Gawędy o wilkach i innych zwierzętach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Więcej niż zwykła wilcza przyjaźń

Samotna jak dotąd Harda w ciągu kilku dni zdobyła wilczych towarzyszy. Trochę z przypadku, a może za sprawą przeznaczenia? Choć nadal przebywała w niewoli, zmieniała się każdego dnia. Przestała biegać wokół zagrody, była znacznie spokojniejsza i zrównoważona. Los zesłał jej niespodziewanie dwóch facetów. Z jednej strony Mikołaj, starszy czteroletni wilk, doświadczony i mądry, a z drugiej – Rado, znacznie młodszy przystojniak.

Nie wiadomo, dlaczego Harda bardziej zainteresowała się Mikołajem. Starszy, mądrzejszy, w dodatku był pierwszym wilkiem, jakiego poznała. Mikołaj także miał do niej słabość. Oczywiście, była jeszcze za młoda, by stać się jego partnerką na całe życie. Jednak co tu ukrywać, Harda to piękna wilczyca. Pamiętam scenę, którą zobaczyłem na ekranie monitorów w leśniczówce. Harda podchodzi do siatki, a z drugiej strony podbiega do niej Mikołaj. Ale nie tak zwyczajnie, tylko z niebywałą lekkością, jakby nie dotykał ziemi. Nie jestem tego w stanie lepiej opisać, czasami takie rzeczy się po prostu czuje. Te dwa wilki stały się sobie bliskie. Leśniczy również to zauważył.

Nieubłaganie zbliżał się termin wypuszczenia Mikołaja na wolność. To mogła być jedyna szansa dla Hardej. Wilk przewodnik, który nauczy ją tego, czego nie mogli przekazać jej rodzice. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że wilki nie stworzą pary od razu. Jednak, gdyby zostały razem przez rok, wszystko mogło się wydarzyć. Rado był znacznie młodszy, teoretycznie lepiej pasował do Hardej. Niestety, nie nawiązał z nią kontaktu. Nie miał też takiego doświadczenia jak Mikołaj. Ten przynajmniej przez dwa lata był samotnym wilkiem. To bardzo dużo czasu w życiu wilka. One dożywają około dziesięciu lat, sporadycznie dwunastu, choć w niewoli mogą żyć znacznie dłużej. Dwa lata dla wilka, to jak dwadzieścia dla człowieka. Mikołaj miał wielką przewagę doświadczenia nad Rado.

Pozostała jeszcze jedna bardzo ważna kwestia do ustalenia. Miejsce, w którym wilki zostaną wypuszczone. Teoretycznie Mikołaj powinien wrócić do miejsca, gdzie ostatni raz przebywał na wolności. Niestety, wąski pas lasu pomiędzy Wisłą i autostradą nie wchodził w rachubę, a po drugiej stronie rozciągał się wielki kompleks leśny zajęty przez bardzo silną rodzinę wspaniałych jasnych wilków. Przegoniłyby go natychmiast. Naukowcy ze Stowarzyszenia Dla Natury „Wilk” dokładnie sprawdzali materiał genetyczny wilków z okolic Torunia. Okazało się, że najbliżsi krewni Mikołaja mieszkają daleko za Piłą. Kłóciło się to z zasadą wypuszczania w pobliżu miejsca, gdzie został znaleziony. W końcu zdecydowano się na rozwiązanie pośrednie, czyli tereny nadleśnictwa Solec Kujawski. Był to spory obszar Puszczy Bydgoskiej niezajęty przez wilki. Jednocześnie to teren bardzo podobny do tego, w którym wychował się Mikołaj. Puszczę Bydgoską stanowią głównie lasy sosnowe porastające piaszczyste wydmy. Jest to dość suchy teren, gdzieniegdzie poprzecinany małymi rzeczkami pełnymi wody wiosną, a wysychającymi w czasie upalnego lata. Lasy są zasobne w zwierzynę i mało penetrowane przez ludzi. Bardzo ważna była przychylność nadleśniczego. Nie wszyscy leśnicy chcą mieć wilki na swoim terenie.

W końcu zapadła decyzja i ustalono datę. Zarówno Mikołaj, jak i Harda zostaną wypuszczone na terenie Nadleśnictwa Solec. Nie uczestniczyłem w tym wydarzeniu, tego dnia zostałem zaproszony do Biebrzańskiego Parku Narodowego, by pokazać filmy w cyklu Wszechnic Biebrzańskich. Moja obecność nie była konieczna, zawsze przy takich okazjach jest mnóstwo osób, kamer, zgiełku. A dla wilków im mniej ludzi, tym mniejszy stres. Wypuszczenie na wolność zawsze jest ryzykowne, nie wiadomo, jak zachowają się zwierzęta. Na szczęście wszystko przebiegło dobrze, bez zakłóceń i bezpiecznie dla wilków. By mieć kontrolę nad zwierzętami, naukowcy zakładają im specjalne obroże z nadajnikami. Z jednej strony jest to konieczne, żeby monitorować, co się z nimi dzieje, z drugiej strony stwarza szansę, by o wilkach dowiedzieć się czegoś więcej. Przed wypuszczeniem na wolność każde zwierzę jest usypiane i dokładnie badane. To lekarz weterynarii podejmuje ostateczną decyzję, czy rekonwalescent może opuścić ośrodek. Jeśli nie ma przeszkód, zwierzęta są wkładane do specjalnych klatek. Później transportuje się je na miejsce, gdzie odzyskają wolność. Po wyjęciu klatek z samochodu podaje się zastrzyk z antidotum. Po kilku sekundach wilk znika w lesie. Zwierzęta najczęściej odbiegają dość daleko i zatrzymują się na odpoczynek. Potrzebują jeszcze trochę czasu, by środek uspokajający przestał działać, dlatego są wypuszczane bardzo późno, gdy w lesie jest spokój i jak najmniej przypadkowych ludzi. Dopiero po kilku godzinach wracają do normalnej aktywności. Tak samo było z Mikołajem i Hardą. Pobiegły do lasu i położyły się, czekając, aż nabiorą pełnej sprawności. To był kluczowy czas. Nikt nie wiedział, co będzie dalej.

Już nocą Mikołaj zaczął biegać, próbując się zorientować, gdzie się znalazł. Wyglądało to tak, jakby za wszelką cenę chciał odnaleźć jakiś trop, jakieś znajome miejsce. Przez kilka kolejnych dni uporczywie i wielokrotnie przekraczał drogę, na której został potrącony. Uważam, że szukał innego wilka. Może nie był tak samotnym wilkiem, jak nam się wydawało? Inaczej nie miałoby to żadnego sensu. Po co ryzykował, dlaczego biegał ciągle w poprzek drogi, czego szukał? W końcu ruszył w stronę, gdzie został potrącony. Miał do przebycia sporą odległość – około pięćdziesiąt kilometrów. Musiał ominąć Toruń i dwa terytoria niezwykle silnych wilczych rodzin. Biegł sam, drogi Mikołaja i Hardej rozeszły się na zawsze.

Było mi bardzo smutno. Chciałem, by Harda podążała za nim, by uczył ją życia na wolności. Czasami tak jest, że mamy wielkie oczekiwania, myślimy: „Ja zrobiłbym inaczej, nie zostawiłbym jej”. My nie jesteśmy wilkami. Nie możemy oczekiwać, że zwierzęta będą stosować nasze normy kulturowe. W realnym świecie jest inaczej. Harda, choć urodziła się wilkiem, została wychowana przez ludzi i wilcze obyczaje były jej całkowicie obce. Nie potrafiła złapać właściwego rytmu. Na początku obydwa wilki trzymały się razem. Po niedługim czasie Harda zaczęła mieć inny czas aktywności. Biegała w czasie dnia, starała się zobaczyć jak najwięcej, być wszędzie. Dla tak inteligentnej istoty świat musiał wydawać się wspaniały. Tyle nowych zapachów dźwięków, doznań. Szkoda było czasu na sen i odpoczynek. Zachowywała się tak, jakby chciała nadrobić stracony wcześniej czas. Niestety, jej obroża zaczęła pokazywać bardzo niepokojące dane. Szukała ludzi, ich towarzystwa, może pomocy. Karmiona przez człowieka, pierwsze kroki skierowała na podwórko myśliwego, które pachniało podobnie do leśniczówki, obok której wcześniej mieszkała. Oczywiście myśliwy podniósł alarm i wszyscy wokół zaczęli przedstawiać Hardą jako zagrożenie. Pisano, że wilki trzeba wreszcie zacząć zabijać, bo panoszą się i wchodzą w biały dzień na podwórka. W lokalnej prasie pojawił się apel. Jeden z miejscowych polityków grzmiał: „Czy musi zginąć jakieś dziecko, byśmy wreszcie zaczęli zabijać wilki?”. Zainteresowani polowaniem na wilki starali się wykorzystać tę sytuację.


W rodzinie tworzą się więzy

Wszystko się nieco uspokoiło, gdy po tym incydencie Harda wróciła do lasu. Jednak nie potrafiła polować, nie umiała poradzić sobie na wolności. Miała obrożę i to ją ratowało. W końcu podeszła bardzo blisko Solca Kujawskiego, licząc na pomoc. Ludzie zaczęli ją dokarmiać i tym samym przypieczętowali jej los. Umiejscowiła się pomiędzy miastem a Jura Parkiem, miejscem pełnym makiet dinozaurów w skali jeden do jednego. Sytuacja była dramatyczna. Stowarzyszenie „Wilk” postanowiło odłowić Hardą. To szalenie trudne zadanie. Alternatywą było odstrzelenie zwierzęcia. Przez kilka nocy w iście filmowej scenerii próbowano podać jej środek usypiający. Przemykała wśród potężnych dinozaurów, nie pozwalając zbliżyć się do siebie. Mieszkańcy nie chcieli odłowienia, mówiąc, że ona nikomu nie przeszkadza i może sobie tu mieszkać. Wszyscy widzieli, jak potulne i pozbawione agresji jest to zwierzę.

W końcu się udało. Ogromny szacunek należy się wszystkim, którzy bezpiecznie odłowili Hardą. Jest to wielkie osiągnięcie, uratowano jej życie. Wilczyca dostała szansę, która niewątpliwie jej się należała. Niestety, ludzie zmienili ją za bardzo, by mogła cieszyć się wolnością.

Gdy odwiedziłem ją w Napromku, serce mi pękało. Biegała wokół ogrodzenia. Miałem poczucie, że zrobiono jej kolejną krzywdę. Posmakowała wolności i teraz tęskni za tymi wszystkimi zapachami, doznaniami. Tak bardzo chciałbym jej to wynagrodzić, ale nie potrafię. Jej powrót ucieszył zapewne Rado. Byli jeszcze przez dwa miesiące razem. Potem Harda została sama.

Rado w końcu odzyskał wolność. Była to druga próba. Za pierwszym razem po uśpieniu lekarka weterynarii zbadała go dokładanie i zdecydowała o pozostawieniu wilka w zagrodzie. Kontuzja biodra okazała się poważniejsza, niż sądzono. Na samym początku, gdy wypuściliśmy wilka do zagrody, leżał przez kilka dni obolały. Potem wstał, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Chodził, obciążając wszystkie nogi, bez żadnych oznak niedyspozycji. Jednak, gdy po wypuszczeniu Mikołaja przeniósł się do jego znacznie większej zagrody, gdzie mógł swobodnie biegać, podnosił tylną łapę. Nie obciążał stawu biodrowego, musiało go boleć. To właśnie z tej strony uderzył go samochód. Potrzebował więcej czasu na regenerację. W końcu przestał podnosić nogę podczas biegu, odzyskał pełną sprawność. Kiedy nie było widać żadnych objawów niedyspozycji, lekarz zezwolił na wypuszczenie wilka. Rado odzyskał wolność.

 

Dziś z całą pewnością i odpowiedzialnością można stwierdzić, że SIĘ UDAŁO! Dla mnie jest to ogromna satysfakcja. Zarówno Mikołaj, jak i Rado szczęśliwie wróciły do swojego naturalnego środowiska. Nie byłoby to możliwe bez udziału tak wielu oddanych ludzi. Każdy dołożył swoją cegiełkę i każda była równie ważna.


Cztery małe pasiaczki

Pewnego dnia, gdy szedłem wyrzucić na kompost resztki organiczne, zobaczyłem wiele małych tropów. Nie było żadnego dużego odcisku racicy. Nie musiałem długo się rozglądać, by zobaczyć cztery małe pasiaczki. Dziczki śliczne jak z obrazka. Nie rozumiałem, dlaczego były same. Później pracownicy leśni znaleźli ich matkę. Leżała martwa pod świerkami. Poczułem się strasznie. To nie ja strzelałem, ale zrobił to jakiś przedstawiciel mojego gatunku. Na mnie spoczywała współodpowiedzialność za nieszczęście małych dzików. Myśliwy pewnie pomylił lochę z przelatkiem, czyli dwuletnim dzikiem. W nocy o pomyłkę nie jest trudno. W żaden sposób nie usprawiedliwi to myśliwego, wręcz przeciwnie: prawo i dobry obyczaj nakazują strzelać tylko do rozpoznanego celu. Wiosną nie wolno zabijać loch prowadzących młode. Niestety, stało się i jedyne, co mogłem zrobić, to zaopiekować się czwórką małych dzików. Zacząłem im gotować. Najpierw makaron, potem kasze i inne dania. Na początku uciekały na mój widok, później systematycznie skracały dystans. Miałem wyjątkową możliwość obserwowania ich zachowań.

Całej czwórce przewodził Albert, chłopak wyraźnie najodważniejszy. Później nauczyłem się rozpoznawać Aldonę. Miała subtelne rysy, cała była delikatna. Nigdy nie przepychała się do jedzenia, zachowywała spokój i klasę. Dwie pozostałe siostry, Agata i Agnieszka, były jak lustrzane odbicie, ciągle je myliłem. Teraz się z siebie śmieję, że mogłem być aż tak mało spostrzegawczy.

Pogoda była kapryśna tamtego lata, często padało. Maluchy przestały uciekać do lasu, chroniły się przed deszczem pod okapem dachu drewutni. Mój dom znajduje się w samym środku lasu, nie mam żadnych bliskich sąsiadów czy dróg w pobliżu. Dziki mogły u mnie spokojnie i bezpiecznie mieszkać. Zaledwie po kilku dniach warchlaki zaczęły się dziwnie zachowywać. Gdy tylko mnie widziały, wydawały złożone dźwięki: chrząkanie, kwiki i inne odgłosy. Powoli stawałem się ich mamą. To wielka odpowiedzialność stać się dziczą mamą, jest to też szansa na nawiązanie wyjątkowych relacji.

Nawet teraz, po latach, wzruszają mnie te wspomnienia. Więzi rodzinne u dzików są bardzo silne. Aldona przychodziła do mnie przez dwanaście lat. Lubiła, gdy zwracałem na nią uwagę. Wystarczyło, że powiedziałem: „Cześć, Aldonka”, a ona odpowiadała mi wesołym chrumkaniem. Nie mam pojęcia, jak jej się udało przeżyć tak długo w latach, kiedy organizowano tak intensywne polowania. Dziki żyją średnio półtora roku.

Albert przychodził równie długo. Wyrósł na ogromnego odyńca. Gdy jako dorosły zjawiał się na podwórku, niczego nie chciał, już nigdy niczego nie zjadł. Nie interesowała go kukurydza, sernik czy ulubione lody. Przychodził tylko pod okap dachu, w to samo miejsce, gdzie kładł się jako mały pasiaczek. Kilkoma ruchami potężnej głowy przygotowywał sobie legowisko, kładł się i przesypiał większość dnia.

Albert, jako jedyny z setek dzików, którym pomogłem, przynosił mi upominki. Co roku wiosną szedł z wierzbowymi gałęziami w pysku. Zawsze była to wierzba i zawsze kładł mi gałęzie pod próg domu. Nie wiem, skąd i jak daleko niósł mi ten prezent. W pobliżu domu nie rosną wierzby, najbliższe można znaleźć na brzegach rowów gutowskich łąk. Dobre cztery kilometry od małego domku w lesie.

Czasami nie widziałem go miesiącami. Kiedy się pojawiał, wydawał specyficzne chrząknięcia. Były to głośne dźwięki, które można by porównać z chrząkaniem i jednoczesnym odkorkowaniem butelki wina. Co ciekawe, zawsze tak samo witał się z Aldoną. Rozpoznawały się bezbłędnie, dokładnie wiedziały, kim dla siebie są. Ich relacje przenosiły się na dzieci Aldony. Gdy ona witała się z bratem, pasiaczki wiedziały, co się dzieje. Nie bały się, przeciwnie – podbiegały dość blisko. Nie jest to typowe zachowanie, ponieważ zazwyczaj młode boją się obcych dzików. W tym przypadku to nie był obcy dzik, ale wujek.

Przez wszystkie lata obserwowania dzikich zwierząt zrozumiałem, jak ważne są dla nich relacje rodzinne i to bez względu na gatunek. Wróćmy do czasu, gdy moje dziki były jeszcze czterema małymi pasiaczkami. Dni mijały jeden za drugim, z czasem dystans między nami zmalał do zera. Musiałem założyć barierkę przy drzwiach do domu. Taką samą, jaką instaluje się przy schodach, by dziecko z nich nie spadło. Bez tej blokady dziki pchały się do domu jak do siebie. Miały wielką potrzebę przebywania cały czas w moim towarzystwie. Tylko ze mną czuły się bezpiecznie. Chciały, byśmy razem mieszkali i jedli, tak jak dzieje się to w naturze.

Małe dziki nie opuszczają mamy nawet na krok. Najchętniej towarzyszą jej przez dwa lata. Cały czas uczą się od niej życia. Jak przetrwać, jak unikać niebezpieczeństw, gdzie znaleźć jedzenie. Bez tej wiedzy przekazywanej z pokolenia na pokolenie są bezradne i bezbronne. Mówienie o instynkcie to mit. Instynktownie ssą mleko matki i odczuwają strach przed człowiekiem, reszta to wychowanie i wiedza.

Ja nie mogłem przekazać im niezbędnej do przeżycia wiedzy. Czułem się odpowiedzialny i coraz bardziej emocjonalnie z nimi związany. Liczyłem na pomoc innych dzików. Wiele słyszałem o adoptowaniu małych dzików przez inne dzicze rodziny. Tak przynajmniej pocieszają się myśliwi, gdy przez przypadek zastrzelą lochę. Dziś wiem, że to brednie, że nie ma żadnych szans na adopcję. Owszem, dziki mogą się dzielić opieką nad potomstwem. Gdy jedna z loch urodzi więcej niż dwanaścioro prosiąt, a druga sześcioro czy ośmioro, wtedy przejmuje nadmiarowe dzieci pierwszej. Jest to możliwe tylko tuż po urodzeniu i tylko w przypadku, gdy lochy są bardzo blisko spokrewnione lub zaprzyjaźnione od lat. Potem każdy z warchlaków ma swój indywidualny kranik z mlekiem, choć zdarzają się takie, które potrafią korzystać z kilku sutków.

Wtedy tego wszystkiego nie wiedziałem. Chciałem zwabić inne dziki, licząc, że Albert z siostrami dołączą do swych krewnych. Kupiłem więc dziesięć ton buraków i kilka worków zboża. Zbudowałem paśnik na podwórku. Wszystko po to, by zorganizować dziczą rodzinę zastępczą. Cztery pasiaczki były bardzo kochane i zawsze głodne – bez względu na ilość zjedzonego pokarmu. Najwyraźniej dzik nie ma poczucia sytości. Przestaje jeść, gdy nie może już oddychać. Nie odstępowały mnie na krok, potrzebowały ciągłej uwagi. W kuchni mam okno ze starej leśniczówki. Szyba sięga do samej podłogi. Z drugiej strony jest fundament z granitowych kamieni. Gdy jadłem śniadanie, dziki stawały na tych kamieniach i przyklejały ryjki do szyby. Nie mogłem zjeść w spokoju. Patrzyły na mnie tymi swoimi małymi oczkami, a z ryjków powoli kapała im ślina. Co ciekawe, Aldona do końca to robiła, nawet gdy nie jadłem, ale znajdowałem się w kuchni, podbiegała i przyklejała się do szyby.

Nadchodziła jesień, a wraz z nią intensywny sezon polowań. Zacząłem się poważnie o nie martwić. Cztery małe pasiaczki straciły swoje paski, stały się znacznie większe, grubiutkie i okrąglutkie. Bez mojej pomocy nie miały szans na przetrwanie pierwszej zimy. Żadna dzicza rodzina tej czwórki nie zaadoptowała. Największym zagrożeniem byli myśliwi. Na szczęście dziki trzymały się blisko domu, nigdzie same nie chodziły, może jedynie nocą zapuszczały się na żołędzie do pobliskiego lasu dębowego. Jednak od świtu do zmierzchu urzędowały w pobliżu domu.

Miałem też szczęście, że moim dalekim sąsiadem był Andrzej. Myśliwy skuteczny w polowaniu na dziki. Dlaczego szczęście? Bo to niezwykle porządny człowiek, jakich coraz mniej na świecie. Poprosiłem, by nie polował na Alberta, Aldonę, Agatę i Agnieszkę. Zgodził się, co więcej, często mnie odwiedzał i powoli zmieniał swoje nastawienie do dzików. Andrzej zapisywał się nieustannie na kwadrat numer jedenaście, blokując go innym myśliwym. Teren koła myśliwskiego podzielony jest na wiele małych ponumerowanych obszarów. Ze względów bezpieczeństwa na terenie jednego kwadratu może przebywać tylko jeden myśliwy. Na jedenastce, właściwie w samym środku, stoi mój dom i mieszkały cztery bezpieczne dziczki.

Gdy nadeszły jesienne chłody i pierwsze przymrozki, zacząłem dokarmiać zwierzęta. Wyrzucałem im buraki i zboże do paśnika. Znalazłem źródło jabłek. Moja rodzina zajmuje się sadownictwem od pokoleń. Jabłka są przechowywane w specjalnych skrzyniach w kontrolowanej temperaturze, wilgotności i specjalnym beztlenowym składzie atmosfery. Później sortowane i pakowane. Czasem zdarzają się odpady. Dostawałem ogromne ilości jabłek niespełniających norm. Dzikom te niedoskonałości owoców w żaden sposób nie przeszkadzały. Każdego dnia pod paśnikiem przybywało zwierząt. Zjadały wszystko, lecz moja czwórka nie przyłączyła się do żadnej z dziczych rodzin.


Dzikom niedoskonałości jabłek nie przeszkadzały

Sława leśnej stołówki rozeszła się po całym lesie. Przychodziły głównie sieroty i dziki w potrzebie. Wreszcie zobaczyłem pierwsze oznaki integrowania się moich dzików z innymi. Teraz byłem już spokojny. Pod koniec zimy, gdy lochy rodzą następne pokolenie pasiaczków, ich zeszłoroczne potomstwo oddala się na pewien czas. Gdy locha leży w barłogu i karmi maleństwa, przelatki (roczne dziki) muszą poradzić sobie samodzielnie w lesie. Starają się być w pobliżu matki, lecz nie zawsze jest to możliwe. Czasem organizują wyprawy głębiej w las. Na dobre usamodzielniają się późnym latem, tworząc grupy przelatków. Gdy locha wychodzi z barłogu i zaczyna prowadzić aktywne życie, część z przelatków wraca, by być z matką jeszcze przez rok. Liczyłem na to, że cała czwórka zostanie przyjęta do takiego klubu dzików, które się w pełni usamodzielniły. Tymczasem do paśnika przychodziły nowe dziki. Na początku uciekały w popłochu, gdy tylko mnie zobaczyły lub wyczuły mój zapach. Albert miał w zwyczaju chodzić za mną i ciągle kwiczeć. Nie za głośno, po prostu chodził i mamrotał sobie coś pod nosem. Dziki przychodzące do paśnika obserwowały nas, widziały, jak dobiegają do mnie jeszcze trzy inne dziki i uznały to za coś normalnego. Skoro nie krzywdzę czterech małych dzików, a one mi ufają i ze mną po dziczemu gadają, widocznie nie jestem taki straszny.

Wtedy dostałem przepustkę do innego świata. Każdego dnia mogłem coraz swobodniej obserwować i odkrywać, jak fascynujące są to zwierzęta. Bałem się tylko, czy oswajając je, nie wyrządzam im krzywdy. Jeśli przestaną bać się ludzi, staną się łatwym celem dla myśliwych. Przyszłość rozwiała moje obawy, one, a właściwie wszystkie zwierzęta, doskonale rozpoznają poszczególnych ludzi. Dokładnie wiedzą, kto jest kim w lesie. To, że mogłem podejść do urodzonego na wolności dzika czy jelenia i dotknąć jego ucha nie oznaczało, że one przestaną bać się ludzi. Świadczyło jedynie o tym, jak wielkim kredytem zaufania zostałem obdarzony. I tak cztery małe pasiaczki otworzyły mi drogę do poznania świata dzikich zwierząt.

Mój dom jest bardzo stary, drewniany, stoi jakimś cudem tyle lat, choć wychowały się w nim całe pokolenia spuszczeli, drwalników i innych owadów żywiących się drewnem. Kupiłem go, gdy miałem siedemnaście lat. Spełniłem swoje wielkie marzenie, by zamieszkać w lesie. W tym czasie dom pokrywała strzecha z trzciny. Niestety, kuny zrobiły w niej liczne tunele i kanały. W wielu miejscach przeciekała woda. Przed oknem kuchennym rośnie stara grusza i kasztanowiec. Pomiędzy kuchnią i kasztanowcem idealnie mieści się stół. Latem jest tam przyjemny cień, a przez okno można podawać kawę i ciasto gościom, którzy do mnie trafią.

Kiedy zbliżała się wiosna, Albert jako pierwszy zrzucił zimową sierść. Wyglądał zabawnie, taki trochę nagi dzik. Z upodobaniem podchodził do stołu przed domem, łapał pyskiem za koniec zwisającego obrusa i ciągnął z całej siły. Był to jego sposób na sernik. Jeśli ktoś Was zapyta, co dziki uwielbiają jeść, nie mówcie, proszę, że kukurydzę lub żołędzie. One najbardziej lubią sernik i lody. A węch mają doskonały. Gdy cichaczem jadłem lody w zamkniętym na cztery spusty domu, Albert zawsze to wyczuwał. Podchodził do okna, przyklejał nos do szyby i kwiczał przeraźliwie. Aldona była bardziej powściągliwa, jedynie stała, patrząc tymi swoimi smutnymi oczyma, a szybę przed jej nosem szybko pokrywała para.

 

Jednej rzeczy starałem się nie robić – powstrzymywałem się przed głaskaniem dzików. Jeśli miały kleszcze, wyjmowałem je bez żadnego problemu. Nawet to lubiły, musiałem tylko każdego kleszcza podsunąć im pod nos, by mógł zostać obwąchany.

W czasie pierwszego lata dziki dołączyły do grupy przelatków. Bardzo się ucieszyłem. Zostały zaakceptowane. Grupa liczyła około dwunastu sztuk. Wszystkie były w tym samym wieku. Razem czuły się pewnie i bezpiecznie. Takie grupy przypominają mi nastolatków. Cały świat stoi przed nimi otworem, a lato to czas wielkich pokus. Pięknie pachną pola pełne owsa. Na łąkach rośnie soczysta koniczyna. Czas obfitości, sytości, zabaw i szczęścia. Noce są takie wspaniałe. Muchy i gzy nie gryzą, lekki chłód, czasami mgła. I jeszcze to uczucie, które zna każdy, kto chodził na jabłka do sadu koło plebanii. Przygoda z dreszczykiem emocji.

Były zdane na siebie i bardzo mało wiedziały o zagrożeniach. Na obrzeżach pól stoją myśliwskie ambony. To najbardziej niebezpieczny czas. Martwiłem się o nie każdego dnia. Nie przychodziły całymi tygodniami. W końcu po żniwach pojawiły się, na szczęście wszystkie. Albert był niewiarygodnie gruby, wręcz zapasiony. Co on jadł? A właściwie, ile on jadł? Wszystkie wyglądały jak z obrazka.


Kopiec buraków ulokowałem tuż przy domu

Przed zimą znów kupiłem dziesięć ton buraków. Tym razem postanowiłem zrobić kopiec. Zwykle buraki wrzucałem do piwnicy w domu rodziców, później musiałem wynosić je w skrzynkach do samochodu i przewozić siedem kilometrów do paśnika. Kopiec wydawał mi się idealnym rozwiązaniem. Najpierw przyjechał ciągnik z dwiema przyczepami buraków. Następnie trzeba było obsypać je piaskiem, potem słomą i kolejną warstwą ziemi. Kopiec ulokowałem tuż przy domu. Zaledwie dwa metry od okna sypialni. Bardzo zadowolony z siebie czekałem na zimę. W tamtym roku mrozy zaczęły się wyjątkowo wcześnie, już w listopadzie temperatura spadła do minus dwudziestu stopni. Zrobiłem mały otwór, by wyjąć kilka buraków. Następnej nocy usłyszałem dziwny hałas. Nad ranem okazało się, że ktoś, najpewniej Albert z rodziną, włamał się do kopca. Zabezpieczyłem buraki słomą, zamocowałem też lampę halogenową nad oknem, by oświetlała cały teren. Nakarmiłem dziki prawie do syta, bo do syta nie da się ich nakarmić, ponieważ one prędzej pękną, niż przestaną jeść. Wszystko sprawdziłem raz jeszcze i poszedłem spać. W nocy obudził mnie rwetes. Otworzyłem okno i zobaczyłem mrowie dzików. Oczywiście rozpoznałem Alberta, Aldonę, Agatę i Agnieszkę, lecz pozostałych nie kojarzyłem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób tak szybko dowiedziały się o kopcu. Światło nie przeszkadzało im wcale. Kwik, rwetes, gonienie się dookoła kopca. Jeśli jeden z dzików wydobył jakiś soczysty burak, pozostałe koniecznie chciały zjeść właśnie ten okaz. Nie inny, dokładnie ten, bo on był na pewno najlepszy, chociaż wokół leżało mnóstwo porozrzucanych i nadgryzionych buraków. Nazajutrz wszystko posprzątałem. Nadgryzione buraki popakowałem w skrzynki, całe wrzuciłem do kopca i przykryłem słomą. Zdesperowany zainstalowałem pastuch elektryczny wokół zimowych zapasów.


Brzusio kładł się na plecy i kwiczał, by go pogłaskać

Musiałem wyjechać na kilka dni do Warszawy. W tamtym czasie pracowałem jako operator dla Polsatu. Gdy wróciłem, po pastuchu nie było nawet śladu. Stały tylko niektóre kołki. Kopiec wyglądał jak miejsce, gdzie wybuchła bomba. Cały dzień próbowałem zabezpieczyć pozostałe buraki. Jeszcze było jasno, gdy zaczęły nadciągać pierwsze watahy dzików. Wychudzone i zmarznięte. Dałem sobie spokój, nie miałem żadnych szans na uratowanie zimowych zapasów. Postanowiłem tylko policzyć, ile dzików przychodzi do stołówki. Zapaliłem lampę i obserwowałem, co dzieje się tuż za oknem. Całe rodziny wbiegały pędem, jadły łapczywie. Po około trzydziestu minutach stawały się okrągłe. To niewiarygodna przemiana. Dzik płaski jak ryba wyciągnięta z wody przeistaczał się w okrągłego jak mała beczułka. Co gorsza, gdy już nie mógł więcej zjeść, zabierał na wynos nawet kawałek buraka do pyska. Później resztki tych zamarzniętych buraków znajdowałem nawet na drugim końcu lasu.

Liczyłem watahy, liczyłem dziki. W ciągu jednej nocy przyszło ponad dwieście sztuk. Kopiec przyciągał wiele zwierząt, nie tylko dziki. Przychodziły jelenie z pięknym porożem, kręciły się też sarny, licząc na resztki porzucone przy ścieżkach. Kopiec zniknął bez śladu w ciągu niespełna dwóch tygodni. W szczytowym momencie zwierzęta zjadały tonę zapasów dziennie. Po tym czasie zostałem bez buraków z głodnymi, ciągle kwiczącymi dzikami. Z pomocą przyszła mi Ania, której tata także często ratował mnie z opresji. Dostałem siedem ton gruszek. Słodka gruszka znajduje się na liście przysmaków dzika zaraz za sernikiem. Przywieziono dwie przyczepy odpadowych gruszek wprost z przetwórni i rozsypano na podwórku. Na szczęście mróz odpuścił, a wraz z nim apetyt moich podopiecznych. Przychodziły dziki, lecz pojawiły się również jelenie. W biały dzień naliczyłem ich ponad trzydzieści. Gruszki zniknęły bardzo szybko.

Oczywiście musiałem dokupić więcej buraków. Tym razem wrzuciłem je do piwnicy u rodziców. Ich dom znajdował się na obrzeżu małego miasteczka siedem kilometrów ode mnie. Znów zabierałem i wywoziłem każdego dnia po dwie skrzynki buraków. Tak doczekaliśmy wiosny. Gdy tylko się ociepliło i wyrosła świeża trawa na łąkach, dziki zniknęły.

Pojawił się natomiast Brzusio. Nie pamiętam, kto mi go przywiózł, nie był już wtedy taki mały. Musiał urodzić się na samym początku lutego. Brzusio przyjechał, by wrócić na wolność. Zrobiłem specjalne zagrodzenie, żeby miał czas na adaptację. Ogrodzenie było z siatki na podmurówce i obejmowało sporą działkę wraz z kawałkiem sosnowego młodnika. Pod zadaszeniem zrobiłem replikę prawdziwego barłogu dzika. Wykopałem dołek, na dno położyłem modrzewiowe gałęzie, na nie słomę. Jeszcze kilka świerkowych gałęzi i Brzusio mógł się wprowadzić. Niestety, na skutek złej diety biedak miał problemy z brzuszkiem. Cierpiał na jakiś rodzaj kolek, bólów brzucha. Widziałem kiedyś, jak locha masuje brzuch małego warchlaka. U saren czy jeleni to normalne. Brzusio, gdy tylko mnie widział, kładł się na plecy i kwiczał, by go pogłaskać. Kiedy dotykałem jego brzucha, wszystkie dolegliwości ustępowały. Dziczek uzależnił się od pieszczot.

Aldona, Agata i Agnieszka wróciły. Miały pierwsze potomstwo. Pasiaczków nie było dużo, średnio po cztery na każdą mamę. Trochę się o nie martwiłem, ponieważ nie miały dziczego wzorca mamy. Niestety, moje obawy się sprawdziły. Gdy przyszły, od razu z kwikiem ruszyły do mnie. Małe były zdezorientowane. Normalnie to one tak kwiczały, by dostać mleczko, zmusić mamę do położenia się na boku i do karmienia. Zacząłem je dokarmiać. Dlaczego nie przestałem? To dobry moment, by wszystko wyjaśnić.

Bardzo się związałem z dzikami, dla mnie nie były to dzikie zwierzęta, tylko domowe. Chodziły swobodnie, ale znałem je praktycznie od początku ich życia, jak zna się swojego psa czy kota. Urodziły się jako dzikie świnki, ale to niczego nie zmienia. Wiedziałem o nich tak wiele, co lubią, jak się bawią, gdzie i kiedy śpią. Dosłownie wszystko. Teraz, z perspektywy, już wiem, że najgorzej zwierzęciu nadać imię. Staram się, jak mogę, nie nazywać zwierząt. Niestety, nie zawsze się udaje. Czasami imię nadaje się samo, bezwiednie, tak jakby ono już dawno było nadane i trzeba było tylko je odczytać. Z chwilą nadania imienia zmienia się wszystko. Dzik nie jest już jakimś tam anonimowym dzikiem, tylko Malwinką, Aldonką czy Brzusiem. Imię sprawia, że człowiek się do zwierząt nieporównywalnie bardziej przywiązuje. W dodatku one błyskawicznie się uczą, natychmiast reagują na swoje imię. Miałem wiele psów, ale nie przypominam sobie, by któryś z nich tak doskonale reagował na wołanie jak Albert. Wystarczyło tylko krzyknąć: „Albercik, chodź!”, a on natychmiast biegł z wyprostowanym ogonem, chrumkając sobie pod nosem.

Inne książki tego autora