Między dobrobytem a szczęściemTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1. Po pierwsze, u podstaw mamy chaotyczne i przypadkowe wzorce zachowań. Nawet rozumiejąc mechanizm presji ewolucyjnej, nie wiemy, do jakich wzorców będzie on miał zastosowanie. Ich możliwa liczba jest nieskończona.

2. Po drugie, ze względu na inny stopień złożoności nie jesteśmy w stanie zmodelować naszego modelu decyzyjnego (argument Hayeka).

3. Po trzecie, nawet gdybyśmy byli w stanie to zrobić, stopień złożoności modelu mógłby być porównywalny ze złożonością modelowanej rzeczywistości i byłby obliczeniowo niedostępny albo wyniki uzyskiwalibyśmy w czasie, kiedy ujawniłyby się skutki, które chcieliśmy przewidzieć.

Skąd zatem początkowy optymizm? Sposobów atakowania złożoności jest wiele i wiele jest technik matematycznych, które z większym lub mniejszym przybliżeniem pozwalają sobie z nią radzić. W tym miejscu warto jednak napomknąć o dwóch.

Nawet bardzo złożone układy rozwijające się na podstawie algorytmu genetycznego wchodzą w przejściowe stany równowagi. Wykorzystując do tego celu elementy teorii gier, mówi się o strategiach ewolucyjnie stabilnych, które prowadzą do wytworzenia się w możliwej do zdefiniowania perspektywie czasowej powtarzalnych schematów zachowań. Ekonomia jest w stanie je identyfikować i wkomponowywać w swoje modele. Dla przykładu, pojęcie dóbr pozycjonalnych na stałe już zagościło w podręcznikach do mikroekonomii. Z grubsza wiemy, co się może do nich zaliczać i w jaki sposób funkcjonują rynki takich dóbr (Frank, 1985).

Sam autor ewolucyjnej analizy rynków finansowych, Andrew W. Lo, zwraca uwagę, że nawet przy błyskawicznie zachodzącej ewolucji strategii inwestycyjnych, z których niektóre mogą się okazać niebezpieczne dla stabilności całego rynku, nadal mamy możliwość działania. Proponowana strategia przypomina wspomniany wyścig między mutacjami wirusów i szczepionkami, choć Lo używa innego porównania i wskazuje na komisje zajmujące się badaniem przyczyn wypadków lotniczych. Podstawowym ich zadaniem jest bowiem, opierając się na konkretnym przypadku, wypracowanie rekomendacji, jak uniknąć podobnego wypadku na przyszłość. Ten system działa całkiem nieźle. Dlaczego więc nie mógłby działać podobny system wczesnego ostrzegania na rynkach finansowych?

Na zakończenie powróćmy do sporu między realistami i instrumentalistami. W przedstawionej powyżej interpretacji oczekiwanie, że dana teoria ekonomiczna lub model ma reprezentować jakąś gospodarczą rzeczywistość, mogłoby mieć odniesienie wyłącznie do tych obszarów ewolucyjnie stabilnych, gdzie w zdefiniowanej perspektywie czasowej funkcjonują powtarzalne wzorce zachowań, tworzące podstawy regularności gospodarczych nadających się do modelowania, tak jak życzyliby sobie tego realiści. Cała reszta to zmieniająca się dynamicznie i adaptacyjnie rzeczywistość, na którą co najwyżej możemy stosownie do naszych celów reagować, tak jak proponuje Lo. To ostatnie rozwiązanie nie ma już nic wspólnego z naukowym realizmem, lecz posiada czysto instrumentalny charakter.

Część druga

O ekonomii i etyce

2.1. Dlaczego ekonomia jest nauką moralną?

Wyobraźmy sobie sytuację, która może przydarzyć się każdemu z nas. W drodze do pracy lub na uczelnię dostrzegasz portfel leżący na ulicy. Jest tam pewna suma pieniędzy, powiedzmy 200 złotych, oraz wizytówka z nazwiskiem i adresem właściciela. Jak myślisz, co zrobiłaby większość ludzi, znajdując portfel? Czy zwróciliby pieniądze właścicielowi? W jaki sposób ty sam byś postąpił? Podobne pytania zadano studentom Cornell University, gdy zaczynali i kończyli wprowadzający kurs do mikroekonomii. Dla porównania zadano je również innej grupie studentów tej samej uczelni, tym razem na rozpoczęcie i zakończenie wprowadzającego wykładu z astronomii. Okazało się, że odsetek studentów „mniej uczciwych”, czyli takich, których skłonność do zwrócenia pieniędzy właścicielowi zmniejszyła się na końcu semestru w porównaniu z początkiem, jest istotnie wyższy wśród uczestników wykładu z ekonomii (Frank et al., 1993). Można więc zaryzykować stwierdzenie, iż przyswajanie sobie modeli i teorii ekonomicznych, w których przyjmuje się założenia, że podstawową motywację podmiotów gospodarujących stanowi ich własny interes, że są racjonalni i dążą do maksymalizacji własnych korzyści, nie pozostaje bez wpływu na postawy moralne studentów. Wspiera to tzw. hipotezę o indoktrynacji, zgodnie z którą edukacja ekonomiczna w istotny sposób przyczynia się do kształtowania egoistycznych postaw studentów. Próba uchwycenia różnicy w poglądach studentów przed rozpoczęciem i po zakończeniu edukacji ekonomicznej miała na celu wyeliminowanie konkurencyjnej hipotezy preselekcji, zgodnie z którą studia ekonomiczne przyciągają ludzi bardziej egoistycznych, mniej skłonnych do współpracy z innymi. Nawet jeśli tego typu preselekcja rzeczywiście zachodzi, to edukacja ekonomiczna jeszcze pogłębia egoistyczne nastawienie jej uczestników. Teorie ekonomiczne do pewnego stopnia kształtują przekonania moralne i zachowania ludzi. Występuje także zależność odwrotna. Przekonania moralne uczestników rynku muszą zostać uwzględnione przy budowaniu modeli ekonomicznych.

Rynek narządów do przeszczepu

Interesującym przykładem zależności między rzeczywistością gospodarczą, przekonaniami moralnymi jej uczestników oraz modelami ekonomicznymi jest problem dystrybucji narządów do przeszczepu. Według statystyk Poltransplantu w grudniu 2019 roku na przeszczep nerki w Polsce oczekiwało 1165 osób. W tym samym miesiącu dokonano 86 przeszczepień nerki od zmarłych dawców i pięć od dawców żywych[18]. Brak przeszczepu w przypadku takiego organu, jakim jest nerka, to konieczność korzystania przez chorego z uciążliwych dializ, wyłączenie z życia zawodowego, a w końcu przedwczesna śmierć. Zdaniem ekonomistów rażąco niską liczbę przeszczepów nerek od dawców żywych mogłoby zwiększyć zaproponowanie im ekonomicznej rekompensaty. Mówiąc krótko, handel organami do przeszczepu mógłby znacząco poprawić sytuację, ratując wiele istnień ludzkich[19]. Co stoi na przeszkodzie takiego rozwiązania? Odpowiedź jest prosta: to przekonania moralne większości ludzi, zgodnie z którymi ludzkie ciało nie powinno być przedmiotem transakcji kupna-sprzedaży. Dlaczego? Uzasadnienie sprowadza się zwykle do jednego z trzech argumentów. Po pierwsze, handel organami do przeszczepu jest równoznaczny z przedmiotowym traktowaniem ludzkiego ciała. Tymczasem wiele osób uważa, że ludzkie ciało jest święte i przewyższa swoją wartością wszystkie dobra podlegające wymianie handlowej, takie jak telefony komórkowe, laptopy lub samochody. Po drugie, istnieje obawa, że dopuszczenie rynku organów do przeszczepu będzie niesprawiedliwe dla ludzi ubogich, którzy zostaną zmuszeni przez okoliczności życiowe do sprzedaży swoich organów. Wreszcie po trzecie, zgodnie z argumentem równi pochyłej twierdzi się, że dopuszczenie handlu organami uruchomi cały proces, na końcu którego znajduje się okaleczanie lub nawet zabijanie ludzi, by z zyskiem sprzedać ich narządy. Choć każdy z tych argumentów jest dyskusyjny, a niektórzy ekonomiści wręcz nawołują do ich odrzucenia i podjęcia działań na rzecz modyfikacji przekonań ludzi w tym zakresie (Brennan i Jaworski, 2016), to ekonomista, któremu zależy na zaproponowaniu akceptowalnego rozwiązania problemu niedoboru narządów do przeszczepu, nie może ich lekceważyć. Nawet doskonały model ekonomiczny, pokazujący obustronne korzyści dawcy i biorcy przeszczepianego organu przy założeniu dopuszczalności wymiany handlowej między nimi, nie będzie przystawał do rzeczywistości, jeśli ludzi oburza sama możliwość takiej wymiany. Doskonale rozumiał to Alvin E. Roth, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 2012 roku, porównując oburzenie ludzi wobec możliwości handlu organami do ograniczenia technologicznego lub ograniczenia budżetowego, które rutynowo są uwzględniane w modelach ekonomicznych. Zakłada się bowiem, że przedsiębiorcy dysponują określoną technologią produkcji, która przynajmniej w krótkim okresie nie ulega zmianie. Konsumenci zaś, choć mają nieograniczone pragnienia, są zmuszeni wybierać, które z nich i w jakim stopniu zaspokoją, ze względu na ograniczenia dochodowe. Zdaniem Rotha w przypadku niedoboru organów szybciej uda się pokonać ograniczenia technologiczne i laboratoria zaczną dostarczać hodowane sztucznie organy do przeszczepu, niż ludzie przezwyciężą swoje oburzenie wobec handlu nimi (Roth, 2007).

Uwzględnienie faktu, że ludzie odczuwają oburzenie moralne w stosunku do handlu organami, nie musi jednak oznaczać rezygnacji z modelowania tego typu rzeczywistości społecznej ani rezygnacji z dążenia do poprawy efektywności dystrybucji narządów. Zaproponowany przez Rotha algorytm tak zwanych przeszczepów łańcuchowych jest przykładem takiego modelowania. Jeden altruistyczny dawca, przekazując swoją nerkę osobie potrzebującej, rozpoczyna cały łańcuch przeszczepów. W kolejnym kroku ktoś z rodziny osoby, która otrzymała narząd (zwykle małżonek), przekazuje swoją nerkę następnej osobie oczekującej na przeszczep. Jej małżonek robi to samo w stosunku do kolejnego potrzebującego pacjenta. Taki łańcuch przeszczepów może się składać z kilkunastu dawców i biorców. Co ważne, przeszczepy nie muszą odbywać się symultanicznie. Ponieważ łańcuch inicjuje altruistyczny dawca, nie ma ryzyka, że przerwanie tego ciągu będzie dla kogoś bardzo krzywdzące. Wykluczona jest bowiem sytuacja, że ktoś oddał swoją nerkę innemu pacjentowi, a osoba, która miała przekazać narząd przeznaczony dla jego współmałżonka, wycofała się w ostatniej chwili. Algorytm zaproponowany przez Rotha gwarantuje, że potrzebujący najpierw otrzymuje narząd, a dopiero później jego bliski przekazuje swoją nerkę kolejnej osobie. Jest to przykład rynku zaprojektowanego na podstawie algorytmów wzajemnego kojarzenia stron transakcji (matching market). W konsekwencji uzyskujemy istotne zwiększenie liczby przeszczepów ratujących ludzkie życie bez jednoczesnego stosowania mechanizmu cenowego, który jest dla wielu osób trudny do zaakceptowania z powodów moralnych (Rees et al., 2009).

 

Oczywiście nie wszystkie modele ekonomiczne wymagają tak wyraźnego podkreślania założeń dotyczących przekonań moralnych podmiotów. Nie wymaga tego na przykład model rynku doskonale konkurencyjnego, gdzie kluczowe jest założenie o dużej liczbie sprzedających i kupujących dany towar oraz fakt, że żaden z nich z osobna nie jest w stanie wpływać na jego cenę, lub model duopolu, gdzie zakładamy, iż dwa duże podmioty dominują na rynku, ustalając między sobą wielkości i ceny wytwarzanych dóbr. Nawet jednak w tych modelach ekonomiści milcząco zakładają, że gra rynkowa toczy się zgodnie z pewnymi regułami życia społecznego. Przedsiębiorca dąży do maksymalizacji swoich korzyści, ale nie powinien tego osiągać, zabijając konkurencję. Konsument może zwiększać swoje dochody, zamieniając część czasu wolnego na pracę zarobkową, nie powinien jednak okradać innych ludzi (Hardt, 2019). Nawet Milton Friedman (1997, s. 50), twierdząc, że społeczną odpowiedzialnością spółek jest zwiększanie zysków, przyznał jednocześnie, iż właściciele firm chcą zarobić jak najwięcej „(...) przy jednoczesnym przestrzeganiu podstawowych reguł społecznych, ucieleśnianych zarówno przez system prawa, jak i zwyczaje moralne”. Życie gospodarcze nie toczy się zatem w moralnej próżni. Zaufanie, które mamy wzajemnie do siebie, wiedząc, że przestrzegamy podobnych standardów moralnych, jest kluczowym warunkiem skutecznej wymiany rynkowej.

O wartości można jedynie walczyć

Uwzględnianie sądów wartościujących badanych podmiotów nie musi oznaczać, że sam model ekonomiczny ma charakter wartościujący. Przekonania typu „ludzie żywią moralne oburzenie w stosunku do możliwości handlu organami” lub „przedsiębiorcy uznają, że handel powinien respektować podstawowe standardy moralne” same jedynie opisują postawy uczestników rynku. Ekonomiści nie muszą rozstrzygać, czy to lepiej, czy gorzej, że ludzie mają takie właśnie przekonania.

Pod wpływem neopozytywistycznego ideału nauki, zgodnie z którym spory moralne są zasadniczo nierozstrzygalne i bezsensowne, bo dotyczą ludzkich emocji, dwudziestowieczni ekonomiści przykładali dużą wagę do oczyszczenia swojej dziedziny z wszelkich elementów wartościowania. Jednym z gorących orędowników takiego podejścia był wspomniany już Milton Friedman. W swoim eseju metodologicznym Metodologia ekonomii pozytywnej stwierdził on, że ekonomia podobnie jak fizyka powinna być obiektywna, a „o wartości podstawowe można ostatecznie jedynie walczyć”. W odniesieniu do wartości racjonalny spór jest wykluczony (Friedman, 2008; Mäki, 2009b).

Choć Friedman był jednym z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku, którego prace z zakresu makroekonomii (monetaryzm) zapewniły mu w 1976 roku Nagrodę Nobla, w kwestii oczyszczenia ekonomii z sądów wartościujących naszym zdaniem mylił się podwójnie. Przede wszystkim racjonalny spór o wartości jest możliwy. Często spieramy się o sądy wartościujące, których akceptacja zależy od wiedzy na temat faktów. Jeśli na przykład twierdzę, że wzrost PKB w danym kraju jest czymś dobrym, prawdopodobnie będę skłonny zrewidować swoje przekonanie, gdy dowiem się, że wzrostowi temu towarzyszyło istotne zwiększenie nierówności społecznych. Argument, że biedni stali się jeszcze biedniejsi, a zamożni jeszcze bardziej się wzbogacili, nie pozostanie bez wpływu na moje pozytywne wartościowanie wzrostu gospodarczego. Sądy wartościujące, które mogą podlegać modyfikacji pod wpływem informacji o faktach, Amartya Sen (1967), również noblista w dziedzinie ekonomii, określił mianem sądów niebazowych (non-basic judgments). Co jednak z sądami, których nie jesteśmy skłonni zmieniać pod wpływem informacji o faktach, czyli sądami bazowymi? W przypadku tego typu sądów panuje większa zgoda między ludźmi, niż się zwykle wydaje. Zapytajmy na przykład dowolną osobę, czy jej zdaniem należy zabić niewinnego człowieka lub czy dopuszczalne jest torturowanie dzieci, a przekonamy się, że panuje w tej sprawie powszechny konsensus. Zapytajmy z kolei ekonomistów, co było przyczyną kryzysu ekonomicznego z lat 2008–2009, czyli faktu, który miał miejsce, a otrzymamy całą paletę przeciwstawnych poglądów i znajdziemy się w samym centrum gorącego sporu. Sam Friedman w cytowanym już fragmencie na temat oczekiwań przedsiębiorców dotyczących zwiększania zysków zwraca uwagę, że chcą oni, by odbywało się to z poszanowaniem reguł społecznych i zwyczajów moralnych. Skoro tak, to wydaje się, że wśród przedsiębiorców panuje przynajmniej minimalna zgoda co do tego, czym są owe zwyczaje moralne, których należy przestrzegać.

Drugi błąd Friedmana polega na tym, że oczyszczenie ekonomii pozytywnej z sądów wartościujących nie jest do końca możliwe, choćby z tego powodu, że ekonomiści formułują swoje teorie częściowo w języku naturalnym, którym posługują się zwykli ludzie. Cechą charakterystyczną języka naturalnego jest zaś jego obciążenie wartościujące.

Bezrobocie dobrowolne czy przymusowe?

Dla niemal każdego człowieka niezwykle istotną sprawą jest znalezienie pracy, najlepiej dobrze płatnej. Przez lata ekonomiści spierali się, czy istnieje coś takiego jak bezrobocie przymusowe, czyli niedobrowolne. W odróżnieniu od bezrobocia dobrowolnego, gdy osoba może otrzymać pracę, ale nie decyduje się jej podjąć, z bezrobociem przymusowym mamy do czynienia wówczas, gdy człowiek traci pracę i nie udaje mu się znaleźć innej. Ekonomiści o nastawieniu liberalnym argumentowali, że elastyczny rynek pracy pozwoli znaleźć zatrudnienie niemal wszystkim, którzy chcą pracować. Bez pracy pozostaną jedynie ci, którzy właśnie zrezygnowali z jednego zajęcia i szukają nowego zatrudnienia (bezrobocie frykcyjne), lub ci, którzy nie chcą podjąć pracy, a więc spośród dwóch alternatywnych opcji „praca” albo „czas wolny” wybierają tę drugą. Mamy wtedy do czynienia wyłącznie z bezrobociem dobrowolnym.

Słowo „dobrowolne” nie jest jednak terminem czysto technicznym, zawiera w sobie także ładunek wartościujący. Nie ma przecież nic złego w tym, jeśli ktoś robi coś dobrowolnie. A jeśli robiąc to, ponosi szkodę, to inni nie mają obowiązku tej szkody rekompensować. Jak głosi starożytna sentencja prawna: „chcącemu nie dzieje się krzywda” (volenti non fit iniuria). Zatem w myśl tej zasady, jeśli bezrobotni nie chcą podjąć pracy za niższą płacę, to są sami sobie winni, a zasiłki nie powinny być wypłacane. Daniel M. Hausman, uznany autorytet w zakresie filozofii ekonomii, zwraca uwagę, że ekonomiści nie odróżniają działań dobrowolnych od zachowań racjonalnych. Na dobrowolność działania ma bowiem wpływ nie tylko dostępność i charakter alternatywnych opcji, ale także warunki, które generują możliwości wyboru. Jeśli bandyta przykłada mi pistolet do skroni i krzyczy: „Pieniądze albo życie!”, to wybór życia jest decyzją racjonalną, lecz pieniądze wcale nie zostały oddane dobrowolnie. Wybór, przed którym stoję, powstał w wyniku bezprawia, bandyta nie ma wszak prawa żądać ode mnie portfela, który jest moją własnością. Ekonomiści keynesowscy, stojąc na stanowisku, że bezrobocie przymusowe jest możliwe, rozumują podobnie. Jeśli w okresie kryzysu gospodarczego pracownik zgadza się na podjęcie niskopłatnej pracy, która jest zdecydowanie poniżej jego kwalifikacji, zdolności, aspiracji i wkładu, jaki mógłby wnieść do społeczeństwa, to jego zachowanie jest racjonalne, lecz niedobrowolne. Postępuje on podobnie jak napadnięty, oddając portfel rabusiowi. Podjęcie takiej pracy nie stanowi dostatecznie dobrej opcji, ale alternatywą jest brak jakichkolwiek środków do życia i niemożność utrzymania rodziny (pistolet przyłożony do skroni). W takiej sytuacji praca to wprawdzie najlepsza dostępna opcja, lecz wybór jej został wymuszony okolicznościami. Przy takiej interpretacji dobrowolności nawet niektóre osoby zatrudnione można zaliczyć do przymusowo bezrobotnych, jeśli praca, którą wykonują, rażąco odbiega od ich możliwości i kompetencji. Stwierdzenie, że w danym przypadku pracownicy mają do czynienia z dostatecznie dobrymi ofertami pracy, jest oczywiście kwestią oceny. W związku z tym jeśli ekonomiści twierdzą, że przynajmniej w okresach wielkich kryzysów gospodarczych bezrobocie przymusowe jest możliwe i państwo powinno temu aktywnie przeciwdziałać, to tym samym „zanieczyszczają” swoją pozytywną teorię rynku pracy sądami wartościującymi (Hausman, McPherson i Satz, 2017, s. 94–108).

Jeśli ta część ekonomii, której celem jest wyjaśnianie rzeczywistości i formułowanie trafnych przewidywań na przykład w odniesieniu do rynku pracy (ekonomia pozytywna), nie jest wolna od wartościowania, to tym bardziej nie jest od niego wolna ekonomia, która formułuje standardy oceny alternatywnych stanów świata (ekonomia normatywna), dlatego musi mieć charakter wartościujący. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie pewnej notatki służbowej sformułowanej przez jednego z najbardziej znanych, współczesnych ekonomistów.

Dlaczego należy bardziej zanieczyszczać Afrykę?

Amerykański ekonomista Lawrence Summers, pełniąc w latach 90. XX wieku funkcję głównego ekonomisty Banku Światowego, miał rozesłać do swoich współpracowników notatkę służbową, w której zastanawiał się: „(...) czy Bank Światowy nie powinien zachęcać do tego, by więcej działalności przemysłowej zanieczyszczającej środowisko było przenoszone do krajów rozwijających się?”[20]. Jego zdaniem za takim pomysłem przemawiają trzy argumenty. Po pierwsze, koszty zanieczyszczeń są mierzone wartością utraconych zarobków, które ludzie mogliby uzyskać, gdyby nie choroby i przedwczesna śmierć związana z zanieczyszczeniem powietrza, wody lub gleby. A skoro właśnie taka miara jest stosowana, to koszt zanieczyszczeń jest mniejszy w tych krajach, w których ludzie zarabiają mniej. Jeśli przeciętne miesięczne wynagrodzenie w Stanach Zjednoczonych wynosi ponad 5000 dolarów, zaś w Demokratycznej Republice Konga jest to zaledwie 41 dolarów[21], to opłaca się transferować zanieczyszczenia z USA do DRK, bo nawet jeśli ludzie będą tam umierać z tego powodu, to wartość utraconych zarobków będzie relatywnie niewielka. Według Summersa „(...) logika ekonomiczna przemawiająca za wyrzucaniem toksycznych odpadów w kraju z najniższymi płacami jest nieodparta i powinniśmy się z tym pogodzić”.

Po drugie, jest prawdopodobne, że koszty zanieczyszczeń narastają w czasie, czyli zmieniają się nieliniowo. Zlokalizowanie jednej fabryki lub wysypiska śmieci w obszarze dziewiczej przyrody z początku nie wpłynie znacząco na zanieczyszczenie całego kraju. Dopiero następująca w czasie kumulacja zanieczyszczeń sprawia, że ludzie zaczynają wyraźnie odczuwać ich skutki, częściej chorują i żyją krócej. Stąd stwierdzenie Summersa: „Zawsze uważałem, że słabo zaludnione kraje Afryki są zdecydowanie za mało zanieczyszczone (...) w porównaniu z Los Angeles czy Mexico City”.

Wreszcie po trzecie, ze względu na to, że zwiększone zanieczyszczenie środowiska przyczynia się do wielu chorób, ujawniających się w późniejszych okresach życia (np. rak prostaty), czyste powietrze ma znaczenie przede wszystkim dla tych osób, które mają szansę żyć dostatecznie długo, aby na te choroby zapaść. W przeważającej większości są to ludzie zamożni z krajów wysokorozwiniętych. Z tego względu bogatym bardziej zależy na czystym środowisku niż biednym, a zatem popyt na nie jest bardzo elastyczny (wrażliwy na wysokość dochodu).

Czy w świetle wymienionych argumentów powinniśmy zmusić mieszkańców Afryki do przyjęcia zanieczyszczeń z krajów wysokorozwiniętych? Notatka Summersa nic takiego nie sugeruje. Wręcz przeciwnie. Skoro mieszkańcy krajów wysokorozwiniętych na zanieczyszczeniach bardzo dużo tracą, a dla mieszkańców krajów rozwijających się nie są one zbyt dużym ciężarem, to ci pierwsi chętnie zapłacą za przekazanie swoich zanieczyszczeń, a ci drudzy równie chętnie je przejmą za odpowiednią rekompensatę. Obie strony mogą wyłącznie skorzystać na takiej transakcji. Choć, jak twierdzi Summers, logika tego rozumowania jest nieodparta, wielu zwyczajnych ludzi uzna, że wniosek, iż należy transferować toksyczne odpady na przykład do Afryki, jest niedopuszczalny. Ocenią takie działanie jako moralnie naganne, niesprawiedliwe w stosunku do mieszkańców krajów rozwijających się. Dlaczego intuicje zwykłych ludzi wydają się sprzeczne z rozumowaniem ekonomistów? Czy mamy tutaj do czynienia ze zderzeniem wartościującej postawy laików z oczyszczoną z wartościowania logiką ekonomistów?

Przede wszystkim rozumowanie Summersa, stwierdzające, że lepiej dla wszystkich stron będzie, jeśli zanieczyszczenia zostaną przetransferowane do krajów rozwijających się, ma charakter wartościujący. Jak w całej ekonomii dobrobytu, która stanowi normatywną część ekonomii, chodzi w nim o ocenę konkurencyjnych stanów świata. W tym konkretnym przypadku pierwszym stanem świata jest pozostawienie toksycznych odpadów w krajach wysokorozwiniętym, a drugim ich przetransferowanie do krajów rozwijających się. Skoro logika ekonomistów ma charakter wartościujący, to dlaczego miałaby przeważać nad wartościującą postawą laików? Odpowiedź ekonomistów jest prosta. Oceniając konkurencyjne stany świata, stosują oni bardzo ogólne kryterium, zgodnie z którym lepszy jest ten stan świata, w którym da się poprawić czyjeś położenie bez jednoczesnego pogarszania sytuacji kogoś innego. Kryterium to, zwane zasadą Pareta, od nazwiska wybitnego włoskiego matematyka i ekonomisty Vilfreda Pareto, nie przesądza, na czym owa poprawa czyjegoś położenia polega. W tej kwestii ekonomiści stoją na stanowisku, że spełnienie preferencji podmiotu jest równoznaczne z poprawą jego sytuacji życiowej. Nie rozstrzygając, o jakie preferencje chodzi ani w jakim stopniu powinny być one spełnione, ekonomiści mogą twierdzić, że określenie tego, co dla każdego człowieka oznacza dobrobyt, pozostawiają jemu samemu. Wydaje się więc, że chociaż ekonomia normatywna formułuje oceny poszczególnych stanów świata, to podstawy tych wartościowań są zlokalizowane nie w sądach ekonomistów, lecz w preferencjach podmiotów, które podejmują dane działania. Lepiej byłoby przenieść zanieczyszczenia z krajów wysokorozwiniętych do krajów rozwijających się, ale nie dlatego, że taka jest intuicja moralna ekonomisty sprzeczna z intuicją laika, lecz dlatego, iż takie działanie spowoduje zaspokojenie preferencji obu stron i poprawi ich położenie. Ekonomia normatywna okazuje się zatem zaskakująco podobna do ekonomii pozytywnej, w której ekonomiści mogą konstruować modele uwzględniające wartościujące postawy uczestników rynku, samemu przy tym nie wartościując. Czy aby na pewno?

 

Po pierwsze, jak pokazaliśmy na przykładzie dyskusji dotyczącej bezrobocia przymusowego, w ekonomii pozytywnej możemy mieć do czynienia z sądami wartościującymi. Po drugie, zastosowana przez Summersa logika ekonomiczna nie do końca przesuwa wartościowanie na stronę podmiotów, których zachowania są przez ekonomistów analizowane. Utożsamienie poprawy położenia podmiotów, czyli tego, co rozumiemy przez ich dobrobyt, ze spełnieniem ich preferencji samo jest wyborem wartościującym. Dlaczego o wzroście czyjegoś dobrobytu nie miałoby świadczyć jego zadowolenie z życia lub poczucie szczęścia? Jak piszemy w rozdziale Czy bogacąc się, będziemy szczęśliwsi?, większe dochody, pozwalające na spełnienie szerszego zakresu naszych preferencji, niekoniecznie przekładają się na wzrost poczucia szczęścia. A może, jak twierdzą ekonomiści behawioralni, skoro ludzie nie są doskonale racjonalni i systematycznie ulegają błędom poznawczym, więc to, co preferują, nie zawsze jest dla nich dobre. Warto się zatem zastanowić nad sformułowaniem listy uniwersalnych dóbr, takich jak zdrowie, godziwe dochody, możliwość przemieszczania się, wchodzenia w relacje z innymi ludźmi, zabawy itp., które są dla ludzi dobre bez względu na to, czy w danej sytuacji chcieliby je wybrać, czy też nie. Palenie tytoniu prawdopodobnie wpłynie negatywnie na moje zdrowie, nawet jeśli działanie, które podejmuję, jest zgodne z moimi aktualnymi preferencjami. Brytyjski filozof Derek Parfit (2012) uznał, że ten sposób określania, na czym polega ludzki dobrobyt, opiera się na tworzeniu swoistej listy dóbr obiektywnych.

Dlaczego ekonomiści wybierają spełnienie preferencji, nie zaś ludzkie szczęście lub listę dóbr obiektywnych jako podstawę określenia tego, co jest dla ludzi dobre (ich dobrobytu)? Przecież miałoby to zasadniczy wpływ na logikę rozumowania ekonomicznego. Nawet jeśli transfer zanieczyszczeń w danej chwili wydaje się korzystny dla obu stron, to ocenilibyśmy go negatywnie, gdyby dobrobyt był rozpatrywany z punktu widzenia zdrowia i szczęścia ludzi. Osobną kwestią jest wybór sposobu pomiaru dobrobytu. Porównywanie kosztów i korzyści mierzonych utraconymi przez ludzi zarobkami ma kolosalny wpływ na końcowe wnioski dotyczące transferu zanieczyszczeń[22]. Dlaczego ekonomiści opowiadają się jednak za powiązaniem dobrobytu ze spełnieniem preferencji podmiotów? Odpowiedź znajdziemy w jednej z najbardziej znanych ekonomicznych metafor, którą jest metafora niewidzialnej ręki rynku.

Niewidzialna ręka rynku

Sformułowana w dziełach Adama Smitha, do dziś dnia pozostaje wyrazem niemal magicznej siły rynku, która pozwala egoistycznie nastawionym jednostkom w jakiś niezwykły sposób działać na rzecz ogólnego dobra. Bardziej precyzyjnie ideę stojącą za niejasną metaforą niewidzialnej ręki wyraża tak zwane pierwsze twierdzenie ekonomii dobrobytu. Głosi ono, że każda gospodarka, w której istnieje konkurencja rynkowa, jest efektywna w rozumieniu Pareta. Oznacza to, że nie da się poprawić położenia żadnego z uczestników rynku bez pogorszenia sytuacji kogoś innego. Wybory rynkowe, podejmowane przez konsumentów i producentów w celu spełnienia ich preferencji, prowadzą do sytuacji najlepszej z możliwych, jeśli oceniamy ją z punktu widzenia kryterium efektywności Pareta. Skoro rynek umożliwia spełnianie preferencji podmiotów, a doskonała konkurencja zapewnia, że są one spełnione w najwyższym możliwym stopniu, to przyjęcie, iż dobrobyt jednostki polega właśnie na spełnianiu jej preferencji, stanowi doskonałe uzupełnienie tego obrazu. Wybory rynkowe ujawniają preferencje ludzi, a powiązanie preferencji z tym, co dobre dla człowieka, wiąże jednocześnie rynek z ich dobrobytem. Chyba nigdy znaczenie rynku dla dobrobytu ludzi nie było bardziej widoczne niż w trakcie pandemii COVID-19, gdy ustawiają się długie kolejki do sklepów, gdy w perspektywie jest globalny kryzys gospodarczy, a bezrobocie staje się realną i przerażającą wizją wielu ludzi. Nigdy też bardziej niż wówczas, gdy ludzie pozamykani są w domach na kwarantannie, nie odczuwamy, że gospodarka to jednak nie wszystko. Dostrzegamy, że wyjście do kina lub restauracji, które teraz są zamknięte, nie tylko zaspokajało nasze preferencje, ale było też okazją do spędzenia czasu z innymi ludźmi. Dawało nam szczęście, poprawiało nastrój i samopoczucie. Są to również pewne wymiary dobrobytu zwykle niedoceniane przez ekonomię neoklasyczną. Spośród różnych wizji dobrego życia ekonomiści wybierają koncepcję dobrobytu opartą na preferencjach, ponieważ szczególnie cenny jest dla nich rynek jako mechanizm zaspokajania preferencji. Rynek daje ludziom wolność angażowania się w transakcje, które uznają za korzystne dla siebie. Niektórzy ekonomiści wprost przyznają, że to właśnie wolność stanowi „moralne serce” ekonomii[23].

Połóż swoje karty na stół

Ekonomia jest nauką moralną po prostu dlatego, że ludzie są istotami moralnymi. Oceniają działania swoje i innych nie tylko z punktu widzenia ich skuteczności, ale i słuszności, dokonują wyborów życiowych na podstawie uznanego przez siebie systemu wartości. Ekonomia zaś jest nauką o ludziach, rozwijaną przez ludzi i dla ludzi. Z jednej strony więc ekonomiści, konstruując modele, muszą uwzględniać przekonania moralne podmiotów, których zachowanie modelują. Z drugiej, teorie ekonomiczne nie pozostają bez wpływu na kształtowanie postaw moralnych odbiorców. Najważniejsze jest jednak to, że charakter zarówno ekonomii pozytywnej, jak i ekonomii normatywnej jest do pewnego stopnia kształtowany przez zestaw przekonań moralnych ekonomistów, rozwijających te dziedziny.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?