Płonące pustkowieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20



Projekt okładki Fahrenheit 451

Zdjęcie na okładce (front) Wikipedia Commons

Zdjęcia w książce Narodowe Archiwum Cyfrowe,

Wikipedia Commons, Bundesarchiv, Biblioteka Miasta Stołecznego

Warszawy, Imperial War Museum, Yad Vashem a także Archiwum

Muzeum Powstania Waszawskiego; autorstwa Mariana Grabskiego,

Edwarda Wojciechowskiego, Czesława Gerwela

Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz

Korekta i redakcja Barbara Manińska

Skład i łamanie Point Plus

Copyright © by Marcin Ludwicki

© Copyright for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl

Konwersja Epubeum

Publikacja współfinansowana ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Spis treści

Kapitulacja

Wyjście

Oddziały osłonowe

Puste miasto

Rabunek

Burzenie

Robinsonowie

Akcja pruszkowska

Festung Warschau

Źródła cytatów użytych w tekście

Bibliografia

Teksty źródłowe i opracowania

Adamowizna, 17 X 1944

(…) Widmo tego miasta zjawia się wciąż jako puste miejsce powietrza. Miasta, do którego nie można wrócić, miasta bez adresów. Puste miejsce po wszystkich odmianach szczęścia, które było w przytulnych kątach, pod ścianami, w zamykających się i otwieranych drzwiach, w ciepłych głosach ludzkich, zwierzeniach i pieszczotach, w rozstaniach i przybyciach, w krokach stąpanych po różnych kondygnacjach powietrza, w czytanych książkach, wspomnieniach umarłych (…). Miasto, nad którym zamknęły się dzieje – jedno z wielu umarłych miast historii.

Zofia Nałkowska,

Dzienniki 1939–1944

Od domu do domu

chodzą niemieccy żołnierze,

podpalają domy,

które przetrwały.

W mieście bezludnym

jak po końcu świata

szumi

ogień.

Wybucha wybuchami światłości,

daje trupom świetliste pogrzeby,

w dzień zasłania słońce,

w nocy

oświetla chmury.

Unicestwiając na zawsze

daje na chwilę

wspaniałość konania.

Anna Świrszczyńska,

Szumi ogień

Contents

1  Kapitulacja

2  Wyjście

3  Oddziały osłonowe

4  Puste miasto

5  Rabunek

6  Burzenie

7  Robinsonowie

8  Akcja pruszkowska

9  Festung Warschau

10  Źródła cytatów użytych w tekście

11  Bibliografia

12  Teksty źródłowe i opracowania

Landmarks

1  Cover

Kapitulacja

„Nagle zaległa cisza, kompletna”1.

„Przez dwa miesiące był huk i nagle się zrobiła cisza. Cisza była gorsza niż ten huk, bo człowiek się przyzwyczaił funkcjonować bez przerwy w huku”2.

„Nieprawdopodobna rzecz, zupełna cisza, żadnych strzałów – to było coś tak dziwnego i niespodziewanego, że nawet pierwszą noc, to nie można było spać, bo tak było cicho”3.

„[W czasie powstania] w Warszawie było okropnie głośno. Dziś mówi się słowo «głośno», ale pod to trzeba sobie podłożyć różne rodzaje wybuchów, które dość rozróżnialiśmy. Inny był, jeśli chodzi o głośność, wybuch bomby, inny był odgłos walącego się domu, inny był odgłos palącego się domu i spadających żagwi z tego domu. Inny był odgłos różnej broni, którą Niemcy atakowali powstańców. Inaczej upadały pociski «krowy», z innym dźwiękiem, inny był terkot

różnego rodzaju karabinów używanych i przez Niemców i przez Polaków”4.

„Nastąpiła cisza, strzelanina ustała, można było wychodzić na ulicę”5.

„I nagle jakiś niewybuch – był jakiś odgłos, czegoś, co wybuchło, na przykład ktoś potrącił jakiś pocisk, który w tym momencie wybucha. I wtedy była taka straszna ulga wśród tych ludzi, krzyczeli: «No patrzcie, no znowu strzelają». Jakby ludzie nie chcieli uwierzyć, że to już jest koniec. Wszyscy byli umordowani, ale nie chcieli takiego końca. Więc ja pamiętam świetnie ciszę i te pojedyncze wybuchy, tę radość ludzi, która trwała pół momentu, bo nawet nie cały moment”6.

„Dziwne to było uczucie: iść swobodnie, bez ostrzału przez «pola śmierci», po których dotąd tańczyły kule karabinowe, wzniecały ciemną kurzawę pociski z granatników. Wilcza, Piusa, Koszykowa, Wspólna, Hoża, Nowogrodzka, Żurawia wyglądały dziwnie obco, zmienione nie do poznania. Wyrwane bruki, góry kamieni i gliny, osypiska zwalonych domów, skręcone, porwane dachy, kłębowiska drutów, oto przeszkody, przez które brnąć musiały długie kolejki idących. Wszędzie groby, w powietrzu swąd dymu i zaduch palących się kamienic, których już nikt w tym czasie nie ratował”7.

Na spowitą tą ciszą i grubą warstwą chmur ulicę Piusa XI wyszli z budynku „małej PAST-y”, ostatniej kwatery Komendy Głównej Armii Krajowej. Na spotkanie z gen. Erichem von dem Bachem jechali we czterech: płk Kazimierz Iranek-Osmecki „Heller” jako przewodniczący delegacji, ppłk Zygmunt Dobrowolski „Zyndram”, ppłk Franciszek Herman „Bogusławski” oraz por. Alfred Korczyński „Sas”. Szli niewyspani, w wymiętych ubraniach, ze zniszczonymi biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Przez cały poprzedni dzień i przez całą noc pracowali bez wytchnienia nad tekstem umowy (również tłumaczenie na niemiecki musiało być przygotowane doskonale). W nocy towarzyszyły im odgłosy wybuchów pocisków ciężkiej artylerii i najcięższych moździerzy niemieckich ostrzeliwujących gwałtownie miasto od godziny dwudziestej.

„Ta ostatnia noc Powstania. Ostatnia noc przed kapitulacją (…) dwunastogodzinne zawieszenie broni. Ludzie cywilni korzystają z tego, przechodzą, gdzie tylko mogą szukając swoich rodzin, kontaktów. Niemcy mają godzinę przesuniętą, my o tym nie wiemy. Wszyscy liczą, że o godzinie dziewiętnastej wieczorem, czy którejś tam, Niemcy mogą znowu rozpocząć ogień, ale Niemcy nie rozpoczynają ognia, więc ci ludzie przechodzą i ruch się nasila. Niemcy otwierają ogień godzinę później, ale on jest zmasowany. Mnóstwo cywilów zginęło wtedy, bo uważali, że już jest koniec Powstania”8.

Rankiem projekt umowy kapitulacyjnej zatwierdził gen. Tadeusz Bór-Komorowski.

Na ulicy otoczył ich przenikliwy, wilgotny chłód jesiennego poranka i dławiący zapach spalenizny. Z trudem brnęli przez rozorane walkami ulice ku barykadzie przy ulicy Śniadeckich. Spotkanie w kwaterze von dem Bacha w Ożarowie miało się zacząć o godzinie dziewiątej. Na linii bojowej oddzielającej pozycje polskie i niemieckie musieli zatem się zjawić tuż po ósmej. Mijali zdążające w tym samym co oni kierunku grupki ludności cywilnej z tobołkami na plecach.

Rano 1 października w prasie powstańczej ukazał się komunikat urzędowy:

„W związku z trudnym pod względem żywnościowym, sanitarnym i taktycznym położeniem walczącej już 2 miesiące Warszawy, polskie władze krajowe – dla zmniejszenia strat ludności cywilnej – przyjęły propozycję niemiecką ewakuowania z miasta cywilnej ludności oraz chorych i rannych.

 

Ustalone zostają następujące warunki wychodzenia ludności:

a. Opuszczanie miasta odbywać się będzie w dniach 1 i 2 października (niedziela i poniedziałek) w godzinach od 5 rano do 19 (7 wieczór). W godzinach tych obie strony zaprzestaną ognia.

b. Przekraczanie frontu ma się odbywać przy ostatnich polskich placówkach w kierunku zachodnim na ulicach: Śniadeckich, Piusa, al. Sikorskiego (Jerozolimskich), Pańskiej i Grzybowskiej.

c. Wychodzący mogą ze sobą zabrać rzeczy osobiste i żywność, przy czym muszą się liczyć w trudnościami drogi pieszej.

d. Sposób ewakuacji chorych i rannych będzie podany w specjalnym komunikacie bądź za pośrednictwem komendantów bloków”.

Niemcy się spodziewali, że wyjdzie 200 000–250 000 ludzi. Ze Śródmieścia wyszło około 8000 osób, przeważnie kobiet z małymi dziećmi. Ta bardzo niewielka liczba zaskoczyła Niemców. Mieszkańcy Warszawy woleli jednak pozostać przy polskim wojsku niż iść w nieznane, tym bardziej że w mieście krążyły pogłoski, według których wychodzącym zabierane jest całe mienie i przebiera się ich w papierowe ubrania.

Ruinami ulicy Śniadeckich doszli do barykady niemieckiej przy szpitalu noszącym przed wojną imię Marszałka Piłsudskiego. Tam czekał na nich delegat niemiecki. Wsiedli do samochodów, ruszyli do kwatery von dem Bacha. Przez okno samochodu Iranek-

-Osmecki przyglądał się zrujnowanej Warszawie.

„Dzieje tych dzielnic znaliśmy tylko z relacji, ale poznać je łatwo po wstrząsającym ich wyglądzie. Nie było tam gruzów ani śladów działania bomb i pocisków, na pozór nietknięte stały szeregi domów-szkieletów. Przez ich wypalone oczodoły okopcone wnętrza ziały pustką i grozą. Dzielnice, przez które przejeżdżaliśmy, wyludnione były całkowicie, nie widać żadnych oznak życia. Zniknęły nawet gołębie, wróble i wrony. To już nie Warszawa – to miasto-widmo” – wspominał po latach tę półgodzinną podróż9. Po drodze męczyły go zawroty i niemiłosierny ból głowy. Był wściekły na siebie. Dręczyło go też uczucie, jakiego nigdy dotąd nie zaznał: jechał kapitulować.

Mokotów poddał się 27 września. W rękach powstańców pozostał Żoliborz i część Śródmieścia. Na wieść o upadku dzielnicy południowej gen. Bór-Komorowski zwołał wieczorem 28 września naradę starszych oficerów sztabu, na którą zaprosił również Delegata Rządu na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego oraz gen. Antoniego Chruściela „Montera”, dowódcę Warszawskiego Korpusu AK. Przedstawił zebranym sytuację, omówił daremne próby nawiązania łączności z dowództwem sowieckim, uniemożliwiający dalszą walkę brak żywności i amunicji. „O ile nie zwyciężą nas Niemcy, zwycięży nas głód. Na pomoc zewnętrzną liczyć nie było można”10. Wszyscy zebrani się zgodzili, że dalsza walka jest bezcelowa i należy ją przerwać. Delegat Rządu podkreślił, że kontynuowanie jej w obecnych warunkach oznacza zagładę pozostałej w mieście ludności cywilnej. Generał Bór ostateczną decyzję co do dalszego prowadzenia bądź zaprzestania walki uzależnił jednak od stanowiska strony sowieckiej. Bezpośrednio po naradzie wysłał depeszę do marsz. Konstantego Rokossowskiego. Informował w niej o katastrofalnym położeniu powstańców i o beznadziejnej sytuacji ludności cywilnej. Głód i napór wojsk niemieckich Polacy będą mogli wytrzymać jeszcze przez siedemdziesiąt dwie godziny. Jeśli zatem do 1 października nie otrzymają potężnego wsparcia lub przynajmniej zapowiedzi jego nadejścia w najbliższym czasie, gen. Bór zmuszony będzie poddać Warszawę. Radiostacja przy sztabie sowieckiego marszałka pokwitowała odbiór depeszy.

Tego samego dnia gen. von dem Bach po raz kolejny złożył przez swoich parlamentariuszy propozycję

podjęcia rozmów. Generał Bór odpowiedział na nią następnego dnia. „W związku z ostatnimi propozycjami

generała von dem Bacha wysłałem 29 września parlamentariuszy do dowództwa niemieckiego. Mieli oni

zapytać, czego generał von dem Bach sobie życzy.

Von dem Bach zaproponował ewakuację ludności cywilnej, następnie przedstawił bezcelowość dalszej walki i wysunął propozycję kapitulacji, zapewniając prawa kombatanckie Armii Krajowej. Termin ważności jego propozycji, jak on sam określił, miał upłynąć 2 października, z tym że do 30 września miałem dać odpowiedź, czy decyzję ewentualnych pertraktacji podtrzymuję”11.

Równocześnie Niemcy rozpoczęli koncentryczne uderzenie na Żoliborz. Sytuacja dzielnicy pogarszała się z godziny na godzinę. Stacjonujący w Śródmieściu, w budynku „małej PAST-y”, Bór-Komorowski depeszował do Londynu: „Z Żoliborzem brak łączności, liczę, że już padł. Zrzuty na Żoliborz zbędne. Kampinos opuszczony (…). Walka nasza dogorywa. Dziś potrzebna głównie żywność i umundurowanie. Uratować

nas może tylko natychmiastowe, skuteczne uderzenie

Sowietów na Warszawę”12. Odpowiedź Rokossowskiego na depeszę gen. Bora jednak nie nadchodziła (nigdy zresztą nie nadeszła). Wobec beznadziejnej sytuacji dzielnicy Bór-Komorowski nakazał poddanie Żoliborza. Walki ustały po południu 30 września.

W tym czasie toczyły się polsko-niemieckie rozmowy dotyczące ewakuacji ludności cywilnej. Na prośbę von dem Bacha Bór-Komorowski 29 września wysłał do Pruszkowa delegację Czerwonego Krzyża, która miała się przekonać, że powstańcy przetrzymywani w tamtejszym obozie traktowani są jak żołnierze regularnej armii. W skład trzyosobowej delegacji wchodziła także hrabina Maria Tarnowska. „Wyruszyliśmy wczesnym popołudniem – pisała w swoich wspomnieniach. – Tym razem Niemcy przyjęli nas przy swoich stanowiskach, robiąc sporo zamieszania. Oczy mieliśmy zasłonięte czarnymi przepaskami, zrobiono nam mnóstwo zdjęć, a wysocy rangą wojskowi pomogli nam wsiąść do opancerzonych aut, eskortowanych przez uzbrojonych w karabiny żandarmów wojskowych na motocyklach. Najpierw zaprowadzono nas do kwatery szefa dystryktu, gdzie oczekiwał istny areopag dygnitarzy z zastępcą gubernatora Warszawy na czele. W Pruszkowie były dwa odrębne obozy, jeden dla ludności cywilnej, a drugi dla żołnierzy-jeńców. Komisji zezwolono na rozmowy z nimi. Zaskoczyło nas to; podobne traktowanie nie było prakty-

kowane wcześniej. Niemieccy strażnicy sprawiali wrażenie znudzonych i obojętnych (...). W szpitalach wyczuwało się nastrój zrozpaczenia i depresji. Nasze odwiedziny nie sprawiły prawie żadnego wrażenia. Kilku rannych przywołało pułkownika Barskiego i rozmawiało z nim szeptem. Pozostali nie reagowali nawet na zadane pytania”13. Wraz z komisją RGO i Czerwonego Krzyża zwiedzili obozy wojskowe i cywilne „gdzie oczywiście nie pokazano im nic, co świadczyłoby o popełnianiu zbrodni”14.

W drodze powrotnej zajechali do Błonia. Generał von dem Bach chciał z nimi rozmawiać.

„Mimo późnej pory zaprosiłem tu panią, hrabino, ponieważ chciałbym, żeby Czerwony Krzyż przeprowadził ewakuację ludności cywilnej i pacjentów szpitali z Warszawy.

– Ale miasto jeszcze nie skapitulowało – odparłam stanowczo.

– To kwestia paru dni – powiedział generał. – Najlepsi żołnierze niewiele zdziałają bez amunicji, a ludzka wytrzymałość ma swoje granice – dodał, a gdy odpowiedzią było moje milczenie, doradził jeszcze: byłoby lepiej dla wszystkich, gdybyście omówili tę sprawę z Wehrmachtem, w przeciwnym razie zajmie się nią gestapo. Proponuję, żebyśmy spotkali się tu jutro o ósmej rano i sporządzili projekt umowy, która zostanie włączona do aktu kapitulacji.

Ku memu zaskoczeniu pułkownik Barski zgodził się

od razu, jakby oczekiwał takiej propozycji; nie wspomniał nawet, że uzależnia to od decyzji generała Bora. Zrozumiałam, że los bohaterskich warszawiaków został przypieczętowany”15.

W rozmowach następnego dnia stronę polską reprezentowały cztery osoby, niemiecką – ponad dwu-

dziestu wysokich rangą urzędników władz administracyjnych oraz grupa wojskowych. Wynik rozmów Tarnowska kwituje jednym zdaniem: gen. von dem Bach „zapewnił, że udzieli wszelkiej możliwej pomocy w czasie ewakuacji stolicy; będą ciężarówki, ambulanse i samochody do przewożenia ludzi starszych oraz chorych i słabych. Kto ma własny transport, może zabrać meble”16.

Znacznie bardziej szczegółowy zapis rozmów pozostawił Stanisław Wachowiak, prezes Rady Głównej Opiekuńczej, który na prośbę Delegata Rządu miał wziąć udział w rokowaniach cywilnych dotyczących ewakuacji ludności. Maria Tarnowska brała w nich udział jako przedstawicielka Polskiego Czerwonego Krzyża, instytucji międzynarodowej („Byłem zdania, że jej udział w delegacji jest niezbędny, gdyż była to kobieta niezwykłego intelektu, no i reprezentowała nazwisko znane w sferach zagranicznych”17). Trzecim reprezentantem strony polskiej był, na wniosek Wachowiaka, wiceprezydent Warszawy Stanisław Podwiński.

„Przespałem kilka godzin w piwnicy i już o 5-ej rano w sobotę 30 września przyszedł do mnie Podwiński. Ułożyliśmy naprędce minimalny program postulatów wobec Niemców, uzgodniliśmy go o 6-ej rano

z hr. Tarnowską i o 7-ej wyruszyliśmy z ulicy Piusa 1b piwnicami ku wylotowi ulicy Śniadeckich, gdzie opodal Politechniki była ostatnia barykada polska”18. Po nerwowym oczekiwaniu na spóźnionego płk. Iranka-Osmeckiego, delegata gen. Bora, o godzinie 8.15 z białą chustą przeprowadzeni zostali na połowę drogi między barykadą a szpitalem im. Piłsudskiego. Czekał tam na nich delegat gen. von dem Bacha. „Po wzajemnym przedstawieniu się i po wymianie pełnomocnictw między wojskowymi dowodzący oficer niemiecki oświadczył nam, że nas przeprasza, ale ze względów formalnych zapytać musi, czy nie mamy broni oraz że przepisy wymagają zawiązania nam oczu, aż przejdziemy poza barykadę niemiecką. Uderzyła nas niezwykła kurtuazja i uprzejmość”19. Przeszli przez barykadę, Niemcy zdjęli im opaski, wsiedli do samochodów, ruszyli do Ożarowa. „Pierwszy raz po dwóch miesiącach widziałem dzielnicę ulicy Filtrowej, Raszyńskiej, plac Narutowicza, Grójeckiej. Była doszczętnie wypalona.

Nigdzie aż do Ożarowa nie było widać żywego człowieka, błąkały się tylko zdziczałe psy i koty. Widziałem pierwszy raz od dwóch miesięcy kwiaty, ogromne pola kartofli i warzyw, a na ogródkach działkowych zorganizowanych przez RGO na Polu Mokotowskim wielkie ilości pomidorów, których wtedy nikt nie zbierał, podczas gdy w mieście nie było wtedy od dwóch miesięcy jednego ziemniaka i jednego kilograma warzyw. Istotnie, miasto było izolowane zupełnie”20. Pierwszych ludzi zobaczyli dopiero w Ożarowie, kiedy zajechali przed kwaterę von dem Bacha. Rozpoczęły się rozmowy. Widać było, że niemieckie dowództwo chce jak najszybciej doprowadzić do zakończenia powstania. „Oświadczam, że pozostawiam generałowi Borowi swobodę decyzji – mówił von dem Bach. – Jeżeli mój przeciwnik chce dalej walczyć, to walkę podejmuję. Oświadczam jednak, że w tym wypadku w nocy o 12-ej z dnia 2-go na 3-ci października greife ich an, i to zaatakuję den Innenkessel, to znaczy śródmieście. Będę atakował najcięższą bronią artyleryjską. Jeżeli generał Bor chce rozpocząć rozmowy o kapitulację, jestem do jego dyspozycji i wstrzymam natychmiast działania wojenne, aby dać ludności możność wyjścia z miasta. Pozostawiam zupełną swobodę generałowi Borowi i każdy rozkaz wstrzymania działań bojowych, który on wyda do AK, zostanie w 15 minut później powtórzony przeze mnie dla wojsk mi podległych. Nie oddadzą żadnego strzału więcej, chyba że układ nie byłby honorowany”21. Ludności cywilnej pozostałej w części Warszawy, która jako ostatnia skapituluje, von dem Bach zapewniał możliwość zabrania ze sobą wszelkich walorów, pieniędzy, złota i tyle bagaży, ile zdoła unieść. Co więcej, gotów był zgodzić się na wywóz z miasta dobytku, jeśli tylko działania wojenne by na to pozwoliły. Chciał, żeby ludność cywilna wyszła z miasta jeszcze przed podjęciem zapowiedzianego przez niego ataku na polskie pozycje w wypadku niepodjęcia przez gen. Bora rozmów kapitulacyjnych. Jego zdaniem ewakuacją ludności cywilnej powinna się zająć Rada Główna Opiekuńcza.

„Na to po dłuższym namyśle zabrałem głos i oświadczyłem, że generał musiałby stracić zaufanie do mego rozumu i poczucia odpowiedzialności, gdybym oświadczył, że gotów jestem podjąć się tak gigantycznego dzieła i zadania, które ma być wykonane – gdyby nie doszło do układu kapitulacyjnego – w terminie dwóch dni, bo praktycznie zostałaby nam na ewakuację ludności niedziela 1 października i poniedziałek.

Generał von dem Bach żachnął się nieco na moje powiedzenie, po chwili jednak przyznał: «Właściwie ma pan rację, bo praktycznie nie dałoby się w tym terminie przeprowadzić ewakuacji 250 tysięcy ludzi. O taką liczbę chodzi według przybliżonych obliczeń panów i naszych w tej dzielnicy, która dotąd walczy»”22. Rozwiązać to zagadnienie mógł Wachowiak jedynie w porozumieniu z gen. Borem. Teraz zatem nie mogli ustalić konkretnych warunków ewakuacji ludności. Spotkanie dobiegało końca, kiedy von dem Bach został wywołany do sąsiedniego gabinetu. Z Warszawy przyjechał dowódca Armii Krajowej na Żoliborzu, by negocjować warunki poddania dzielnicy.

 

Natychmiast po powrocie z Ożarowa delegacja udała się do siedziby dowództwa Armii Krajowej. „Stojący na posterunku w bramie kwatery głównej młody, przystojny i bardzo inteligentny chłopak, mimo sprawdzenia naszych dokumentów, wpuścił nas dopiero za zgodą swojego szefa. W gmachu panował iście powstańczy bezład, zresztą inaczej być nie mogło. W kwaterze głównej ludzie pracowali dniem i nocą, byli nieludzko wymęczeni, co widać było po ich twarzach i ubraniach”23. Weszli do gabinetu gen. Bora, który z kolei poprosił Delegata Rządu. Bór-Komorowski po wysłuchaniu relacji z rozmów i po naradzie z delegatem Jankowskim oświadczył, że zaproponuje zawieszenie działań bojowych od świtu do zmierzchu. Dzięki temu ludność cywilna będzie mogła wyjść z miasta. Wachowiak stwierdził z kolei, że uważa za właściwą także propozycję całkowitego zaprzestania działań bojowych, w tym nocnych, na co gen. Bór odpowiedział: „Oni strzelać również nie będą, ja ich dobrze znam”24. W tym miejscu swoich wspomnień Stanisław Wachowiak wtrąca istotną uwagę: „Dla sprawiedliwości historycznej powiedzieć muszę, że decyzję swą gen. Bór tylko zamaskował i tego nam powiedzieć nie chciał. Wobec istnienia wtedy już trzech formacji, mianowicie AK, PAL i AL, i wobec rozbieżności zdań, jaka panowała pod koniec na tle kapitulacji, nie był pewien, czy będzie mógł na sto procent honorować swój podpis. Zwłaszcza nocą, gdy łatwo było o incydenty, których autorów nikt by nie zdołał ustalić. Tym sobie tłumaczę jego ówczesne stanowisko”25. Generał Bór zaakceptował też propozycję von dem Bacha wysłania parlamentariuszy do Ożarowa. Następnego dnia, 1 października, rozpocząć się miały wojskowe rozmowy kapitulacyjne.

Samochód delegacji zatrzymał się wreszcie przed dworkiem Reicherów w Ożarowie, w którym mieściła się kwatera główna von dem Bacha. Po przywitaniu się przedstawiciele obu walczących stron zasiedli przy dużym okrągłym stole w salonie. Delegacja polska wręczyła pismo gen. Bora-Komorowskiego w języku polskim i niemieckim upoważniające ją do przeprowadzenia pertraktacji i podpisania umowy o złożeniu broni przez oddziały Armii Krajowej walczące w Warszawie.

Von dem Bach, „typowy pruski generał w średnim wieku, szpakowaty, krótko ostrzyżony, wysoki, bar-

czysty, w okularach w złotej oprawie26”, promieniał. Wygłosił przemowę, w której wychwalał zdolności dowódcze gen. Bora-Komorowskiego, bitność powstańców, beznadzieję dalszej walki oraz położenia Polaków, a wreszcie swoją intuicję, która wbrew opiniom jego własnego sztabu oraz dowództwa armii (również w Berlinie), kazała mu wierzyć w rozsądek przeciwnika i możliwość podjęcia rozmów kapitulacyjnych. A przecież ze wszystkich stron słyszał ostrzeżenia, że jeśli tylko Sowieci rozpoczęliby natarcie na prawym brzegu Wisły, Polacy natychmiast zerwą wszelkie rokowania i na nowo podejmą walkę. Rozmowy kapitulacyjne zaczęły się zatem od postawienia przez von dem Bacha pytania, jakie ustępstwa strona polska może uczynić natychmiast, by udowodnić, że nie zamierza dłużej prowadzić walki. Na pytanie, jakież miałyby to być ustępstwa, sprecyzował, że wystarczy natychmiastowe wydanie całego posiadanego zapasu amunicji, rozebranie wszystkich barykad oraz wydanie wszystkich jeńców i osób narodowości niemieckiej.

Jasne było, że Niemcy będą dążyli do jak najszybszego usunięcia z Warszawy rozbrojonych polskich żołnierzy i ludności cywilnej. Tymczasem gen. „Monter” zlecił Irankowi-Osmeckiemu wynegocjowanie możliwie późnego terminu złożenia broni. Wymarsz wojska powstańczego z Warszawy mógł się odbyć najwcześniej 4 października, a ilość czynności likwidacyjnych, które przed wyjściem trzeba było załatwić, wykluczała pozbawienie powstańców broni. Musieli zachować pełną gotowość bojową do ostatniej chwili. Zgoda na częściowe nawet rozbrojenie polskich oddziałów stwarzała ryzyko prowokacji i masakry urządzonej choćby przez oddziały narodowościowe Waffen SS.

Iranek-Osmecki oświadczył zatem, że dopóki nie zostaną uzgodnione podstawowe warunki kapitulacji, strona polska nie może przyjmować jakichkolwiek zobowiązań, które wytrąciłyby żołnierzom broń z ręki. Czas na omówienie szczegółów przyjdzie po zapoznaniu się z ogólnymi zasadami umowy kapitulacyjnej. Von dem Bach skwapliwie zgodził się na tę propozycję.

Pierwszym zatem pytaniem postawionym niemieckiemu dowódcy przez stronę polską było: Czy potwierdza, że żołnierze Armii Krajowej zostali uznani przez rząd niemiecki za kombatantów i czy będą mieli zapewnione wszelkie prawa zgodnie z konwencją genewską z 27 sierpnia 1929 roku?

Von dem Bach potwierdził, że wszyscy jeńcy z Warszawy będą traktowani tak, jak inni jeńcy z armii alianckich.

Kolejną kwestią było umieszczenie w umowie zapewnienia, że nikt z walczących w Warszawie z podziemnej administracji oraz ludności miasta nie będzie pociągany przez władze niemieckie do odpowiedzialności indywidualnej czy zbiorowej za żadną działalność przeciwko państwu niemieckiemu przejawianą począwszy od 1 września 1939 roku do chwili obecnej.

Von dem Bach zgodził się również na ten postulat.

Trzecie żądanie strony polskiej dotyczyło humanitarnego traktowania ludności cywilnej oraz zapewnienia pełnej swobody działalności polskim organizacjom charytatywnym. Iranek-Osmecki domagał się zapewnienia przez stronę niemiecką wyraźnych gwarancji, „bowiem dotychczasowe postępowanie z ludnością dało tak tragiczne doświadczenie, że mamy poważne obawy, czy podobne wypadki się nie powtórzą”27. W tym momencie von dem Bach zareagował gwałtownie. Choć nie chciał włączać do umowy jakichkolwiek punktów pozostających w gestii władz administracji cywilnej i wykraczających poza problemy czysto wojskowe, zagadnienie ewakuacji ludności pozostawało w jego kompetencjach. O pozostaniu ludności cywilnej w mieście nie mogło być mowy. Wyjść musieli wszyscy i to znacznie szybciej, niż pierwotnie zakładał. Takie było stanowisko dowództwa armii niemieckiej. Niemniej zaproponował, by kwestię tę rozważyć nieco później, oddzielnie od spraw wojskowych.

Poza uznaniem żądania pozostawienia ludności cywilnej w mieście strona polska uzyskała zgodę na wszystkie swoje główne postulaty. Można było przystąpić do precyzowania i formułowania poszczególnych punktów umowy kapitulacyjnej.

Teraz głos zabrał von dem Bach. Zaznaczył, że wobec postulatów strony polskiej poszedł na daleko idące ustępstwa i że oczekuje wykazania takiej samej dobrej woli od delegatów Bora-Komorowskiego. Ponowił swoje wcześniejsze żądanie natychmiastowego wydania przez powstańców amunicji, rozebrania barykad i wydania jeńców. Iranek-Osmecki oświadczył, że dwa pierwsze warunki są dla Polaków nie do przyjęcia. Von dem Bach naciskał, Osmecki przekonywał. „Odnośnie wydania amunicji oświadczyłem, że możemy to zrobić dopiero bezpośrednio przed złożeniem broni. Argumentowałem, że zaciętość obu stron walczących jest napięta do najwyższych granic. Żołnierz AK przez dwa miesiące obserwował i przeżywał na własnej skórze najbardziej wyrafinowane okrucieństwa oddziałów narodowościowych walczących po stronie niemieckiej, toteż nie traktuje ich jak żołnierzy, lecz jak barbarzyńców. Wzajemna nienawiść nosi już wyraźne cechy zbiorowego urazu. W żadnym wypadku nie będziemy gotowi do wymarszu w ciągu dnia 3-go października. Jeżeli wydanie amunicji miałoby nastąpić natychmiast, to do wymarszu pozostanie jeszcze około dwie doby. W tym czasie żołnierz miałby stać bezbronny wobec przeciwnika, o którego zbrodniczych instynktach jest głęboko przeświadczony. Dla żołnierza polskiego wytworzyłaby się sytuacja nie do zniesienia”28. Dowództwo Armii Krajowej brało pełną odpowiedzialność za dyscyplinę swoich żołnierzy i za to, że wypełnią przyjęte przez dowództwo zobowiązania. Czy jednak w takich warunkach oddadzą wszystką amunicję? Tego nie można było zagwarantować. A przecież po podpisaniu umowy kapitulacyjnej każdy strzał ze strony polskiej stanowiłby jej zerwanie i mógłby pociągnąć za sobą nieobliczalne w skutkach represje. Zresztą w Warszawie oprócz Armii Krajowej działały i inne organizacje. Może się zdarzyć jakaś prowokacja, o którą obwiniono by dowództwo AK. „Gdybyśmy więc zgodzili się na ten warunek, to przyjmowalibyśmy świadomie zobowiązanie nadzwyczaj śliskie i niebezpieczne, czego nie wolno nam robić. Możemy bowiem podpisać tylko taką umowę, której wypełnienia w całej rozciągłości będziemy pewni. Żądałem więc wycofania warunku, gdyż jest nie do przyjęcia”29. Von dem Bach nie chciał jednak ustąpić. Wprawdzie Niemcy nie spodziewali się obecnie uderzenia Armii Czerwonej, niemniej chcieli mieć gwarancję, że w razie, gdyby nastąpiło, oddziały powstańcze nie będą mogły nic zrobić. Wydanie amunicji stanowiło dla dowództwa armii jedyną dostateczną gwarancję.

Cóż, odparł Iranek-Osmecki, gdyby ktoś chciał faktycznie Niemców wyprowadzić w pole, to obejście takiego zapisu w umowie nie stanowiłoby żadnego problemu. Strona polska jednak nie chce uciekać się do żadnych podstępów i umowę chce zawrzeć lojalnie. Niemcy nie wiedzą przecież, ile dokładnie amunicji mają powstańcy. Musieliby zatem zadowolić się każdą wydaną ilością. Jaką mogliby mieć pewność, że na wszelki wypadek nie ukryto jej mniej lub więcej gdzieś w mieście? Zresztą, nawet gdyby powstańcy zdali całą posiadaną amunicję, lotnictwo sowieckie w razie potrzeby bez problemu mogło ich

zaopatrzyć w dowolną niemal jej ilość. Warunek postawiony przez von dem Bacha oprócz tego, że nie do przyjęcia dla strony polskiej, Iranek-Osmecki uznał za nieistotny dla strony niemieckiej. Gdyby jednak von dem Bach upierał się przy nim, pertraktacje musiałyby utknąć w martwym punkcie. Niemiecki generał odpowiedział z kolei, że nie wyobraża sobie, by Polacy wychodząc z miasta przekraczali niemiecką linię bojową z bronią i amunicją. Do tego złożenie broni musi się odbyć poza stanowiskami zajmowanymi obecnie przez Armię Krajową.