Urodziłam dziecko szejkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Urodziłam dziecko szejka
Urodziłam dziecko szejka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Urodziłam dziecko szejka
Audio
Urodziłam dziecko szejka
Audiobook
Czyta Laura Breszka, Marcin Popczyński
37,90  29,56 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Marcin Margielewski, 2020

Projekt okładki

Michał Kubacki

Zdjęcie na okładce

© michaeljung/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-516-2

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Macierzyństwo to jedna z najpiękniejszych ról w życiu, ale los nie obsadza w niej wszystkich kobiet. Biologia bywa dla nich okrutna, a w Arabii Saudyjskiej te, które mierzą się z jej wyrokami, dodatkowo narażone są na społeczny ostracyzm. W krajach arabskich macierzyństwo wyznacza status. Kobieta, by coś znaczyć, musi być matką. Nic więc dziwnego, że niektóre próbują nimi zostać za wszelką cenę. Niestety cena ta bywa naprawdę bardzo wysoka.

Ola jest jedną z wielu niezwykłych osób, które piszą do mnie od czasu, kiedy zacząłem wydawać książki dotyczące Bliskiego Wschodu. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że wyjeżdża tam aż tak wiele Polek i Polaków. Sam byłem jednym z nich, ale moje życie w tym regionie, choć niepozbawione przygód, czasami mocno na krawędzi, było raczej fortunne. Jak się jednak okazuje, nie wszyscy mają tyle szczęścia. Na pewno nie miała go Ola. Wyjechała do Dubaju do pracy jako pielęgniarka. Jak to się stało, że została surogatką dla saudyjskiej pary książęcej?

Wielu pomyśli: kolejna Polka, która chciała zarobić szybką kasę i sprzedała się Arabom. Przyznam, że ja też tak pomyślałem. Kiedy Ola napisała do mnie po raz pierwszy, streszczając swoją historię, stwierdziłem, że przynajmniej jest oryginalna. O Polkach sprzedających szejkom swoje wdzięki już słyszeliśmy. Taka, która szejkowi sprzedała swój brzuch, jest nowością.

Stereotypowe myślenie w tym wypadku okazało się jednak zwodnicze, a historia Oli, jak się przekonałem, nie jest historią o dziewczynie, która została surogatką za pieniądze, choć faktycznie urodziła dziecko jednemu z saudyjskich książąt. To fascynująca opowieść o niespełnionym macierzyństwie, o intrygach, które potrafią zniszczyć życie całej rodziny, o próbach zaspokojenia oczekiwań społecznych za wszelką cenę, o niewłaściwie pojmowanym szczęściu i krzywdach, które wyrządzają sobie nawzajem najbliżsi.

Ola wróciła z Arabii Saudyjskiej poraniona. Potrzebowała dekady, by ułożyć sobie życie na nowo i odnaleźć w nim szczęście. Teraz chciała o tym wszystkim opowiedzieć.

– Będę w Polsce na początku marca. Możemy się wtedy spo­tkać – zaproponowała.

Idealnie! Właśnie kończyłem pracę nad Tajemnicami hoteli Dubaju i byłem gotowy wysłuchać kolejnej historii. Ale los chciał inaczej. Ola na pierwsze spotkanie nie dotarła. Z powodu coraz bardziej rozprzestrzeniającej się pandemii koronawirusa była zmuszona odwołać swój przyjazd.

– Za chwilę zamkną granice. Polska też. Nie mogę ryzykować – wyjaśniła.

Chciałem rozumieć, ale chciałem też napisać tę książkę.

Na szczęście w dobie pandemii, choć ludzie przestali się spotykać osobiście, nie przestali się ze sobą kontaktować. Zaczęliśmy rozmawiać przez komunikator. Ola miała rację – granice Polski i innych krajów europejskich wkrótce zostały zamknięte. Świat zwolnił, a my mogliśmy bez pośpiechu spędzić godziny na rozmowach, w trakcie których Ola opowiedziała mi, czego doświadczyła w czasie swojego pobytu w Dubaju i Rijadzie. Podczas gdy wielu zapalonych czytelników uciekało przed wirusem w świat napisanych już książek, ja chowałem się przed nim, pisząc kolejną.

Ola zaskoczyła mnie swoją osobowością. Nie wyglądała na dziewczynę wychowywaną przez nadopiekuńczą matkę. Nie była wycofana ani nieśmiała. Na początku trudno mi było też odnaleźć w niej ślady traumy po przeżyciach na Bliskim Wschodzie. Ukrywała je świetnie albo przeszła bardzo skuteczną terapię. To były jednak pozory. Przy wielu opowieściach łamał jej się głos, niektóre próbowała przekazać zdawkowo, jakby chciała przed nimi uciec, i dopiero dopytywana wracała, by zdradzić szczegóły.

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ 1

Szeherezada

Legenda głosi, że przed wiekami władzę na Bliskim Wschodzie sprawował król sprawiedliwy, męski i odważny. Poddani go uwielbiali, a jego królestwo było pełną bogactw krainą szczęścia i spokoju. Baśnie z reguły tak właśnie się kończą, ale ta konkretna w tym miejscu dopiero się zaczyna… W każdej bajce powinien występować czarny charakter. I oto na scenę weszła żona króla. Piękna i niezwykle zmysłowa dama, która swym czarem zachwycała cały dwór i poddanych. Nie miała magicznego zwierciadła, które pokazywałoby jej konkurencję w postaci innych urodziwych niewiast, nikogo nie chciała zabijać zatrutymi owocami ani kłuć śmiercionośnym wrzecionem. Nie. Jedyną zbrodnią królowej było jej osobliwe hobby. Za każdym bowiem razem, gdy król opuszczał dwór, organizowała ona w pałacowym ogrodzie szaleńcze orgie, oddając się uciechom cielesnym ze swoimi przystojnymi niewolnikami i zachęcając do nich służki.

Nietrudno się domyślić, że wieść o występkach żony w końcu dotarła do króla. Początkowo nie dał im wiary, ale wkrótce postanowił przekonać się o ich prawdziwości osobiście. Któregoś razu wyjechał z pałacu, by chwilę później wrócić do niego w przebraniu. Z okna wychodzącego na pałacowy ogród przyglądał się poczynaniom swojej żony. Narastały w nim złość i rozpacz. Dobył miecza i rozsierdzony, pod wpływem afektu zmienił wyuzdaną orgię w krwawą egzekucję, nie pozostawiając przy życiu żadnego z kochanków żony i ją samą też skracając o głowę.

Król nigdy już nie był taki sam. Z dobrotliwego, uśmiechniętego mężczyzny zmienił się w żądnego zemsty szaleńca. Krew kochanków, którą rozlał w pałacowym ogrodzie, rozbudziła w nim niespodziewaną żądzę… Od tej pory codziennie pojmował za żonę inną dziewicę. Wieczorem przelewał jej krew, a nad ranem pozbywał się jej ciała.

Szczęśliwe do niedawna królestwo spowiły smutek i żałoba za córami, które lud musiał wydawać królowi jedną po drugiej. Z czasem królewski wezyr miał coraz większy problem ze znajdowaniem kolejnych kandydatek na żony króla, aż nastał dzień, gdy przy życiu nie została żadna z nich. Mężczyzna wiedział, że przyjdzie mu za to zapłacić własnym życiem, a na zrozumienie władcy nie ma co liczyć.

Wezyr nosił jednak pewną tajemnicę. Od lat bowiem ukrywał przed królem swoje dwie córki. Gdy starsza z nich dowiedziała się o grożącym ojcu niebezpieczeństwie, zaczęła nalegać, by wydał ją za króla, zapewniając, że jest w stanie go odmienić i uratować przed jego gniewem swoją siostrę, a może i kolejne dziewczęta, jeśli istnienie jakichś umknęło jeszcze uwadze wezyra.

Ojciec oczywiście nie chciał się zgodzić na pomysł córki, ale wiedział też, że jeśli sam straci życie, nie będzie mógł już ochronić ani jej, ani jej młodszej siostry. Córka nalegała, przekonując, że zna sposób, by powstrzymać krwawe zapędy władcy. W końcu uległ. Przed wieczorem, pełen strachu i ze łzami w oczach, przedstawił królowi jego nową żonę. Król posiadł ją tuż po ślubie, ale gdy zaspokoił swoje żądze, wcale nie miał ochoty na sen. Do egzekucji o świcie pozostało jeszcze kilka godzin. Jego nowa żona zaproponowała zatem, że opowie mu fascynującą historię.

I tak właśnie Szeherezada zaczęła snuć swoją baśń, przerywając ją o świcie, w momencie gdy król chciał poznać jej dalszy ciąg, a ciekawość jego była tak silna, że zapomniał o zaplanowanej na świt kaźni. Szeherezada opowiedziała mu ciąg dalszy kolejnego wieczoru, ale i następny świt nie przyniósł rozwiązania historii. Król znowu odroczył egzekucję. Pozwolił żonie żyć przez kolejny dzień, by poznać ciąg dalszy opowieści. I tak przez tysiąc i jedną noc, dopóki serce króla nie zmiękło, a chęci zemsty nie zastąpiła miłość do Szeherezady.

W dzieciństwie bardzo lubiłam Baśnie z tysiąca i jednej nocy, ale dopiero jako dorosła dziewczyna odkryłam, że te, które poznałam, są mocno ocenzurowane. W rzeczywistości to dość krwawe, wyuzdane i pełne zawiłej symboliki opowieści, które dla małego dziecka mogłyby być raczej koszmarem niż bajką na dobranoc. Baśnie braci Grimm też musiały przejść ostrą cenzurę, zanim zaczęto je opowiadać dzieciom. Zupełnie jakby dorośli byli tak zepsuci, że nawet pisząc opowieści dla dzieci, nie potrafili odnaleźć w sobie ich wrażliwości. Nie inaczej jest z opowieściami biblijnymi. Pamiętam, jak moja rozmodlona matka opowiedziała mi przy okazji którejś z moich pierwszych Gwiazdek historię króla Heroda, który w poszukiwaniu nowo narodzonego Mesjasza dokonał rzezi niewiniątek poniżej drugiego roku życia. Byłam za mała, by stwierdzić, czy mieszczę się w przedziale wiekowym ustalonym przez złego króla, i zrozumieć, że to tylko opowieść, a gdyby nawet była prawdziwa – rozkaz Heroda nie jest już w mocy. Wpadłam w histerię, z której trudno było mnie wyrwać, a strach przed śmiercią z ręki żołnierzy Heroda towarzyszył mi jeszcze przez wiele lat.

Nie była to jedyna trauma, jaką nieświadomie zafundowała mi moja mama. Kiedy podczas święcenia koszyczków wielkanocnych we wczesnym dzieciństwie zaprowadzono mnie do ułożonej na kościelnej posadzce niezwykle realistycznej figury przybitego do krzyża, zakrwawionego Jezusa, byłam przekonana, że to prawdziwy człowiek. Rozpłakałam się i uciekłam. Mama dogoniła mnie dopiero przy wyjściu z kościoła. Potem przez wiele kolejnych lat opowiadała mi tę historię, podkreślając, jakiego wstydu się wtedy najadła. Moja trauma nie miała tu zupełnie znaczenia. Nikt normalny nie pokazałby zmasakrowanych zwłok małemu dziecku, ale nie ma problemu z pokazywaniem mu realistycznej figury przedstawiającej martwego Jezusa. Dzieci powinno się chronić przed takimi widokami, dopóki nie będą w stanie zrozumieć kontekstu.

 

Kiedy wyjechałam na Bliski Wschód, przekonałam się, że matki mają skrajnie różne podejście do izolowania swoich dzieci od tego, co mogłoby je zranić. Moja chroniła mnie przed światem histerycznie, a jedynym wyjątkiem była tu religia, której bezgranicznie – i często bezrefleksyjnie – ufała. Ale są matki, które dla swoich dzieci, nawet tych mocno już dorosłych, są w stanie posunąć się dużo dalej i żadne pieniądze, a nawet czyjeś życie nie mają dla nich znaczenia.

To o nich będzie ta historia.

Wracając do opowieści o Szeherezadzie, w oryginale ma ona nieco inny przebieg. Zdradzony król ma brata, który też dokonał żonobójstwa po zdradzie. Obaj przeżywają przygodę, spotykając zamkniętą w szkatułce przez dżina dziewczynę, która uświadamia im, że słaba płeć to samo zło. Generalnie mężczyźni są tu ofiarami kobiet i nawet jeśli je mordują, robią to z winy tych zdradliwych niewiast.

To, co przeżyłam w krajach arabskich, dalekie jest od opowieści o dzielnej córce wezyra, ale łączą mnie z nią dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, ja też przez wiele nocy drżałam o to, czy nadchodzący poranek nie będzie ostatnim w moim życiu, i myślałam tylko o tym, by wytrwać w tej historii i dać sobie szansę na kolejny świt. Po drugie, tak jak Szeherezada – ostrzegana i świadoma niebezpieczeństwa – sama ściągnęłam je na swoją głowę.

Hejterzy, którzy po zapoznaniu się z moją historią będą wypisywać w internecie: „sama tego chciała”, będą mieli rację. Sama tego chciałam. Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, co tak naprawdę mnie czeka. A to, że chciałam, wcale nie tłumaczy zła, jakie mi wyrządzono. Tak jak krótka spódniczka, wbrew temu, co myśli bardzo wielu panów, nie jest ani powodem, ani wytłumaczeniem dla gwałtu.

***

Przez pierwszy tydzień moja mama płakała niemal bez przerwy. Później w histerię wpadała już tylko w trakcie rozmowy. Niekiedy bez emocjonalnych spazmów udawało jej się wytrzymać nawet dwie, trzy minuty. Z czasem nauczyła się w miarę panować nad emocjami, ale nigdy nie uspokoiła się zupełnie. Za każdym razem, gdy próbowałam podjąć temat, po jej policzkach po chwili zaczynały płynąć łzy. Słuchała zamyślona, nieobecna, a ja tak bardzo potrzebowałam wtedy jej aprobaty. Nie żeby była w stanie wpłynąć na moją decyzję, ta już dawno została podjęta, ale na pewno byłoby mi łatwiej. Wiedziałam jednak, że mama nie robi tego ze złośliwości. Ona po prostu panicznie się o mnie bała. Jeśli się odzywała, to tylko po to, by wspomnieć o Alinie.

– Ty wiesz, co jej zrobili! – mówiła enigmatycznie przed kolejnym spazmem płaczu.

Niby wiedziałam, ale to była stara sprawa, a gdy się rozgrywała, byłam zbyt młoda, by poważnie się nią przejąć. W oczach mojej mamy jednak historia Aliny przekreślała wszelkie pozytywy w myśleniu o Bliskim Wschodzie. Jego mieszkańców miała za zwyrodnialców pozbawionych uczuć wyższych, którzy najpierw skrzywdzili jej przyjaciółkę, a teraz postanowili odebrać jej córkę. Nie chciałam tego słuchać. Wiedziałam, że to nieprawda. Alina przeżyła koszmar, ale nie jest przecież tak, że spotyka on każdego, kto wyjedzie nad Zatokę Perską. Nie miałam zamiaru rezygnować z szansy, którą dał mi los. A mamie przecież w końcu przejdzie. Zwłaszcza gdy zobaczy, że jestem cała, zdrowa, a w dodatku szczęśliwa i bogata.

Może nawet do mnie przyleci?

Eee, nie… Nie wybiegajmy tak daleko. Ważne, żeby wreszcie przestała płakać.

Moja mama zrobiła wszystko, żebym była społecznie upośledzona, zupełnie jakby działała według tajemnego przepisu na wywołanie w dziecku możliwie najszerszego spektrum życiowych fobii. Robiła to oczywiście z bezgranicznej miłości i bez zamiaru skrzywdzenia mnie, ale skutki były raczej średnie. Szczerze mówiąc, do dziś nie wiem, jakim cudem uchroniłam się przed całkowitą izolacją i strachem przed absolutnie wszystkim.

Moi rodzice starali się o mnie bardzo długo. Urodziłam się po trudnej, pełnej zagrożeń ciąży, miesiąc przed terminem. Przeżyłam, choć moja mama, która wcześniej poroniła już kilkakrotnie, nie oczekiwała, że tym razem się uda. Udało się. Byłam cudem, który zdarzył się na oczach moich rodziców, gdy zawiodły wszelkie nadzieje, a w dodatku na przekór światu – bo moi rodzice postanowili mnie mieć w bardzo młodym wieku i zamiast iść na studia, zupełnie świadomie wybrali rodzicielstwo. Kiedy przybrałam na wadze, a lekarze zakomunikowali mamie i tacie, że mają zdrowe i dobrze rozwijające się dziecko, nie mogli w to uwierzyć, dziękowali Bogu i poprzysięgli chronić mnie przed wszystkim, co mogłoby mi zagrozić, choćby w najmniejszym stopniu. Niestety ojciec nie był w stanie spełnić tej obietnicy. Gdy odszedł, mama przeżyła potworny szok, który ewidentnie wywołał w jej psychice potężne zmiany. A to wszystko odbiło się na mnie.

Taty nie pamiętam, choć czasami mi się śnił, tak jakbym miała z nim wiele wspomnień. Umarł, zanim skończyłam cztery lata. Wrócił z pracy do domu z bólem głowy, położył się i już nie wstał. Wylew był tak rozległy, że pogotowie nie miało już co robić. Z tego dnia zapamiętałam tylko, jak mama, bardzo nieskutecznie powstrzymując łzy, zamknęła mnie w kuchni i poprosiła, żebym z niej nie wychodziła. Siedziałam więc i czekałam.

Pokrzyżowane śmiercią ojca plany dotyczące mojego potencjalnego rodzeństwa mama przekuła w niedającą się opisać nadopiekuńczość, która zrobiła ze mnie robota. Wiem, brzmię jak niewdzięcznica. Ona naprawdę mnie kochała, ale ja wyrastałam na osobę wiecznie przestraszoną, chorobliwie nieśmiałą, skradającą się przez życie w nadziei na to, że nikt mnie nie zauważy. Moja mama nie marzyła o tym, że kiedyś będę miała męża i dzieci, że dam jej wnuki. Nawet tę wizję odganiała jako potencjalne zagrożenie dla jej jedynego dziecka. Nie chciała, żebym miała jakąkolwiek przyszłość. Miałam siedzieć pod kloszem, podczas gdy ona miała mnie pilnować. Jak chora psychicznie kwoka.

Mama nigdy nie mówiła tego na głos, ale ewidentnie wyznawała zasadę, że w życiu lepiej się bać, niż ryzykować odwagą. Była przekonana, że ci, którzy się boją, mają zdecydowanie większe szanse na przetrwanie od tych odważnych, kuszących los. Teoretycznie miała rację, ale w jej praktyce ta teoria stała się piętnem i z biegiem lat coraz bardziej uwierała. Od dziecka słyszałam głównie przestrogi. Świat mojego dzieciństwa nie był piękny, pełen możliwości i tajemnic do odkrycia. Mama osobiście ustawiła w nim zasieki niebezpieczeństw, obaw i ostrzeżeń przed wszystkim, co w choćby najmniejszym stopniu mogłoby stanowić dla mnie zagrożenie. Momentami to nawet nie była nadopiekuńczość. To była histeryczna obsesja. Obsesja z czasem okraszona postępującą dewocją, bo mama, nie mając oparcia w nikim, zaczęła zawierzać wszystkie swoje sprawy Bogu. Szanowałam jej wiarę, choć często przybierała ona chorobliwą formę. Mama wiecznie klęczała i szeptała modlitwy. Biegała codziennie do kościoła, znak krzyża robiła przed niemal każdą czynnością i we wszystkim widziała boską interwencję – karę za grzechy lub nagrodę za bogobojność. To było jak zniewolenie, w którym nie potrafiła już podjąć żadnej życiowej decyzji bez konsultacji z siłami nadprzyrodzonymi. Wiem, że w ten sposób radziła sobie z ogromną samotnością i strachem. Dziś, po tym, co sama przeszłam, rozumiem to dużo lepiej, ale w czasach mojej młodości to znacznie utrudniało nam porozumienie.

We wczesnym dzieciństwie nadopiekuńczość i ostentacyjna wiara mamy nie przeszkadzały mi zupełnie. Z biegiem lat jednak zaczęłam sobie zdawać sprawę, że odizolowana od wszystkich niebezpieczeństw jestem jakby upośledzona. Nie miałam przyjaciół, koleżanek, nie zależało mi na zdobywaniu znajomości. Nie odczuwałam potrzeby kontaktu z innymi. Nie widziałam niczego złego w samotności. Mama zawsze mówiła mi, że cały czas jest ze mną Pan Jezus, i chyba jego obecnością zastąpiłam sobie kontakty z rówieśnikami. Oczywiście oprócz Jezusa niemal bez przerwy była ze mną mama. Nie pamiętam, bym jako dziecko kiedykolwiek obudziła się sama. Sama też nie zasypiałam. Mama pilnowała mojego snu, przekonana, że tylko w ten sposób jest w stanie szybko zareagować, gdyby zdarzył mi się w nocy bezdech. Robiła to, nawet gdy byłam już duża. Nie byłam chora, nie było podstaw, by się czegokolwiek obawiać, ale mama wolała mnie strzec. Nie wiem, czy sama w ogóle sypiała. Nigdy nie widziałam jej śpiącej. Gdy byłam w domu, pilnowała mnie w panice; kiedy z niego wychodziłam, jej strach był bliski histerii. Ze szkoły odbierała mnie zawsze pierwszą, zawsze osobiście.

Gdy dorastałam, zachowanie mojej mamy zaczęło rodzić konflikty. Towarzystwo Jezusa, o którym tak żarliwie mnie zapewniała, przestało mi wystarczać. Potrzebowałam rówieśników. Docierała do mnie niedorzeczność tej sytuacji. To był oczywiście proces, zajął mi lata, ale paradoksalnie jej nadopiekuńczość wytworzyła we mnie potrzebę niezależności.

Pod koniec liceum pojawił się bunt. Późno jak na nastolatkę, ale ja przecież nie byłam normalną nastolatką. Nie znosiłam jej pytań o moje samopoczucie, skakania nade mną, gdy tylko poczułam się źle. Dla mojej mamy katar był zagrożeniem życia. Zaczynałam się jej wstydzić. Zaczynałam nienawidzić jej zrzędzenia. Jej łzy wzbudzały we mnie agresję, a modlitwy wznoszone do sufitu drażniły mnie coraz bardziej. Byłam okropna. Zaczęłam ją wyzywać, a ona na moje słowa reagowała płaczem i pacierzem.

Była przekonana, że zostałam opętana. Któregoś dnia ściągnęła nawet księdza egzorcystę, ale nie wpuściłam go do pokoju. Po jego wyjściu zagroziłam, że jeśli nie przestanie mnie prześladować, ucieknę z domu i nigdy więcej mnie nie zobaczy. To był swoisty przełom. Od tego czasu zaczęłyśmy się w miarę dogadywać. Obie nieco odpuściłyśmy. Moja mama oczywiście się nie zmieniła, ale wyraźnie przestraszyła się groźby mojej ucieczki, a ja zaczynałam rozumieć, że jej irracjonalne działanie to miłość. Dziwna i niedorzeczna, ale prawdziwa.

Po liceum poszłam do studium pielęgniarskiego. Moja mama uważała, że to zawód użyteczny, a jednocześnie niestwarzający zagrożenia przerostu ambicji, który mógłby spowodować, że będę chciała od życia czegoś więcej niż to, co niezbędne. Byłam wychowywana na osobę pozbawioną oczekiwań, które w oczach mamy były powodem rozczarowań i niepotrzebnego ryzyka, więc nie miałam problemu z zaakceptowaniem tej drogi. W przeciwieństwie do wielu rodziców moja mama nie marzyła o córce lekarce ani prawniczce. Pielęgniarka wystarczała jej w zupełności. Wcale nie uważam, by pielęgniarstwo było zawodem pozbawionym ambicji. Wręcz przeciwnie – to pełen poświęcenia, niezwykle absorbujący i odpowiedzialny zawód, ale w hierarchii mojej mamy nie zajmował wysokiej pozycji. Wystarczał, by zarabiać jakieś pieniądze, ale też gwarantował, że te pieniądze nie pozwolą mi się usamodzielnić. Czerwony krzyż – jej ulubiona figura geometryczna, z pewnością również miał spory wpływ na wybór mojej życiowej ścieżki. Całość potwierdził sen, w którym moja matka usłyszała od Świętej Panienki, jaką drogę mam obrać. Oj, gdyby tylko wiedziała, dokąd mnie ona zaprowadzi, zastanowiłaby się zapewne poważniej.

Ale mimo że tak naprawdę nie ja wybrałam swój zawód, bardzo go polubiłam. I to już w czasie studiów. Chroniona przed nadmiernym kontaktem z ludźmi przez całe swoje dotychczasowe życie, teraz miałam z nimi styczność w idealnej proporcji. Pacjenci pojawiali się i znikali. Niektórzy spali niemal przez cały czas. Zdarzała się gaduła, ale to też nie sprawiało mi problemu, bo wolałam słuchać, niż mówić. Po tym, jak jeszcze na stażu przeżyłam śmierć pierwszej pacjentki, nie byłam pewna, czy się do tego nadaję, ale właśnie wtedy zrozumiałam, że to jeden z najpiękniejszych zawodów świata. Pozbawiony pychy, odarty z blichtru, sztuczności – prawdziwy i ludzki. Ta kobieta – u kresu sił i całkiem samotna – zmarła, trzymając mnie za rękę. Byłam jedyną osobą, która po niej zapłakała, i mimo że po jej śmierci długo nie mogłam się pozbierać, wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu.

Po skończeniu szkoły podjęłam decyzję, której moja mama się nie spodziewała. Szczerze mówiąc, sama się tego po sobie nie spodziewałam, ale poczułam nieodpartą potrzebę niezależności. Postanowiłam wyprowadzić się z rodzinnego domu i przyjąć ofertę jednego z poznańskich szpitali.

Spazmatyczny płacz i ostentacyjne odmawianie różańca, przypominające momentami egzorcyzmy, trwały przez dobre dwa tygodnie poprzedzające moją wyprowadzkę. Miałam przecież już zawsze być z nią. W końcu jednak mama musiała stawić czoło rzeczywistości i po raz pierwszy w życiu zostać sama. Ta myśl przerażała ją jak nic innego. Z moim ojcem zamieszkała dopiero po ślubie. Do jego służbowej kawalerki przeprowadziła się prosto z rodzinnego, pełnego ludzi domu. Potem ojciec zniknął, ale na świecie byłam już ja, skutecznie wypełniłam więc pustkę. Moja wyprowadzka oznaczała, że po raz pierwszy zostanie sama.

 

Miałam mieszane uczucia. W jakimś stopniu jej współczułam, ale nie ukrywam, że odczuwałam też sporo satysfakcji. Mogłam się w ten sposób odegrać na niej za te wszystkie lata, przez które skutecznie izolowała mnie od świata i zabijała we mnie chęć jego odkrywania. Na szczęście sporo ciekawości we mnie przetrwało. Uważałam też, że to będzie dobre dla niej – że musi spróbować życia sam na sam ze sobą. Może dzięki temu otworzy się choć trochę na ludzi.

Poznań był od mojego rodzinnego miasteczka jednocześnie blisko i daleko. W całkowicie bezpiecznej odległości, która pozwalała mi w niecałe dwie godziny wrócić do domu, ale zapewniała, że mama nie będzie mnie codziennie odwiedzać. Próbowała to robić na początku, ale po kilku awanturach – z poczuciem porażki wychowawczej w osobie niewdzięcznej córki, która nie potrafi docenić jej troski – zaniechała wizyt. Ja bywałam w domu co drugi weekend, tak by nie przyzwyczajać mamy do siebie za bardzo, ale też by jej zbytnio nie torturować rozłąką. Byłam jedyną bliską jej osobą i w gruncie rzeczy wiedziałam, że jej zachowanie, stanowczo nadające się do leczenia, ma swoje źródło w trosce. Kiedy wyjeżdżałam z powrotem do Poznania, za każdym razem wylewała rzekę łez, która groziła poważnym odwodnieniem. Miała kolejne dwa tygodnie na uzupełnienie płynów, które przy następnej wizycie znowu obracała w potoki rozpaczy, ale poza tym z czasem zaczęła akceptować tę sytuację. Wiedziała, że nie jest w stanie nic zrobić, by mnie przy sobie zatrzymać, a co najważniejsze – uświadomiła sobie prostą zależność: im więcej histeryzowała, tym rzadziej mnie widywała.

Kiedy wynajęłam kawalerkę, mama uraczyła mnie kilkoma krwawymi opowieściami o koszmarach, jakie wydarzyły się młodym, samotnie mieszkającym dziewczynom, zupełnie tak, jakby mieszkanie samemu było niemal jednoznaczne z gwałtem i poćwiartowaniem. Była przekonana, że ktoś mnie zamorduje, najprawdopodobniej na klatce schodowej, bo na pierwszym piętrze brakowało żarówki, a jak wiadomo, brak żarówki jest bezpośrednim powodem większości zabójstw. Snuła teorie, które nadawały się na najbardziej krwawe kryminały. Nie zbiłaby jednak na nich fortuny, bo w roli ofiary zawsze występowałam ja, a mordował zawsze „jakiś facet”. Zbyt przewidywalne.

Po przeprowadzce do Poznania w moim życiu zmieniło się wiele, ale jakby nie zmieniło się nic. Nadal wiało nudą. Prawdziwy halny nudy. Chociaż nie! Halny jest porywisty, a w moim życiu nie porywało absolutnie nic. Wracałam po pracy do domu tylko po to, by mieć skąd wyjść do pracy następnego dnia. Weekend nie różnił się za bardzo od weekendu. Nie miałam znajomych, którzy mogliby mnie porwać w wir zabawy, a jedyni ludzie, jakich znałam, byli ze szpitala. Pielęgniarki, salowe, rezydenci, lekarze… wszyscy uciekali po pracy do domu. Z jednej strony marzyło mi się szalone życie, z drugiej – wychowanie przez nadopiekuńczą samotną matkę zrobiło ze mnie odludka i pewnie gdyby ktoś nawet zaprosił mnie na imprezę, znalazłabym wymówkę, by na nią nie pójść. Mieszkałam w małej kawalerce stosunkowo niedaleko szpitala, w którym pracowałam. Do pracy dojeżdżałam tramwajem, ale gdy miałam ochotę na odrobinę szaleństwa, wracałam z niej pieszo. Tak, wiem, jak to brzmi, ale faktem jest, że spacer do domu był jedynym sposobem na przełamanie codziennej rutyny.

Kiedy dziś o tym myślę, zastanawiam się, jak to możliwe, że w życiu dajemy się aż tak zaprogramować, by rutyna przesłaniała nam sens rzeczy, które robimy. Oczywiście zapewne nie wszyscy tak mają, ale większość nas wpada w tę pułapkę. Jemy nie wtedy, kiedy jesteśmy głodni, tylko wtedy, kiedy jest pora na obiad. Śpimy nie wtedy, gdy jesteśmy śpiący, tylko wtedy, gdy powinniśmy iść spać. Robimy rzeczy, które wypada, które są oczekiwane, właściwe, na miejscu, rezygnując z tych, na które mamy ochotę, które są z nami zgodne, sprawiają nam przyjemność. Świat choruje na konformizm, a ja byłam nim śmiertelnie zakażona. I chyba wtedy było mi z tym dobrze. Bezpiecznie.

W pracy najbliżej trzymałam się z Jolą. Była starsza ode mnie o trzy lata. Nie miała rodziny, wiedziała, co to samotność, i chyba dlatego najłatwiej było nam się porozumieć. Trudno mówić o przyjaźni między nami, ale na pewno bardzo się polubiłyśmy. To Jola któregoś dnia przyniosła do szpitala ogłoszenie, że luksusowy szpital w Dubaju szuka pracowników służby zdrowia różnych stanowisk. Przyczepiła je do korkowej tablicy w szatni dla personelu.

– Wybierasz się do Dubaju? – zapytała z lekką kpiną jedna z pielęgniarek.

– Poważnie o tym myślę, ale nie polecę sama – odpowiedziała Jola. – Może ktoś się zainteresuje…

Przeczytałam ogłoszenie i przez moment, jeden maleńki moment, pomyślałam o tym, że może powinnam… Ale nie, przecież nie mogę zrobić tego matce. Wyprowadzka sto pięćdziesiąt kilometrów od domu to jedno, wyjazd do Dubaju to już zupełnie inna historia. W życiu by tego nie zaakceptowała.

Kilka dni później Jola zaczepiła mnie podczas przerwy:

– I co, zdecydowałaś się?

– Na co?

– Na wyjazd do Dubaju. Widziałam, że czytałaś ogłoszenie…

– Czytałam… z ciekawości, ale nie, nie mogę… A ty jedziesz?

– Jadę! Nie chcę już tak dłużej, bez żadnych perspektyw. Moje życie jest nudne. Ciągle tylko praca, dom, praca, dom. To wegetacja. Nie mam z niego zupełnie nic…

Słuchałam Joli tak, jakby mówiła o mnie. Miałam ten sam problem. Nie żyłam, wegetowałam. Jej słowa zostały ze mną, gdy tego wieczoru wracałam spacerem do domu. Analizowałam je coraz bardziej intensywnie, a następnego dnia, gdy zmieniałam ją po dyżurze, powiedziałam:

– Jadę! Jadę z tobą. Powiesz mi, jak złożyć papiery?

Jola z radości aż rzuciła mi się na szyję. Ewidentnie stresowała się tym wyjazdem i była zawiedziona, że nie będzie jej towarzyszył nikt znajomy. A teraz miała szansę na moje towarzystwo. Ona była już po rozmowie. Załatwiała ostatnie formalności, ale wyjaśniła mi, jak to wszystko zorganizować. Już następnego dnia miałam rozmowę przez internet, a po niej musiałam tylko wysłać kilka dokumentów kurierem i niecałe dwa tygodnie później dostałam angaż. To wszystko działo się tak szybko, że zupełnie nie pomyślałam, jak mam o tym powiedzieć mamie. Chyba do tej pory nie dochodziło do mnie, że to ma się naprawdę wydarzyć. Teraz jednak musiałam stawić temu czoło.

Tak jak przewidywałam, mama nie potrafiła zaakceptować mojej decyzji. Nie była w stanie zrozumieć, dlaczego córka, którą przez całe życie uczyła bać się wszystkiego, co obce, jedzie na wrogą arabską ziemię – na zgubę! – z własnej, nieprzymuszonej woli. Dla niej było to równoznaczne z podjęciem decyzji o spektakularnym samobójstwie.

No cóż, stwierdziłam, że będzie musiała to zaakceptować, tak jak każdą inną podjętą przeze mnie decyzję, która w jej oczach niosła ze sobą śmiertelne zagrożenie.

– Nigdzie nie pojedziesz! Nie oddam mojej córki Arabom na zatracenie! – zareagowała bez płaczu, ale z niespotykaną u niej werwą. – Nie mamy nawet o czym mówić!

– Mamo, to niczego nie zmieni. Lecę do Dubaju!

– Po tym wszystkim, co przeszłam, co dla ciebie zrobiłam, chcesz mnie zostawić?

– Jestem ci wdzięczna za wszystko i wcale cię nie zostawiam, to nie jest koniec świata. Tysiące ludzi wyjeżdżają do Dubaju do pracy i nie ma w tym kompletnie nic złego. Przecież ja stamtąd wrócę. Jadę na kilka lat, a w międzyczasie będę cię odwiedzać.