, co ewidentnie nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu.

Mohammed miał pewien fetysz, niespotykany wśród saudyjskich arystokratów brzydzących się biedą. Często schodził do kwater służby i przyglądał się pracy królewskich niewolników. Nie żeby bez jego nadzoru istniała obawa, że coś w pałacu nie zostanie zrobione – o prostu sprawiało mu to olbrzymią przyjemność. Książę nie był pierwszej młodości, chodząc, podpierał się inkrustowaną złotem hebanową laską, która służyła mu również za narzędzie do wskazywania, popychania, okazywania niezadowolenia. Świetnie nadawała się też do bicia tych, którzy mieli pecha się pod nią dostać. Przekonała się o tym młoda Filipinka, która podczas jednej z niezapowiedzianych wizyt księcia w kuchni oderwała się od pracy przy mieleniu mięsa i ukłoniła się. To wystarczyło, by go rozsierdzić. Książę podszedł do niej spokojnie z udawanym uśmiechem, który niczego niespodziewająca się dziewczyna odwzajemniła. Wtedy uderzył ją po raz pierwszy. Najpierw ręką, ale z siłą, która powaliła ją na posadzkę; potem swoją hebanową laską.

– Jak śmiesz na mnie spoglądać! – wykrzyczał po arabsku i zaczął ją okładać bez pamięci.

Dziewczyna skuliła się nieporadnie, próbując unikać ciosów. Kwiliła cicho, kompletnie nie rozumiejąc swojej zbrodni.

– Ty szmato! Zdziro! Jakim prawem przerywasz pracę? Kto cię tu pilnuje? Już ja się z nim policzę!

Plan rozliczenia zwierzchnika niesfornej Filipinki, który zaświtał w głowie psychopaty, prawdopodobnie uratował jej życie. Musiał znaleźć winnego i natychmiast opuścił kuchnię, porzucając swoją ofiarę ledwo, ale jednak wciąż żywą. Byłem świadkiem tej sceny. Tamtego dnia Mahir zlecił mi towarzyszenie księciu podczas jego wizyty za pałacowymi kulisami. Najgorsze było to, że nie mogłem nic z tym zrobić. Widząc niezawinioną ludzką krzywdę, nie mogłem zareagować. Miałem być niemym świadkiem. Bolało mnie to potwornie i do dziś boli. To moje prywatne piekło, którego płomienie z biegiem lat tylko wzbierały na sile.

Pobiegłem za księciem, gdy tylko wyszedł z kuchni.

– Ty wiesz, do kogo należy ta filipińska szmata? – spytał mnie podniesionym głosem, kuśtykając przed siebie w niewytłumaczalnym szale.

– Do króla! Niewolnicy należą do króla – powiedziałem odruchowo i zgodnie z prawdą. Ale najwyraźniej była to odpowiedź, jakiej Mohammed się nie spodziewał.

Stanął i odwrócił się w moim kierunku.

– Bezczelny jesteś – powiedział cynicznie.

Zapadła cisza. Przygotowywałem się na cios laską albo inną, jeszcze bardziej dotkliwą karę za moją niesubordynację, ale książę zaskoczył mnie po raz kolejny. Podszedł do mnie – tak blisko, jak to tylko było możliwe – i spojrzał mi w twarz, tak jakby chciał z niej coś wyczytać. W pewnym momencie jego niezdradzające emocji oblicze rozświetlił uśmiech.

– Podobasz mi się! Taka odpowiedź wymaga odwagi. Masz szczęście, że ja potrafię to docenić.

Nie wiem, jak to się stało, ale książę odpuścił zemstę na Filipince i jej pałacowym przełożonym. Chciałbym myśleć, że to przez wrażenie, jakie zrobiła na nim moja odpowiedź, ale wątpię, bym mógł przypisać sobie takie zasługi. Po prostu, jak każdy książę, szybko nudził się aktualnie uprawianą rozrywką. Zakończył swoją wizytację w rejonach pałacu, w które wszyscy jego główni mieszkańcy poza księciem Mohammedem niechętnie się zapuszczali, a ja niespodziewanie zyskałem kolejnego sprzymierzeńca.

Następnego dnia z samego rana wezwał mnie do siebie Mahir. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nasze spotkanie miało się odbyć w jego gabinecie, a mój szef kazał mi usiąść. Z reguły polecenia wydawał w biegu i beznamiętnie. Nigdy nie patrzył mi w oczy i był oszczędny w słowach. Wypowiadał ich tylko tyle, ile było trzeba, by komunikat został zrozumiany. Tamtego dnia było inaczej. Przywitał mnie uśmiechem.

– Widzę, że nie tylko ja dostrzegłem twój talent. Od samego początku wiedziałem, że będą z ciebie ludzie. Oby tak dalej, a zrobisz wielką karierę – powiedział spokojnym tonem.

Nie bardzo wiedziałem, czym zasłużyłem sobie na jego uznanie. Jaka kariera mogła czekać mnie, niewolnika, dla którego jedynym elementem wolności był fakt, że za ciężką codzienną pracę dostaje marne trzysta riali.

– Czeka cię przeprowadzka do pałacu gubernatora – dodał Mahir. – Książę Mohammed chce cię widzieć wśród swojej służby. Spodobałeś mu się. Stwierdził, że bystry z ciebie chłopak. Idź więc do swojej kwatery i przygotuj się do wyjazdu. Za godzinę ktoś cię tam odwiezie.

Wstałem z krzesła, ukłoniłem się Mahirowi i ruszyłem w kierunku drzwi.

– I jeszcze jedno – sekretarz zatrzymał mnie, gdy już stałem w progu. – Uważaj tam na siebie. To miejsce, w którym trudno przewidzieć, co przyniesie nowy dzień.

Jego rada zabrzmiała złowieszczo, ale jak się okazało, była doskonałą recenzją atmosfery, jaka panowała w pałacu gubernatora. Zostałem w nim kierowcą. Nigdy nie byłem na kursie jazdy samochodem, nigdy nie aplikowałem o prawo jazdy. Nauczyłem się jeździć od kierowców z królewskiego pałacu, a dokumenty wręczono mi któregoś dnia tak po prostu. Podejście do przepisów ruchu drogowego w Arabii Saudyjskiej do dziś jest bardzo luźne. Przez lata tylko jedna zasada była tu respektowana: żadnych kobiet za kółkiem. Poza nią reszta była zupełnie umowna. Nigdy nie byłem pewien, czy jeżdżę prawidłowo, ale nigdy też nie spowodowałem wypadku, więc nie mogło być ze mną najgorzej.

 

Przez pierwsze miesiące jeździłem w bardzo różne miejsca i woziłem bardzo różne, chyba mniej znaczące osoby. Ale od chwili, gdy w mojej sprawie zainterweniował sam książę Mohammed, dostałem stały przydział. Okazało się, że książęca prośba o moje przeniesienie została spełniona tak szybko, że nawet on sam o tym nie wiedział. A od samego początku miał na mnie plan. Miałem być kierowcą jego syna, księcia Fahda bint Mohammeda bint Abdula Aziza Al Sauda. Książę na co dzień rezydował w Jeddah5 – jednym z największych miast Arabii Saudyjskiej położonym w zachodniej prowincji, ale często bywał w Rijadzie ze względu na obowiązki służbowe. Był najstarszym synem księcia Mohammeda, a przez to najbardziej wtajemniczonym w prowadzone przez niego szeroko zakrojone interesy, w których bez drżenia powieki wykorzystywał swoje polityczne wpływy.

W połowie czerwca 1977 roku wiozłem do pałacu królewskiego zarówno starego, jak i młodego księcia. Byli bardzo poruszeni, kłócili się, ale trudno było wywnioskować, co ich tak oburzyło. Zaaferowani nawet nie podnieśli szyby oddzielającej pasażerów od kierowcy.

– Musimy! Wiesz, że musimy! – grzmiał ojciec.

– Wiem, ale nas zjedzą! Królowa Elżbieta nigdy nam tego nie wybaczy, a król przecież ma już zaplanowaną wizytę w Wielkiej Brytanii. Oni kupują od nas ropę!

– Bo nie mają skąd jej wziąć. Jeśli królowa się obrazi, to jej problem. My postępujemy zgodnie z naszym prawem. Zapomniałeś już, jak król Faisal odciął ropę Amerykanom i reszcie tych szczekających ratlerków? I co? Stało się nam coś? Oprócz tego, że po tym, jak król znowu odkręcił kurek, zaczęliśmy sprzedawać ją jeszcze drożej. My nie robimy nic, co jest przeciwko prawu.

– O to właśnie chodzi, żeby było zgodnie z prawem. Ja nie mówię, żeby od tego odstąpić, niech Allah ich sądzi i do piekieł zrzuci, ale niech to będzie zgodne z prawem – przekonywał książę Fahd.

– Zgodnie z prawem zasługują na śmierć. To jest zgodne z prawem! Król będzie tego samego zdania, a Brytole mogą się zamknąć! Kiedy jeszcze żyli zgodnie z boskim prawem, nawet jeśli to było prawo ich Boga, to sami przestępców o głowę skracali. A teraz nas chcą pouczać…? – Mohammed parskał i potrząsał hebanową laską.

Zapamiętałem ten moment, bo nigdy wcześniej i nigdy potem nie wiozłem ich obu razem. Nigdy do tej pory nie słyszałem też tak poważnej rozmowy. Oczywiście byłem bardzo ciekawy, cóż to za nieszczęśnicy narazili się saudyjskiemu prawu tak bardzo, że będą musieli zapłacić za to życiem, ale wiedziałem, że moja ciekawość mogłaby na mnie ściągnąć podobne kłopoty, dlatego robiłem to, co do mnie należy, starając się pozostawać w cieniu. W ich rozmowie co jakiś czas padało imię Mishaal.

Mishaal, Mishaal, Mishaal… Kiedy się dowiedziałem, o kim rozmawiali, po raz pierwszy poczułem do moich mocodawców wszechogarniającą odrazę. Od tamtego momentu to uczucie miało we mnie narastać każdego dnia.

3 Tradycyjne męskie ubranie – biała sukmana, w innych krajach Zatoki Perskiej zwana dishdashą albo kandurą.

4 Piekło w islamie.

5 Czyt. Dżedda – w języku polskim często występuje też niemająca nic wspólnego z oryginalną wymową nazwa Dżudda.

ROZDZIAŁ 2

Mishaal

W ciasnym mieszkaniu jednego z obskurnych bloków komunalnych północnego Londynu od około pięciu lat zamieszkiwanym przez Talala nie ma wielu mebli. W zasadzie jest w nim tylko to, co niezbędne – łóżko, szafa, kilka szafek w aneksie kuchennym. Na mającym czasy świetności dawno za sobą kredensie stoi telewizor, który Talal włącza tylko, żeby „coś grało”.

– Prawie go nie oglądam. Swoje w życiu widziałem i chyba już nic mnie nie zdziwi – wyjaśnia.

W mieszkaniu nie ma praktycznie żadnych dekoracji poza jedną, dość zaskakującą jak na starego Egipcjanina, który całe życie spędził w Arabii Saudyjskiej, by na stare lata osiąść w Wielkiej Brytanii. To portret królowej Elżbiety.

– Wiele jej zawdzięczam – mówi z zadumą.

– Spotkałeś królową?

– Nie, ale wiem, że dzięki niej tu jestem. Poza tym od czasu, gdy wtedy w Rijadzie usłyszałem jej imię, utożsamiałem ją z siłą, która może się przeciwstawić temu wielkiemu złu, jakie działo się na saudyjskiej ziemi.

– Królowa wiele razy spotykała się z królami Arabii Saudyjskiej.

– Wiem, ale nie dlatego, że pałała do nich miłością. Robiła to z obowiązku. Ja się temu dokładnie przyjrzałem. Jestem przekonany, że ma o nich równie kiepskie zdanie co ja. Uwielbiam, jak gra im na nosie, choć zawsze robi to z klasą i jakby między wierszami. Kiedy na przykład podejmowała szejka Abdullaha w swojej posiadłości w Balmoral, usiadła za kierownicą samochodu i obwiozła go po swojej posiadłości. Podobno książę był w niezłym szoku. A czyż można w bardziej dosadny sposób wyrazić, co tak naprawdę sądzi się o zakazie prowadzenia samochodu przez kobiety, przy którym Arabia Saudyjska wtedy wciąż jeszcze się upierała, a i teraz jego zniesienie jest czystą fikcją?

– Sporo o tym wiesz. Prawdziwy z ciebie fan królowej.

– Stare przyzwyczajenia. Jak się spędziło kilka dekad na królewskim dworze, to człowieka jakoś naturalnie ciągnie do koronowanych głów. Żałuję tylko, że służyłem na niewłaściwym dworze. W życiu nie śmiałbym porównywać tych świń do królowej Elżbiety. – Talal próbuje żartować, ale jego twarz szybko pochmurnieje.

– Mimo tego krytycznego spojrzenia Wielka Brytania utrzymuje stosunki z Arabią Saudyjską. Królowa tam była, władcy przyjeżdżają do Wielkiej Brytanii.

– Ona była tam raz, a w Londynie był tylko jeden król. Resztę oficjalnych wizyt odbywali książęta, niedawno Mohammed Bin Salman, wcześniej król Abdullah, ale jeszcze przed koronacją. Nawet król Faisal był tu w zastępstwie króla, jako kilkunastoletni chłopiec. Jedynym królem, którego przyjęła Elżbieta, był król Khalid, i to również odbyło się w atmosferze ogromnego skandalu.

Był 9 kwietnia 1980 roku. Na kilka dni przed planowaną wizytą saudyjskiego króla Khalida brytyjska telewizja ITV wyemitowała fabularyzowany dokument zatytułowany Death of a Princess6. To oparta na wywiadach przeprowadzonych przez angielskiego dziennikarza Anthony’ego Thomasa przejmująca opowieść o zagładzie arabskiej księżniczki oskarżonej o kontakty pozamałżeńskie. Saudyjska ambasada dowiedziała się o planach stacji na kilka tygodni przed emisją i próbowała jej zapobiec szantażem. Niecały rok wcześniej królowa Elżbieta II była z oficjalną wizytą w Arabii Saudyjskiej, zupełnie nieświadoma losu, jaki spotkał na tej ziemi członkinię królewskiego klanu. Teraz oczekiwała rewizyty, ale król po emisji dokumentu odwołał ją, grożąc przy tym zerwaniem stosunków gospodarczych i dyplomatycznych. Zdanie zmienił rok później, gdy finalnie zawitał do Londynu przy największej do tej pory obstawie policji, wojska i królewskiej ochrony – a wszystko to z powodu przecieków o planowanym zamachu. Emisji filmu Death of a Princess nie tylko nie udało się udaremnić, ale dzięki kryzysowi politycznemu, jaki wywołał, stał się głośny na całym świecie. Dziś – choć nieco zapomniany i irytujący archaiczną technologią – nadal mrozi krew w żyłach.

Oglądam ten film wspólnie z Talalem. W trakcie zatrzymuje nagranie i dopowiada to, co sam wie. Koryguje, co jego zdaniem nie jest zgodne z prawdą. Często z trudem przełyka łzy. Nigdy nie spotkał księżniczki, która była bohaterką tego filmu, ale dobrze znał jej tatę i dziadka. To o niej rozmawiali wtedy w samochodzie, w drodze do pałacu królewskiego, gdzie miał się przesądzić jej ostateczny los. Ten moment był prologiem jakże smutnej historii niespełnionej miłości.

***

Mishaal bint Fahd bint Mohammed Al Saud była ulubienicą swojego dziadka. Mimo że dziewczynki w Arabii Saudyjskiej są traktowane jak zło konieczne, ona potrafiła zjednać sobie nawet najbardziej zatwardziałych zwolenników patriarchatu. Uwielbiała śpiewać i tańczyć. Choć islamscy konserwatyści uważają taką ekspresję za surowo zakazaną, Mishaal uchodziło to płazem. Kiedy tylko dziadek Mohammed pojawiał się w pałacu, mała biegła na jego przywitanie, a gdy siadał w fotelu, wdrapywała się na jego kolana i nie odstępowała na krok. Nazywał ją pieszczotliwie Alnamar, co w języku arabskim oznacza panterę. Mishaal faktycznie była zwinna, szybka i niezwykle zgrabna; czarnowłosa i czarnooka mogła przypominać kociątko czarnej pantery. Mohammed jednak poszedł z tym skojarzeniem dużo dalej…

Kiedy Mishaal miała osiem lat, dziadek sprawił jej niezwykły prezent – uszytą z dużą pieczołowitością i atencją do detali suknię z futra małej pantery, której zabicie zlecił specjalnie z myślą o swojej wnuczce. Wtedy po raz pierwszy przekonał się, jaka przepaść emocjonalna dzieli jego i dziewczynkę.

Gdy tylko Mishaal dowiedziała się, że podarowana jej sukienka w rzeczywistości jest skórą zdjętą z małej panterki, rozpłakała się rzewnie. Złożyła trofeum podarowane przez dziadka w małe zawiniątko i od tej pory opiekowała się nim, przytulała, głaskała, jakby to mogło przywrócić dzikiego kociaka światu żywych. Nigdy więcej nie pozwoliła też nazywać się panterą, choć dziadek niewiele sobie z tego zakazu robił. Nigdy też nie wybaczyła mu tego prezentu. Nawet po latach, podczas jednej z wizyt dziadka Mohammeda w Jeddah, kiedy ten przywitał się z nią jak zwykle słowami: „Witaj, Alnamar!”, spytała: „Mnie też zastrzelisz, dziadku?”.

– Nie chcę jeszcze wychodzić za mąż. Jeszcze nie teraz, mamo, proszę… Przekonaj ojca. Pozwólcie mi wyjechać na studia. Obiecuję, że wrócę i zostanę żoną tego, kogo dla mnie wybierzecie, ale pozwólcie mi być mądrą żoną – mówiła niemal błagalnym tonem osiemnastoletnia księżniczka Mishaal, gdy podjęto decyzję o wydaniu jej za mąż.

– Jedno trzeba ci przyznać: umiesz dobierać argumenty – odparła jej matka, księżna Kamla, uśmiechając się czule do córki.

– Talenty trzeba rozwijać.

– Nie takich talentów oczekuje się od saudyjskiej żony, moja droga. Żona nie powinna być mądrzejsza od męża. Zresztą ojciec podjął już decyzję co do twojego zamążpójścia. Masz poślubić kuzyna Mufida…

– Jeśli żona nie powinna być mądrzejsza od męża, to ojciec powinien znaleźć nowego kandydata, bo nawet przeciętna koza jest mądrzejsza od Mufida. Przecież to skrajny idiota!

– Mishaal, opanuj się… – próbowała ją zgromić matka z poważną miną, ale nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. – Masz rację, nie jest to zbyt bystre stworzenie.

– Sama widzisz! Czy naprawdę chcesz, żeby twoja córka musiała przez całe życie udawać głupszą od największego głupka, jakiego nosi ta ziemia?

Księżna Kamla z trudem opanowała śmiech, a Mishaal kontynuowała swój wywód:

– Pomyśl też o biednym Mufidzie. Przecież on myśli, że jest mądry, a przy mnie zorientuje się, jaka jest prawda, i może się załamać.

– Widzę, że bardzo ci na tym zależy. Dobrze, porozmawiam z twoim ojcem. Wątpię, by odstąpił od małżeństwa, ale może zgodzi się chociaż na studia.

– Jesteś kochana, mamo… A! I przypomnij mu jeszcze, że ambasadorem w Libanie jest wuj Ali Hassan. Ojciec często mówił, że są jak bracia, że znają się od dziecka, na studiach byli nierozłączni…

– W jakim Libanie? – zdziwiła się matka. – O czym ty mówisz, dziecko? Do reszty postradałaś zmysły?

– W Libanie są świetne uniwersytety.

– W Arabii też!

– Mamo, chyba sama w to nie wierzysz! Przecież ty nawet nie mogłaś chodzić do szkoły. Dziewczyny mogą się oficjalnie uczyć dopiero od jakichś dziesięciu lat. Jaką wartość może mieć taka edukacja. Mam pójść do szkoły ciotki Iffat7?

– Ona walczy o edukację kobiet!

– I chwała jej za to. Ale jej szkoła to fikcja. Nie ma żadnej renomy. Jeśli mam studiować, to tylko za granicą. Liban nie jest daleko. Nie mówię o Londynie ani o Nowym Jorku. Jak ojciec sobie tego zażyczy, może mnie ściągnąć do domu w godzinę.

– Widzę, że wszystko masz już doskonale przemyślane. Boję się tylko, że twoje plany kiedyś przyniosą ci zgubę – powiedziała zatroskanym tonem księżna Kamla, całując córkę w czoło.

– Nic mi nie będzie, mamo. Ale błagam, spytaj ojca… Tylko ty możesz to załatwić.

– Wątpię, kochanie, ale zrobię, co w mojej mocy. A do tego czasu bądź posłuszna i nie rób głupstw.

 

Ku zaskoczeniu żony i córki książę Fahd niemal bez namysłu zgodził się na wyjazd Mishaal do Libanu. Był świadomy tego, że książę Mufid nie jest najlepszym kandydatem na jej męża, i zapewne uznał pomysł wysłania jej na studia za doskonały wybieg, by bez urażenia rodziny kupić czas niezbędny do znalezienia kogoś lepszego. Ale miał w tym jeszcze jeden cel. Chciał dać córce nauczkę. Zgodził się, bo był pewny, że Mishaal wróci do jego domu z podkulonym ogonem, przestraszona wojną domową, która w tym czasie trwała w Libanie. Oczywiście miał zamiar wysłać z nią do Bejrutu sztab swoich ludzi.

– Niech jedzie – powiedział do żony. – Wróci, zanim pustynny piach opadnie po jej wyjeździe.

– Mishaal tak łatwo się nie podda.

– Jestem o to spokojny. Jedno spotkanie z libańskim terrorystą i mamy córkę z powrotem w domu.

Wyjazd księżniczki był jednak opatrzony szeregiem warunków. Mishaal pojechała do Bejrutu z obstawą służby i przyzwoitek. Do jej pilnowania wyznaczono też jej przyrodniego brata, o dwa lata młodszego od niej Majida, a osobistą odpowiedzialnością za dobrostan książęcej córki obarczono ambasadora Arabii Saudyjskiej w Libanie Alego Hassana Al Shaera. Obie te decyzje okazały się tragicznym w skutkach błędem.

– Czy Majid naprawdę musi jechać ze mną? – Mishaal negocjowała z ojcem.

– Albo on jedzie z tobą, albo ty nigdzie nie jedziesz.

Cóż, wybór był prosty.

Mishaal była gotowa ponieść wszelkie niedogodności, by tylko poczuć się wolną. Już sam wyjazd z pałacu ojca do kraju, w którym kobiety nie musiały się zasłaniać przed całym światem, był dla niej wielką radością, ale studiowanie na American University of Beirut – najstarszej i najbardziej prestiżowej uczelni tej części świata, założonej niemal wiek przed tym, gdy w Arabii Saudyjskiej do edukacji dopuszczono dziewczęta – stanowiło spełnienie jej marzeń. Jej euforii nie był w stanie przyćmić nawet fakt, że miała na karku brata, przejętego rolą męskiego opiekuna, który – mimo że młodszy – na każdym kroku starał się udowodnić swoją przewagę nad Mishaal.

Majidowi brakowało obycia i wprawy w pilnowaniu kobiecej obyczajności, więc księżniczce często udawało się go zwodzić. Był typowym przedstawicielem saudyjskiej arystokracji. Rozpuszczony jak dziadowski bicz, nieznoszący sprzeciwu narcystyczny szesnastolatek z przerośniętym ego, karmionym latami przez rodziców, rodzeństwo i służbę. Sypiący się pod nosem wąs, którego nie golił w przekonaniu, że jest dowodem na jego pełnoprawną męskość, w istocie zdradzał fakt, że wciąż jeszcze jest chodzącą burzą hormonów, pozującą jedynie na dorosłego faceta. Potrafił być nieznośny i wściekać się z byle powodu, a ponieważ misja pilnowania siostry była pierwszym poważnym zadaniem powierzonym mu przez ojca – i w jego oczach dowodem na dorosłość – podszedł do niej nader ambitnie.

Mishaal i Majid zamieszkali w należącej do rodziny luksusowej willi w prestiżowej dzielnicy Bejrutu. Rodzice nie chcieli się zgodzić, by Mishaal mieszkała w uniwersyteckim kampusie, bo kontrolowanie jej tam byłoby znacznie utrudnione. Książę Fahd wydał fortunę na ochronę willi i zapewnienie swoim dzieciom bezpieczeństwa, ale jego nadzieje, że Mishaal przestraszy się wojny i zechce szybko wrócić do kraju, okazały się płonne. Nawet w miejscu ogarniętym pożogą dziewczyna czuła się lepiej niż w Arabii Saudyjskiej. I nie zamierzała z tego rezygnować.

Książęcą willę regularnie odwiedzał ambasador Al Shaer. Doglądał, dopytywał i ostrzegał, gdy była taka konieczność… A potem oczywiście wszystko raportował księciu Fahdowi. Przez kilka miesięcy nie było zresztą czego raportować. Mishaal była pochłonięta nauką, Majid głównie się nudził, a działania wojenne przeniosły się daleko poza Liban. Nie działo się nic ekscytującego. Dni upływały bardzo monotonnie aż do momentu, gdy kolejna rutynowa wizyta ambasadora zmieniła w życiu księżniczki ­Mishaal absolutnie wszystko.

To było w połowie maja, wyjątkowo gorącego, nawet jak na ten region. Świat zdawał się zwolnić tempo, upajając się promieniami słońca. Mishaal i Majid chronili się przed nimi w chłodnych murach willi, gdy lokaj zapowiedział przybycie gości.

– Gości? – zapytał zdziwiony Majid. – Spodziewamy się ­samego ambasadora.

– Ambasador przybył w towarzystwie, książę – wyjaśnił służący.

Majid natychmiast spojrzał na siostrę leżącą na otomanie.

– Zakryj się. Ambasador przyjechał z kimś obcym. On też nie powinien cię widzieć, ale to już ci odpuszczę, bo zna cię od dziecka…

Mishaal kompletnie zignorowała słowa brata.

– Zakryj się! – wrzasnął.

– Zakryję się, jak ty zgolisz ten meszek, który udaje wąsy. Nie jesteśmy w Arabii – odparła Mishaal i ruszyła do hallu, nie przejmując się utyskiwaniem brata zatroskanego jej cnotą.

Okazało się, że ambasador Al Shaer przybył do rezydencji ze swoim siostrzeńcem – Khaledem Al Shaerem Mulhallalem. Nieco ponad dwudziestoletnim, przystojnym, wysokim młodzieńcem. Jeśli miłość od pierwszego wejrzenia faktycznie się zdarza, to na pewno zdarzyła się właśnie wtedy. Mishaal spojrzała na niego, uśmiechnęła się i ukłoniła. Fakt, że nie była zasłonięta, w Arabii Saudyjskiej mógłby się dla niej skończyć nawet więzieniem, ale kilka miesięcy w miejscu, w którym kobiety miały wybór – czy pokazywać swoją twarz mężczyznom, czy też ją zasłaniać – zupełnie uśpił czujność księżniczki. Chłopak w jednej chwili skradł jej serce. Sądząc po zmieszaniu Khaleda, Mishaal również zrobiła na nim ogromne wrażenie. Patrzyli na siebie, jakby świat dookoła przestał istnieć. Z błogostanu wyrwał ją głos rozwścieczonego Majida, który szybko zrozumiał, czego jest świadkiem.

– Zasłoń twarz, natychmiast! – Ponownie przybrał ton strażnika moralności.

– Uspokój się i nie podnoś na mnie głosu – odpowiedziała Mishaal spokojnie, ale dobitnie.

Na te słowa Majid podniósł rękę i zamachnął się na siostrę. Nie zdążył jednak zadać ciosu, bo powstrzymał go ambasador.

– Myślę, że nasza wizyta wywołała zbyt wiele emocji. Pójdziemy już. Widzę, że wszystko u was w porządku. Książę, dobrze, że dbasz o dobro siostry – powiedział do wyraźnie zadowolonego z siebie Majida. – Pamiętaj jednak, że o mocy mężczyzny nie świadczy to, jak silny jest jego cios, ale to, jak silne jest jego słowo. Jestem przekonany, że księżniczka Mishaal posłucha cię bez podnoszenia na nią ręki.

Brzmiał jak mądry ojciec, a jego słowa dość mocno zmieszały młodego księcia. Majid próbował ratować resztki honoru, tłumacząc, że jest jedynym opiekunem Mishaal podczas tego wyjazdu i robi to wszystko z troski, ale jego twarz płonęła ze wstydu.

Gdy ambasador opuścił rezydencję, natychmiast przybiegł do sypialni Mishaal.

– Wszystko widziałem! – rzucił emocjonalnie.

– A cóż niby takiego widziałeś? – Mishaal nie mogła się powstrzymać od ironii.

– Widziałem, jak na niego patrzysz.

– Po prostu patrzyłam. Ludzie po to mają oczy, by patrzeć.

– Ale on też patrzył. Powinnaś być zasłonięta. Od dzisiaj będziesz się zasłaniać!

– Chyba zwariowałeś – prychnęła Mishaal. – Wystarczy, że w domu muszę chodzić w tych szmatach na głowie, by ktoś przypadkiem się nie podniecił moimi włosami.

– Będziesz się zasłaniać albo powiem o wszystkim ojcu!

– To powiedz. A jak już będziecie rozmawiać, wspomnij mu też o tych kolorowych gazetkach, które trzymasz pod podwójnym dnem szuflady w komodzie w swojej sypialni. Na pewno go zainteresują.

Majid zastygł z przerażenia.

– Skąd o tym wiesz?

– Widzisz, nawet nie zaprzeczasz.

– Możesz mówić, co chcesz. Ojciec i tak cię nie posłucha. Jesteś tylko kobietą.

– Nie byłabym tego taka pewna. Wiedziałam, że będziesz się upajał powierzoną ci przez rodziców władzą, dlatego przygotowałam się na moment, kiedy przesadzisz. Jeden twój ruch i nasza służba przypadkiem odkryje świerszczyki, a potem zrobi to, co w takim wypadku zrobić należy – zgłosi ten fakt do muttawa. Dobrze się znasz na moralności, więc chyba sam rozumiesz.

Gdyby w Arabii Saudyjskiej muttawa obawiały się tylko dzieci, można by ją porównać do Baby Jagi lub innego baśniowego straszaka. Problem w tym, że muttawa jest jak najbardziej realna i boją się jej głównie dorośli. Muttawa to potoczna nazwa policji religijnej podlegającej Komitetowi Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu. To współczesny islamski odpowiednik katolickiej inkwizycji. Zadaniem tej organizacji jest utrzymywanie morale saudyjskiego społeczeństwa na wysokim poziomie. Jej funkcjonariusze egzekwują prawo koraniczne, pilnując segregacji płciowej, odpowiedniego ubioru u kobiet, przestrzegania obowiązku modlitwy.