Gawędy o wilkach i innych zwierzętach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Gawędy o wilkach i innych zwierzętach
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Początek

Wilk Mikołaj

Wilczyca Harda

Wilk Rado

Więcej niż zwykła wilcza przyjaźń

Cztery małe pasiaczki

Początki przyrodniczych fascynacji

Łania Ślicznotka

Więzi i uczucia

Krzywy Ryjek

Zbyt bliskie relacje

Trzy wiewiórki

Sarny Zuzia i Ignacy

Początki filmowania

Susły z lotniska

Tika

Miodzio na strychu, lis w ogrodzie

Wilki olśnienie

Małe wilczki

Babcia wilczyca

Najlepsze ujęcie jeleni

Liski, ach te liski

Kot Mruczuś

Bliźniacy Bruno i Borys

Żurawie

Nietypowe urządzenia do filmowania zwierząt

Mój las już nie istnieje

Moja ciemna strona

Kulka


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Korekta

Marzenna Kłos

Mirosława Kostrzyńska

Projekt graficzny i łamanie

włoska robota

Zdjęcia

Archiwum Autora

Anna Sutkowska str. 8, 26, 29, 32

Shutterstock str. 42, 47, 72, 82, 138, 154, 158, 178, 200, 208, 218, 227, 248, 260, 266-267, 268, 286 oraz miniatury przy paginach

Copyright © by Marcin Kostrzyński, 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9790-2

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com


Początek

Fascynowały mnie od zawsze pewne instalacje. Popychało się maleńką kulkę, a ona, tocząc się rynienką, przewracała pierwszą kostkę domina. Ta kostka popychała następną i następną, a kolejne elementy upadały, tworząc obraz. Ostatnia uderzała w jeszcze jedną kulkę, która uruchamiała następne sekwencje zdarzeń. I tak, po kilku minutach, wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu, zmieniało się nie do poznania. Za sprawą niepozornej kulki wszystko się przeistaczało. Czasami ludzie nazywają to efektem motyla, czasami przeznaczeniem.

Chcę opowiedzieć o pewnej małej kulce. Uruchomiła ona wielką przemianę, metamorfozę, która zaszła we mnie i pozwoliła mi stać się lepszym człowiekiem. Przebyłem daleką drogę, a wciąż mam wrażenie, że przede mną jeszcze długi szlak do przejścia.

Interesowałem się zwierzętami od dziecka, lecz świat, który widziałem, zdecydowanie różnił się od tego opisywanego w książkach czy przedstawianego w filmach dokumentalnych. Zwierzęta nie są istotami, których działania powodowane są jedynie instynktem. Bezwolne, stworzone tylko po to, by służyć człowiekowi w każdy możliwy sposób. Mają niepowtarzalną osobowość, uczucia i wrażliwość przypisywane do tej pory wyłącznie ludziom. Chciałem przekazać to, co ja widzę, podzielić się obserwacjami. Na początku były to programy telewizyjne, później filmy, teraz książka.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wilk Mikołaj

Zostałem zaproszony na Wilczą Noc w Białowieskim Parku Narodowym, która odbywała się 11 i 12 stycznia 2017 roku. Jest to spotkanie ludzi, dla których wilki są ważne. Moje miejsce w gronie prelegentów zawodowo zajmujących się wilkami było dość przypadkowe. Nie prowadzę badań, nie mam dorobku naukowego. Właściwie moim jedynym osiągnięciem jest kilka godzin filmów o wilkach nagranych w naturalnym środowisku. Opracowałem też metody filmowania, które są bezpieczne dla zwierząt i pozwalają w neutralny sposób rejestrować ich prawdziwe życie. Używam zdalnie sterowanych ukrytych kamer. Filmowanie wilków w lasach pełnych drwali i myśliwych, huku ścinanych drzew i polowań z naganką jest czymś niezwykle trudnym. Właściwie niemożliwym. Jednak mimo tych wszystkich przeciwności udało mi się uchwycić unikalne sceny z ich życia.

Sala wypełniona po brzegi, mnóstwo osób. Bardzo różni słuchacze, których połączyła fascynacja wilkami. Byłem szczęśliwy, że mogłem posłuchać wykładów naukowców, których bardzo cenię. Dzielili się najnowszymi wynikami badań dotyczących tych zwierząt.

Jedna historia wyjątkowo utkwiła mi w pamięci, była to historia wilka o imieniu Kampinos. Zapamiętałem z niej główne przesłanie, że wilki są twarde, a rannym wilkom można pomóc. Kampinos został potrącony przez samochód. Wszystko wskazywało na to, że nie przeżyje. Miał połamaną miednicę, ogólne potłuczenia i obrażenia wewnętrzne. Każdy, kto go widział, odnosił wrażenie, że jedyne, co można dla niego zrobić, to skrócić mu cierpienie. Drapieżniki nie mogą być prawie sprawne lub częściowo niepełnosprawne. One muszą być w idealnej kondycji, by przeżyć. Wszystkie potencjalne ofiary wilków przez wiele lat doskonaliły swoje ciała i zmysły, by nie dać się złapać. Mają też większą motywację niż drapieżnik, one ratują własne życie.

Niezwykle trudno jest przywrócić rannego wilka do samodzielnego funkcjonowania w naturalnym środowisku, lecz w przypadku Kampinosa stało się inaczej. Mimo pękniętej miednicy, bardzo poważnego urazu, właściwie wyroku, pojawili się ludzie, którzy postanowili mu pomóc. Po długiej rekonwalescencji wilk wrócił na wolność, a dzięki obroży z nadajnikiem można było śledzić jego losy. Na początku przebywał w Kampinoskim Parku Narodowym, potem powędrował na północ aż do Ciechocinka, następnie wrócił nieco na południe i osiedlił się w lasach nieopodal Włocławka. Poradził sobie doskonale, założył rodzinę, którą był w stanie wyżywić. Polował na duże zwierzęta, nawet łosie. Jednym słowem, dostał drugą szansę, którą skwapliwie wykorzystał.

Opowieść Roberta, który jest naukowcem, znawcą wilków, specjalizuje się w badaniach genetycznych kluczowych do poznania relacji rodzinnych wilków, ich zwyczajów, migracji i historii poszczególnych osobników i który był jedną z osób zaangażowanych w pomoc Kampinosowi, bardzo mnie poruszyła. Jeszcze długo w nocy myślałem o tym wilku. Zastanawiałem się, co czuł, jak postrzega teraz ludzi, co o nas myśli. Na wiele pytań nie odnajdywałem odpowiedzi. Zapamiętałem jedno zdanie: „Wilki są niebywale twarde, warto próbować im pomóc”.

Traf chciał, że kilka dni później pojechałem do Solca Kujawskiego. To niewielkie miasto przylegające do południowego skrawka Puszczy Bydgoskiej. Do jej najwspanialszego, najdzikszego fragmentu – poligonu artyleryjskiego pod Toruniem – zaprosił mnie tamtejszy Klub Przyrodników i Wędrowców. Spora sala domu kultury wypełniła się po brzegi. Opowiadałem o zwierzętach, pokazywałem filmy, mówiłem także o wilkach mieszkających na poligonie i zapuszczających się aż do granic miasta.

 

Dosłownie dwa dni przed tym spotkaniem udało mi się nagrać scenę z wilkiem, o której od dawna marzyłem. W pięknej okolicy, nie dalej jak dziesięć kilometrów w linii prostej od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Niełatwo było nakręcić tę scenę. Chciałem, by dziki, wolny wilk wbiegł w kadr, zatrzymał się na środku i po chwili dalej pobiegł, najlepiej lekko po przekątnej kadru. Zatrzymanie wilka przed kamerą brzmi jak czyste marzenie, ale w tamtym miejscu było to marzenie możliwe do spełnienia. W ogóle filmowanie wilków jest trudne ze względu na niebywałą inteligencję i fenomenalne zmysły tych zwierząt.

Znalazłem na poligonie wzniesienie z pięknym widokiem. Ze szczytu w pogodny dzień było widać ogromny teren. Wydmy z rzadka porośnięte sosnami i kępami wspaniałych wrzosów. Widziałem tropy wilków, które dochodziły do skraju lasu, zatrzymywały się i nie szły dalej. Zupełnie, jakby chciały tylko popatrzeć w przestrzeń. Niestety, zwierzęta zatrzymywały się w różnych miejscach, później zawracały, a ja nie mogłem zrozumieć dlaczego. Gdy już myślałem, że udało mi się pojąć, co nimi kieruje, zamocowałem kamerę do drzewa.


Dziki, wolny wilk wbiegł w kadr

Pierwszego dnia wilk poszedł dosłownie o krok za daleko. Stał ponad minutę, patrząc w dal, a kadr pechowo kończył się na jego szyi. Słowem, miałem nagranego pięknego wilka, ale bez głowy. Mogłem zdalnie przekręcić kamerę, ale oznaczałoby to spalenie tego miejsca zarówno dla mnie, jak i dla wilków. Nigdy by tam nie wróciły. Ruch i hałas przestawianej kamery z pewnością by go spłoszyły. Bezsilny, widziałem, jak wilk stoi i patrzy, po minucie się odwrócił i powoli zniknął między drzewami. Szczerze mówiąc, byłem załamany, bo tak niewiele brakowało…

Obserwowałem tamto miejsce jeszcze przez kilka tygodni, nie było to proste, bo znajdowało się ono daleko od drogi w niedostępnym terenie. Zmodyfikowałem kamerę, dołożyłem timer pozwalający włączyć ją nieco wcześniej, by wilk miał szansę wejść w kadr. Zrozumiałem, jak podmuchy wiatru, zarówno ich kierunek, jak i intensywność, zmieniają zachowanie wilków. W końcu się udało. Nie jakoś się udało, ale wprost idealnie się udało! Dorosły wilk wbiega w kadr, staje jak wryty na samym środku, swoją postacią wypełniając cały obraz. Dostałem też premię za wytrwałość. Na horyzoncie pasło się stado jeleni, wilk je spostrzegł i przywarował. Zupełnie jakby usłyszał komendę „waruj”. Nie mogłem uwierzyć, to było tak nierzeczywiste! Po chwili jednak do jego nosa dotarł mój zapach, woń człowieka. Wilk poderwał się i po przekątnej, zerkając w stronę kamery, odbiegł do lasu.

Właśnie w Solcu odbyła się premiera tego ujęcia. Wiele osób obecnych na sali nie wiedziało, że tuż obok żyją wilki, co więcej, piękne wilki, wyjątkowo jasne i w doskonałej kondycji. Spotkanie trwało prawie trzy godziny, a gdy wychodziłem z budynku, ogarnął mnie smog, duszący dym wypełniający całą przestrzeń. Najgorszy, jaki kiedykolwiek wdychałem. Żaden wilczy nos nie wytrzymałby takiego smrodu spalanych śmieci. Jechałem do Torunia, marząc o nowych ujęciach z wilkami. Myślałem też o sposobie penetrowania wielkiego obszaru, na którym żyją.

Następnego dnia wieczorem zadzwonił Łukasz, kolega z Ciechocinka. Powiedział, że na starej drodze nr 1, dziś 91, od strony autostrady leży potrącony wilk. Leży i jeszcze oddycha. Wiosną tego roku zginął tam młody wilk, który nocą podszedł do przejechanego dzika.

Od razu przypomniała mi się historia Kampinosa i słowa Roberta: „Wilki są twarde, można im pomóc”. Nie zastanawiając się długo, zacząłem szukać kontaktu z ludźmi ze Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”. Są to osoby, którym ufam i mam pewność, że zrobią wszystko, by wilkom pomóc. Nie wiedziałem, od czego zacząć, nie istnieją procedury, jak należy się zachować, znajdując rannego wilka, zwierzę chronione prawem, potężnego drapieżnika. Niestety, nie mogłem się dodzwonić do Sabiny ze Stowarzyszenia „Wilk”, napisałem więc rozpaczliwą prośbę na Facebooku i ruszyła lawina. Szybko ustalono, że Sabina jest najprawdopodobniej w kinie w Bielsku-Białej i że da się ją z seansu wyciągnąć. Potrzebowałem rady, instrukcji co robić, by pomóc, a nie zaszkodzić rannemu zwierzęciu. Znalazłem numer do miejscowego weterynarza. Poproszono mnie o wysłanie zdjęcia, by potwierdzić, że to rzeczywiście wilk. Wsiadłem do samochodu, żeby szybko dotrzeć na miejsce. Sam nie do końca byłem przekonany, że to wilk. Sprawa wydawała się zbyt oczywista. Jestem w Solcu, opowiadam o wilkach, pokazuję ich nagrania, a następnego dnia dwie osoby, które były na spotkaniu – mieszkanka Solca z synem – znajdują potrącone zwierzę. Wszystko wydawało się za bardzo zbieżne, by mogło być prawdziwe. Jadąc, nabierałem przekonania, że tak naprawdę może chodzić o potrąconego psa przypominającego wilka. Śpieszyłem się, nie zabrałem nawet najprostszej kamery, miałem tylko niemal rozładowany telefon. Jakie było moje zdziwienie, gdy po dotarciu na miejsce zobaczyłem potężnego wilka leżącego na poboczu drogi. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Wilk jak z obrazka. Zwierzę leżało na lewym boku, głową zwrócone w stronę Torunia. Oddychało z wyraźnym trudem. Wnętrze nosa wilka całe zalane było krwią, co utrudniało oddychanie. Przy każdym wydechu wokół nosa pojawiały się bąble spienionej krwi. Wyglądało to bardzo źle, wręcz beznadziejnie. Zadzwoniłem znów do lekarza weterynarii i dokładnie opisałem sytuację. Powiedział, że mój opis wskazuje na bardzo ciężki stan zwierzęcia. Niestety, weterynarz nie mógł przyjechać na miejsce z jakichś ważnych powodów, których nie pamiętam. Obok pędziły wielkie tiry, zaczął padać śnieg utrudniający widoczność. Samochód nauczycielki z Solca i mój stały z włączonymi światłami awaryjnymi, nie była to jednak bezpieczna sytuacja. Kolejny lekarz weterynarii, do którego się dodzwoniłem, również nie mógł do nas przyjechać. Zrobiłem więc zdjęcie i wysłałem do Sabiny, żeby miała dowód, że to na pewno wilk. Śnieg padał coraz bardziej intensywnie, zadzwoniłem więc pod numer 112, by powiadomić policję. Prosiłem o przysłanie radiowozu i zabezpieczenie miejsca zdarzenia, żeby nie doszło do wypadku. Bateria w moim telefonie słabła z każdą wykonaną rozmową. Nie miałem ładowarki, a to był mój jedyny kontakt ze światem.


Wilki czasami przypominają psy

Obserwowałem cały czas wilka, miałem wrażenie, że każdy jego oddech może być ostatnim. Nie chciałem go dotykać, przenosić. Pomyślałem, żeby go okryć kocem, żeby się nie wyziębił. Po chwili zobaczyłem coś, co dawało nadzieję. W chwili, gdy blisko przejeżdżały samochody ciężarowe, wilk lekko podkulał ogon ze strachu i delikatnie ruszał łapami. Ta obserwacja była bardzo ważna. Prawdopodobnie nie miał uszkodzonego kręgosłupa, mógł przecież ruszać kończynami. A podkulanie ogona świadczyło, że powoli odzyskuje przytomność. W końcu krew przestała lecieć mu z nosa i poprawił się oddech.


Wilk, aby przeżyć, musi być sprawny w stu procentach

Po dwudziestu minutach przyjechał policyjny patrol. Policjanci bardzo grzecznie poprosili nas o dokumenty i przestawienie samochodów w boczną drogę oraz włączyli niebieskie światła swojego radiowozu. Samochody, które nas mijały, wyraźnie zwolniły, zachowywały też większy odstęp, jednym słowem zrobiło się bardziej bezpiecznie. Choć dzwoniłem cały czas, nie udało mi się znaleźć choćby jednego lekarza weterynarii, który chciałby przyjechać na miejsce. Prawo sobotniej nocy. Weekend, każdy marzy o odpoczynku i jeszcze taki pacjent… W końcu chodzi o zwierzę potencjalnie niebezpieczne i chronione. Szukałem też klatki, takiej jak do przewozu rannych lub bezdomnych psów. Bałem się, że gdy wilk odzyska przytomność, może spowodować kolejny wypadek. Nigdy nie wiadomo, jak zachowa się ranne, oszołomione zwierzę. Jest przecież w szoku, otaczają go ludzie, których się boi jak niczego na świecie. Oświetlają go niebieskie dziwne światła i co chwila mijają samochody. Każdy chciałby uciec.

W końcu udało mi się nakłonić panie z Włocławka, które na co dzień zajmują się potrąconymi lub bezpańskimi psami, aby przywiozły klatkę. Czas płynął nieubłaganie, a wilk zaczynał coraz żwawiej poruszać łapami, gdy tylko mijała nas kolejna ciężarówka.

Nagle przed nami zatrzymał się samochód terenowy. Kierowca włączył światła awaryjne. Dwaj mężczyźni ubrani w zielone stroje wysiedli z auta i podeszli do policjantów. Na początku myślałem, że to leśnicy, szybko okazało się, że byli myśliwymi. Mokry śnieg padał bardzo intensywnie, ale wyraźnie słyszałem: „Cześć, cześć”. Musieli być dobrymi znajomymi któregoś policjanta. Dopiero później okazało się, że myśliwi zostali wezwani właśnie przez policję. Jest to standardowa procedura, gdy zostaje potrącone zwierzę łowne, takie jak dzik czy sarna. Ale wilk to nie jest zwierzę łowne, myśliwi nie mają prawa decydować o jego życiu lub śmierci. Mogę powiedzieć nawet, że są ostatnimi, którzy w takich sytuacjach powinni mieć coś do powiedzenia.

Po krótkiej rozmowie z policjantem jeden z myśliwych podszedł do nas szybkim krokiem. Spytał stanowczym tonem, kim jesteśmy i co w tym miejscu robimy. Oczywiście sam się nie przedstawił, była to wyraźna próba zdobycia przewagi. Zanim się przedstawiłem, poprosiłem myśliwego, by powiedział, kim jest. Moje słowa lekko zbiły go z tropu, ale w sukurs przybył mu policjant. Kazał nam przejść za bariery oddzielające jezdnię od pasa zieleni. Gdy zaprotestowałem, zagroził ukaraniem mandatem lub zastosowaniem środków przymusu. Nauczycielka z synem, która znalazła wilka, przeszła za bariery i zostałem sam.

Naprzeciwko mnie stało dwóch policjantów i dwóch myśliwych. Próbowałem przekonać ich merytorycznymi argumentami, ale trafiały one w próżnię. Mówiłem, że to jest zwierzę chronione, nie wolno go zabijać bez stosownej decyzji Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Udowadniałem, że myśliwi nie mają kompetencji, by ocenić stan zdrowia zwierzęcia. Nic nie docierało. Policjant stawał się coraz bardziej stanowczy, a myśliwi wkładali gumowe rękawiczki. Widziałem, jak tracę jakąkolwiek przewagę, szansę, by zapobiec tragedii. Za chwilę mnie skują kajdankami, a wilka zastrzelą. Choć oddam sprawę do prokuratury, nikt wilkowi życia nie zwróci. Spojrzałem na Mikołaja, bo takie imię później otrzymał, zobaczyłem bezbronne zwierzę zdane na łaskę i niełaskę ludzi. Czułem tylko straszną niemoc, bezsilność.

W ostatniej chwili powiedziałem, że sprawa na pewno zostanie skierowana do prokuratury i czy chcą włóczyć się po sądach, bo jeśli zastrzelą tego wilka, niechybnie tam trafią. Przypomniało mi się nazwisko pewnej prokurator z Torunia. Skłamałem, mówiąc, że jedzie lekarz weterynarii, który zbada Mikołaja i zdecyduje, co dalej. Kłamałem jak z nut, żaden weterynarz nie jechał, a do pani prokurator nie miałem telefonu. Grałem na czas, czekając na cud. Przez chwilę odpuścili, policjanci wsiedli do samochodu, myśliwi również.

Pobiegłem poszukać we własnym aucie ładowarki lub power banku, by doładować telefon. Miałem już tylko kilka procent baterii. Gdy wsiadłem do samochodu, zobaczyłem myśliwego, który podszedł do wilka od tyłu. Właśnie rozmawiałem z Sabiną, rozpaczliwie szukając wsparcia, gdy myśliwy kopnął leżące zwierzę. Aż się zagotowałem, zrozumiałem, co znaczy zbrodnia w afekcie. Jak on mógł?!

Wybiegłem z samochodu i… nastąpił oczekiwany cud. Przyjechały panie z klatką. Poinformowały na wstępie, że dysponują kamerami i wszystko będą nagrywać. A w oczach miały coś takiego, czego nie potrafię wyjaśnić i opisać, zrozumiałem jednak natychmiast, że Mikołaj jest już bezpieczny. Nie ma szans, by spadł mu włos z głowy. Zarówno policjanci, jak i myśliwi zrozumieli to samo. Jeśli ktoś z Państwa znajdzie się w krytycznej sytuacji, proszę, dzwońcie po kobiety. Odetchnąłem z ulgą. Wilk został okryty dodatkowym kocem oraz zabezpieczony klatką na wypadek, gdyby odzyskał przytomność. Sabina wraz z Panią weterynarz ruszyła z Bielska-Białej. Jednym słowem, sytuacja została opanowana. Wszystko wydarzyło się dosłownie w ostatniej chwili.

Akurat tej nocy musiałem odwieźć rodzinę na lotnisko. Godzinę później jechałem już do Gdańska. Gdy wracałem autostradą do Torunia, dowiedziałem się, że Mikołaj został zapakowany do samochodu o czwartej nad ranem. Jechał właśnie do Napromka, gdzie znajduje się jedyny w Polsce ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt przystosowany do pomagania wilkom w potrzebie, słowem – trafił w dobre ręce. Właśnie tam doszedł do zdrowia Kampinos.

 

Uśmiechnąłem się. Jeszcze tak niedawno patrzyłem na wilki z głęboką niechęcią, można powiedzieć, że byłem wrogo do nich nastawiony. Wszystko to wynikało z mojej niewiedzy i indoktrynacji, którą przeszedłem. Od dziecka wpajano mi strach przed wilkiem, budowano obraz krwiożerczej bestii. Bezkrytycznie w ten obraz wierzyłem. Wstyd mi za tamtego siebie, teraz darzę wilki ogromnym szacunkiem, podziwiam je i cenię. Im lepiej je poznaję, tym bardziej chcę je chronić. Chronić przed ludźmi, którzy nadal myślą podobnie jak ja kiedyś. Nie ma innego gatunku, który byłby tak rażąco nieprawdziwie oceniany i osądzany.

Poznałem więcej szczegółów z ostatniej nocy. Po niecałej godzinie od mojego odjazdu Mikołaj, który leżał spokojnie w klatce przykryty kocem, oprzytomniał. Z wielkim trudem udało się go utrzymać w uwięzi. Dla tak silnego zwierzęcia klatka nie była dostatecznym zabezpieczeniem. Nieocenione Panie z Włocławka powiązały ją smyczami, wzmocniły wszystkim, co udało się znaleźć w samochodach. Po tym zrywie Mikołaj znów stracił przytomność. Dopiero przed czwartą nad ranem udało się ściągnąć lekarzy weterynarii. Przyjechało dwóch, zupełnie niezależnie w tym samym czasie. Dosłownie po chwili dotarła odsiecz z Bielska-Białej. Badanie wilka na miejscu nie wykazało żadnych istotnych uszkodzeń ciała. Później okazało się, że był tylko ogłuszony, nie miał złamanego nawet jednego pazura. Owszem, poobijał się, miał krwiaki, lecz nie były to poważne urazy. Potrzebował tylko czasu, by wszystko się samo zagoiło. Mam nadzieję, że ta historia nauczy myśliwych pokory.

Dzięki nagłośnieniu wydarzeń związanych z Mikołajem zaledwie po dwóch tygodniach udało się uratować kolejnego wilka. Ten niezwykły przypadek opiszę w dalszej części książki. Uspokoję też Państwa, obydwa wilki, Rado i Mikołaj, odzyskały wolność i mają się świetnie. Dlaczego wilkowi nadano imię Mikołaj? Ze względu na miejsce znalezienia pod Toruniem i gwiazdy, które najprawdopodobniej zobaczył podczas wypadku.

Po przewiezieniu do ośrodka rehabilitacji w Napromku Mikołaj przez dwa dni tylko leżał. Nic nie jadł. Po tym czasie wstał i sprawiał wrażenie zdrowego i sprawnego, miał też prawdziwie wilczy apetyt. Taka sytuacja u wilków może być sposobem na przetrwanie w kryzysowych sytuacjach. Wilki, jak inne drapieżniki, żeby przetrwać, muszą polować. Nie mogą być niedysponowane. Powinny być sprawne w stu procentach. Kilkudniowa przerwa daje organizmowi czas na regenerację w takim stopniu, jak tylko to jest możliwe. Sam post, nawet tygodniowy, nie jest groźny, a trzydniowy to u wilków norma – przecież nie zawsze udaje się upolować coś na obiad. U roślinożerców tak się nie dzieje, te zwierzęta nie muszą być w pełni sprawne, by skubać trawę, czy zjadać pędy drzew. Mogą powoli nabierać sił, nie rezygnując z posiłków.

Mikołaj odczekał, aż poczuje się dostatecznie silny, by wstać. Traf chciał, że na wybiegu obok mieszkała wilczyca Harda. Dla niej towarzystwo Mikołaja okazało się bezcenne. Choć wyrosła na dorodną samicę, zawsze była samotna. Nie jest to dobre dla tego gatunku. Rodziny są niezbędne wilkom do życia jak powietrze. Wilk bez rodziny jest zupełnym sierotą. Nie potrafi się odnaleźć w otaczającym świecie. Nie wie, jak sobie poradzić, nie umie polować, nie zna wilczego prawa. Zagubiony, zdany na łaskę i niełaskę ludzi.


Dla przyrody, a zwłaszcza wilków, nastał zły czas. Mikołaj zginął zastrzelony przez myśliwych, a raczej kłusowników, w nocy z czternastego na piętnastego sierpnia 2019 roku niedaleko wsi Biadacz koło Kluczborka. Miał obrożę z nadajnikiem, dzięki czemu znany jest dokładny czas i miejsce dokonania tej zbrodni. Nadajnik wciąż pracował, mimo że zakopano go pod ziemią w sąsiednim obwodzie. Nie znaleziono ciała wilka, kłusownicy pewnie połaszczyli się na czaszkę i skórę. Jednak obroża nie była rozpięta, czyli musieli odciąć głowę wilkowi. Jak do tego doszło, jak to możliwe, że chronione prawem zwierzęta nie są bezpieczne w Polsce?

Polski Związek Łowiecki to potężna organizacja, a siłę zawdzięcza powiązaniom towarzyskim i zawodowym swoich członków. Polują lekarze, policjanci, księża, prokuratorzy, a przede wszystkim politycy. Od lat wilki są solą w oku wielu z nich. Dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy to pieniądze, drugi to niemiecka „kultura” polowania przejęta przez myśliwych w naszym kraju. Poluje się dla trofeum, przyjemności zabijania, pieniędzy i prestiżu. Inna – skandynawska „kultura” polowania jest skrajnie odmienna: poluje się, by zdobyć mięso.

Niemcy wpoili myśliwym nienawiść do drapieżników. W osiemnastym wieku wymyślili tezę, że im mniej będzie lisów, wilków i niedźwiedzi, tym więcej zwierzyny zostanie dla nich, prawdziwych panów i władców tej planety. Postrzegali drapieżniki jako konkurencję, a nie istotny czynnik naturalnego selekcjonowania słabszych i chorych osobników. Idea ta powstała w czasie prac nad doskonaleniem broni palnej i urządzeń celowniczych. Drapieżniki zabijano wszelkimi dostępnymi metodami. Zakładano pułapki, wykładano zatrute jaja, ścinano drzewa z gniazdami orłów. Płacono premie za zabijanie wielu gatunków. Doprowadzono do wyginięcia wilków i niedźwiedzi na znacznym obszarze Europy. W Polsce po wojnie również wypłacano nagrody za zabicie wilka. Można było też strzelać do ptaków drapieżnych.

Obecnie wiemy z całą pewnością, jak ogromnym było to błędem. Wybicie drapieżników wcale nie zwiększyło liczby głuszców, zajęcy czy kuropatw. Spowodowało natomiast wielkie straty w całym ekosystemie. Człowiek nie jest w stanie selekcjonować zwierząt tak doskonale jak drapieżniki. One zjadają tylko te osobniki, które są w stanie pochwycić. Natomiast zdrowe i silne pozostają bezpieczne. Niestety, mity o negatywnej roli wilków, borsuków czy lisów wciąż są żywe wśród myśliwych. Kwestionują oni wyniki badań naukowych, bo wiedzą lepiej, bo wygodne są proste i pozornie logiczne wytłumaczenia. Szybciej i łatwiej trafiają do świadomości niż udokumentowane prace naukowe. Od wielu lat myśliwi usilnie budują czarny PR i tworzą niezliczone fake newsy na temat rzekomego zagrożenia ze strony wilków. Wszystkie badania wykazują, że takie zagrożenie nie istnieje. Jednak te środowiska są uparte i konsekwentnie dążą do celu, którym jest zabijanie wilków na masową skalę. Próbują siać panikę, straszyć ludzi. Wyliczają, jakie straty ponosi gospodarka w wyniku zjadania „ich” jeleni przez wilki. Wiedzą też, jak wiele pieniędzy przyniosłoby im sprzedawanie odstrzałów na wilki bogatym myśliwym z Zachodu. Jest to tym bardziej obrzydliwe, że wilki nie mogą bronić swojego dobrego imienia. A głos garstki naukowców jest skutecznie zagłuszany. Politycy, którzy w znacznej większości są myśliwymi, umiejętnie ustanawiają prawo, zmieniając łowiectwo w barbarzyńską i okrutną rzeź. Kiedyś polowało się tak, by dać szansę dzikim zwierzętom. Współcześnie zezwolono na polowania z termowizorami i noktowizorami, które umożliwiają zabijanie zwierząt w zupełnej ciemności. Paśniki zaczęto nazywać nęciskami, by można było przy nich polować.

Mikołaj wyszedł na łąkę pomiędzy trzema ambonami w środku nocy w obwodzie 153 dzierżawionym przez Koło Łowieckie numer 9 Brzezina z Opola. Jakie miał szanse? Czy doprawdy wielkim męstwem było zabicie bezbronnego zwierzęcia z ambony za pomocą sztucera, z którego kula leci trzykrotnie szybciej niż dźwięk?

Rok 2019 był strasznym rokiem dla wilków. Tuż po zastrzeleniu Mikiego zabito Kosego, innego wilka z obrożą. Miał on pecha wyjść z Roztoczańskiego Parku Narodowego. Obwód numer 280, przyległy do Parku, dzierżawi Koło Łowieckie Słonka. Po strzale wilk zdołał doczołgać się do granicy lasu, gdzie zmarł. Kosy opiekował się młodymi wilczkami. To właśnie na ojcu spoczywa cały ciężar wykarmienia rodziny, gdy matka zajmuje się najmłodszym potomstwem. Zabicie tego wilka było jednoznaczne z unicestwieniem całej rodziny.

Te dwa przypadki pokazują niebywałą skalę łamania prawa, jakim jest zabijanie objętych ochroną zwierząt w Polsce. Wiemy o ich losie, ponieważ obydwa wilki miały obroże. A o ilu przypadkach nie wiemy? Co się stało, że 2019 był tak krytycznym rokiem dla wilków? Dlaczego te dwa osobniki, które przeżyły spokojnie po sześć lat zginęły właśnie teraz? Odpowiedź jest przerażająca. W 2019 roku zaplanowano w Polsce odstrzał tysiąca dwustu siedemdziesięciu szakali złocistych. Liczbę tę oszacowali sami myśliwi. Nie na podstawie badań naukowych, ale tak zwanych „całorocznych terenowych obserwacji”. Jeszcze raz podkreślę: zaplanowano odstrzał jednego tysiąca dwustu siedemdziesięciu szakali złocistych, mimo że zanotowano tylko kilka potwierdzonych obserwacji tych zwierząt na terenie naszego kraju. Od początku było jasne, że nie chodzi tu o żadnego szakala, ale o wilka. Dano pretekst i ciche przyzwolenie. Bo przecież każdy może się pomylić, bo jak w nocy odróżnić obraz szakala od wilka nawet w najlepszej lunecie termowizyjnej?

Nigdy nie widziałem szakala w Polsce, nigdy go nie sfilmowałem, a przecież w lesie spędzam większość mojego życia. Pierwszego osobnika zobaczono na Pomorzu w 2015 roku, a już w 2017 roku minister środowiska Jan Szyszko wprowadził ten gatunek na listę zwierząt łownych z dwuletnim moratorium na odstrzał, które minęło właśnie w 2019 roku. Roku śmierci Mikiego, Kosego i zapewne wielu innych wilków. Ten sam minister zdecydował o możliwości polowania z noktowizorami i termowizorami. Najpierw pozwolił używać tego sprzętu do zbijania dzików pod pretekstem walki z afrykańskim pomorem świń, później rozszerzył pozwolenie na drapieżniki. Dlaczego szakale, norki amerykańskie i szopy muszą być bezwzględnie tępione przez myśliwych? Politycy i specjaliści z Polskiego Związku Łowieckiego tłumaczą to następująco: są to gatunki obce i trzeba je tępić, by chronić rodzime zwierzęta. Jednak to rozumowanie ma pewną wadę. Należy tępić wyłącznie drapieżniki. Natomiast hodowane i wypuszczane do środowiska są takie obce gatunki jak: muflon, dziki królik, daniel, bażant czy jeleń sika. Wszystkie tak samo obce jak szakal czy norka, a jednak wypuszcza się je, by wzbogacić łowisko. Co to znaczy „wzbogacić łowisko”? Oznacza to więcej gatunków, więcej możliwości do pozyskiwania trofeów. Jest to rażąca niekonsekwencja, którą tłumaczy jedynie przywiązanie do niemieckiej idei likwidacji drapieżników w środowisku.

Inne książki tego autora