Różdżka z FersheyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Niezłego napędziłeś nam stracha — dodał Patrick.

— Ale ja jestem tutaj! — szczeknął wilczur, bo nie mógł wytrzymać tej farsy. — Ten drań to nie wasz ojciec! To ktoś obcy! Czy wy mnie słyszycie? Hej! Tu jestem! Skaczę na dwóch łapach i…

— Cicho, Gizmo! Siad! — krzyknął chłopiec.

Megan podbiegła do Magnusa i wtuliła mu się w ramiona.

— Tak się bałam! — powiedziała z wyczuwalną ulgą w głosie.

Czarodziej poczuł się niezręcznie, bo jeszcze nigdy żadna dziewczyna nie wpadła mu tak ochoczo w ramiona. Co prawda kilka dni temu skradł córce młynarza całusa, ale nie czuł tych dziwnych motylków w brzuchu co teraz.

— Nie pamiętam, kiedy mnie ktoś aż tak bardzo przestraszył — ciągnęła kojącym głosem Megan. — Przez chwilę naprawdę uwierzyłam w tę głupią różdżkę.

Te słowa otrzeźwiły Magnusa i niemal od razu sprowadziły na ziemię.

— Różdżkę, powiadasz? — spytał, siląc się na spokój i opanowanie. — A powiesz mi, gdzie jest ta różdżka?

Patrick zauważył, że wargi taty poruszają się, ale nie wydobywał się z nich ani jeden dźwięk. Nabrał czujności, tym bardziej że na tarasie cały czas leżały jego ubrania… Te same ubrania, które miał na sobie.

— Megan, podejdź do mnie — powiedział, powoli dobierając słowa.

Siostra wyczuła w głosie brata niepokój. Nie wiedziała, co mogło go tak przestraszyć, ale zawierzyła intuicji i odsunęła się od ojca na odległość dwóch kroków.

Magnus skrzywił się, bo liczył na to, że wzbudzi zaufanie u tej dwójki. W końcu wyglądał jak ktoś im bardzo bliski.

— Powiecie mi, gdzie jest różdżka? — spytał wyjątkowo przymilnym tonem.

Niestety, na niewiele to się zdało, bo ani Patrick, ani Megan go nie usłyszeli.

— Co mówiłeś? — spytał chłopak.

Magnus przeklął w duchu czar cichego poruszania. Przez niego był obarczony cichym mówieniem i nawet zaklęcie głośnego mówienia na dłuższą metę nic by nie dało ponad to, że w konsekwencji mógłby stracić mowę nawet na dziesiątki tygodni. Z tego też powodu wziął głęboki oddech i ryknął:

— Chciałbym się dowiedzieć, czy wiecie, gdzie jest różdżka?!

Mimo że słowa zostały wykrzyczane z całych sił, to zdawały się ledwie nieco głośniejsze od szeptu.

Megan z Patrickiem wymienili spojrzenia pełne obaw i podejrzeń. Magnus dostrzegł tę niechęć i nieufność, więc nie namyślając się długo, wysilił się na perlisty uśmiech. Dzieci pierwszy raz widziały, aby ich ojciec uśmiechał się w taki sposób. Był to na tyle osobliwy widok, że Patrick aż się skrzywił, bo wyglądało to tak, jakby Iron Man się rozpłakał.

— Nasz tata nigdy się tak nie uśmiecha — powiedziała Megan z odrazą na twarzy.

Magnus zagryzł dolną wargę, ale nie dał się zbić z tropu. Splótł ręce na piersi i dobitnie odpowiedział:

— Nie oznacza to wcale, że nie może tego robić teraz. Prawda, moje kochane dzieci?!

To długie zdanie wykrzyczane ostatkiem sił wyczerpało Magnusa do tego stopnia, że aż mu się zakręciło w głowie.

— Kochane dzieci? — prychnął Patrick.

— Naigrywasz się z nas, prawda? — spytała z nerwowym uśmieszkiem Megan. Gdzieś w głębi serca wierzyła jeszcze, że może to jakiś kawał. Żart, z którego kiedyś wszyscy będą się śmiali.

Czarodziej jednak nie wyglądał na kogoś, kto miałby się z tego kiedykolwiek śmiać.

— Ja się naigrywam — mruczał wściekle pod nosem. — Ja się naigrywam…

Wiedział, że całe zamieszanie zostało spowodowane przez niego, ale to wszystko dało się odkręcić. Potrzebował tylko przeklętej różdżki, którą na nieszczęście mogła mieć ta para dziwacznie ubranych odmieńców.

— Czy możecie mi powiedzieć, gdzie jest różdżka?! — zapytał raz jeszcze, tym razem najgłośniej jak tylko potrafił.

— Nie wiemy nic o żadnej różdżce! — krzyknęła w okamgnieniu Megan. Coraz mniej podobało jej się to wszystko. Kurczowo trzymała się wiary, że to jakiś kawał, lecz jednocześnie obiecała sobie, że jeśli jej tata nie znajdzie zaraz jakiegoś wiarygodnego wytłumaczenia na swoje zachowanie, to będzie bardzo, bardzo zła.

Patrick za to instynktownie się cofnął, bo coś mu podpowiadało, że stojący przed nimi człowiek w rzeczywistości nie jest ich ojcem, a pytanie o różdżkę prawdopodobnie ma związek z kawałkiem patyka, który nie tak dawno temu znalazł w lesie Gizmo. Chłopak postanowił do niczego się nie przyznawać, przynajmniej na razie.

Magnus spiorunował rodzeństwo wzrokiem.

— Tak chcecie sobie ze mną pogrywać? — warknął wzburzony. — A więc dobrze. Niech i tak będzie. Choć nie liczcie na moją łaskę, gdy różdżka trafi w me ręce.

Rodzeństwo nie usłyszało tej groźby, aczkolwiek oboje wymienili spojrzenia pełne lęku i wątpliwości. Złorzecząc pod nosem, Magnus wrócił na taras, przejrzał pobieżnie leżącą stertę ubrań, po czym zaczął przyglądać się podłodze. Pomiędzy deskami zauważył spore szpary i doszedł do wniosku, że różdżka mogła wpaść właśnie pomiędzy którąś z nich.

— Jak mogę dostać się pod podłogę?! — spytał, krzycząc przy tym, ile tylko miał sił w płucach.

— Pod podłogę? — powtórzył zaintrygowany Patrick. — Jeśli chcesz wejść pod taras, musisz to zrobić na czworakach i tylko od strony rzeki…

— Po co chcesz tam wchodzić? — zapytała Megan.

Magnus zbył jej pytanie, zbiegł po schodach i zajrzał w miejsce, o którym mówił chłopak. Było tam ciemno, więc nie namyślając się długo, wyczarował na swojej dłoni zimny, błękitny płomień. Konsekwencja tego zaklęcia następowała dopiero po kilku godzinach, a było nią przeświadczenie, że dłoń naprawdę się pali. Towarzyszyć miał temu nieprawdopodobnie wielki ból, ale w tej chwili Magnus miał poważniejsze zmartwienia. Liczyło się tylko znalezienie różdżki.

Zarówno Megan, jak i Patrick byli zbyt zaintrygowani, aby stać w miejscu i czekać. Pobiegli za Magnusem i gdy tylko zobaczyli unoszący się nad jego dłonią ogień, nie wytrzymali i zaczęli się przekrzykiwać.

— Ty umiesz czarować?

— Jak to zrobiłeś?

— Kim tak naprawdę jesteś?

— To cię nie parzy?

Magnus ignorował pytania. Skoncentrowany na poszukiwaniach, brodził na kolanach, przeglądając każdy skrawek ziemi. Niestety, nie natrafił nawet na najmniejszy kawałek patyka i gdy był już pewien, że przeszukał wszystko, wyszedł wściekły spod tarasu i krzyknął na całe gardło:

— Niech to zaraza pochłonie! Niech to wszystko ogień spopieli! Niech to elfia strzała trafi!

Megan się cofnęła, a Patrick zacisnął pięści i szepnął:

— Mam tego dosyć. Idę po kuszę.

***

Megan w ostatniej chwili zatrzymała brata, bo ten narwaniec zawsze działał pochopnie, zawsze był pierwszy do kłopotów, nigdy nie poświęcał choć chwili na to, by przemyśleć swe działania, a w tym przypadku rozwaga wydawała się najważniejsza.

— Czekaj, Pat — powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Patrick, jak rzadko kiedy, posłuchał jej na szczęście za pierwszym razem, zatrzymał się, a ona pomimo narastającego strachu podeszła kilka kroków, wyjęła z kieszeni telefon komórkowy i krzyknęła:

— Nie wiem, kim jesteś, ale wystarczy jeden telefon i będziesz miał spore kłopoty!

Magnus w tym czasie wpatrywał się w ziemię, myśląc, co robić dalej. Gdy usłyszał krzyk dziewczyny, uniósł głowę i dojrzał w jej ręce dziwny, świecący przedmiot. Nie wiedział, co to jest, ale wyglądało na coś magicznego.

— Nie spodziewałem się, że studiujecie magię — mruknął bardziej do siebie aniżeli do nich.

Nie chciał kłopotów, toteż w pokojowym geście uniósł obie ręce i podszedł do nich kilka kroków.

Megan z Patrickiem nie byli pewni jego zamiarów. Cofnęli się, czując się przy tym bardzo nieswojo, bo w końcu grozili komuś, kto wyglądał dokładnie jak ich ojciec. Ten ktoś miał szczupłą, pociągłą twarz, ciemną karnację i czarne, kręcone włosy, które siwiały na skroniach. Mężczyzna miał na sobie nawet to samo ubranie. Czarne spodnie, niebieską koszulę, beżową marynarkę, profesorską granatową muchę i okulary o małych, okrągłych oprawkach. Co ciekawe, te ubrania leżały również na tarasie i trudno było podać racjonalne wytłumaczenie tego, co tu się tak naprawdę stało.

— Wyglądasz jak nasz tata — oznajmiła pewnym tonem Megan. — Ale nim nie jesteś, prawda?

Magnus pokręcił głową.

— Jesteś jego bratem bliźniakiem? — spytała, choć sama w to nie wierzyła.

— A może to ukryta kamera? — spróbował Patrick.

Magnus nie miał pojęcia, co to jest ukryta kamera, ale raz jeszcze pokręcił głową.

— Jeśli to jakiś głupi kawał, tato…

— Nie jestem waszym tatą — warknął zdecydowanym tonem. — Za dwie godziny nie będę do niego podobny. To czar, który rzuciłem…

— Co mówisz? — spytała dziewczyna.

— Powiedziałem, że nie jestem waszym tatą! Przyszedłem tutaj, bo…

— Nie słyszymy cię! — wszedł mu w słowo chłopak. — Ruszasz wargami, ale cię nie słyszymy!

Magnus przeklął w duchu czar cichego poruszania. Wziął głęboki oddech i ryknął:

— Nie jestem waszym tatą i nie jestem z waszej rodziny! Mam na imię Magnus!

Mimika jego twarzy zdradzała wielki wysiłek. Przez moment wyglądał tak, jakby krzyczał z całych sił, a w rzeczywistości słowa były ledwie słyszalne.

— Dlaczego podczas mówienia wyglądasz tak, jakbyś krzyczał? — spytała drżącym głosem Megan.

— To przez czar cichego poruszania! Reakcja natury na magię. Wiecie chyba, o czym mówię, prawda!

Megan z Patrickiem pokręcili głowami, bo oczywiście nie mieli pojęcia, o czym on mówi. Magnusowi nie spodobała się ta reakcja. Zmarszczył czoło, podparł się pod boki i spytał chłodnym, rzeczowym tonem:

— Czy jestem w Fershey?

— Tak.

— I nie wiecie, czym jest reakcja natury na magię?

 

Rodzeństwo popatrzyło po sobie zdziwione. Megan chciała nawet coś powiedzieć, ale ubiegł ją wilczur, który podbiegł do Magnusa, zadarł łeb i zaczął donośnie szczekać:

— Dosyć tego! Gadaj lepiej, kim jesteś, jak się tu znalazłeś i co to wszystko ma znaczyć?

— Gizmo, spokój! — upomniał go Patrick.

Niestety, pies ani myślał się uspokajać. Zmrużone oczy, błyskające kły i płytki oddech świadczyły raczej o tym, że nerwy brały w nim górę.

— Dlaczego jestem w skórze wilczura? — pytał. — I czemu wyglądasz jak ja? No gadaj!

Magnus chciał się cofnąć, ale na przeszkodzie stanęła mu konstrukcja tarasu.

— Proszę, zabierzcie tego psa! — krzyknął.

— Dlaczego jestem psem? Gadaj!

— Gizmo, dosyć!

Wilczur chciał jeszcze coś szczeknąć, ale Patrick znowu pociągnął go za obrożę i zmusił do tego, aby siadł przy jego nodze.

Christopherowi nie podobało się takie zachowanie syna, zmrużył oczy, z bezsilności trzepnął łapą w ziemię i prychnął z taką pogardą, że aż chłopakowi zrobiło się głupio.

Megan widziała to wszystko i miała wrażenie, że niektóre z tych zachowań były aż za bardzo ludzkie. W jej myślach zaczęły krążyć dziwne pomysły. No bo… czy było możliwe, aby ich ojciec w rzeczywistości był psem?

— Tata? — spytała pełna wątpliwości. — Tato, to ty?

Z początku wilczur nie uwierzył, że to pytanie kierowane jest akurat do niego. Po drugim pytaniu zrozumiał jednak, że Megan mówi właśnie do niego. I gdy tylko to pojął, postawił uszy, niczym zając nasłuchujący potencjalnych zagrożeń, następnie uchwycił jej spojrzenie i zaczął skakać tak wysoko, jakby ktoś zamienił jego łapy w cztery duże sprężyny.

— Tak! Tak! Tak! — szczekał najgłośniej, jak tylko potrafił. — Brawo, moja córeczko! To ja! To ja! Słyszysz mnie?! Ten drań zamienił mnie w psa! Nie wiem, jak to zrobił, ale to ja! To ja, rozumiesz?! — Skakał tak i szczekał dłuższą chwilę, aż w końcu zauważył, że jego reakcja wcale nie uspokoiła i nie rozwiała wątpliwości rodzeństwa. Wynikało to zapewne z tego, że nadal zachowywał się jak większość młodych i głupiutkich wilczurów. Zmusił się więc do tego, aby się uspokoić. Oblizał się, przestał merdać ogonem i usiadł najdostojniej, jak tylko potrafił. Gdy nieco ochłonął, wysunął przed siebie przednią prawą łapę i napisał nią w zakurzonej ziemi słowo: Tak.

Megan automatycznie przytknęła dłoń do ust.

— O Boże — jęknęła.

— Ale numer! — wypalił podniecony Patrick. — Tato, umiesz podać łapę?!

Wilczur posłał synowi lodowate spojrzenie, a Megan popukała się po głowie.

— Wiem, że proszę o wiele — mruknęła pełna irytacji — ale czy możesz uruchomić mózg i choć przez chwilę zachowywać się normalnie?

Pat wbił wzrok w ziemię i bąknął pod nosem to swoje ledwie słyszalne „sora siora”.

— A ty — ciągnęła wzburzona Megan, tym razem w kierunku osobnika o wyglądzie ich taty — powiedz nam lepiej, co tu się dzieje! I zrób to teraz!

Magnus wziął głęboki oddech, bo jeszcze chwilę temu zastanawiał się, czy nie zabrać się stąd i nie uciec. Bał się konsekwencji swoich czarów, nie chciał być wtrąconym do lochu, lecz z drugiej strony całe to zamieszanie wyniknęło przez niego, a dokładniej rzecz ujmując, przez jego różdżkę, i jeśli zostawiłby ich ojca w ciele psa, to chyba nie mógłby sobie tego wybaczyć.

— No więc? — odezwała się zniecierpliwiona Megan. Czoło miała zmarszczone, a brwi ściągnięte w groźne V, ale Magnusowi i tak wydała się bardzo ładną dziewczyną. Oczywiście z jego pryszczatą twarzą, wyłupiastymi oczami i cherlawą posturą mógłby tylko o niej pomarzyć, ale któż zabrania marzyć?

— Mam na imię Magnus — zaczął niepewnie młody czarodziej. — Pochodzę z Fershey i…

— Głośniej! — krzyknął Patrick.

— Ach tak, wybaczcie — mruknął, po czym odetchnął pełną piersią i ryknął: — Mam na imię Magnus! Pochodzę z Fershey i za pomocą różdżki chciałem cofnąć czas! Niestety, coś poszło nie tak i znalazłem się tutaj!

— Zawsze coś idzie nie tak — burknęła skwaszona Megan.

Magnus usłyszał tę uwagę, ale niezrażony podjął przerwany wątek:

— Za pomocą zaklęcia zmieniłem się w waszego ojca, bo chciałem odzyskać różdżkę, którą zabrał mi wasz pies! Niestety, w tym samym czasie dosięgło ich zaklęcie i stali się jedną istotą!

— Ale młyn — mruknął ze skwaszoną miną Patrick. — Gadasz jak mój nauczyciel od fizyki, którego ni w ząb nie rozumiem.

— Cicho, Pat — skarciła go Megan, która wiedziała aż za dobrze, że jej brat miał problemy ze zrozumieniem nawet nauczyciela od plastyki. — Możesz nam powiedzieć — odezwała się po chwili w kierunku czarodzieja — kto w takim razie rzucił zaklęcie na naszego tatę?

— Myślę, że zrobił to pies! — wykrzyczał Magnus.

Megan przygryzła dolną wargę i w nerwowym geście zaczesała za ucho kosmyk rudych włosów. Wilczur za to postawił uszy i szczeknął, że jak tylko wszystko zostanie sprostowane, to on już się postara o to, aby ich pies przeszedł na wegetarianizm.

— Gizmo miał kontakt z różdżką — powiedział rzeczowo Patrick. — Trzymał ją w zębach i wyczarował sobie miskę pełną żarcia. Widziałem to na własne oczy.

— A potem naszła go chęć sprawdzenia, jak to jest znaleźć się w skórze swojego pana — dokończyła dziewczyna. — Czar może nie do końca mu wyszedł, bo połączył dwie istoty w jedną, ale tak to chyba mogło wyglądać.

— Dokładnie! — zgodził się z nimi czarodziej.

— Masz pojęcie, jak długo ten czar może potrwać? Można to jakoś odkręcić?

— Zgodnie z teorią magicznych artefaktów czary rzucone przez różdżkę wpływają na wszystko i na wszystkich, i są permanentne!

— Co to oznacza? — zaciekawił się Patrick.

— To oznacza, że ten czar będzie trwał dotąd, aż ktoś nie zdejmie go za pomocą różdżki!

— Z tego, co wiem — wypalił ożywiony Patrick — to przez cały czas różdżkę trzymał w zębach Gizmo na tarasie.

— Szukałem jej tam, ale niestety nie znalazłem! Różdżka miała określoną ilość zaklęć i zgodnie z prawem magii zniknęła z momentem wykorzystania ostatniego zaklęcia! — wytężał głos Magnus.

Megan i Patrick zrobili wielkie oczy, a pies walnął łapą o pobliski liść paproci z taką siłą, że pozostała po nim sama łodyga.

— To co my teraz zrobimy?!

— Ja zaraz wam powiem, co teraz zrobimy — odezwał się ktoś nagle od strony drogi.

***

Cała czwórka, wliczając w to psa, spojrzała w tamtym kierunku i zaniemówiła. Okazało się bowiem, że przed dom zajechał samochód z mamą, która przywiozła ciocię Betty oraz wujka Franka.

— Coście tak osłupieli? — spytała mama, stając na pierwszym stopniu tarasu.

— Ma-ma-mama? — wydukała roztrzęsiona Megan.

— A mama! Mama! Christopher, czemu wyglądasz tak, jakbyś tarzał się z Gizmem w ziemi?

Magnus wybałuszył oczy, strzepnął resztki trawy z ramion, a potem wlepił wzrok w ziemię. Przez moment szukał ratunku w psie, lecz zwierzę siedziało nieruchomo z rozdziawionym pyskiem i wyglądało, jakby brało udział w pojedynku „kto pierwszy mrugnie powieką”.

Kobieta chyba nie zauważyła napiętej atmosfery. Zaaferowana przyjazdem swojej przyjaciółki, wbiegła na taras, sięgnęła po stertę ubrań męża oraz siatkę z zakupami i otworzyła drzwi domu.

— Pomóżcie cioci i wujkowi z bagażami — krzyknęła. — A ty, Chris, ubierz czystą koszulę. Nawet nie chcę wiedzieć, co tu się wyrabiało!

— Ale…

— Migusiem! Ja muszę nastawić mięso.

— Ja… my… to znaczy, bo on… — zaczął dukać chłopak, ale zamilkł, bo mama zdążyła wejść już do domu.

— Chyba niczego nie zauważyła — mruknęła ze słyszalną ulgą w głosie Megan.

— Nie trać czujności — odparł lodowatym tonem Patrick. — Mama zawsze wszystko zauważa. Prawdopodobnie wodzi nas teraz na nos i usypia czujność, aby w dogodnym dla siebie momencie zasypać nas gradem pytań i oskarżeń.

Megan zerknęła na brata, bo czasami przyprawiał ją o gęsią skórkę.

— Dzień dobry, dzieciaczki! — krzyknęła nagle wysiadająca z samochodu ciocia Betty. — Jak się macie, kochani? Czy wakacje się udały?

Betty i jej mąż Frank w rzeczywistości nie byli w żaden sposób spokrewnieni z McGawinami, niemniej to starsze małżeństwo znało się z Claudią i Chrisem od tak dawna, że rodzeństwo przyzwyczaiło się traktować ich jak członków rodziny, nazywając po prostu ciocią oraz wujkiem.

— Cześć, ciociu! — krzyknęła w udawanej euforii Megan. — Wakacje były super. — I aż żal, że już się kończą!

— O tak, to najlepsze wakacje, jakie miałem — rzekł grobowym tonem Patrick. Odgrywanie ról zawsze wychodziło mu słabo, by nie rzec — beznadziejnie.

Megan zgrzytnęła zębami, ale na szczęście goście się nie zorientowali, że coś jest nie tak. Pełna obaw zerknęła kątem oka na wilczura oraz na dopiero co poznanego czarodzieja. Bała się, aby na dokładkę jeszcze któryś z nich nie wywinął jakiegoś głupiego numeru. Na szczęście byli chyba zbyt zszokowani nagłym pojawieniem się gości, by zrobić cokolwiek głupiego. Magnus stał nieruchomo i sprawiał wrażenie odlanej z wosku postaci, a pies wyglądał tak, jakby przeszedł właśnie mordercze szkolenie w elitarnej armii. Siedział z zamkniętym pyskiem, z wypiętą piersią i wzrokiem zawieszonym nieruchomo gdzieś hen, daleko.

— Ależ podrośliście — pisnęła swoim cieniutkim głosikiem ciocia Betty. — Meg, twoje ogniste włosy wyglądają po prostu obłędnie! A ta czarna grzywa, Patrysiu! Na pewno wszystkie dziewczyny wzdychają do ciebie i piszą miłosne liściki. Wspaniałe dzieci, wspaniałe!

Patrick, który nie znosił, gdy ktoś w taki sposób zdrabniał jego imię, skrzywił się i bąknął do siostry:

— Miłosne liściki? Naprawdę? Czy ona wie, że żyje w czasach SMS-ów i maili?

— Zachowuj się — wycedziła przez zęby siostra. Sztuczny uśmiech ani na chwilę nie schodził z jej twarzy.

Z samochodu wytoczył się wujek Frank. Był niskim i przysadzistym starszym panem o śmiesznej, bo przypominającej włosie od szczotki fryzurze. Niemal całe życie poświęcił wojsku, był zawodowym żołnierzem, miał dowodzić regimentami w różnych częściach świata i po dziś dzień chodził wyprostowany jak struna. Wyglądało to trochę komicznie, bo jego brzuch sterczał niczym napompowany balon.

— To na pewno wy? — spytał, rozglądając się na wszystkie strony, jakby nie był pewien, czy podjechał pod właściwy adres. — Tak szybko urośliście?

Patrick oraz Megan rok w rok słuchali tego żenującego żartu, ale cóż mogli począć. W tej chwili jeszcze bardziej wyszczerzyli zęby w sztucznych uśmiechach.

— Coś mi się zdaje, Patricku, że niedługo przerośniesz tatę — nie przestawał się dziwić wujek. — Chodzisz na jakąś siłownię?

— Nie, ale dalej ćwiczę wschodnie sztuki walki.

— Koniecznie będziesz musiał zademonstrować na mnie parę chwytów.

— Lepiej nie, Franciu. Wiesz, że twój kręgosłup jest w rozsypce — przypomniała mu stanowczym tonem małżonka.

— W rozsypce to jest moja psychika, gdy słyszę takie gadanie…

— Bardzo zabawne. Naprawdę, bardzo… Och, nie! — krzyknęła nagle nie na żarty przestraszona ciocia.

Mały, czarny jak noc ratlerek wybiegł z samochodu i podbiegł prosto do siedzącego nieopodal wilczura.

— Perełka! Perełka, chodź tu natychmiast!

Perełka jednak nie zamierzała słuchać. Stanęła naprzeciw wilczura i wbiła w niego parę czarnych jak węgielki oczu. Wilczur natomiast siedział chwilę nieruchomo i robił, co mógł, byle tylko nie dać się sprowokować. Czy mógł jednak wygrać z naturą? Czy był na tyle silny, aby oprzeć się prawom przyrody? Niestety, do jego nozdrzy dotarły kuszące wonie nieznanego osobnika psiej rasy i zwierzęce instynkty wygrały, pobudzając zmysły do natychmiastowego działania. Wilczur pochylił się, obwąchał małemu uszy, pysk i szyję, po czym bezceremonialnie, zgodnie z prawami natury, podstawił mu pod pupę swój wielki, mokry nochal. Było nie było, musiał w końcu sprawdzić, kim jest ten czworonożny pupil, skąd przybył, czy nie ma pcheł i najważniejsze, czy nie rości sobie praw do tego terytorium. Ratlerek stał niewzruszony. Sprawiał wrażenie nawet usatysfakcjonowanego tradycyjnym psim rytuałem. Miał wyłupiaste oczy i dyszał jak po przebytym maratonie. Nie minęła chwila, gdy nagle umysł Christophera oprzytomniał i zdominował zwierzęcą naturę wilczura.

— O Boże! — ryknął, a właściwie szczeknął na całe gardło. — Dlaczego ja wącham mu tyłek?!

Ratlerek przestraszył się nagłym poruszeniem przy swej wstydliwej części ciała i zapiszczał jak zarzynany kocur. Wilczur natomiast zaczął prychać i charczeć niczym kot dławiący się kłaczkiem. By nie ściągać na siebie niepotrzebnych podejrzeń, z czasem odwrócił się i w panice zaczął rozglądać za czymś, co mogłoby stępić oraz złagodzić w jego pamięci wątpliwej jakości zapachy. Niestety, nic racjonalnego nie przychodziło mu na myśl, więc zdecydował się odgryźć i pożuć pobliską kępkę trawy. Patrick zignorował niecodzienne zachowanie wilczura i zachowując zimną krew, schylił się po ratlerka.

 

— Och! Dziękuję ci, skarbie! — powiedziała Betty, biorąc od niego psa i całując w bujną grzywę włosów. — Jesteś kochany.

Patrick się skrzywił, bo jego nozdrza wypełnił słodki kwiatowy zapach perfum. Do tego nie lubił, jak ktoś go obściskiwał, ale stał dzielnie i czekał, aż powitanie dobiegnie końca.

— Jeszcze nie tak dawno temu musiałam się do ciebie schylać — przeżywała ciocia. — A teraz!

— E tam…

— Ty, Megan, również robisz oszałamiające wrażenie — zatrajkotała tym razem w kierunku siostry chłopaka. — Wyglądasz po prostu czarująco! Chyba nie narzekasz na brak chłopaków, co?

— Nie, ja… nie narzekam. — Dziewczyna dostała rumieńców, ale ciocia już tego nie zauważyła, bo całą uwagę poświęciła ich ojcu, a dokładniej rzecz ujmując, zamienionemu w niego Magnusowi.

— No a co tam u ciebie, Chris? Widzę, że życie przy Claudii chyba ci służy, co?

Magnus wzruszył ramionami, nie wypowiadając przy tym ani jednego słowa. Widząc tę reakcję, Patrick jęknął tylko pod nosem:

— O nie.

Megan wcale nie widziała tego w lepszych barwach. Przez jej głowę przeszła tylko jedna myśl: To będzie katastrofa. W końcu ciocia Betty była dziennikarką, a przy okazji największą paplą, jaką znała Anglia. Jeśli się dowie, co tu zaszło, z pewnością nie będą mieć ani chwili spokoju.

— Coś widzę, że zaniemówiłeś, Chrisiu. — Niecodziennym zdrobnieniom cioci nigdy nie było końca. — I czemu ty jesteś taki brudny, co? — dodała, wodząc wzrokiem po ubraniu umorusanym ziemią i trawą. — Wpadłeś do tych krzaków z Gizmem? Udawałeś krecika?

Po tych słowach pośliniła palec i bez skrępowania zaczęła wycierać jego brudny od ziemi policzek.

Magnus nie miał za bardzo pomysłu, co zrobić. Czekał z niesmakiem, aż ta szalona kobieta zakończy swe oczyszczające zabiegi, po czym uśmiechnął się najszerzej, jak tylko potrafił, a następnie głęboko ukłonił.

Patrick z sykiem wciągnął powietrze, bo takiego powitania naprawdę nie spodziewałaby się nawet obecna królowa Anglii, a Megan odwróciła wzrok i siłą powstrzymała się przed tym, aby nie palnąć się w czoło. Oboje przeczuwali najgorsze. Oboje spodziewali się zalewu pytań i podejrzliwości. Ciocia nawet marszczyła już czoło i pewnie formułowała w myślach jakieś pytanie, kiedy nagle otworzyły się drzwi domu i z progu krzyknęła mama:

— Betty, skarbie, pomożesz mi w kuchni?

Ciocia spoglądała przez chwilę na Magnusa, którego twarz wykrzywiał uśmiech nieprzystojący profesorowi medycyny, aż w końcu burknęła pod nosem coś o mężczyznach zachowujących się jak dzieci.

— Oczywiście, kochana — dodała po chwili. — Już idę!

Po tych słowach, jak to miała w zwyczaju, uniosła dumnie głowę i drobnymi kroczkami razem z pieskiem skierowała się w stronę domu.

Patrick odetchnął z ulgą i podszedł do wujka, aby mu pomóc z bagażami, a Megan przysunęła się do Magnusa i powiedziała, powoli dobierając słowa:

— Zachowuj się normalnie.

— Ale ja nie chcę tu być! — warknął poirytowany czarodziej.

— Co mówisz? — spytała, karykaturalnie się przy tym uśmiechając. W końcu przy samochodzie krzątał się wujek i nie mogła sobie pozwolić na tak drastyczną zmianę nastroju.

— Mówię, że nie chcę tu być!

Megan zacisnęła w złości pięści, ale nie dała się sprowokować.

— Masz nam pomóc to odkręcić — oświadczyła dobitnie, przy czym uśmiech ani na chwilę nie schodził jej z buzi. — To, co przydarzyło się naszemu ojcu, jest twoją winą i masz to naprawić!

— Albo ugryzę cię w tyłek! — zawtórował wilczur.

Czarodziejowi obca była mowa zwierząt, ale w tej chwili nawet to szczeknięcie psa było dla niego aż nadto zrozumiałe.

— Nie możesz nas teraz zostawić. — Tym razem w tonie jej głosu nie było ani grama gniewu. Był za to żal i błaganie o ratunek.

Magnus zawsze był czuły na krzywdy innych ludzi. Zgrzytnął zębami i wbił wzrok w stojącą po jego prawicy dziewczynę. Wiedział aż za dobrze, że całe zamieszanie było przez jego nieszczęsną różdżkę. Mógłby ich zostawić i kombinować w pojedynkę, jak wyjść z tej opresji cało, ale czy wyrzuty sumienia nie zżarłyby go od środka?

— Pomogę wam — powiedział zdecydowanym tonem. — Zostanę tu i postaram się naprawić to, co zepsuła moja różdżka.

Megan go nie usłyszała, ale po wyrazie jego twarzy domyśliła się, że będzie mogła liczyć na pomoc. Odetchnęła z ulgą i zaprowadziła go do domu, prosto do swojego pokoju, w którym zamierzała błyskawicznie opracować plan działania.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora