PoznańTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

W serii ukażą się m.in.:

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Marcin Kącki
Poznań
Miasto grzechu


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Radosław Spassówka

Copyright © by Marcin Kącki, 2017

Rozdział Opiekun ukazał się wcześniej w książce Marcina Kąckiego Maestro. Historia milczenia (Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2013)

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja historyczna prof. Zbigniew Pilarczyk

Korekta Aleksandra Ptasznik / d2d.pl, Monika Pasek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-606-4

Nie wiem, jak pan będzie sobie dawał radę z poznańskimi pisarzami. Ja siedzę tutaj niczym obrosły głaz na miedzy. Tłoczę swym ciężarem całe robactwo, jakie się pod nim mrowi i wije. Nie widać tego, dopóki ja leżę, jak kamień. Ale niestety, jak się ruszę, to wszystko się rozlezie bezładnie.

Z listu Wojciecha Bąka, poznańskiego poety

Dziwny dom i dziwni mieszkańcy. Dla oka, przed ludźmi tworzyli niby porządną rodzinę, a każdy z nich żył własnym życiem, odrębnym i tylko w niedzielę następowała pewna zmiana.

Maria Rudowicz (Rataj), Grzeszne miasto

Do pobytu w Poznaniu skłania mnie wielka miłość do miasta rodzinnego i to przeświadczenie, że ze wszystkich większych miast polskich tutaj jest najlepsza atmosfera moralna i silna opinia publiczna, która reaguje mocno na wszelkie nadużycia i zło moralne.

Anonimowy uczestnik badania socjologicznego w Poznaniu, 1928 rok

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

I SYNOWIE

172/52/17

Opiekun

Ród

II RODZINA

Różaniec

Staś

III KOŚCIÓŁ

Polak

Bohater

Serce

IV MATKI

Jeżycjada®

Gemela

Ordnung

Zamiast zakończenia

Źródła i inspiracje

Przypisy

Kolofon

I

172/52/17

W różowym dresie, z wielkimi oczami, czupryną, chudy – wygląda Gabryś jak Barbie na odwyku. Siedzi na pomniku Bamberki[1] na poznańskim Starym Rynku. Zdjął czerwonego trampka, bo stopa boli – skopali go na ulicy po całym ciele za gejowski wygląd.

Idziemy do apteki, podaje mi receptę. Kupuję mu tabletki na lęki i przeciwbólowe. Potem daję jeszcze kilka złotych na zupę.

– Możesz mnie odwieźć? Boję się – mówi.

– Czego?

– Znęcają się.

Podjeżdżamy pod parterowy budynek na poznańskim Szczepankowie. Kilku mężczyzn kopci papierosy, patrzą na nas z litością. Wysiadam pierwszy.

– Mam prośbę, chłopaki – mówię. – To mój znajomy. Wygląda trochę inaczej niż wy, ale to wrażliwy chłopak. Możecie się nim zaopiekować, zamiast truć mu życie? – zwracam się do największego penera[2].

Gabryś podchodzi do nas zapłakany i zasmarkany.

– On nie jest taki, kurwa, grzeczniutki, na jakiego wygląda – bąka pener.

Gabryś macha mi ręką, uśmiecha się. Odjeżdżam, biorę głęboki wdech i myślę sobie: gdybym był przegiętą ciotą w różowym dresie, to schronisko dla bezdomnych byłoby ostatnim miejscem, w jakim bym zamieszkał.

Na końcu naszej znajomości ze wstydu na tę myśl zapiecze mnie twarz.

Ostatnia Wigilia

Na ramieniu Gabryś ma blizny po żyletkach i nożach, na przegubach opatrunki, bo znów się ciął kilka dni wcześniej.

– Mieszkaliśmy w wieżowcu na poznańskim osiedlu – opowiada mi i szybko pałaszuje zupę, bo nie jadł kilka dni. – Mieliśmy trzy duże pokoje i czwarty mały, który zajmowałem ja. Siostra, młodsza o pięć lat, urodziła się z rozszczepem podniebienia, ojciec skupiał się na piciu, mama na nim. Wysyłała mnie do Oazy Dzieci Bożych, bo była głęboko wierząca. Studiowałem z nią Pismo Święte i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, gdy otwierałem je na przypadkowej stronie, a lubiłem się tak bawić, zawsze trafiałem na fragment: „nie odziedziczą królestwa Bożego”. Mogłem iść spać, dopiero gdy zmówiłem pacierz. Mama stała i pilnowała. Patrzyła, jak klękam, wypowiadam wszystkie „Zdrowaś Mario”, „Aniele Boży, stróżu mój”. W oazie nauczyłem się „zdrowasiek” nawet po łacinie. Wolałem modlić się do Matki Boskiej, bo wydawało mi się, że daje większe wsparcie. Grzechy spisywałem na kartce, na przykład: „Mam nieczyste myśli, które powodują nieczyste uczynki”. To mama wymyśliła, by wpisywać słowo „nieczyste”, bo w pokoju pachniało spermą. Wchodziła do pokoju, wciągała głośno powietrze nosem i mówiła: „Wiem, co robisz”. Masturbowałem się pod kołdrą. Ale to później, jak już wyprowadziliśmy się od ojca. Mama nie wiedziała, że myślałem w takich chwilach o chłopakach.

 

Kiedyś poszedłem do spowiedzi bez kartki i się pogubiłem. Ksiądz nawrzeszczał na mnie, kazał odejść. Chodziłem też do jakiegoś sanktuarium maryjnego, wywoływali tam Ducha Świętego. Ludzie zaczynali gadać różnymi językami, mdleli. Mocne przeżycie. Jak się stoi podczas modlitwy siedem godzin bez ustanku, to nadzwyczaj dziwny wydaje się nawet podmuch wiatru. Byłem też ministrantem, wkładałem komżę, nosiłem świece.

Gdy raz zaśpiewałem w przedszkolu piosenkę, wszyscy uznali, że mam talent. Znajoma mamy posłała syna do szkoły chóralnej i poradziła: „Daj tam swojego”. Na przesłuchaniu wykonałem:

Gdzie strumyk płynie z wolna,

Rozsiewa zioła maj,

Stokrotka rosła polna,

A nad nią szumiał gaj.

Dostałem się. Zabytkowy budynek, grube wykładziny, wysokie ściany, na tych ścianach zdjęcia śpiewaków. Marzyłem, że też będę solistą, absolwentem, kimś wielkim. Mama bardzo lubiła tę szkołę, bo były wyjazdy, koncerty. Posłała mnie tam, bym zarobił pieniądze, zwiedził świat. Ja też lubiłem tę szkołę, bo muzyka mnie uspokajała, choć w domu nikt jej nie słuchał. Gdy byłem w trzeciej klasie, w moim życiu pojawił się dyrygent Wojciech Krolopp. Mówił na nas „myszki”, a jednocześnie wrzeszczał i straszył. Zacząłem sikać w łóżko, a przed każdą próbą biegłem do ubikacji, bo czułem parcie. Ale nie mówiłem nikomu, nie chciałem być wyśmiewany. Śpiewaliśmy w kościele, co podobało się cioci, siostrze mamy, katechetce. Były ze mnie dumne. Czasami próby prowadził Maciej, partner Kroloppa, były uczeń szkoły, półsierota, który mieszkał z nim od trzynastego roku życia i wszyscy o tym wiedzieli. I zazdrościli mu dobrostanu, w jakim żył z dyrygentem, że mieszkał w luksusie, w domu z basenem, jeździł jego samochodami, miał nowoczesne gadżety. Ale o tym się głośno nie mówiło, choć wszyscy szeptali po kątach. Raz spytałem kogoś, czy to wszystko prawda z tym Maciejem, i podczas wyjazdu na zimowisko Krolopp przez głośniki w autobusie powiedział, że jestem świnią.

Atmosfera w szkole miała podtekst erotyczny, jak w wymyś­lanych przez Kroloppa zabawach: kto się najskąpiej ubierze. Chodziliśmy do biblioteki chóru, gdzie wiadomo było, że coś się dzieje, że bibliotekarze coś robią dzieciom. Powiedziałem to raz jednemu nauczycielowi, ale nie zareagował. Gdy miałem czternaście lat, odezwała się moja natura, grzeszna, brudna. Zacząłem wchodzić do internetu i grać w moją ulubioną zabawę „co mi wyskoczy”, jak kiedyś z Biblią. Po wpisaniu „homo” w wyszukiwarkę pojawiały się zawsze wpisy osób, które wyleczyły się z homoseksualizmu. W domu mama czytała w tym czasie katolicką „Frondę”. Ja odkryłem czaty gejowskie i zauważyłem dysonans między tym, co mówiła mi rodzina o homo­seksualizmie – że to obrzydliwość, co słyszałem z ambony – że to grzech, co czytałem w Piśmie Świętym – że prowadzi do potępienia, a tym, co siedziało we mnie. Nie rozumiałem tego, więc często płakałem, gdy byłem sam, a jak mama wracała, to wycierałem łzy, udając, że wszystko jest w porządku. Nie wyobrażałem sobie, by się dowiedziała.

Na zimowisku chóru spodobał mi się Dionizy. Gdy grał w ping-ponga, udawałem, że czytam książkę, ale skrycie zerkałem na niego. Miał piętnaście lat, był starszy, dojrzalszy, ładny. Ta erotyczna atmosfera szkoły pomogła mi odkryć własną homo­seksualność, bo jeszcze przed szkołą uganiałem się za dziewczynami, dawałem im pierścionki, które znajdywałem potem w stercie liści albo śmieciach. Mama powiedziała mi raz, żebym uważał na Kroloppa, bo dowiedziała się czegoś od koleżanki. Krolopp krzyczał wtedy na mnie, wyszydzał mnie, pomiatał mną, choć jeszcze nie dotykał. Podczas wyjazdu do Amsterdamu wypuścił nas na ulicę, gdzie wszędzie były burdele. Mieliśmy może po dziesięć lat i dziwiliśmy się, że na to pozwala. Pamiętam, że w sklepach widziałem sztuczne penisy. Niektóre dzieciaki zabierał do swojego pokoju, a mnie nie. Adam, kolega, podczas wyjazdu powiedział nam raz o dużym penisie, którego widział u Kroloppa. Był oszołomiony. Myślałem wtedy, że Bóg nade mną czuwa i dlatego Krolopp mnie nie tyka, ale to nie Bóg, tylko mama prosiła starszego kolegę, żeby miał na mnie oko. Podczas któregoś wyjazdu spod fary Krolopp wziął mnie za rękę i chciał wciągnąć do autokaru, bo się ociągałem, ale wyrwałem mu się i uciekłem do kościoła. To było straszne, ale wyparłem wszystko z pamięci i nie wiem, co się później działo. Może mama po mnie przyszła, może ktoś inny.

Nie mówiłem, co się działo na wyjazdach, bo bałem się, że to coś złego i jak wyjdzie na jaw, szkoła się rozleci. Zacząłem jednak marzyć, że na tym skorzystam, zastąpię Macieja, będę miał drogi samochód, gadżety, będę mieszkał w tym wspaniałym, wielkim domu. Ten dom był moim marzeniem, bo nie miałem żadnego. Byliśmy raczej biedni, ojciec prowadził małą firmę, zatrudniał matkę. Matka skończyła technikum, ale bez matury, jej rodzina od pokoleń żyła w Poznaniu. Wzięła ślub z ojcem, gdy była ze mną w ciąży, co w katolickiej rodzinie powodowało zmieszanie. Matka słuchała Radia Maryja, była zachwycona ojcem Rydzykiem, a gdy opowiadałem jej, co się o nim mówi, krzyczała: „Nigdy nie obrażaj przy mnie ojca dyrektora!”. Babcia była mniej religijna, ale gdy pojawiał się problem w rodzinie, to powtarzała: „Nie ma co gadać, tylko trzeba się zwrócić do Boga”. A głównym problemem był ojciec. Pił. I bił, głównie mamę. Mnie i siostrę oszczędzał, choć mam jakieś mgliste wspomnienia, że mnie molestował. Awantury, bicie, krzyki powtarzały się co kilka dni.

Mama wzięła w końcu pod pachę moją młodszą siostrę, mnie i uciekliśmy, najpierw do babci. Ta się zdziwiła, że było aż tak źle, że nikt nie mówił. Bo w porządnej poznańskiej i katolickiej rodzinie się nie mówi. W domu awantury, w szkole wrzaski Kroloppa, więc dalej sikałem pod siebie i ryczałem. Coraz bardziej się łamałem, nie chciałem już być w chórze. Powiedziałem matce, że Krolopp na nas krzyczy, że jest jak ojciec. Poszła do niego z mordą, ja czekałem pod gabinetem. Mama wyszła i zbeształa mnie, że to moja wina, że co ja sobie wyobrażam.

„Mamo! – płakałem. – Ale przecież miałaś mnie bronić!”

„Jak śmiesz! – krzyczała. – Oskarżać wielkiego człowieka! Nie doceniasz go! Taki autorytet! Maestro! To ty sprawiasz problemy!”

Miałem wrażenie, jakbym ją stracił. Krolopp wszedł w szczelinę między nami, bo powiedziała mu, że są problemy w domu, że jest uzależniona od męża alkoholika. Ale po jej wizycie awansowałem. Chyba się wystraszył, miałem lżej. Zresztą nie tylko ja. Musiał wiedzieć, jak rozmawiać z takimi matkami. Byłem w czwartej klasie, gdy sprawa Kroloppa wyszła na jaw i gdy go aresztowano. Wściekłem się, bo nie chciałem zmiany, zaczęło mi się podobać. Krolopp przestał mi dokuczać, a ja oswoiłem strach. I już podobała mi się atmosfera gejostwa, bliska mojej naturze, choć nie do końca ją rozumiałem, wypierałem, uznawałem cały czas za grzeszną.

Jakoś w tym czasie dostałem nagrodę za czytelnictwo w biblio­tece szkolnej, to było najbardziej przyjazne miejsce w szkole, moja samotnia. Mieściło się nad biblioteką nutową, w której grasowali inni pedofile. Wypożyczałem książki poświęcone farmakologii, fascynowały mnie, choć nie miałem problemów zdrowotnych. Założyłem pierwsze w Polsce forum o Harrym Potterze. Jakaś dziewczyna przesłała swoje opowiadanie o Hog­warcie, w którym byli homoseksualiści i świat pełen akceptacji. Skasowałem je, bo przecież to grzech, taka tematyka nie była odpowiednia dla dzieci. W sieci oglądałem pornografię homo i czułem podniecenie, więc mówiłem sobie: brzydki Gabryś, grzeszny Gabryś. Miałem wyrzuty sumienia, nienawidziłem pedałów. Czasami pomieszkiwałem z ojcem, ale sąd uznał, że ma za małe mieszkania, za niski standard, więc zostałem z mamą. Po zamknięciu Kroloppa w szkole zaczęły się antygejowskie czystki i szykany wobec każdego, kto wyglądał jak gej, a ja wyglądałem bardzo jak gej, więc mnie bardzo prześladowali i nie mogłem się doczekać, by ją skończyć.

Potem poszedłem do gimnazjum, w którym moja ciocia uczyła katechezy. Stawiała mi same szóstki. Nie wiem za co, bo z religią już nie było mi po drodze. W internecie trafiłem na fachowe strony i przeczytałem, że homo nie jest chorobą, ale naturą. Zacząłem czytać też publikacje naukowe, o badaniach Kingsleya, o orientacjach psychoseksualnych, zacząłem odnajdywać się w tym świecie. Ale ukrywałem się cały czas. Kasowałem w komputerze pliki, historię przeglądania stron, założyłem hasło, by siostra nie wchodziła na mój profil. Mama raczej z komputera nie korzystała, więc nie było ryzyka wpadki. Ale, myślałem sobie, co jeśli kiedyś usiądzie, zobaczy, czego szukam? Miała pretensje, że cały czas jestem w sieci, robiła mi awantury. Zabrała mnie w końcu do psychologa od uzależnień. Później, podczas rozmowy z nią, przyznałem się, że podobają mi się chłopacy. Poszliśmy do baru mlecznego, powiedziała, że się domyślała. Wróciliśmy do domu, prosiła, bym się pilnował.

„Co to znaczy?” – spytałem.

„Używamy wspólnych sztućców”.

„To co?”

„No HIV”.

Poszedłem do liceum plastycznego. Lubiłem rzeźbić, moje prace były wystawiane w galerii w Centrum Kultury Zamek. Poznałem w szkole ludzi, którzy byli podobni do mnie, nie odbiegałem od normy. Na stronie dla gejów, Fellow.pl, poznałem mężczyznę o pseudonimie „nitrogliceryna”. Był dobry z fizyki, chemii. Spotkaliśmy się w parku Wilsona, poszliśmy na spacer. Pod mostem Królowej Jadwigi włożyłem mu rękę w spodnie i pierwszy raz poczułem, że to, co siedzi w mojej głowie, bardzo mi się podoba. Pamiętam ostatnią Wigilię w domu, gdy miałem prawie osiemnaście lat. Mama i ciocia składały mi życzenia „zdrowia, szczęścia, by Bóg czuwał nade mną i bym znalazł sobie dziewczynę”. Teraz, gdy gadamy, to moja szósta Wigilia bez rodziny.

(Płacze).

W trzeciej klasie liceum miałem problemy z matematyką. Ale poznałem przez internet Oskara. Był starszy o rok, nosił mi plecak ze szkoły. Mama chyba się domyślała, co nas łączy, ale nie pytała. Oskar przychodził do nas, jednak nie wolno było mu u nas spać. Mama widziała, że jestem zakochany, że coraz bardziej uzależniam się emocjonalnie. Gdy dowiedziałem się, że Oskar mnie zdradza, powiedziałem o tym matce. Poradziła mi, żeby dać sobie z nim spokój. Nie dogadywałem się wtedy z partnerem matki, byłym policjantem, nie chciałem go w swoim życiu. Raz mnie uderzył, pewnie za pyskowanie. Dzień przed osiemnastymi urodzinami poszedłem do sklepu z dopalaczami. Brałem już od kilkunastu miesięcy. Popatrzyli w moją legitymację i kazali przyjść następnego dnia. Poszedłem na drugą stronę ulicy, tam nie sprawdzali wieku. Zajarałem. Film urwał mi się na trzy miesiące. Skąd miałem na to pieniądze?

(Uśmiecha się i odsłania białe, równe zęby).

Pamiętasz, że czytałem książki o farmacji? Miałem wtedy fobie i lęki – o swoją cerę, wygląd, zdrowie, dysmorfofobię. Szukałem sposobu na zdobycie trudno dostępnego retinoidu drugiej generacji, który normalizuje łuszczenie skóry, takiego eliksiru młodości. Rozmawiałem o tym w sieci z lekarzem, który powiedział, że ma trzydzieści lat, ale sądzę, że był starszy. Opisał mi, jak badał kilkuletniego chłopca i to go podniecało. Pojechałem do niego do Warszawy, a mamie powiedziałem, że nocuję u kole­żanek. Lekarz poszedł ze mną do apteki, wypisał na siebie recepty, zapłacił czterysta złotych i dał mi pigułki na skórę. Piliśmy razem dużo alkoholu, a gdy brakowało, chodziliśmy do nocnego sklepu. I do łóżka. Nazywał mnie swoim „księciem z Wielkopolski”, bo wszędzie miał swoich chłopców.

(Śmieje się).

Mama krzyczała na mnie za te narkotyki, że poszedłem w ślady ojca, a słowo „ojciec” było w domu obelgą. Znów wzięła mnie do psychologa. Gdy czekaliśmy na wizytę, zażyłem w kiblu tabletkę. Do środka wszedłem na takim speedzie, że gęba mi się nie zamykała, mówiłem o dopalaczach, o których lekarz słyszał pierwszy raz, choć jeden ze sklepów jest pod jego gabinetem. A chuj z taką terapią. Potrzebowałem coraz więcej pieniędzy. Siedziałem na gejowskim czacie, chodziłem do parku Marcinkowskiego w Poznaniu, zwanego „parkiem pedała”. Raz brakowało mi pięciu złotych. W parku zagadałem o papierosa jakiegoś mężczyznę, pogadaliśmy bez sensu, że to ciekawe miejsce, że ludzie chodzą tu bez celu. To był Michał, miał dwadzieścia pięć lat i schizofrenię. Staliśmy się na pewien czas nierozłączni, kochaliśmy się, paliliśmy dopalacze. Rzuciłem liceum. Zacząłem chodzić coraz częściej do parku. Za loda brałem sto pięćdziesiąt. Za full serwis trzysta pięćdziesiąt. W parku poznałem adwokatkę, policjantkę, nauczycielkę, lekarkę. To mężczyźni, tylko mówiło się z żeńskimi końcówkami. Był też ksiądz. O, właśnie! Jaka będzie żeńska końcówka do księdza?

 

Mieszkałem potem u takiego Piotra w domu z ogrodem, ale zerwałem z nim i z dopalaczami i wróciłem do mamy. Klucz jednak nie pasował, zamki zostały wymienione. Choć długo mnie nie było, nie zgłosiła zaginięcia, tylko się wyprowadziła, a moje rzeczy zawiozła do dziadków. W ogóle jej nie interesowało, co się ze mną dzieje. Nie wiedziałem, gdzie ona wtedy przebywa, dziadkowie nie powiedzieli i też nie chcieli mnie widzieć. Jeździłem od pętli do pętli, spałem w autobusach, w wieżowcach na wyższych piętrach, na korytarzach ewakuacyjnych, gdzie nikt nie zagląda. Rozkładałem kurtkę, karton. Przepędzały mnie sprzątaczki. Chodziłem na Ostrów Tumski, pod katedrę, tam jest dużo księży i zakonnic. Dlaczego tam? Myślałem, że Kościół pomaga ubogim, a ja byłem ubogi i głodny. Księża i siostry trzaskali drzwiami, ale czasami w seminarium nieopodal dawali zjeść to, co zostało z obiadów kleryków. Gdy miałem za co, ładowałem telefon i czatowałem w sieci. Raz na stację benzynową przyjechał po mnie mężczyzna. W szortach, koszulce. Zawiózł mnie na plebanię kościoła Świętej Rodziny. W jego pokoju widziałem mnóstwo świętych obrazów, krzyże. Był tam wikarym. Dał mi dwieście złotych, kazał się rozebrać, ale stwierdził, że nic z tego, że woli bardziej męskich. Zwiedzałem Poznań wzdłuż i wszerz, po kanałach, piwnicach, klatkach schodowych, jak miałem pieniądze z kurwienia, to szedłem do taniego hostelu. Czułem się bezsilny, nie miałem nikogo, żadnych przyjaciół, rodziny. Zadzwoniłem, nie wiem dlaczego, do Kroloppa. Wyszedł już z więzienia, chorował. Przyjechał samochodem, zawiózł mnie do cukierni, usiedliśmy za stolikiem. Powiedział do mnie: „Skup się i pomyśl, kto mógłby ci pomóc, czy masz taką osobę, która udzieli ci teraz schronienia”.

„Nie wiem, nie mam”.

„Skup się, zawsze ktoś jest”.

Wtedy sobie przypomniałem.

Inne książki tego autora