3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Klęska rozumu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Klęska rozumu
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Kilka zdań na początek

Terror

1. Pocałuj tatusia

2. Bastylia jako źródło dobrych interesów

3. Marat w wannie, czyli jak się zabija słowem

4. Przed terrorem nie można się schować ani uciec

5. Loara – rzeka rewolucyjna

6. Krótki wielki terror

7. Pozostawcie po sobie tylko krew i trupy

Westfalia

1. Defenestracja praska

2. Kardynał Richelieu, czyli ćwiczenia z Machiavellego

3. Precedencja i inne sprawy, które zajęły osiem lat przygotowań do kongresu westfalskiego

4. Kongres westfalski i suwerenność

5. Westfalia – kwestia mniejszości

6. Post-Westfalia

Wiedeń

1. Książę Józef Poniatowski się nie waha

2. O jeden most za daleko?

3. Postaci dramatu

4. Kongres a sprawa polska

5. Cztery, pięć, osiem czy kilkadziesiąt?

6. Legitymizm i zwycięstwo Talleyranda

7. Rozdawnictwo – ja tobie Lukkę, ty mnie Bremę

8. Traktat i baronowa von Krüdener

9. Nie-Święte Przymierze – sprawiedliwość, miłość i pokój

10. Polityka i ideologia – słowa i siła

Fatalny urok burżuazji

1. Bogaćcie się

2. Cnoty burżuazyjne

3. Rasizm burżujów

4. Bieda jako zasłużony wyrok

5. Burżuazyjna kobieta, dzieci i rodzina

6. Załamanie społeczeństwa burżuazyjnego

Wersal

1. Prezydent Wilson ma pomysły

2. Czy nie można było szybciej?

3. Po co zwołano konferencję pokojową?

4. Wolna amerykanka, czyli pozytywy i negatywy samostanowienia narodowego

5. Co zrobić z Niemcami?

6. Sprawa Żydów i Arabów

7. I na koniec ku przestrodze – sprawa węgierska

Monachium

1. Prawie nikt nie lubi wojny

2. Harold Nicolson i George Joseph Smith

3. Lord Halifax lubił polować

4. Ocenzurowana Mein Kampf

5. Premier Neville Chamberlain też mijał się z prawdą

6. Czechosłowacja i nieszczęsne samostanowienie narodów

7. Konferencji w Monachium nie było

Teheran

1. Ludzie, charaktery i ambicje

2. Dlaczego Teheran?

3. Najlepiej improwizować – wszyscy pijani

4. Jeszcze raz – o co naprawdę chodziło w Teheranie?

5. Kto zauważy, co się stało z krajami bałtyckimi?

6. W Teheranie nie uzgodniono nic, czyli wszystko

Norymberga

1. Czajnik elektryczny

2. Po co Norymberga?

3. Prawo i absurdy

4. Nielogiczne oskarżenie

5. Prawo przeciw mafii czy przeciw masowym mordercom?

6. Co to jest wojna najeźdźcza?

7. Niechętni Brytyjczycy

8. Kogo sądzić, czyli podsądni

9. Dziwna sprawa Rosenberga i zbrodnia ideologiczna

10. Nie było sądu nad nazizmem

Fatalny urok demokracji

1. Dla demokracji istniała znakomita koniunktura

2. Demokracji, po pierwsze, nie ma

3. Demokracja, po drugie, oparta jest na hipokryzji

4. Fikcja, po trzecie, oświeconego obywatela

5. Klęska, po czwarte, idei reprezentacji

6. Partie polityczne, po piąte, jako parodia demokracji

7. Opinia publiczna, po szóste, jako siła dewastująca demokrację

8. Dlaczego, po siódme, demokracja jest mimo wszystko niezbędna?

Okładka


Copyright © Marcin Król, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny

 

FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na okładce MPI/Getty Images/FPM

Redaktor prowadząca

Katarzyna Litwińczuk

Korekta

Katarzyna Szol

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-127-1

Warszawa 2013

Krzysztofowi Kozłowskiemu

– przyjacielowi;

nasze rozmowy wywarły

wielki wpływ na tę książkę

Kilka zdań na początek


Czytałem w życiu wiele książek, w licznych spośród nich, autorzy próbowali zrozumieć świat. Nie znalazłem jednak odpowiedzi na pytanie, dlaczego świat był zawsze gorszy, niż filozofowie marzyli i sensownie argumentowali. Co się takiego działo, że z dobrych intencji wynikały fatalne konsekwencje? Z faktów zaś wynika jeden – może banalny – wniosek: człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. I tyle.

Opowiem tu kilkanaście historii, które o tym świadczą i z których niestety nie wynika żaden pozytywny wniosek. Morał tych opowieści, powiedzmy z góry, brzmi następująco: nie ma, nie było i nie będzie logiki w ludzkich działaniach. Czasem coś się uda, częściej – nie. Kiedy przypatrywałem się wielkim wydarzeniom ostatnich trzystu pięćdziesięciu lat, moje zdumienie nie miało granic i tym zdumieniem chcę się z Państwem podzielić. Zamierzam także opisać niektóre wybryki ludzkiej duchowości i obyczajowości oraz polityki, dochodząc na zakończenie do wybryku, jakim jest istniejący obecnie system demokratyczny.

Ludzie Zachodu po epoce oświecenia – i terroru, od którego dla rozrywki zaczniemy wbrew chronologii – nadmiernie ufają sile rozumu. Nadmiernie też – w tym przypadku od zarania dziejów – ufają nagiej sile fizycznej. Ponadto czasem się łudzą, że oddziałuje potęga przekonań moralnych. Zaś filozofowie, historycy i inni autorzy interpretacji minionych wydarzeń sądzą, że rozumieją ich przyczyny i skutki. Wszystko to jest bardzo wątpliwe, bo największą potęgą w ludzkim świecie jest nie tyle głupota, ile irracjonalizm lub brak racjonalnych wyjaśnień. Wyrok zapadł bardzo dawno temu – i tylko nam się zdaje, że rozumiemy świat i nad nim panujemy, a naprawdę to możemy jedynie marzyć o korzystnym lub szczęśliwym zbiegu okoliczności.

Taka wizja przeszłości i teraźniejszości wcale nie jest smutna i nie przekreśla sensu racjonalnego myślenia i racjonalnego działania, a jedynie stanowi ostrzeżenie przed pychą rozumu, pychą dobrych intencji oraz pychą siły.

Opowieści te powstały dzięki lekturze bardzo wielu książek i artykułów. Chwała ich autorom. Ale najwięcej zawdzięczam mądrej radzie trzech wielkich Anglosasów: Harolda Nicolsona, Winstona Churchilla i Henry’ego Kissingera. Czapki z głów.


Terror


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. POCAŁUJ TATUSIA

Bastylia została zdobyta 14 lipca, a 23 lipca zamordowano na prowincji pana de Montesson i jego zięcia, głowy ich zostały nadziane na ostrza pik. Tłum je obnosił i zbliżał do siebie, wołając: „Pocałuj tatusia!”. Potem inna grupa brała pikę z głową teścia, inna z zięcia, rozchodziły się i po kilkunastu minutach schodziły i znowu: „Pocałuj tatusia!”. Zabawy było co niemiara. Opowiem jeszcze o losach zdobywców Bastylii, a także o tym, co się przydarzyło kamieniom i łańcuchom, które wówczas złupiono, demolując budynek Bastylii niemal całkowicie. Teraz jednak chwilę o ludzkim zdziczeniu przed rewolucją francuską.

Otóż ludzie mordowali się od zawsze i od zawsze dokonywali mordów masowych – i to zarówno celowych, czyli politycznych, jak i takich, nad którymi w gruncie rzeczy nikt nie panował. Nawet pierwszy, nieco dokładniej opisany, z takich mordów miał niekontrolowany charakter. W 427 roku p.n.e. w trakcie wojny peloponeskiej doszło do gwałtownych starć na Korkirze (dzisiaj Korfu), rzekomo spowodowanych względami politycznymi i walką o utrzymanie demokracji. Jednak w istocie był to bunt ludu przeciwko oligarchom, bunt niesłychanie gwałtowny, prowadzący do masowych morderstw. Zabijano przeciwników demokracji, wrogów rodziny, wierzycieli i wreszcie znajomych, z którymi prowadzono nieistotne spory. Wielu spośród zamożniejszych obywateli Korkiry popełniło w świątyniach samobójstwo lub zabijało się wzajemnie, żeby tylko uniknąć tortur zadawanych przez rozwścieczoną tłuszczę. Wprawdzie niektórzy historycy twierdzą, że takie brutalne wydarzenia nie były w starożytności wyjątkiem – i pewnie mają rację – ale terror na Korkirze pozostał w pamięci jako pierwszy przykład zachowania tak powszechnego i całkowicie spontanicznego.

Potem ludzie się zabijali na masową skalę z najrozmaitszych powodów, często religijnych. Pamiętam, że lektura „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza cieszyła mnie, dopóki nie zdałem sobie sprawy, na czym musiała polegać praktyczna strona wbijania na pal, które Sienkiewicz opisuje z dziwnym nieco upodobaniem. Pamiętam też, jak zaraz po odzyskaniu niepodległości pojechaliśmy do Bratysławy na jedno z licznych wówczas spotkań politycznych i w wolnym czasie poszliśmy z żoną zwiedzać stare miasto. Trafiliśmy na Muzeum Średniowiecznej Sprawiedliwości, które istniało przez wszystkie lata komunizmu. W tym rozkosznym renesansowym budynku znajdowały się wszystkie narzędzia tortur, jakie w przeszłości stosowano. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak wyglądało koło do łamania czy też jak ćwiartowano ludzi – potrzeba było trzech rzeźników z tasakami, żeby podzielić człowieka na cztery mniej więcej równe części. Na rycinach zaś widnieli nie tylko ofiary i kaci, lecz także oglądające to wszystko rozanielone dzieci i ich mamusie zachwycone rzadką okazją do rozrywki.

Przyjemność mordowania, przyjemność mordowania w wyrafinowany sposób, na przykład rozrywanie końmi, co nie było wcale takie proste, jest stara jak świat. I tylko oczywiste, a zarazem zawsze mętne, analizy psychologów próbują nam wyjaśnić, dlaczego ludzie znajdowali w oglądaniu takich rzeczy przyjemność. My już jej nie znajdujemy (a co najmniej sądzimy, że jej znajdować nie powinniśmy). Można naturalnie spekulować na temat czarnej strony ludzkiej natury, ale niewiele z tego wynika, gdyż nie zawsze była czarna, a ponadto przychodziły czasy oświecenia, kiedy to takie zachowania – zarówno mordujących, jak i przypatrujących się mordom – były nie do przyjęcia. I my – to znaczy ludzie Zachodu – żyjemy w takim okresie. Jednak jesteśmy dziedzicami rewolucji francuskiej, która zmieniła niemal wszystko w naszym świecie, a w szczególności spowodowała, że – przez stosunkowo krótki okres – terror był legalny. Można więc powiedzieć, że jesteśmy dziedzicami pierwszego w historii terroru nowoczesnego. Jak ta odmiana terroru stała się możliwa w najbardziej cywilizowanych czasach (oświecenie!) i w najbardziej cywilizowanym społeczeństwie? Nie wiemy, potrafimy tylko opowiedzieć, jak było, a wnioski może same się nasuną.

2. BASTYLIA JAKO ŹRÓDŁO DOBRYCH INTERESÓW

Zdobycie Bastylii zakończone zamordowaniem jej dowódcy przez zgrabnego czeladnika z rzeźni, dzięki czemu głowę można było nadziać, oczywiście na pikę, zrobiło wrażenie w całej Francji. W Bastylii było wprawdzie zaledwie siedmiu więźniów, w tym czterech szaleńców oraz rozpustnik, uczeń markiza de Sade’a, ale natychmiast pojawiły się pogłoski, że na Francję idzie armia trzydziestu tysięcy Hiszpanów, że arystokracja knuje spiski, a nawet umiarkowany i rozumny Barnave skomentował w Zgromadzeniu Narodowym następne morderstwa słowami: „Czyż krew ta była tak czysta?”. Odtąd słowa będą znaczyły bardzo dużo, czasem więcej niż czyny, gdyż bez słów czyny byłyby tylko formą ujawnienia owej ciemnej strony ludzkiej natury, a dzięki słowom stają się czynami rewolucyjnymi, czynami, które mają zmieniać świat.

Według, od razu sporządzonej, oficjalnej listy tych, którzy zdobyli Bastylię (954 osoby), przydzielano potem dyplomy, herby oraz dożywotnie pensje. Jeszcze w 1852 roku żyło stu zdobywców i wszyscy dostawali dożywotnie renty, mimo kilku zmian ustroju i władzy we Francji. Na zdobycie Bastylii, jako nadzwyczaj odważny i przełomowy krok, nabrać się dał nawet arcybiskup Paryża, który 15 lipca zarządził odśpiewanie w paryskich kościołach Te Deum. Ludwik XVI, leniwy na ciele i umyśle, a zarazem niesłychanie poczciwy, nie zareagował, przekonany, że to tylko drobne zdarzenie bez szczególnych konsekwencji. Istotnie samo zdarzenie było drobne, ale jego konsekwencje – kolosalne.

Przy okazji jednak powstał, jak zwykle przy takich okazjach, cały przemysł pamiątkarski. Przecież jeszcze niedawno przedmiotem starań było zdobycie kawałka berlińskiego muru, nic więc dziwnego, że i wówczas interes rozkwitł na wielką skalę. Niejaki Pommey rozkręca pracownię pamiątek. Z kamieni pochodzących – jak opowiada – z murów Bastylii wyrabia miniaturki więzienia, które kosztują aż czterdzieści osiem liwrów. Mirabeau po ruinach budynku oprowadza damy, które wydają okrzyki „Wolność!”, zaś paryżanie zajmują się zbieraniem kamieni z Bastylii, które sprzedaje się na wagę i są droższe (w tym okresie powszechnej biedy) od mięsa. Murarz Palloy organizuje świetnie prosperującą pracownię, z której pod strażą Gwardii Narodowej wysyłane są do poszczególnych departamentów miniaturki, bombonierki i inne przedmioty, nawiązujące do Bastylii, zaś z łańcuchów skradzionych z więzienia wyrabia medale, które są wręczane zasłużonym dla rewolucji. Odbywają się przedstawienia teatralne dzięki błyskawicznie napisanym komediom, a nawet prezentowana jest na paryskiej scenie pantomima dokładnie oddająca przebieg wydarzeń. Nikt się nie martwi, nikt nie wierzy, by ta wspaniała zabawa w wolność miała się za chwilę skończyć.

Równocześnie w całej Francji następuje upadek władzy. Coraz trudniej jest cokolwiek skontrolować, a złodzieje, maruderzy i po prostu bandy polujące na wszystko grasują po Francji, a zwłaszcza wokół Paryża, do którego wciąż jeszcze zmierzają dostawy najrozmaitszych artykułów, co się niebawem skończy i trzeba będzie z miasta wędrować na wieś, by tam zagrabić kawałek świni. Znamy ryciny przedstawiające łotrów przebranych w arystokratyczne stroje, w których paradują po przedmieściach Paryża lub po okolicznych miejscowościach, dumni i wolni.

Zdajmy sobie sprawę z sytuacji: w Paryżu publikowane są niezliczone pisma i pisemka, które docierają na prowincję albo z opóźnieniem, albo wcale. W pismach tych króluje zresztą plotka, która jest podstawową metodą przekazywania wszelkich informacji. Plotka oczywiście błyskawicznie się rozpowszechnia i równie błyskawicznie przekazywana przez wiele ust (najczęściej przekupek) przestaje mieć cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Indolencja czy niedocenianie znaczenia plotki przez Ludwika XVI i jego otoczenie powoduje, że nie ma żadnej na nią reakcji, a także członkowie Zgromadzenia Narodowego dysponują niezbyt wieloma solidnymi informacjami. W tej atmosferze dochodzi do licznych zupełnie nieskoordynowanych samosądów i aktów gwałtu, ot tak, dla rozrywki, czy raczej dla uczczenia wolności. Nie można jeszcze mówić o terrorze zorganizowanym, ale niewątpliwie mamy do czynienia z terrorem niezorganizowanym, który wprawdzie nie pochłania aż tylu ofiar, jak kolejne fale terroru, aż po wielki terror, ale ponieważ opiera się na zasadzie chybił trafił, wzbudza powszechny strach i powszechny entuzjazm. Zupełnie nie wiadomo, dlaczego zabijani są na prowincji ludzie, którzy niczego złego nikomu nie uczynili, a lokalne władze ze strachu, z oportunizmu lub motywowane uczuciami rewolucyjnymi nie reagują.

Nie jest to w istocie jeszcze terror nowoczesny, a tylko anarchia i typowe dla anarchii zjawiska, polegające przede wszystkim na ujawnieniu się ludzi, którzy w normalnych czasach przebywają w ukryciu, czasem w karczmach, często w więzieniach, a jeszcze częściej pętają się po świecie bez jasnego celu i bez środków finansowych. Niech za przykład posłuży nam historia życia i kariera Jeana-Paula Marata.

 

3. MARAT W WANNIE, CZYLI JAK SIĘ ZABIJA SŁOWEM

Biografia Marata, przedstawionego na sławnym obrazie Jacques’a-Louisa Davida, w wannie z turbanem na głowie – zaraz opowiem, skąd się wziął ten turban – dostarcza charakterystycznego przykładu życia rewolucjonisty wywodzącego się znikąd, o niejasnych poglądach, ale cechującego się w pewnych momentach niepojętą zawziętością. Nie pochodził ani z ludu, ani ze szlachty, nie był ani rzemieślnikiem, ani człowiekiem ulicy, był trochę intelektualistą, trochę uczonym, trochę oszustem i trochę szpiegiem, trochę uwodzicielem i trochę nędzarzem.

Urodził się w Szwajcarii, jego ojciec był kapucynem, który zrzucił habit. Marat miał liczne rodzeństwo, w tym brata Davida, którego zawiłe drogi doprowadziły do profesury w liceum w Carskim Siole, a potem nawet do uszlachcenia w Rosji i małżeństwa z ciotką żony Puszkina. Sam Marat, ponieważ rodzinne nazwisko początkowo brzmiało Mara, doszukiwał się prawdopodobnych arystokratycznych hiszpańskich korzeni, interweniował nawet na hiszpańskim dworze, jednak bez skutku, miał tylko na koncie uwiedzenie kolejnej szlachcianki i nieudaną próbę założenia hiszpańskiej akademii nauk. Potem ten fragment życiorysu skrupulatnie skrywał. Szesnastoletni Marat opuścił Szwajcarię na zawsze i przez kilka lat udawał w Paryżu lekarza i weterynarza, chociaż dopiero w Anglii podobno uzyskał prawdziwe uprawnienia. Miał duże zdolności, zwłaszcza do nauk ścisłych, dzięki czemu udało mu się skonstruować urządzenie służące do mikroskopowego badania chorych, które z aprobatą oglądał sam Benjamin Franklin, kiedy odwiedził Paryż. Nie wiemy jednak, czy naprawdę było pożyteczne, bo Francuska Akademia Nauk skrytykowała badania Marata i nie przyjęła go do swego grona.

W czasie kilku długich pobytów w Anglii Marat znalazł wpływowych przyjaciół i dzięki ich pomocy mógł przeżyć, a dodatkowe dochody uzyskiwał z leczenia. Potem dwukrotnie w pierwszym okresie rewolucji wyjeżdżał do Anglii, nie bardzo wiadomo po co, próbował rozmawiać z premierem Pittem, ale nie wiemy, o czym. Podejrzewano go, że brał angielskie pieniądze, ale tych bardzo prawdopodobnych podejrzeń nie udało się i raczej już się nie uda potwierdzić.

W Anglii dużo pisał po francusku oraz po angielsku, i to zarówno dzieła filozoficzne, jak i romanse. Jedna z tych książek nosiła tytuł Les Aventures du jeune comte Potowsky (1772), ale nigdy nie została opublikowana, a rękopis zaginął, więc nie wiemy, o jakiego Potockiego mogło chodzić. Polemizował z encyklopedystami, a nawet Wolter o nim, wprawdzie niezbyt życzliwie, ale raz napomknął. Od 1782 roku stale chorował, mimo to został na krótko lekarzem hrabiego d’Artois, a potem leczył – ściętą w trakcie rewolucji, ale już po jego śmierci – Claire de Choiseul, markizę de l’Aubépine de Châteauneuf, która go utrzymywała przez dwa lata, miał z nią romans oraz dziecko, którego losy są nieznane.

Na początku rewolucji Marat był nikim, jednak już 12 września 1789 roku opublikował pierwszy numer dziennika Publiciste parisien, journal politique, libre et impartial, potem sławnego jako L’Ami du peuple (zapewne początkowo za tą publikacją stały angielskie pieniądze, gdyż Anglicy naiwnie wówczas sądzili, że rewolucja osłabi Francję, a im w najmniejszym stopniu nie zagrozi). Dziennik zyskał ogromne powodzenie, przez trzy lata ukazało się około tysiąca wydań, każdy numer miał od ośmiu do szesnastu stron, a w najlepszym momencie L’Ami du peuple rozchodził się w nakładzie sięgającym niebywałej na tamte czasy liczby sześciuset tysięcy egzemplarzy. Wszystkie strony zapełniał Marat.

Wreszcie w 1792 roku, 1 września Marat uzyskał pierwszą funkcję i został członkiem komitetu bezpieczeństwa Paryża. Więzienia były zapełnione rojalistami, tymi, którzy rzeczywiście bronili Ludwika XVI, i tymi, których podejrzewano o rojalistyczne sympatie. W toczących się już od lipca procesach skazano trzy osoby. Marat wzywał do przyspieszenia „rewolucyjnej sprawiedliwości”, tłumy zaatakowały więzienia i wymordowały co najmniej tysiąc pięćset osób. Zrobiło to wielkie wrażenie na wszystkich, chociaż na jednych pozytywne, na innych negatywne. Nie wiadomo, czy dzięki temu Marat natychmiast otrzymał kolejną poważniejszą funkcję – został we wrześniu 1792 roku wybrany do Konwencji Narodowej. Wkrótce oskarżył jej członków o zdradę, został z ich rozkazu aresztowany, ale natychmiast wygrał proces i wrócił do domu, z którego już nie wychodził – musiał przebywać stale w miedzianej wannie, gdyż chorował na liszaje, herpes, świerzb i łojotok, a nieustanne bóle głowy powodowały, że musiał nosić nasycony octem turban. I właśnie wtedy, jego dziennik już się nie ukazywał, napisał sławne słowa: „Musimy ich zamordować, bo w przeciwnym razie oni zamordują nas”.

11 lipca do drzwi Marata zapukała po raz trzeci odprawiona poprzednio Charlotte de Corday, prawnuczka Pierre’a Corneille’a, panna nowoczesna, dwudziestopięcioletnia i energiczna. Oznajmiła, że ma dla Marata dane o strasznym spisku. Przyjął ją – oczywiście w wannie – nie wiemy, o czym rozmawiali, ale po kilkunastu minutach rozległ się jego krzyk. Corday zasztyletowała Marata. W tym celu przyjechała do Paryża, świadoma nieuniknionej śmierci i dobrze wyszkolona w zakresie anatomii, skoro zabiła go jednym ciosem. Po sześciu dniach i po procesie została zgilotynowana. Kobiety otaczające gilotynę wołały, że śmierć to zbyt łagodna kara, że należało ją pociąć na kawałki i zjeść.

Pogrzeb Marata odbył się z wielką pompą. Jego przyjaciel i rewolucjonista, który popierał każdą kolejną władzę i malował każdego, kto był znany, malarz Jacques-Louis David, stworzył wielką inscenizację pogrzebu. Ponieważ był lipiec, trzeba było się spieszyć, ale i tak zapach trupi po kilku dniach był tak okropny, że na trasie lano olejki wonne całymi konewkami. Marat został pochowany na Panteonie, a zaraz po upadku Robespierre’a – jaki piszą Francuzi – zdepanteonizowany i nie wiemy, co się stało z jego szczątkami.

Potęga słowa, jego moc sprawcza – oto jak oddziaływał Marat. Nikogo nie zabił, nie był świadkiem masowych egzekucji, ale umiał jak nikt inny operować emocjami mas. Mistrz słowa, zły mistrz słowa, a naprawdę mistrz tego, jak słowo uczynić źródłem terroru. Bo chociaż ciągle jeszcze nie nadszedł wielki terror, prawnie regulowany przez Komitet Ocalenia Publicznego, to do zabijania wystarczyło tylko słowo, słowo podejrzenia. Jak to się stało, że ludziom zabijanie przychodziło tak łatwo?