Koszmar arabskich służącychTekst

Z serii: Niewolnicy #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koszmar arabskich służących
Koszmar arabskich służących
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Koszmar arabskich służących
Koszmar arabskich służących
Audiobook
Czyta Jagoda Małyszek, Mikołaj Krawczyk
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Marcin Margielewski, 2021

Projekt okładki

Michał Kubacki

Zdjęcie na okładce

© Tutatamafilm/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-757-9

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Prolog

Abrakadabra! To zaklęcie towarzyszyło w dzieciństwie zabawom wielu z nas. Któż nie udawał, że te nic nieznaczące z pozoru słowa mają wielką moc, zwłaszcza w połączeniu z wystruganą z patyka różdżką. Oczywiście to zaklęcie miało moc jedynie w dziecięcej wyobraźni. W niej mogło budować zamki, przenosić góry, unicestwiać przeciwników – ale w rzeczywistości nie działało. Nie wzięło się jednak znikąd, a jego historia sięga czasów starożytnych.

Jest wiele teorii na temat pochodzenia tego słowa. Jedna z nich wiedzie na Bliski Wschód. Według niej zaklęcie wywodzi się z języka aramejskiego, w którym avda ke-davra oznacza „zaginiona niczym słowo”. To znaczenie idealnie opisuje los setek biednych kobiet, które w nadziei na wyrwanie się z ubóstwa szukały ratunku w krajach arabskich i przepadały bez wieści. Tysiące, które wciąż tam pracują, zdecydowanie bardziej boją się jednak innego zaklęcia. W uszach imigrantów zarobkowych w krajach arabskich dużo bardziej przerażająco brzmi z pozoru magicznie brzmiące słowo kafala. Dla wielu z nich to prawdziwa klątwa.

To słowo zna niemal każdy, kto kiedykolwiek pracował na Bliskim Wschodzie. Dla jednych nie znaczy nic strasznego. Ot, zwykły termin prawny określający stosunek pracownika i pracodawcy. Ale ci, którzy tak myślą, z reguły pochodzą z wysoko rozwiniętych krajów, mają dobre wykształcenie, a pracę w Dubaju, Kuwejcie, Katarze, Bahrajnie czy Arabii Saudyjskiej traktują jak ekscytujący krok w karierze zawodowej. Dla innych to jedyna szansa na przeżycie – i dla tej drugiej grupy kafala bardzo często oznacza cierpienie, poniżenie, bywa, że śmierć.

Od zarania islamu wyznawcy tej religii uznawali swoje zapisane w Koranie prawo do posiadania niewolników za święte. Zanim jednak rzuci się za to w ich stronę kamieniem, warto pamiętać, że niewolnictwo jest uznawane również przez Biblię. Niezależnie od słów świętych ksiąg ten obrzydliwy proceder w Arabii Saudyjskiej został zakazany dekretem króla Faisala w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku.

O zakaz ten zabiegał jeszcze u jego ojca amerykański prezydent Roosevelt, ale ostatecznie do zmian w prawie saudyjskie władze przekonał dopiero prezydent Kennedy. Polityka uwielbia puste gesty, więc po wydaniu dekretu król wykupił z rąk prywatnych właścicieli blisko tysiąc siedmiuset niewolników, za każdego płacąc równowartość dwóch tysięcy dolarów. Od tego czasu Arabia Saudyjska oficjalnie udaje, że niewolnictwo w tym kraju nie występuje. W rzeczywistości kwitnie w najlepsze.

Większość winy za tę sytuację ponosi właśnie wprowadzony niedługo po zniesieniu niewolnictwa, a w latach siedemdziesiątych rozszerzony na większość krajów Bliskiego Wschodu system kafala. Z założenia miał on gwarantować ochronę praw imigrantów zarobkowych, którzy zastąpili niewolników, i kontrolować rynek migracyjny. Zgodnie z tym systemem państwo niejako umywa ręce od odpowiedzialności za sprowadzonego z zagranicy pracownika, ale też nie ingeruje w prawa obywatela, który go sprowadza.

Każdy posiadacz paszportu któregoś z krajów Zatoki Perskiej, ale także Jordanii czy Libanu ma prawo zatrudnić pracowników potrzebnych do jego obsługi i zostać ich sponsorem, czyli kafeelem. Prawo w różnych krajach w różny sposób ogranicza liczbę zatrudnianych ludzi, ale z reguły jedna osoba może zostać kafeelem dla pięciu innych. Tak jest między innymi w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ci, którzy nie wykorzystują swojego prawa do zatrudniania imigrantów, mogą je odsprzedać. Nie jest to legalne, ale bardzo powszechne. Odkupują je często ludzie, którzy zajmują się nielegalnymi interesami, na przykład przemytem lub prostytucją, by stworzyć legalną fasadę dla swojej działalności.

Kafala jest w praktyce po prostu skodyfikowaną formą niewolnictwa, bo pracodawca staje się de facto właścicielem swojego pracownika. Ma prawo kontrolować jego życie, nie obowiązują go żadne zasady dotyczące limitów pracy, może zatrzymać jego dokumenty i zakazać mu opuszczania domu lub miejsca, które dla niego wyznaczył. Państwo ingeruje dopiero w przypadku, gdy obywatel sprowadzający pracownika kafeel zgłosi jego ucieczkę. Wtedy pracownik jest poszukiwany, aresztowany i deportowany. Nikt nigdy nie pyta o powody jego ucieczki, a te z pewnością ujawniłyby, do jakiego okrucieństwa prowadzi to prawo.

Liczba przypadków zgłaszanych policji ucieczek pracowników jest w Arabii Saudyjskiej wysoka. Oczywiście każdy z nich jest poszukiwany, ale w razie nieodnalezienia go policja często umarza dochodzenie. To niestety jest powodem, dla którego zgłoszenie ucieczki pracownika bywa świetnym sposobem na ukrycie zbrodni. Gdy pracownik z jakichś przyczyn ginie, wystarczy zgłosić jego ucieczkę.

Przestępstwa związane z wykorzystywaniem pracowników są powszechne i rzadko wykrywane, bo imigranci z biednych krajów, często nieznający języka, są wobec swoich władców zupełnie bezbronni. W starciu z aparatem państwa stoją na straconej pozycji, a ten z reguły opowiada się po stronie swojego obywatela.

Co jakiś czas światowe media obiega informacja o tym, że władze któregoś z państw masowo wysyłających tanią siłę roboczą do krajów Półwyspu Arabskiego zakazują podobnych wyjazdów. Taką decyzję podjęła pod koniec lat osiemdziesiątych prezydent Filipin Corazon Aquino, później zrobił to także jej syn, prezydent Benigno Aquino III, a ostatnio również aktualny lider kraju Rodrigo Duterte.

Prezydent Ugandy Yoweri Kaguta Museveni zakazał swoim rodakom wyjazdów do pracy w krajach arabskich w dwa tysiące szesnastym roku, po tym, jak ugandyjska służąca zmarła w dubajskim więzieniu. Ale zarówno Filipiny, jak i Uganda to kraje, w których dominuje chrześcijaństwo. Zdecydowanie trudniej decyzje o konfliktach dyplomatycznych z krajami arabskimi podejmuje się władzom państw muzułmańskich, w tym Indonezji, której spora część gospodarki oparta jest na pieniądzach przywożonych przez pracowników z zagranicy.

W listopadzie dwa tysiące dziesiątego roku dwudziestotrzyletnia pokojówka z Indonezji Sumiati Binti Salan Mustapa trafiła na oddział intensywnej terapii szpitala w Medynie posiniaczona, z ranami zadanymi nożyczkami i z poparzeniami na całym ciele. W tym samym miesiącu w śmietniku w saudyjskim mieście Abha znaleziono ciało jej rodaczki Kikim Komalasari. W marcu poprzedniego roku jeszcze jedna indonezyjska pokojówka, Aan Darwati Binti Udin, została znaleziona martwa w domu swojego saudyjskiego pracodawcy.

Żadna z tych spraw nie sprowokowała reakcji władz kraju, które uznały ten problem za marginalny. Mimo że podobne historie zaczęły wychodzić poza granice Arabii Saudyjskiej dopiero w chwili, gdy na świecie rozwinęły się media społecznościowe, władze Indonezji wielokrotnie były informowane przez swoich obywateli o przypadkach zabójstw i zaginięć. Wszystkie zamiatano pod dywan w obawie przed nieopłacalnym finansowo naruszeniem stosunków z muzułmańskimi braćmi z Arabii. Konflikt między oboma krajami wybuchł, dopiero gdy Arabia Saudyjska – mimo interwencji prezydenta Indonezji – wykonała wyrok śmierci na pokojówce Ruyati Binti Sapubi, która została uznana za winną zadźgania swojego pracodawcy nożem w styczniu dwa tysiące jedenastego roku. Pokojówka skarżyła się na maltretowanie, gwałty i więzienie przez swojego kafeela, ale sąd nie uznał tego za okoliczność łagodzącą.

Dopiero wtedy prezydent Yudhoyono wprowadził tymczasowy zakaz wyjazdu do krajów arabskich, ale szybko go uchylono. Od tego czasu pojawił się on już kilkakrotnie, za każdym razem wprowadzany pod wpływem emocji i jakiejś tragedii i znoszony wraz z obietnicą poprawy warunków pracy dla Indonezyjczyków zatrudnionych w saudyjskim królestwie. W realnym świecie nie zmienia się jednak w tej sprawie absolutnie nic.

Mieszkając na Bliskim Wschodzie, wielokrotnie widziałem filipińskie nianie zajmujące się dziećmi, podczas gdy ich arabskie mamy robiły zakupy lub delektowały się kawą. Widziałem służące dźwigające sprawunki za swoimi panami. Widziałem tysiące mężczyzn – stłoczonych w pozbawionych klimatyzacji, zdezelowanych busach – wożonych do pracy na budowie zapierających dech w piersiach wieżowców. To widok zupełnie normalny w Dubaju, Arabii Saudyjskiej, Katarze czy Kuwejcie. Nikogo nie dziwi, nikogo nie zastanawia, nikogo nie skłania do pytań. Doniesienia o koszmarnych warunkach pracy, jakie muszą znosić ci ludzie, by zarobić choćby marne pieniądze, przez większość uprzywilejowanych imigrantów z Zachodu uznawane są za miejskie legendy. Niektórzy w ogóle nie podejmują tego tematu, inni, rozkładając ręce, twierdzą, że przecież nic nie są w stanie z tym zrobić, jeszcze inni przekonują, iż ludzie ci w krajach arabskich zarabiają tyle, że utrzymują za te pieniądze całe rodziny w swoich ojczyznach.

Nie! Nic nie tłumaczy przyzwolenia na niewolnictwo i pomiatanie ludźmi tylko dlatego, że są biedni. To wielki wyrzut sumienia współczesnego, bogatego świata. Powinien nas wszystkich palić, gryźć i dusić. To problem, który należy z całą stanowczością piętnować, bo tak naprawdę nie ma różnicy pomiędzy tym, kto zadaje cierpienie, a tym, kto jest na nie obojętny.

 

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ 1

Joana

Zbita z jasnej, niemal białej sklejki skrzynia na pierwszy rzut oka nie zdradzała swojej zawartości. Zamknięta blokującym wieko wąskim okuciem, z czterema metalowymi uchwytami umieszczonymi po dwa z każdej strony, oklejona naklejkami z czerwonymi, skierowanymi do góry strzałkami. Na wieku skrzyni niebieskim flamastrem nakreślono jakieś trudne do rozszyfrowania napisy. Spoglądając z bliska, można było rozpoznać, że są w języku arabskim i zdradzają, co znajduje się w środku.

Stała na przemysłowej palecie, opleciona siecią używaną w wojskowych samolotach do powstrzymywania ładunków przed przemieszczaniem się w trakcie transportu, i sunęła powoli ciągnięta na niewielkiej przyczepie w ciszy, co jakiś czas rozrywanej bolesnym lamentem. Gorące, wilgotne powietrze zmieszane ze wznoszonym przez koła przyczepy kurzem ulicy było trudne do zniesienia, ale ciekawość gapiów coraz tłumniej zbierających się dookoła była silniejsza. Każdy chciał ją zobaczyć. Zupełnie jakby w skrzynce zatknięte były relikwie któregoś z gorliwie wielbionych na Filipinach świętych.

Jedna z kobiet, młoda i drobna z postury, próbowała nadążyć za platformą, ale robiła to z trudem, słaniając się na nogach i zanosząc od płaczu. Mężczyzna, który ją podtrzymywał, zdawał się być bardziej opanowany, choć sam też raz po raz ocierał łzy płynące ze skrywanych za ciemnymi okularami oczu.

Tajfuny nie są obce mieszkańcom Filipin, ale ten, który uderzył w kraj w dwa tysiące trzecim roku, po dziś dzień pozostał jednym z najsilniejszych, jakie kiedykolwiek nawiedziły tę część naszej planety. I zdecydowanie najbardziej śmiertelnym. Lokalnie nazwany Haiyan, a światu znany raczej jako Yolanda, uderzył w filipińską zatokę Leyte, tworząc śmiercionośną, trzynastometrową falę sztormową, która z nieprawdopodobnym okrucieństwem wdarła się w głąb wyspy Panay, niszcząc wszystko na swojej drodze. Dziełu zniszczenia towarzyszyły nieprawdopodobnie porywisty wiatr i ściana deszczu tak obfita, że całkowicie przesłoniła świat. W tym rozszalałym piekle zginęło lub przepadło bez wieści ponad sześć tysięcy osób, a ponad milion ocalałych straciło dach nad głową i cały swój dorobek. Wiele ofiar pochodziło z malowniczo położonej, choć bardzo biednej miejscowości Sara w prowincji Iloilo.

Rodzina Demafelis przetrwała kataklizm. Żaden z jej członków – rodzice ani dziewięcioro dzieci – nie zginął, ale ich dom nie nadawał się już do zamieszkania. Z dnia na dzień stracili wszystko, co ciężką pracą budowali przez lata. Pieczołowicie uprawiane przez rodzinę pola ryżu stały się gruzowiskiem wszystkiego, co zostawił po sobie żywioł. Wyglądały bardziej jak wysypisko śmieci. Zatrute niesionymi przez wodę chemikaliami, nie nadawały się już do wysiewu. Tym samym Demafelis stracili nie tylko dach nad głową, ale także jedyną szansę na jego odbudowanie.

Nastały czasy strasznej biedy i trudnych decyzji o emigracji, które musiały podjąć setki mieszkańców tego regionu, by ratować swoje rodziny. Dla wielu z nich jedyną szansą na powrót do normalności była lukratywna praca w bogatych krajach Bliskiego Wschodu. Jedną z osób, które się na nią zdecydowały, była dwudziestoczteroletnia wtedy Joana Demafelis. Joana obiecała swoim starym rodzicom, że zrobi wszystko, by ich zniszczony dom znowu stał się miejscem, gdzie wszyscy będą szczęśliwi. Zgłosiła się do agencji poszukującej chętnych do pracy jako nianie, kucharki i służące w bogatych arabskich domach i kilka miesięcy później, pełna nadziei, wyruszyła po lepszą przyszłość do Kuwejtu.

Joana nie trafiła jednak do domu rodowitych Kuwejtczyków. Agencja, która ją tu sprowadziła, znalazła jej miejsce w domu dobrze sytuowanych imigrantów. Jej pracodawcami zostało młode małżeństwo. Panem domu był Libańczyk Nader Essam Assaf, jego żona Mona Hassoun pochodziła z Syrii. Para miała dwójkę małych dzieci.

Joana zamieszkała z nimi w wynajmowanej willi w położonej nad zatoką dzielnicy Al Shaab. To, co działo się za jej zamkniętymi drzwiami, długo pozostawało tajemnicą, choć z czasem Joana zaczęła zwierzać się swojej siostrze Jessice z tego, że jej życie w Kuwejcie dalekie jest od ideału. Filtrowała jednak informacje, tak by nie martwić bliskich. Każdego miesiąca wysyłała im większą część zarobionej kwoty i odliczała dni do momentu, gdy zarobi wystarczająco dużo, by odbudować zrujnowany dom, zakończyć kontrakt i wrócić do rodziny.

Pani domu wyjątkowo dbała, by jej służąca nie cierpiała na brak zajęć. Mona Hassoun była osobą o bardzo trudnym charakterze. Złośliwą i okrutną. Ludzie, którzy ją znali, twierdzą, że cierpiała na manię wyższości, podsycaną kompleksami wynikającymi z tego, że w Kuwejcie jest tylko imigrantką. Starała się swoim zachowaniem podkreślić uprzywilejowaną pozycję wobec biednej służącej.

Joana nigdy nie była pewna, czym może zirytować swoją pracodawczynię. Czasami wystarczyło niewłaściwe spojrzenie, złe zrozumienie polecenia, głośniejszy oddech. Dziewczyna zajmowała się sprzątaniem, gotowaniem i usługiwaniem. Towarzyszyła też swojej pani w zakupach w supermarkecie, pchając za nią wózek, do którego wkładała wskazywane towary. Pakowanie zakupów do samochodu i wypakowywanie ich również należało do jej obowiązków. Mona nie przejmowała się ich wagą. Od tego właśnie miała służącą.

Małżeństwo, dla którego pracowała Joana, nie należało do najzgodniejszych. Pan domu sporo pracował, ale gdy wracał, para często się kłóciła. Po niemal każdej kłótni Mona odreagowywała swoje frustracje na służącej. Najczęściej robiła to fizycznie, szarpiąc ją za włosy, bijąc, wyzywając. Gdy była naprawdę wściekła, zabierała jej telefon i głodziła, oferując jedynie odpadki ze śmietnika. Kiedy Joana odzyskiwała komórkę, z obawy, że stan ten może nie potrwać zbyt długo, z reguły natychmiast dzwoniła do siostry. Ta coraz częściej zadawała jej pytania o to, co faktycznie dzieje się w domu w Al Shaab, a Joanie coraz trudniej było ukrywać prawdę.

Wszystko skończyło się nagle, gdy Joana zniknęła z domu Mony i Nadera. Zdenerwowani prawdopodobną ucieczką służącej, małżonkowie zgłosili ten fakt agencji, od której ją odkupili, a ta, przepraszając, zapewniła, że zajmie się sprawą, i zaoferowała tymczasowe zastępstwo. Policja wszczęła postępowanie i zaczęła szukać podejrzewanej o nielegalną ucieczkę Filipinki. To nie było jednak konieczne, bo Mona i Nader jakiś czas wcześniej postanowili wyjechać z Kuwejtu.

Nikt nie wiedział, dokąd udała się Joana. Przestała kontaktować się z siostrą, która początkowo nie widziała w tym nic niepokojącego, bo bywało, że Mona zabierała Joanie telefon na dwa, a nawet trzy tygodnie. Joana przygotowała siostrę na taką okoliczność, ale gdy brak kontaktu przedłużał się w nieskończoność, kobieta w końcu zgłosiła jej zaginięcie do Overseas Workers Welfare Administration – filipińskiej organizacji zajmującej się społeczną opieką nad pracownikami przebywającymi za granicą. Jednak mimo że w samym tylko Kuwejcie pracuje średnio ćwierć miliona filipińskich niań, służących, masażystek i kucharek, organizacja nie była w stanie niczego wskórać. Nikt nie miał pojęcia, co stało się z Joaną, a agencja, która sprowadziła ją na Bliski Wschód, wkrótce zakończyła swoją działalność, co dodatkowo utrudniało dochodzenie. Poszukiwania trwały ponad rok, ale w czasie gdy rodzina Demafelis szukała zaginionej Joany, właściciel domu wynajmowanego przez Monę i Nadera usilnie poszukiwał ich. Okazało się, że wyjechali z powodu długów i od dawna nie płacili za dom, a sąd zdążył już nawet skazać zaocznie Nadera na dwa tygodnie więzienia za wystawianie czeków bez pokrycia.

Willa w Al Shaab, w której mieszkali, pozostawała przez wiele miesięcy opuszczona, aż w końcu jej właściciel postanowił ją przejąć i przygotować do ponownego wynajęcia. To wtedy jego pracownicy dokonali makabrycznego odkrycia. W dużej, stojącej w kuchni i zamkniętej na kłódkę zamrażarce znajdowały się zwłoki młodej kobiety. Bardzo szybko potwierdzono jej tożsamość. To tak zniknęła Joana Demafelis.

Jej ciało przewieziono do szpitala Al Sabah, gdzie sekcja zwłok odpowiedziała częściowo na nurtujące wszystkich pytania o ostatnie chwile jej życia. Zwłoki przetrzymywano w zamrażarce od listopada dwa tysiące szesnastego roku, a znalazły się w niej krótko po zgonie. Ostatni raz Joana skontaktowała się ze swoją siostrą dwa miesiące wcześniej. Bardzo prawdopodobne zatem, że przez ten czas była odcięta od świata i torturowana. Na to wskazywały liczne ślady na ciele i stan jej organów. Kobieta miała kilka złamanych żeber, uraz miednicy, nerek i rozległy krwotok wewnętrzny.

Nie wiadomo z całą pewnością, czy ostateczną przyczyną zgonu były obrażenia, czy uduszenie, ale nie ma wątpliwości, że dziewczyna zginęła w ogromnych, zadanych celowo cierpieniach. Władze Kuwejtu wiedziały, kto stoi za śmiercią filipińskiej służącej, ale początkowo nie spieszyły się z wyjaśnieniem sprawy, zwłaszcza że nie była to jedyna sytuacja, w której w niejasnych okolicznościach życie straciła imigrantka z Filipin. Ale sprawy zaszły za daleko. Do wyjaśnienia okoliczności śmierci Joany Demafelis i postawienia jej sprawców przed sądem zmusił Kuwejt prezydent Filipin Rodrigo Duterte, wprowadzając natychmiastowy zakaz wyjazdu swoich obywateli do pracy w tym bogatym kraju. Znany ze swojego dramatyzmu i populistycznych wystąpień, Duterte, który objął urząd zaledwie kilka miesięcy wcześniej, ogłosił decyzję, mówiąc, że jest gotowy „sprzedać duszę diab­łu”, by sprowadzić wszystkich rodaków z Kuwejtu. Kuwejt początkowo zagroził zerwaniem stosunków dyplomatycznych, ale szybko się z tego wycofał.

Filipińscy służący potrzebują pieniędzy swoich arabskich pracodawców, okazało się jednak, że to pracodawcy dużo bardziej potrzebują służących. Zakaz potraktowano bardzo poważnie, zwłaszcza że prezydent Duterte obiecał pomoc finansową wszystkim, którzy wrócą z Kuwejtu do domu. Prezydent z namaszczeniem i pod okiem kamer telewizyjnych osobiście przywitał na lotnisku osoby, które wylądowały jako pierwsze. Wręczył im prezenty, uścisnął dłonie, a jego współpracownicy zadbali o to, by obrazek ten obiegł świat, a co najważniejsze – dotarł do Kuwejtu. Z oferty Duterte skorzystało zaledwie kilka tysięcy Filipińczyków. Nad strachem przeważyły względy ekonomiczne, zwłaszcza że Kuwejt także wytoczył propagandowe działa, zasypując media i internet wywiadami ze służącymi, zachwyconymi pracą i bliskimi, niemal rodzinnymi stosunkami z pracodawcami. Władze obu krajów zdawały sobie sprawę, że zakaz wydany przez prezydenta Duterte nie jest korzystny dla żadnej ze stron, ale przez kilka miesięcy bardzo twardo obstawały przy swoich stanowiskach.

Filipińczycy przede wszystkim domagali się sprawiedliwości dla zamordowanej dziewczyny, a Kuwejtczycy obiecywali publicznie, że ją wymierzą. Za parą podejrzewaną o zabójstwo Joany Demafelis wysłano listy gończe.

Ciało zamordowanej służącej przetransportowano na Filipiny w lutym dwa tysiące osiemnastego roku. Kondukt prowadzący zbitą ze sklejki trumnę transportową z lotniska wywołał ogromne poruszenie wśród mieszkańców miejscowości Sara, wstrząśniętych losem młodej dziewczyny. Relacje z tego wydarzenia – z opłakującą siostrę Jessicą Demafelis – emitowały telewizje całego świata, a opinia publiczna wtórowała rodzinie, wszyscy domagali się sprawiedliwości i szybkiego ujęcia sprawców.

Na to nie trzeba było długo czekać. Już kilka dni później w Libanie aresztowano Nadera Assafa, a następnego dnia policja z Damaszku poinformowała o ujęciu jego żony Mony. Proces pary rozpoczął się wkrótce po jej zatrzymaniu. Sędziowie z Kuwejtu do ustalenia werdyktu nie potrzebowali obecności oskarżonych. Już niecały miesiąc po ich aresztowaniu ogłoszono werdykt, który spotkał się z aplauzem wśród żądających sprawiedliwości Filipińczyków.

Assaf i Hassoun zostali skazani na karę śmierci przez powieszenie. Zgodnie z prawem szariatu małżeństwo mogłoby uniknąć wykonania wyroku, jeśli rodzina Demafelis zgodziłaby się przyjąć diyah, czyli tak zwane pieniądze krwi wypłacane bliskim ofiary. Krewni Joany taką możliwość jednak kategorycznie odrzucili, zapowiadając, że chodzi im jedynie o sprawiedliwość, a nie o pieniądze od morderców. Kiedy diyah nie zostaje przyjęte przez rodzinę, w szariackim prawie obowiązuje qisas, czyli prawo odwetu – „oko za oko, ząb za ząb”. Kara jest wówczas nieunikniona.

Prezydent Duterte jeszcze przez jakiś czas po wyroku kuwejckiego sądu twierdził, że nie zmienia on niczego w jego stanowisku, i utrzymywał zakaz wyjazdu swoich rodaków do tego kraju, ale wkrótce się ugiął, uzyskując zapewnienie o ochronie filipińskich imigrantów zarobkowych. Sytuacja jednak szybko wróciła do dawnej, tragicznej normy.

 

W roku, w którym doszło do zabójstwa Joany Demafelis, ambasador Filipin w Kuwejcie otrzymał ponad sześć tysięcy skarg od filipińskich pracowników. Liczba ta na jakiś czas spadła, by osiągnąć podobny poziom już rok po wykonaniu wyroku na mordercach Joany. Są to tylko przypadki, które zostały zarejestrowane. Wiele z nich umyka uwadze, gdyż więzione służące nie są w stanie nikogo poinformować o swoim losie.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że sprawiedliwość zaserwowana morderczemu małżeństwu jest gorzką manipulacją, znaną w krajach autorytarnych. Władze kuwejckie były zdeterminowane, by z tej sprawy zrobić pokaz swojej troski o los imigrantów pracujących dla bogatszych mieszkańców kraju i firm, które się w nim znajdują. Zwłaszcza że okazja była idealna wizerunkowo. Można było zadośćuczynić sprawiedliwości, jednocześnie nie występując przeciwko własnym obywatelom. Gdyby mordercami Joany Demafelis okazali się Kuwejtczycy, sprawę, jak wiele innych, zapewne zamieciono by pod dywan, ale tu chodziło o Syryjkę i Jordańczyka.

Trudno będzie dochodzić podobnej sprawiedliwości w przypadku Constancii Lago Dayag, która w dwa tysiące dziewiętnastym roku, ciężko pobita, została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła. Policja zatrzymała jej pracodawcę, ale ten tuż po przesłuchaniu odzyskał wolność.

Prawdopodobnie identycznie będzie w przypadku Jeanalyn Villavende, dwudziestosześcioletniej Filipinki, która na początku dwa tysiące dwudziestego roku trafiła do szpitala brutalnie zgwałcona przez swojego kuwejckiego pracodawcę. Ofiara była dosłownie „czarnogranatowa” od siniaków po pobiciu przez jego zazdrosną żonę. Zmarła w drodze do szpitala, a jej zmasakrowanie miało być karą za rzekome wyuzdane zachowanie wobec jej męża. We wrześniu tego samego roku przez swoich kuwejckich pracodawców zamordowana została czterdziestosześcioletnia służąca ze Sri Lanki. I w tym przypadku policja dała wiarę jej przełożonym, którzy po prostu zapewnili, że nie mają nic wspólnego ze śmiercią pracownicy.

Losy ciężko pracujących kobiet usługujących w bogatych domach na Bliskim Wschodzie często sprawiają, że włos się jeży na głowie, wzbudzają frustrację i sprzeciw. Jak to jest w ogóle możliwe? Jak tak można? Okazuje się, że można.

Według szacunkowych danych na Półwyspie Arabskim pracuje prawie trzy miliony kobiet z biedniejszych krajów południowo-wschodniej Azji. Są własnością. Towarem, który można sprzedawać za ogromne pieniądze, a mimo to wciąż jest na niego popyt. Zarabiają na nich pośrednicy, którzy nierzadko ukrywają przed swoimi ofiarami prawdziwe warunki pracy. Korzystają pracodawcy, którzy de facto kupując sobie pracownika, stają się panami jego życia i śmierci.

To rosyjska ruletka, w którą grają ludzie zdesperowani biedą. Część z nich ma szczęście – trafia do rodzin, które traktują ich z szacunkiem i wypłacają regularne pensje. Te pozytywne historie kuszą. To dlatego każdego roku dziesiątki tysięcy biednych kobiet i mężczyzn decydują się na wyjazd w nieznane, mając świadomość, jak wiele ryzykują. Ci, którzy nie będą mieli szczęścia i trafią w ręce sadystów, przekonanych, że życie człowieka warte jest tyle, ile jego konto, może spotkać okrutny los. Najsmutniejsze jest w tym jednak to, że ich cierpienie pozostanie anonimowe. Zamknięci za murami arabskich willi, stają się zupełnie bezbronni i samotni. Nikt ich nie usłyszy.

Overseas Workers Welfare Administration na Filipinach rocznie rejestruje ponad sto przypadków utraconego kontaktu z rodziną. Ta sytuacja dotyczy również pracowników z innych biednych krajów Afryki i Azji, a w większości z nich nawet nie prowadzi się takich statystyk. Przyczyny są różne. W najlepszym przypadku służący po prostu tracą przywilej korzystania z telefonu i z czasem się odnajdują, ale zdarza się, i to wcale nie rzadko, że przepadają bez wieści. Trumny nie zawsze wracają przy fleszach aparatów i pod okiem kamer. Najczęściej nie wracają nigdy.

***

Bogactwem krajów arabskich łatwo się zachłysnąć, nawet jeśli samemu nie ma się wielkiej fortuny. Luksusowe kawiarnie, hotele, centra handlowe Dubaju, Kuwejtu, Manamy, Muskatu czy Rijadu sprawiają wrażenie, że znajdujemy się w krainie szczęśliwości. I jeśli faktycznie jesteś w stanie poczuć się w tych miejscach szczęśliwy, to jesteś farciarzem. Ale warto pamiętać, że to szczęście często jest okupione czyjąś krwawicą.

Od kiedy zacząłem pisać książki o Bliskim Wschodzie, co jakiś czas czytam wiadomości lub komentarze o tym, że przecież nie jest tak źle… Dubaj to wspaniałe miejsce, a i w Kuwejcie czy Arabii Saudyjskiej można żyć na świetnym poziomie. Piszą je z reguły ci, którzy poznali je od najlepszej strony. I mają rację. To wszystko prawda, wcale nie jest tak źle, bywa wręcz fantastycznie…

Osobiście każdy rok swojego pobytu na Bliskim Wschodzie, poza trudnymi początkami, wspominam z uśmiechem. Było rewelacyjnie. Bawiłem się świetnie, miałem wszystko, co było mi potrzebne, a nawet więcej, czerpałem z życia pełnymi garściami. Tyle że ja należałem do tych farciarzy. Mnie nikt nie wykorzystywał, nie bił, nie wyzywał. Co miesiąc dostawałem na konto wysoką, a do tego nieopodatkowaną pensję, a co trzy miesiące dodatkową premię. Bawiłem się w drogich klubach, odpoczywałem w SPA, szlajałem się po restauracjach, robiłem zupełnie zbędne zakupy, opalałem się na plaży lub przy basenie w moim szklanym apartamentowcu. Wydawało się, że mam wszystko. Brakowało mi wtedy tylko jednego – perspektywy!

Nie zdawałem sobie sprawy, a szczerze mówiąc, nie chciałem sobie jej zdawać, że nie wszyscy imigranci mają tak samo. Łatwo mi było o tym zapomnieć, bo otaczałem się ludźmi, którzy byli w podobnej sytuacji do mojej. Nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy mieliśmy świadomość, że los tysięcy służących czy budowniczych pochodzących z biedniejszych części świata jest piekielnym koszmarem, wiedzieliśmy, że nasz sprzeciw i tak niczego nie zmieni. Odwrócenie głowy było wygodniejsze. Udawanie, że nie wiemy o czyjejś tragedii, zwalnia nas z odpowiedzialności. Czasami myślę, że moja obecna rola to swoisty wyrzut sumienia. Piszę o ludziach, którzy w tym fascynującym, bogatym świecie są zupełnie przezroczyści. Nikt ich nie zauważa. Zło triumfuje w obojętności. A ja byłem obojętny.

Wyjeżdżając z Dubaju, nie miałem jeszcze pojęcia, że za parę lat sam będę pracodawcą dla ludzi, którzy do Polski przylatują z dalekiej Azji za chlebem. Kilka lat temu, będąc na wakacjach w Tajlandii, pomyślałem, że fantastycznie byłoby posiadać własny salon masażu zatrudniający utalentowane azjatyckie masażystki. One miałyby dobrze płatną pracę, bo w swoim kraju zarabiają grosze, ich klienci dostawaliby możliwość zrelaksowania się, a ja miałbym częsty dostęp do masaży.

Planowanie biznesu w takich okolicznościach ma swoje złe strony, bo zapomina się o wszystkich trudnościach związanych z jego prowadzeniem, ale ja byłem zdecydowany. Od pomysłu do czynu. Już rok później mój salon działał, a ja, mimo że miałem zupełnie inną pracę, poświęcałem mu mnóstwo czasu. Spędzałem go oczywiście na doglądaniu interesu, na masażach i rozmowach z zatrudnianymi przeze mnie dziewczynami z Tajlandii i Indonezji.

Przez kilka lat ekipa masażystek się wymieniała. Jedne dziewczyny wracały do rodzinnych domów, w ich miejsce przyjeżdżały nowe, a czasami wracały te, które już zdążyły nacieszyć się rodziną. Wśród nich była Eka, dwudziestosiedmioletnia, ale wyglądająca na co najwyżej dwadzieścia lat, śliczna, skromna masażystka z Bali. Każda nowa masażystka na początku mówiła do mnie boss1 albo sir2. Były na to niemal zaprogramowane. I za każdym razem musiałem wielokrotnie powtarzać, że mają mi mówić Marcin. Może i jestem szefem, ale wolałbym, by zwracały się do mnie po imieniu.