Zaginione arabskie księżniczkiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zaginione arabskie księżniczki
Zaginione arabskie księżniczki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,70  50,96 
Zaginione arabskie księżniczki
Audio
Zaginione arabskie księżniczki
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Marcin Margielewski, 2020

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

Mariusz Tokajuk

Makijaż

Agnieszka Wojciechowska

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8169-924-2

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

To Talal.

Thank you for saving,

what was meant to be forgotten.

You will never be…

Kobietom w świecie arabskim z reguły nie jest łatwo, a paradoksalnie najbardziej uprzywilejowane z nich często mają najgorzej. Arabskie księżniczki nie są postaciami z bajek. Przynajmniej nie z takich, które nadają się do opowiadania dzieciom. Na Bliskim Wschodzie mieszka ich kilkanaście tysięcy, ale tylko nieliczne są powszechnie znane. Wybrane stają się osobowościami publicznymi, celebrowanymi, uwielbianymi, zaangażowanymi w działalność charytatywną, a czasem nawet polityczną. Mają pokazywać światu, że głos kobiet w tej części świata jest słyszany, ale pozwala im się mówić tylko do czasu, gdy mówią to, co podoba się mężczyznom. Większość księżniczek jest jednak niema. Ich głosu nie słucha nikt. Nie liczy się to, co mają do powiedzenia, ani to, o czym marzą. Siedzą zamknięte w luksusowych pałacach jak trofea, które albo już zostały zdobyte przez swoich mężów, albo dopiero zostaną wystawione na łowy przez ojców, wujów lub braci, by zostać upolowanymi i wydanymi za mąż w zamian za jakiś intratny biznes albo pożądany sojusz.

Dla zwykłego człowieka poznanie arabskiego księcia jest trudne, ale poznanie arabskiej księżniczki jest wprost niemożliwe. Obstawione opiekunami, strażnikami, ochroniarzami, nie mają odrobiny wolności, a zbliżenie się do nich grozi poważnymi kłopotami. Próbują się sprzeciwiać, uciekać, sięgać do świata po pomoc, ale większość przegrywa z potęgą niewyobrażalnie bogatych władców, często ich własnych ojców lub mężów. Są – jak wszystko w tym świecie – ich własnością. A własność się „chroni”.

Wiele arabskich księżniczek zbuntowało się przeciwko tym, którzy zamknęli je w złotych klatkach. Ten bunt przypłaciły życiem. Wiele na zawsze zniknęło z pamięci tych, którzy je znali. Na rozkaz! Jakby nigdy nie istniały. Wymazano je z ksiąg, zdjęć, rejestrów. To najwyższa kara za sprzeciw. Pamięć o nielicznych przetrwała dzięki tym, którzy je znali i nie zgodzili się zapomnieć. To o nich będzie ta opowieść. I niestety nie będzie to bajka.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Najpierw zniknęła księżniczka Shamsa Al Maktoum. Miała osiemnaście lat, kiedy wymknęła się z pilnie strzeżonej brytyjskiej posiadłości należącej do emira Dubaju i przez kilka tygodni skutecznie się ukrywała – do czasu, aż emiracki wywiad nie namierzył jej na ulicach Oksfordu i bez skrupułów porwał. Wywieziona pod osłoną nocy prywatnym samolotem, wróciła do Emiratów, gdzie kolejne osiem lat spędziła w więzieniu o zaostrzonym rygorze, a po jego opuszczeniu zamknięto ją w pałacu należącym do jej ojca, podziwianego na całym świecie szejka Mohammeda bin Rashida Al Maktouma. Od tamtej pory każdy jej ruch kontrolowali strażnicy, a każdą myśl – narkotyki.

Ucieczka i porwanie Shamsy wywołały gigantyczny konflikt w rodzinie. Jej matka, pochodząca z Algierii Huriah Ahmed Al M’aash, sprzeciwiała się tak surowemu karaniu dziewczyny, przez co popadła w niełaskę. Odczuły to również jej córki – Maitha i Latifa. Opinia publiczna szybko zapomniała o zbieg­łej księżniczce, a oburzenie tym faktem przyćmił zachwyt nad cudem nowoczesnej stolicy wyrastającej z pustynnego piasku. Tak było do 2018 roku, gdy w internecie pojawiło się nagranie, w którym księżniczka Latifa mówi: „Jeśli oglądacie ten film, prawdopodobnie nie żyję albo jestem w bardzo, bardzo, bardzo złej sytuacji”. Dalej wyjaśnia, że nagrała go, na wypadek gdyby jej ucieczka z Dubaju nie poszła zgodnie z planem.

I nie poszła.

Księżniczka uciekała ku upragnionej wolności jachtem Nostromo, gdy u wybrzeży Goa namierzyły ją służby specjalne i w dramatycznej akcji porwały z pokładu. Słuch po Latifie zaginął, ale świat zaczął się domagać informacji na jej temat, co znacznie wpływało na reputację jej ojca – szejka Mohammeda. W wielu miastach organizowano manifestacje domagające się uwolnienia Latify. Nad Londynem latał nawet samolot z transparentem: „Where is Latifa?”1. Księżniczka Latifa dobrze wiedziała, co może się wydarzyć, jeśli zostanie złapana. W nagranym przez siebie filmie, mimo wielu starań dubajskiego pałacu wciąż dostępnym w sieci, mówi: „To nagranie może mi pomóc, ponieważ mój ojciec dba tylko o swoją reputację. Jest w stanie zabijać ludzi, by ją chronić. Troszczy się tylko o siebie i swoje ego”.

Kilka miesięcy później świat doczekał się tego, czego się domagał, ale oczywiście w typowo propagandowym stylu. W grudniu w Dubaju zorganizowano spektakularną ustawkę. Do Emiratów zaproszona została Mary Robinson, była komisarz do spraw praw człowieka przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Zdjęcia ze spotkania miały być dowodem na to, że z księżniczką Latifą wszystko jest w porządku. Udowodniły coś dokładnie odwrotnego. Latifa na fotografiach jest nieobecna, jakby nie do końca świadoma tego, co się wokół niej dzieje. Oliwy do ognia dolała wyrażona po spotkaniu opinia Mary Robinson, która stwierdziła, że księżniczka jest „zaburzona”.

Przedstawiciele Emiratów uznali sprawę za zamkniętą, wszelkie głosy domagające się prawdy na temat dalszego losu Latify zbywając stwierdzeniem, że to prywatna, rodzinna sprawa. O tym, że księżniczka Latifa jest bezpieczna, zapewniała też ukochana przez Emiratczyków i podziwiana na całym świecie księżniczka Haya. Do czasu.

W marcu 2019 roku księżniczka Latifa uciekła z Dubaju. Tym razem zdecydowanie skuteczniej. Finalnie ukryła się w Londynie. Powody tej nagłej zmiany frontu łączono z odkryciem, jakiego miała dokonać w pałacu Zabeel. Ten godny miana cudu, jeden z najlepiej chronionych pałaców świata miał się stać grobem niepokornej księżniczki Latify. Miała być w nim pochowana wraz z siostrą, księżniczką Shamsą. Według nieoficjalnych informacji Shamsa zmarła z powodu przedawkowania narkotyków, które podawano jej regularnie od wielu lat. Latifa dowiedziała się o jej śmierci w styczniu 2019 roku i wpadła w szał, który zakończył się dla niej tragicznie. Pracujący na rozkaz jej ojca ochroniarze pobili ją tak, że straciła przytomność. Już nigdy jej nie odzyskała. Jej ciało zostało potajemnie przewiezione i pochowane na prywatnym cmentarzu, który jest częścią kompleksu pałacowego Zabeel.

Do uciekających z Dubaju księżniczek dołączyła jeszcze jedna – Reina Al Maktoum. Wszystko wskazuje na to, że jest sekretną żoną następcy dubajskiego tronu, księcia Hamdana, choć – jak bywa z sekretnymi żonami – nie wynika to z oficjalnych informacji z dworu. Jej status nie zmienia jednak faktu, że zniknięcie Reiny jest jednym z najgorętszych tematów wśród fanów dworu królewskiego w Dubaju. Reina niewątpliwie była ozdobą dworu. Gdy tylko pojawiła się w otoczeniu cieszącego się sławą celebryty, niezwykle przystojnego księcia Hamdana, natychmiast znalazła się na celowniku mediów. Choć zawsze ukrywała twarz, jej lśniące długie blond włosy i idealna figura zdradzały, że mamy do czynienia z prawdziwą pięknością. Emirackie media i poddani nazwali ją arabian princess2. To świadczy o tym, jak świetnie się wczuła w rolę żony szejka, bo tak naprawdę Reina Al Maktoum jest Polką. Jej los jest w tej chwili nieznany, a ja bardzo chciałem poznać jej historię. Wreszcie, bardzo pokrętną i skomplikowaną drogą, dotarłem do człowieka, który miał wiedzieć wszystko o tragicznym życiu księżniczek. Niestety, okazało się, że o Shamsie, Latifie, Hai i Reinie wie tyle, ile napisały o nich media, za to zna historie księżniczek, o których media milczały lub wspominały jedynie zdawkowo. Już po pierwszym spotkaniu zrozumiałem, że tragiczne historie dubajskich księżniczek będą musiały poczekać. Najpierw muszę opowiedzieć te, które należy wygrzebać z przepastnych archiwów dawno pożółkłych gazet i ocalić od zapomnienia.

Talal, nieco ponad sześćdziesięcioletni Egipcjanin, na saudyjskim dworze służył przez wiele dekad. Przeżył rządy króla Faisala, Khalida, Fahda i najbardziej znienawidzonego przez siebie – Abdullaha. Ten ostatni jakimś cudem przeszedł do historii jako reformator, który był zwolennikiem uznania praw kobiet. Talal już na pierwszym naszym spotkaniu zburzył ten mit.

– Jego zdaniem prawa kobiet równe były tym, jakie miały wysłużone wielbłądy. Abdullah był potworem. To, co zrobił tym biednym dziewczynom: Jahwer, Sahar, Mahar i Hali, jest niewyobrażalne. – Wypowiadając te słowa, Talal nie kryje poruszenia. W jego oczach dostrzegam łzy. Ja po raz pierwszy słyszę te imiona. Miałem pytać o zupełnie inne księżniczki.

– O nich się dowiesz z mediów. Wiem, że to również tragiczne historie, ale one wyjdą na światło dzienne, bo Dubaj otworzył się na świat, a w takiej sytuacji trudniej utrzymać zbrodnie w tajemnicy. O zbrodniach z saudyjskich pałaców wiedzą nieliczni, bo też nieliczni mogą do Arabii Saudyjskiej pojechać.

– Wkrótce ma się to zmienić. Arabia Saudyjska otwiera się na turystów! – mówię.

 

– To jakiś koszmarny żart. Oni zupełnie nie są na to gotowi. Jestem przekonany, że już po kilku miesiącach pierwsi turyści trafią do saudyjskich więzień. Jak można zapraszać ludzi z Zachodu do kraju, którego prawo karze niemal wszystkie zachodnie swobody? To recepta na spektakularną katastrofę. A tam jest coraz gorzej!

– Zdawać by się mogło, że coraz lepiej…

– To tylko cyniczne pozory. Nowy król nie rządzi, rządzi jego narcystyczny, sadystyczny i nieprawdopodobnie cwany syn, który wodzi za nos cały świat. Jest godnym następcą króla Abdullaha… – Od śmierci króla Abdullaha minęło już kilkanaście lat, a wspomnienie wydarzeń, których Talal był świadkiem, nadal dławi mu gardło. – Abdullah był świnią. Jego bracia to też okrutne świnie, są siebie warci. Biedna księżniczka Amina, cudowna Fahda, księżniczka Mishaal… – Zmęczona, posiekana zmarszczkami twarz niegdyś przystojnego mężczyzny znika w jego dłoniach. Po chwili ociera oczy i energicznie wraca do oskarżeń: – Oni nie jedzą wieprzowiny, uważają, że świnie są brudne… Co za ironia! To określenie tak idealnie do nich pasuje, choć nie mam pewności, czy nie obraża świń. One nie są tak okrutne.

– Zdajesz sobie sprawę, że jeśli nie wycofasz swojej zgody, twoje słowa znajdą się w książce? – pytam nieco zaskoczony początkiem naszej rozmowy.

– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wszystko mi jedno. I tak nie są w stanie już nic mi zrobić. A te biedne dzieci zasługują na wspomnienie. Jeśli chcesz, to powtórzę: Arabią Saudyjską od wielu dekad rządzą świnie. I gwarantuję ci, że jeśli teraz te słowa cię szokują, po tym, co ci opowiem, przyznasz mi rację.

Faktycznie, słowa Talala szokowały. Nigdy nie miałem dobrego zdania na temat kraju, który religią zniewala swoje społeczeństwo, ale mieszkając w Arabii Saudyjskiej przez ponad pół roku, uważałem, że wiele opinii na jej temat jest przesadzonych. Tylko że ja jestem facetem. Przedstawicielem Zachodu. Gościem, przed którym należy się pokazać z jak najlepszej strony. Uświadomił mi to właśnie Talal. Mój status był zdecydowanie wyższy od pozycji niemal każdej kobiety w tym przedziwnym państwie, wliczając do tego członkinie rodziny królewskiej. Życie arabskiej księżniczki jest tu bowiem jak gra w ruletkę. Wśród wysoko urodzonych lub dobrze wydanych panien są prawdziwe szczęściary i takie, które za przynależność do arabskiej arystokracji zapłaciły najwyższą cenę. Talal obserwował koszmarne życie córek i wnuczek saudyjskich królów, obserwował życie młodych arystokratów. I jak sam mówi, do dziś śni o tym w najgorszych koszmarach.

– Ty też będziesz – ostrzega mnie.

1 Z ang. – Gdzie jest Latifa?

2 Z ang. – arabska księżniczka.

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ 1

Talal

Urodziłem się na przedmieściach Kairu. Powiedzenie, że w domu było biednie, byłoby koloryzowaniem. W domu nie było nic. W zasadzie sam budynek też trudno było nazwać domem. Mieszkaliśmy w zawilgoconej norze, której jedyne drzwi stanowiła brudna szmata, pozostałość po podartym namiocie. Miejscami zdradzała swój dawny kolor. Kiedyś była czerwona, później już głównie czarna. W oczach mojego ojca i tak był to luksus, na który on w dzieciństwie nie mógł liczyć. Szmata, która pełniła funkcję drzwi, miała dla niego wartość sentymentalną – dla nas miała być dowodem na to, jak dobrze nam się powodzi, pochodziła bowiem z namiotu, który był jedynym majątkiem jego rodziny. Poza nim nie mieli nic. Gdy namiot się rozpadł, a beduińskie życie przysparzało coraz więcej problemów, rodzina mojego ojca przeniosła się do Kairu i zajęła żebraniem, o ile można to nazwać zajęciem.

Brak stałego dachu nad głową nie przeszkadzał jednak mojemu dziadkowi w realizacji marzeń o dużej rodzinie. Spłodził szesnaścioro dzieci, z których połowa zmarła z głodu. Mój ojciec nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Nie potrafił utrzymać rodziny, a jedyne, co robił naprawdę skutecznie, to kolejne dzieci. Byłem najstarszy z dziewięciorga rodzeństwa. Dwie z moich sióstr zmarły na przestrzeni dwóch lat, zanim skończyły czwarty rok życia. Ojciec nie przejął się tym zbytnio. Płakała tylko mama. Pobił ją zresztą za to, mówiąc, że rozpaczając przeciwko boskiej woli, obraża samego Allaha. Od dzieciństwa niemal codziennie słyszałem o miłosierdziu, jakim obdarza nas Bóg, i nie mogłem zrozumieć, jak to możliwe, że kochający nas Allah pozwala na to, byśmy głodowali, mieszkali w tak złych warunkach, nie rozumiałem, dlaczego pozwala na łzy mojej mamy, na śmierć moich sióstr, ale wierzyłem w to miłosierdzie z rozpędu. Tak mnie nauczono. Modliłem się pięć razy dziennie, dziękowałem za wszystko, choć nie miałem nic. Prosiłem o pomoc, choć nigdy jej nie otrzymałem. Przepraszałem za swoje grzechy, choć niczemu nie zawiniłem.

Nigdy nie zapomnę, jak pomagałem matce w grzebaniu moich sióstr. Pochowaliśmy je na pustyni. Pamiętam wszechogarniającą rozpacz towarzyszącą pożegnaniu małej bezbronnej osóbki, którą zabiła bieda. Ale wkrótce życie miało mnie nauczyć, że wielkie bogactwo również potrafi zabijać.

Kiedy miałem niespełna trzynaście lat, Allah stwierdził, że w moim krótkim życiu nie wydarzyło się jeszcze wystarczająco dużo złego, i odebrał mi moją ukochaną mamę. Zmarła na malarię. Jej osłabiony z niedożywienia organizm nie miał siły walczyć z chorobą. Była bez szans. Do dziś pamiętam naszą ostatnią rozmowę, jakby proroczą.

– Boję się was zostawiać – wyszeptała, walcząc o każde słowo. – Boję się, ale wiem, że Allah będzie was miał w swojej opiece.

– Mamusiu… ty wyzdrowiejesz… – mówiłem przez łzy. Wiedziałem, że nie ma na to większych szans, ale wciąż jeszcze głęboko wierzyłem w wielką boską moc. Allah miał wtedy świetną okazję, by się wykazać, jednak jak zawsze pozostał głuchy na moje potrzeby. Moja wiara z każdym rokiem życia poddawana była próbie i stawała się coraz słabsza. Nie rozumiałem, jak cierpienie może być wolą Boga, a jeśli faktycznie jest jego wolą, to jak możemy nazywać go dobrym. To przez lata była moja największa tajemnica. Nikomu nie powiedziałem o swoich wątpliwościach, ale wiarę traciłem stopniowo. Pamiętam dokładnie, kiedy wyparowała ze mnie ostatecznie. Nie mogłem jednak się do tego przyznać. Zrobiłem to dopiero kilka lat temu, już po ucieczce z Arabii Saudyjskiej. Dla muzułmanina to wielka rzecz, bo zgodnie ze słowami proroka odejście od wiary jest karane śmiercią. Paradoksalnie w moim wypadku dokładnie tak będzie, choć to oczywiście zbieg okoliczności, a nie gniew Allaha. Ale nie uprzedzajmy faktów.

– Opiekuj się rodzeństwem, póki jesteście razem – wyszeptała mama, zanim całkiem zabrakło jej sił.

Wkrótce potem odeszła na zawsze.

Mama czuła, że jej dzieci zostaną rozdzielone. Nie myliła się. Natychmiast po jej śmierci ojciec postanowił spieniężyć wszystko, co po niej zostało. A zostaliśmy tylko my. Bez cienia skrupułów sprzedał swoje dzieci.

Najpierw ośmioletnią wtedy Saptę. Mężczyzna, który ją kupił, powiedział, że zapłaci tylko wtedy, gdy sprawdzi towar. Ojciec nie oponował. Zareagowałem tylko ja.

– Jak możesz mu ją oddawać?! – wrzasnąłem, widząc, jak obleśne ręce mężczyzny chwytają drobniutką dłoń Sapty.

Ojciec popatrzył na mnie i wymierzył mi cios w twarz. Zachwiałem się, ale nie poddałem jego sile.

– Nie bluźnij, chłopcze! – krzyknął.

Spojrzałem mu prosto w oczy. Nie mogłem uwierzyć, że uważa moje zachowanie za bluźnierstwo, a swoje za właściwe postępowanie, godne pobożnego muzułmanina.

– Aisha była w wieku Sapty, gdy prorok pojmował ją za żonę – pospieszył z wyjaśnieniami. – Umiłowana mu była. Wybrana.

To nie był pierwszy raz, gdy bardzo potrzebowałem boskiej interwencji, ale pierwszy, gdy boleśnie odczułem, że religia służy ludziom głównie do tego, by uzasadniać swoje obrzydliwe zachowanie. Wkrótce moje życie miało mi dostarczyć setek takich przykładów.

Nie wiadomo na pewno, ile lat miała Aisha, gdy została żoną człowieka, który przeszedł do historii jako twórca jednej z największych religii na świecie i jej ostatni, najważniejszy prorok. Mahomet poślubił ją prawdopodobnie, gdy miała sześć lub siedem lat, ale obiecał jej ojcu Abu Bakrowi, że dziewczynka pozostanie dziewicą do czasu pierwszej miesiączki. Słowa dotrzymał. Małżeństwo zostało skonsumowane, gdy Aisha miała osiem lat, choć niektóre źródła podają, że jej mąż czekał nawet do jej dwunastych urodzin. Te rozbieżności pozwalają na sporą dowolność w interpretacji wśród zwolenników małżeństw z małymi dziewczynkami, zwanych przez nich podążaniem drogą proroka. Jest to jednocześnie jeden z najważniejszych argumentów tłumaczących proceder pedofilii wśród pobożnych muzułmanów. Ich zdaniem każdy wyznawca islamu jest błogosławiony, gdy podąża ścieżką wytyczoną przez proroka.

W chwili, gdy Mahomet pojmował Aishę za swoją trzynastą, ostatnią żonę, był blisko lub ponad pięćdziesięcioletnim mężczyzną. Dziewczynka była pierwszą poślubioną przez niego dziewicą; do tej pory jego żonami były wyłącznie wdowy. Mahomet absolutnie oszalał na jej punkcie i zapoczątkował kult dziewictwa trwający w islamie do dziś. Na Bliskim Wschodzie za mąż może wyjść tylko dziewica, za utratę dziewictwa poza małżeństwem grozi surowa kara, dla kobiet błona dziewicza stała się najważniejszym elementem ich ciała i chętnie korzystają z chirurgicznych zabiegów jej przywrócenia, a mężczyźni marzą o raju, w którym obiecane im hurysy odzyskują błony dziewicze tuż po stosunku. Ta obsesja ma niestety jeszcze jedno oblicze. W biedniejszych, bardziej zacofanych regionach krajów Bliskiego Wschodu staje się koszmarem wielu małych dziewczynek.

Czułem się bezsilny. Przez dziury w tkaninie powiewającej w wejściu do naszej kwatery widziałem, jak kupiec prowadzi Saptę do zdezelowanego samochodu z naczepą. Jej pełen bólu płacz słyszę do dziś. Zgwałcona nie wróciła już do domu. Patrzyła na mnie przez szybę samochodu. Jej nieobecny wzrok to moje ostatnie związane z nią wspomnienie. Jej nowy właściciel przyszedł jeszcze tylko z plikiem banknotów. Wręczył je naszemu niewzruszonemu ojcu, który przeliczył je sprawnie i pośpiesznie schował. Dostał za Saptę sto pięćdziesiąt funtów egipskich.

Nie wiem, ile wziął za mnie. Bo ja byłem następny. Nigdy więcej nie widziałem mojego rodzeństwa. Nie mam pojęcia, co się z nimi stało. Staram się o tym nie myśleć i tylko w duchu mam nadzieję, że nic złego, choć wiem, że to raczej niemożliwe.

Po mnie przyszło dwóch ubranych w thawb3 mężczyzn. Byli względnie mili. Nie popychali mnie, nie bili, wydawali tylko krótkie polecenia, a ja ze strachu, ze ściśniętym z żalu sercem bez sprzeciwu je wykonywałem. Wkrótce znalazłem się na statku płynącym do Arabii Saudyjskiej. Z portu na wielbłądach, a później na tyle samochodu, ewidentnie transportującego wcześniej daktyle, zawieziono mnie do stolicy – Rijadu. Pamiętam ten samochód. Był stary, rozklekotany, a na jego przyrdzewiałej, obsypanej piachem podłodze walały się pomarszczone od słońca owoce. Niektóre już niemal zupełnie wysuszone, inne nawet lekko sfermentowane, dla mnie jednak były królewską ucztą. Zebrałem ukradkiem wszystkie i zjadłem jeden po drugim, rozglądając się, czy przypadkiem nikt tego nie widzi. Smakowały wybornie. Chciałem, by były zapowiedzią szczęśliwego życia, jakie czekało mnie u mojego nowego pracodawcy. Od szczęścia było bardzo dalekie, ale te daktyle w pewnym sensie stały się spełnioną obietnicą. Już nigdy nie byłem głodny.

Moim pracodawcą, a w zasadzie właścicielem był sam saudyjski król. Oczywiście król nawet nie wiedział o moim istnieniu, a ja miałem być tylko jednym z setek służących zatrudnionych w królewskim pałacu, ale sam fakt pracowania dla monarchy miał być dla mnie zaszczytem. Gdy przypłynąłem do Arabii Saudyjskiej, rządził nią jeszcze król Faisal. To były dobre czasy, wielu starszych Saudyjczyków do dziś wspomina je z rozrzewnieniem. Król Faisal objął tron po swoim bracie, który doprowadził kraj niemal na skraj bankructwa. Już w pierwszych latach rządów wydostał królestwo z zapaści i zajął się jego reformowaniem. Za czasów króla Faisala do Arabii Saudyjskiej dotarła telewizja, a dziewczynki po raz pierwszy poszły do oficjalnych, ustanowionych królewskim dekretem szkół. Faisal był też zręcznym graczem na arenie międzynarodowej, stworzył militarną potęgę i potrafił wpływać na światową politykę, jedną decyzją wywołując kryzys paliwowy na całym globie. Cieszył się olbrzymim uznaniem. W Wielkiej Brytanii śpiewano o nim piosenki. W Pakistanie na jego cześć nazwano miasto. Amerykański „The Times” uznał go za Człowieka Roku – a to tytuł przyznawany tylko najbardziej wpływowym osobom na świecie.

 

Wszyscy dookoła mówili o nim „dobry król”. Nawet jego przepracowani do nieprzytomności niewolnicy. Podobno sam król był przeciwnikiem niewolnictwa, ale ponieważ jego bezpośredni podwładni i spora część saudyjskiej arystokracji nie podzielała tej opinii, nawet jeśli nieświadomie, korzystał z armii niewolników. Ja byłem jednym z nich – i nie mogę powiedzieć, że byłem z tego powodu nieszczęśliwy. Mimo że mój status był tylko o stopień wyższy od statusu karaluchów, i to tylko dlatego, że mnie, w przeciwieństwie do insektów, można było zaprząc do roboty, nie krzywdowałem. Zostawiłem w tyle wspomnienia Egiptu, który kojarzył mi się z cierpieniem i utratą wszystkiego, co kochałem. Tutaj miałem dach nad głową, nie brakowało mi jedzenia, a codzienna praca nie pozwalała na rozmyślanie nad swoim losem. Byłem na dnie, ale dziś wspominam tamten czas jak pozbawiony trosk okres niewinności. Nie trwał on jednak zbyt długo. Niestety niecały rok po moim przybyciu do Arabii Saudyjskiej król Faisal już nie żył.

Wiem, jak dziwnie to brzmi z ust kogoś, kto był zupełnie pozbawiony wolności, podporządkowany woli jednego człowieka, ale król Faisal był człowiekiem niezwykle prawym i pobożnym; ufałem, że pod rządami mądrego władcy nic mi nie grozi. Nie wszyscy jednak byli tego zdania. Reformy króla nie podobały się wielu. Jego podejście do praw kobiet gorszyło konserwatystów, a bezwzględny zakaz handlu i spożywania alkoholu – wprowadzony za jego czasów po kilku wybrykach saudyjskich książąt – przysporzył mu wrogów także wśród liberalnej części społeczeństwa, a zwłaszcza wśród członków arystokracji, która na alkoholu przemycanym z pobliskiej Jordanii zarabiała krocie.

Pewnej nocy król miał wizję. Podzielił się nią ze swoim sekretarzem tuż po przebudzeniu. Śnił mu się jego ojciec, pierwszy z dynastii Saudów, Abdul Aziz Al Saud, założyciel Arabii Saudyjskiej. Stary król z eleganckiej limuzyny zapraszał go do środka.

– Mój ojciec, niech Allah ma go w swojej opiece, wzywa mnie do siebie, nie zostanę tu już długo – powiedział król niespokojnym głosem, ku całkowitemu zaskoczeniu swojego zaufanego sekretarza. Ale chyba nie spodziewał się, że jego czas na tej ziemi skończy się aż tak szybko.

Tego samego dnia, około południa król przyjmował w swoim pałacu delegację z Kuwejtu. Wokół panowało spore poruszenie. Pamiętam to jak dziś, choć byłem wtedy zbyt mało znaczącym członkiem służby, by chociaż się zbliżać do sali tronowej. Gościom towarzyszył bratanek króla, również noszący imię Faisal. Podczas spotkania podszedł on do króla, który właśnie witał się z ministrem przemysłu naftowego Kuwejtu. Pokłonił mu się, a gdy król pochylił głowę, bratanek wymierzył w niego lufę pistoletu i natychmiast pociągnął za spust. Kula trafiła prosto w twarz władcy. Powoli osunął się na ziemię. Stojący obok królewski minister złapał za rękę młodego zamachowca. Ten wciąż naciskał na spust pistoletu wymierzonego w ciało umierającego króla. Był w kompletnym amoku. Chwilę później straże ujęły go i odebrały mu broń. Lekarze walczyli o życie króla w drodze do szpitala, ale przegrali tę nierówną walkę, jeszcze zanim dotarli na miejsce.

Dobry król odszedł.

Do dziś nie wiadomo z całą pewnością, jakie motywy powodowały księciem, gdy zdecydował się na zamach, choć teorii na ten temat krąży wiele. Młody Faisal studiował w Stanach Zjednoczonych, był miernym studentem, za to pierwszorzędnym imprezowiczem. Szejkowie nie imprezują oszczędnie, a stary król podobno nie zgadzał się na podniesienie jego miesięcznego uposażenia, co mocno sfrustrowało młodzieńca. Innym powodem mógł być zakaz wyjazdów z Arabii Saudyjskiej spowodowany właśnie jego skłonnościami do mocno kontrowersyjnych ekscesów po alkoholu i narkotykach, kompletnie nieprzystających do wizerunku arystokraty pochodzącego z muzułmańskiego kraju. Jest też teoria mówiąca o tym, że książę działał na zlecenie amerykańskiego i izraelskiego wywiadu, a zamach miał być odwetem za nieugiętą postawę króla w konflikcie między Palestyną a Izraelem. Najczęściej jednak słyszy się, że Faisal pomścił w ten sposób śmierć swojego brata, Khaleda, o którą obwiniał króla. Khaled zginął w zamieszkach po ataku konserwatystów na ufundowaną przez króla telewizję w Rijadzie. Część kleryków nie zgadzała się na wprowadzanie w świętym kraju bogobojnych muzułmanów nowinek zepsutej zachodniej cywilizacji, widząc w niej złamanie islamskiego zakazu przedstawiania ludzkiego wizerunku. Książę Khaled brał udział w ataku – i to podczas szturmu został zastrzelony przez królewską gwardię, ale szczegóły jego śmierci nigdy do końca nie zostały wyjaśnione. Sam jej fakt miał jednak wystarczyć, by książę Faisal znienawidził króla. Owa nienawiść miała go pchnąć do dokonania chłodno wykalkulowanej okrutnej egzekucji.

Niezależnie od motywów księcia Faisala czekał proces i w zasadzie pewna śmierć. On sam, mierząc do króla, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak skończy. Pamiętam samochody jeżdżące po całym Rijadzie i ogłaszające przez megafony, że książę został skazany na śmierć. Tłumy na ulicach skandowały i wiwatowały, ciągnąc w kierunku głównego placu, gdzie kilka godzin po ogłoszeniu decyzji sądu miała się dokonać egzekucja. Wszyscy chcieli zobaczyć ten akt. Pozwolono na to nawet nam, zniewolonej służbie.

Plac Ad-Dirah. To tu przed budynkiem sądu niemal co piątek skazańcy tracili głowy, a nieliczni szczęśliwcy tylko dłonie lub stopy. Kilka dekad temu plac wyglądał bardziej ponuro, ale mimo że dziś ozdabiają go tryskające z chodników fontanny, jego przeznaczenie oficjalnie się nie zmieniło. To tu przestępcy skazani przez sąd na najwyższy wymiar kary płacili i płacą za swoje zbrodnie.

Gdyby kilkanaście tygodni wcześniej 27-letni książę Faisal bin Musaed bin Abdelaziz nie zabił króla, tego dnia szedłby do ślubu. Miał poślubić córkę zdetronizowanego króla Sauda, Sitę. Los chciał inaczej. Zamiast do ślubu szedł na śmierć. Było krótko po godzinie szesnastej gorącego czerwcowego dnia. Dookoła stała królewska straż. Z reguły jej tu nie było, ale ta egzekucja różniła się od innych. Stracony miał być członek królewskiej rodziny, do tego królobójca. Faisal pojawił się w bramie sądu. Ubrany w biały zgrzebny thawb, z czarną opaską na oczach, szedł wolnym chwiejnym krokiem, prowadzony przez żołnierza. Na jego sygnał zatrzymał się i uklęknął. Przez chwilę recytował szeptem modlitwę, a gdy skończył, kat podniósł lśniący miecz ze szczerozłotą rękojeścią i szybkim zamaszystym ruchem odciął głowę księcia. Sprawiedliwości stało się zadość. Królobójca nie żyje! Tłum wiwatował. Zebrani jeszcze przez jakiś czas mogli się napawać makabrycznym widokiem okaleczonego, pozbawionego życia ciała i głowy zatkniętej na drewniany pal. Ludzie podchodzili do zwłok, wykrzykiwali swoją niechęć do Faisala, dziękowali Allahowi za to, że pomścił przedwczesną śmierć ich władcy. To wszystko do czasu, gdy na plac wjechał ambulans i zebrał szczątki, by przygotować je do anonimowego pochówku. Tak skończył znienawidzony książę, który zabił ukochanego króla. Ale nie był on ostatnim arystokratą, którego życie przerwała publiczna egzekucja.

Przez lata wiele zbrodni popełnianych przez saudyjskich książąt uchodziło im na sucho, chyba że mieli pecha i dostali się pod jurysdykcję zagranicznych sądów, jak np. wnuk króla Abdullaha, książę Saud Bin Abdulaziz Bin Nasir Al Saud. Zamordował on Bandara Abdulaziza – swojego wieloletniego służącego i kochanka w jednej osobie. Zmaltretowane ciało ofiary znaleziono w łóżku księcia w pięciogwiazdkowym hotelu Landmark w Marylebone w centrum Londynu. Początkowo szejk zaprzeczał swojej winie, ale dochodzenie nie pozostawiło co do niej żadnych wątpliwości. Angielski sąd skazał go na dożywocie.

Zabójstwo saudyjskiego króla było przestępstwem, za które trudno uniknąć kary, nawet gdy jest się księciem, ale zabójstwo poddanego nie jest już w Arabii Saudyjskiej zbrodnią tak wielką.

Choć z rąk książąt zginęło wielu poddanych, za każdym razem diyah, czyli tzw. pieniądze krwi wypłacane rodzinie ofiary, załatwiało sprawę. Gdyby diyah nie zostało przez rodzinę przyjęte, obowiązuje qisas, czyli prawo odwetu – „oko za oko, ząb za ząb”. Ale sumy wypłacane poddanym w ramach pieniędzy krwi były tak wysokie, że rekompensowały wszelkie straty. No, chyba że ktoś tę sumę przebił, tak jak prawdopodobnie w 2016 roku, kiedy przed sąd trafił wpływowy książę Turki bin Saud Al Kabeer.