Między dobrobytem a szczęściemTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

O źródłach wzajemnej niechęci

Starożytni Grecy, zanim zostali filozofami (to znaczy nieliczni z nich, których było na to stać), byli przede wszystkim żeglarzami i kupcami. I znaczna część z nich nie mieszkała w Grecji. Tales pochodził z Miletu (dzisiejsze wybrzeże Turcji), niedaleko Efezu, z którego wywodził się Heraklit. Pitagoras prawdopodobnie urodził się w Sydonie (dzisiejszy Liban), a zmarł w Metaponcie (dzisiejsze Włochy). Archimedes zaś pochodził z Syrakuz (Sycylia). Mieszkali bowiem tam, gdzie sięgała ekspansja greckich polis i gdzie zakładały one swoje handlowe kolonie, przede wszystkim w tak zwanym okresie klasycznym (480–323 p.n.e.). Poza umiejętnościami żeglarskimi tym, co odróżniało Greków od innych cywilizacji, była gospodarka oparta na wolnych przedsiębiorcach i prywatnej własności, z ograniczoną rolą władzy państwowej. Ta ostatnia skupiała się raczej na utrzymaniu równowagi gospodarczej i jej ochronie (prawo, rozstrzyganie sporów, ochrona praw własności). Podstawą gospodarki było gospodarstwo domowe (o którym pisał Arystoteles), ale obok niego coraz częściej wyspecjalizowane, odpersonalizowane przedsiębiorstwo zorientowane na osiąganie zysku (o którym spośród filozofów prawie nikt nie pisał). W roku 431 p.n.e. co czwarty mieszkaniec Aten nie posiadał ziemi – zajmował się rzemiosłem i handlem. Ta specyficzna organizacja zapewniła Grekom supremację w basenie Morza Śródziemnego na wiele stuleci (może z wyjątkiem uwielbianej przez filozofów Sparty, która podążała zupełnie inną, zmilitaryzowaną ścieżką rozwoju). Zagwarantowała też wolnym Grekom bogactwo, dzięki któremu filozofowie, żyjący z pracy innych, mogli sobie pozwolić na nieskrępowane filozofowanie. Pozostali jednak zadziwiająco impregnowani na dostrzeżenie źródeł sukcesu cywilizacyjnego, którego byli (i są) najbardziej spektakularnym przejawem. Pomimo wyodrębniania się już w starożytności pewnych dziedzin nauki (fizyka, metafizyka, etyka, przyrodoznawstwo, astronomia, matematyka, logika itp.) nie istniała niezależna, względnie spójna refleksja na temat rynku, gospodarowania i regularności zachodzących tamże. Bogactwo nie było traktowane samo w sobie jako godne pożądania. Zamiast niego pożądane było ewentualnie dążenie do szczęścia. Nawet kierunki tradycyjnie antropocentryczne (epikureizm, sofiści) podejrzliwie odnosili się do bogactwa i pieniędzy. Doświadczenie ewolucyjnych zmian (bez interwencji człowieka) w kierunku, który oceniano by jako dobry, było obce myślicielom starożytnym. Świat społeczny (podobnie jak i świat nieożywiony) postrzegany był albo jako stabilny, albo jako degenerujący się. Sokrates, Platon i Arystoteles – trzej najwybitniejsi filozofowie starożytnej Grecji – nie potrafili zrozumieć natury procesu rozkwitających powiązań handlowych zachodzących pomiędzy różnymi greckimi miastami. Platon stworzył organistyczną teorię państwa i społeczeństwa, dla której wzorem była handlowo zacofana Sparta. Egzystencja państwa stanowiła cel sam w sobie. Szczęście jednostek realizowano „przy okazji”. Kryterium moralności był interes państwa, a kontrolerami pozostawali jego urzędnicy. Klasy rządzące, filozofowie i strażnicy, żyć mieli zasadniczo w komunie gospodarczej. Własność prywatna była możliwa na poziomie klasy rzemieślników (ludzi zysku). Ich działalność jednak podporządkowano celom państwa. Obowiązywała zasada ścisłego podziału pracy i specjalizacji. Gospodarczo była to wspólnota rolnicza i produkcyjna – samowystarczalna (autarchia). Handel nie był do niczego potrzebny. Prawo miało zapobiegać wzrostowi bogactwa z handlu. Podróżowanie za granicę było możliwe tylko za zgodą Państwa i po ukończeniu 40. roku życia. Obowiązywał ścisły podział klasowy i stała cenzura dotycząca działalności intelektualnej (sic!). Arystoteles był nieco bardziej łaskawy. Raczył bowiem dostrzec istnienie handlu i pewnego jego znaczenia dla społeczeństwa. W istocie jednak pogardzał chrematystyką, sztuką zdobywania pieniędzy, do której zaliczał pracę najemną, lichwę i handel. Znamienny jest pod tym względem jego podział sposobów bogacenia się na: „naturalny”, który obejmuje gromadzenie rzeczy potrzebnych do życia (pasterstwo, polowanie, rolnictwo), „pośredni”, czyli handel wymienny, gdzie rzecz będąca przedmiotem wymiany wykorzystywana jest niezależnie od „właściwego sposobu użycia”, oraz „nienaturalny”, polegający na posługiwaniu się pieniędzmi jako środkiem wymiany dóbr. Zgodnie z tym podziałem, podobnie jak u Platona, ideałem był samowystarczalny ład – autarkos. Podobnie też porządek społeczny był ustanowiony – taxis, czyli stanowił rezultat celowej organizacji jednostkowych, zamierzonych działań. Jakakolwiek ewolucyjna spontaniczność tego porządku nie mieściła się w tych kategoriach (Hayek, 2004; de Soto, 2010).

Filozofowie ci, którzy do dzisiaj są symbolem i punktem odniesienia dla całej zachodniej cywilizacji i którzy narzucili swoją siatkę pojęciową oraz styl myślenia w nauce i filozofii na stulecia, zapoczątkowali jednocześnie opozycję intelektualistów w stosunku do wszystkiego, co miało związek z handlem, przemysłem czy zyskiem z działalności gospodarczej. „Antykapitalistyczna mentalność” humanistów i ludzi nauki staje się ich emblematem. Ale wraz z nią idzie antyegalitarystyczne przekonanie o elitarności określonych warstw społecznych oraz obawa przed nadmierną wolnością polityczną, której pogardzane masy z pewnością nie będą w stanie racjonalnie wykorzystać. Te idee nie umarły i dawały o sobie znać w różnych okresach historycznych w różnym natężeniu. Tak skonstruowana jest filozofia państwa Tomasza z Akwinu czy też filozofia niemieckich romantyków, a w szczególności Hegla. Tą drogą podążył również Karol Marks, który co prawda nie gardził robotniczymi masami, ale także nie widział szansy na społeczne porozumienie, upatrując wszędzie konfliktów i przewidując nieuchronną dyktaturę jednej klasy społecznej nad drugą. Współcześnie ideami tymi podszyty jest egzystencjalizm, zwłaszcza w wydaniu komunizującego Jeana-Paula Sartre’a, czy postmodernizm z antykonsumpcjonizmem Zygmunta Baumana na czele.

O próbach przezwyciężenia wzajemnej niechęci

Ekonomię także tworzą filozofowie. Choć pierwsi poważni myśliciele o gospodarce, merkantyliści, byli raczej kupcami lub ze środowiska tego się wywodzili, to pierwsi ekonomiści byli niewątpliwie filozofami. Adam Smith oprócz rozważań o bogactwie narodów pisał o uczuciach moralnych, John Stuart Mill był przede wszystkim filozofem społecznym, logikiem i etykiem. Friedrich August von Hayek, noblista z dziedziny ekonomii, pisał, że ekonomista posługujący się wyłącznie swoją techniczną wiedzą, bez historycznego i filozoficznego ugruntowania, będzie zmorą ludzkości (Hayek, 2004). To jednak nieco inni filozofowie w porównaniu z tymi opisywanymi powyżej. Łączy ich kilka cech, które współgrają z owymi burżuazyjnymi cnotami. Biorąc człowieka takim, jakim jest (albo wydawał im się być), ze wszystkimi przywarami: chciwością, pragnieniem sławy i stadnymi instynktami, chcą przede wszystkim, wedle ograniczonych zasobów, uczynić go bogatszym, a przez to nieco szczęśliwszym, szukając i błądząc jak kupcy, sprawdzając, co działa, a co nie. Kupiec, który obrazi się na swojego klienta niechętnego do kupowania jego towaru, albo który, co gorsza, będzie próbował klientów owych edukować podług własnego systemu wartości i wizji świata, rychło zbankrutuje, otwierając ścieżkę do rozwoju tych przedsiębiorstw, które starają się po prostu dostarczyć ludziom tego, czego chcą i potrzebują. Dla kupca dobry jest każdy klient, który płaci za jego towary, bez względu na jego narodowość, kolor skóry czy przynależność klasową. Podobnie jak dla „doczesnych filozofów”[5], ekonomistów. Jeśli zaś interesy ludzi pozostają w jakimś pozornym lub faktycznym konflikcie, to zastanawiają się, jak je pogodzić bądź rozstrzygnąć przy jak najmniejszych kosztach.

Ekonomia poszukująca dobrobytu dla jak największej liczby ludzi jest ufundowana na wątpliwościach dotyczących proponowanych rozwiązań i na nieustannych kompromisach między rozbieżnymi interesami ludzi. I choć tak jak McCloskey jesteśmy przekonani, że kluczem do dotychczasowego dobrobytu, który już udało się ludzkości osiągnąć, są określone, kupieckie wzorce myślenia i cnoty, to i w tym zakresie pewności mieć nie możemy i owymi wątpliwościami dzielimy się w kolejnych esejach.

1.2. Czego dotyczy ekonomia?

Spór o przedmiot ekonomii

Jak pisaliśmy w poprzednim rozdziale, „wielkie polepszenie”, czyli bezprecedensowy wzrost bogactwa wciąż rosnącej liczby ludności świata, zostało zapoczątkowane w XVII wieku w Holandii, a swoją kontynuację miało w XVIII wieku w Anglii. Rozwijająca się gospodarka stanowiła inspirację do szukania odpowiedzi na pytania o przyczyny tego rozwoju, o to, jakie warunki są niezbędne, by kraj się bogacił, jakie reformy należy wprowadzić, aby osiągnąć sukces gospodarczy. Nieprzypadkowo więc pierwszy systematyczny traktat, dający podstawy do wyodrębnienia nowej dziedziny wiedzy nazywanej współcześnie ekonomią, nosi tytuł Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów (1776) – dzieło autorstwa Adama Smitha, profesora filozofii moralnej z Glasgow. Nie oznacza to oczywiście, że wcześniej dyskusje na tematy gospodarcze nie były prowadzone. Praca Smitha czerpała obficie z dorobku fizjokratów, którzy źródeł bogactwa upatrywali w rolnictwie, i stanowiła krytykę przekonań merkantylistów, uznających, że kraj może się bogacić wyłącznie kosztem innych narodów. Jednak za sprawą Smitha na przełomie XVIII i XIX wieku najpierw w Anglii i Szkocji, a następnie w innych krajach europejskich dyskusje na tematy gospodarcze zaczęły nabierać coraz bardziej systematycznej formy i były prowadzone pod wspólnym szyldem początkowo „ekonomii politycznej”, a od końca XIX wieku „ekonomii”. Proces ten dobrze ilustruje względna częstość występowania słów „gospodarka” (economy), „ekonomia polityczna” (political economy) oraz „ekonomia” (economics) w książkach anglojęzycznych z ostatnich 200 lat (zob. wykres 1).

 

Wykres 1: Jak często w publikacjach anglojęzycznych występują słowa: „gospodarka”, „ekonomia polityczna”, „ekonomia”?

Źródło: Google Ngram.

Jeśli przyjąć, że względna częstość użycia określonych słów w publikacjach świadczy o zainteresowaniu danym zagadnieniem, to z pełnym przekonaniem można stwierdzić, iż zainteresowanie gospodarką w całym badanym okresie istotnie przewyższa zainteresowanie ekonomią. Wyjątkiem wydają się lata 30. XX wieku, kiedy prawie równie często pisano o ekonomii, co o gospodarce. Wykres ten pokazuje również, jak w początkach XX wieku określenie „ekonomia polityczna” straciło na znaczeniu, a zainicjowaną przez Smitha dziedzinę wiedzy powszechnie zaczęto określać mianem ekonomii.

Ekonomia nauką o bogactwie

Dlaczego Smith i pozostali ekonomiści klasyczni określali swoją dziedzinę badań jako „ekonomię polityczną”? Odpowiedź na to pytanie jest prosta: termin „ekonomia” był już zajęty. Użyty po raz pierwszy przez greckiego filozofa Ksenofonta (IV w. p.n.e.), oznaczał zarządzanie domem, czyli sprawne gospodarowanie w obrębie rodziny. Określając swoją dziedzinę mianem ekonomii politycznej, Smith chciał podkreślić, że jej przedmiotem badawczym jest bogactwo narodu, a nie pojedynczego człowieka. Na czym polega owo bogactwo? Jak je osiągnąć? W jaki sposób dobrze rządzić państwem? – to były podstawowe pytania ekonomii politycznej czasów Smitha. „Wielkim zadaniem ekonomii politycznej każdego kraju – pisał on – jest zwiększyć jego bogactwo i potęgę” (2007, t. II, s. 5). W jaki sposób ma się to wielkie zadanie do działań indywidualnych ludzi? Zdaniem Smitha podział pracy, gromadzenie kapitału przez przedsiębiorców, który następnie jest produktywnie inwestowany, oraz wzajemnie korzystna wymiana rynkowa tworzą podstawy bogactwa narodowego. Analizą takich właśnie działań ludzi zajmuje się ekonomia polityczna. Jeszcze dobitniej wyraził to kontynuator myśli Smitha, wybitny logik, etyk i ekonomista John Stuart Mill, stwierdzając, iż ekonomia polityczna zajmuje się tylko „takimi zjawiskami społecznymi, jakie zachodzą wskutek tego, że się szuka bogactwa. Ekonomia polityczna abstrahuje całkowicie od wszelkich innych ludzkich uczuć czy motywów (...)” (Mill, 1962, s. 634).

Mill nie wątpił, że ludzie są motywowani do działania na wiele różnych sposobów. Rodzice opiekują się dziećmi z miłości. Przyjaciele pomagają sobie bezinteresownie. Człowiek chory z nienawiści doprowadza się do finansowej ruiny, byle tylko wyrządzić krzywdę tym, których uznał za wrogów. Bez wątpienia życie jest o wiele bogatsze niż to widziane z perspektywy ekonomicznej. Jeśli jednak chcemy coś konkretnego powiedzieć na temat gospodarki, wyciągnąć wnioski co do jej funkcjonowania, sformułować przewidywania, to musimy radykalnie uprościć ten obraz. Gdy przyjmiemy, że w sferze gospodarczej ludzie kierują się głównie motywem dążenia do bogactwa, to ich działania staną się zrozumiałe i przewidywalne. Wizję człowieka zaprzątniętego wyłącznie zdobywaniem bogactwa komentatorzy określili później mianem „człowieka ekonomicznego”, czyli homo oeconomicus. Warto jednak podkreślić, że nie jest tak, iż dla ekonomisty każdy człowiek w każdej chwili w swoich działaniach motywowany jest dążeniem do zwiększania bogactwa. Raczej, o ile angażuje się w działalność gospodarczą, produkując, sprzedając bądź kupując jakieś dobra lub świadcząc usługi, o tyle jego działanie może być interpretowane jako kierowane tym właśnie dominującym motywem dążenia do bogactwa.

Występowanie u ludzi tendencji do zwiększania bogactwa stanowi dla Milla fundamentalne prawo ekonomii. Poza nim istnieje kilka oczywistych praw ekonomicznych, takich jak to, że każde kolejne zwiększanie nakładów pracy bądź kolejna inwestycja w jednostkę nawozów na tym samym kawałku ziemi będzie przynosić coraz mniejszy efekt w postaci zwiększenia plonów (prawo malejących przychodów), czy prawo głoszące, iż liczba ludności zwiększa się szybciej niż produkcja żywności (prawo ludnościowe pastora Thomasa Malthusa). Zwiększanie bogactwa narodowego zależy od takich właśnie praw, a rolą ekonomisty jest je rozpoznać i wyciągnąć logiczne wnioski, które następnie przełożą się na właściwą politykę gospodarczą państwa.

Dwa fakty dotyczące ekonomii w tym początkowym okresie jej rozwoju są niezaprzeczalne. Ekonomia była nauką o bogactwie widzianym przede wszystkim w perspektywie społecznej, czyli bogactwie narodów. Pomnażanie bogactwa było możliwe i przewidywalne, ponieważ ludzkie działania w sferze gospodarczej podlegają pewnym prawom naukowym rozpoznawanym przez ekonomistę. Ekonomia była także nauką empiryczną. W pracy Smitha znajdziemy na przykład przegląd stóp procentowych w Anglii, we Francji i w Holandii, zmian zachodzących w płacach robotników, w cenach złota i srebra oraz pszenicy na przestrzeni czterech stuleci. Również Mill postrzegał swoje analizy jako zakorzenione w rzeczywistości empirycznej. Choć stosował głównie metodę dedukcyjną, polegającą na wyciąganiu wniosków z przyjętych uprzednio założeń, to punkt wyjścia ekonomii, którym była introspekcyjna wiedza na temat motywów własnego działania, miał – jego zdaniem – charakter empiryczny.

Od nauki o bogactwie do nauki o człowieku

Końcówka XIX wieku przyniosła rewolucyjne poglądy sformułowane przez trzech wielkich ekonomistów: angielskiego logika i ekonomistę Williama Stanleya Jevonsa, twórcę austriackiej szkoły ekonomii Carla Mengera oraz francuskiego ekonomistę Léona Walrasa. Uznali oni, że ceny dóbr i usług zależą nie od kosztów produkcji (jak twierdzili Smith, Mill oraz inni klasycy), lecz od korzyści (użyteczności), jakie przynoszą one konsumentom. Nie dlatego perła jest cenna, że ktoś poświęcił na jej wyłowienie kilka godzin (włożył w to pracę), ale ponieważ jest ona ceniona przez konsumentów (użyteczna dla nich), poławiacz pereł ma motywację, aby ją dostarczyć, a praca, którą w to działanie wkłada, staje się wartościowa (Landreth i Colander, 2005, s. 240). To przesunięcie akcentów z kosztów produkcji na satysfakcję z konsumpcji dóbr i usług w określeniu ich wartości rynkowej stanowi również zwrot w sposobie myślenia o przedmiocie ekonomii. Doskonale dał temu wyraz Alfred Marshall, brytyjski ekonomista, który połączył owe rewolucyjne poglądy marginalistów z analizami szkoły klasycznej, tworząc podwaliny ekonomii neoklasycznej. Dla Marshalla „[e]konomia polityczna lub ekonomika jest badaniem rodzaju ludzkiego w jego codziennym życiu gospodarczym; bada ona tę stronę działalności indywidualnej i społecznej, która najściślej jest związana z osiąganiem i użytkowaniem rzeczy materialnych, niezbędnych do dobrobytu. Tak więc z jednej strony jest ekonomika nauką o bogactwie, z drugiej zaś, i to bardziej ważne, stanowi część nauki o człowieku” (Marshall, 1925b, s. 1).

Ekonomia przestaje więc być tylko i wyłącznie nauką o bogactwie, a zaczyna być postrzegana jako nauka o człowieku. Zakres jej zainteresowań wyznaczają działania ludzi w obszarze gospodarczym. Działania, które dotyczą rzeczy materialnych, uznawanych za niezbędne do osiągania dobrobytu. Po raz pierwszy w historii ekonomii w tak wyraźny sposób w centrum zainteresowania ekonomistów zostaje postawiony ludzki dobrobyt. Jeśli kupujemy nowy samochód, to nie robimy tego po to, aby naród się bogacił, lecz po to, by czerpać z tego zakupu satysfakcję, aby nasze życie stało się lepsze. Zdaniem Marshalla zrozumienie zależności ekonomicznych powinno dawać podstawę do działania, które przyczyni się do wzrostu dobrobytu i umożliwi wyrugowanie biedy.

Marshallowi zawdzięczamy również odejście od stosowania nazwy „ekonomia polityczna” na rzecz terminu „ekonomia”. Podkreślano w ten sposób, że ekonomia (economics, w polskim tłumaczeniu pracy Marshalla „ekonomika”) podobnie jak fizyka (physics) staje się coraz bardziej dojrzałą nauką, generującą specjalistyczną wiedzę[6]. Chciano też pozostawić poza zakresem ekonomii wszelkie przekonania ideologiczne, wartościujące, które wiązano z wymiarem politycznym. Ta obawa przed „zanieczyszczeniem” ekonomii ideologią, polityką lub etyką leżała u podstaw skłonności do zawężania przedmiotu ekonomii w kolejnych okresach jej rozwoju.

Ekonomia nauką o działaniach w warunkach ograniczonych środków i nieograniczonych pragnień

Największy wpływ na współczesnych ekonomistów wywarło określenie zaproponowane przez brytyjskiego ekonomistę Lionela Robbinsa. Stwierdził on mianowicie, że „[e]konomia jest nauką badającą ludzkie zachowania jako stosunek pomiędzy [daną hierarchią] celów a rzadkimi środkami, które mogą zostać użyte na różne sposoby” (Robbins, 1945, s. 16).

Każdy z nas chciał kiedyś kupić coś, na co nie było go stać. Może był to najnowszy smartfon, supermocny komputer do gier, luksusowa limuzyna lub apartament nad morzem. Ludzkie pragnienia i chęć posiadania nie znają granic. Niestety zasoby, które możemy wykorzystać na realizację tych pragnień, są ograniczone. Jeśli przeznaczę swoje roczne dochody na zakup wymarzonego samochodu, to nie będę miał za co kupić jedzenia, ubrania ani opłacić czynszu za mieszkanie. Co zatem mi pozostaje? Muszę uporządkować swoje cele według hierarchii ważności, a następnie zrealizować tylko te, które przy moich zasobach są osiągalne. Podobne działania podejmują przedsiębiorcy, decydując, w jakie przedsięwzięcia zainwestować swoje środki. Ekonomia, zdaniem Robbinsa, bada zachowania ludzi w warunkach ograniczoności środków do realizacji potencjalnie nieograniczonej palety celów. Gdybyśmy żyli w świecie powszechnej obfitości wszystkiego, tak że każdy człowiek mógłby zrealizować wszystkie swoje pragnienia, ekonomiści nie mieliby się czym zajmować. Dopóki jednak musimy dokonywać wyborów, bo zmuszają nas do tego ograniczone środki, którymi dysponujemy, ekonomia ma sens.

Zdefiniowanie ekonomii jako nauki o wyborach dokonywanych w warunkach niedoboru środków do realizacji celów ma swoje konsekwencje, jeśli chodzi o zadania ekonomistów oraz sposób analizy ludzkich działań. Głównym zadaniem ekonomii staje się rozwiązanie tak zwanego problemu optymalizacji, czyli udzielenie odpowiedzi na pytanie, jak w najlepszy, najbardziej efektywny sposób zrealizować wyznaczone cele przy danych zasobach. Zwykle uznają oni, że najlepszym do tego narzędziem jest wymiana rynkowa. Dzięki temu zróżnicowana oferta przedsiębiorców spotyka się z zapotrzebowaniem zgłaszanym przez konsumentów. Ostatecznie każdy może wybrać produkt lub usługę, na którą w danej chwili go stać.

Skąd jednak ekonomiści mają wiedzieć, czego chcą poszczególni ludzie? Przyjmują, że dokonywane przez ludzi wybory rynkowe mówią nam coś o ich preferencjach. Uznają dalej, że ludzie generalnie są zdolni do uporządkowania swych preferencji od najmniej do najbardziej istotnych i rzeczywiście to robią. W konsekwencji stwierdzają, że spełnianie preferencji czy zaspokajanie będących ich podstawą pragnień jest dla człowieka dobre. Postępowanie zaś, które opiera się na uporządkowanym zbiorze preferencji, jest działaniem racjonalnym. Dobrobyt i racjonalność zostają zatem powiązane z preferencjami ludzi, a w dalszej kolejności z wyborami rynkowymi, jakich dokonują. Czy ludzie są racjonalni tylko wówczas, gdy angażują się w transakcje handlowe?

Ekonomia nauką o wyborach racjonalnych

Skupienie się ekonomistów na podejmowanych przez ludzi racjonalnych wyborach pozwoliło rozszerzyć zakres badań ekonomicznych na obszary zajmowane zwykle przez socjologię, psychologię lub prawo. Dlaczego na przykład przestępca decyduje się popełnić zbrodnię? Odpowiedź ekonomisty, której udzielił Gary S. Becker, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 1992 roku, brzmi: bo kalkuluje, co mu się bardziej opłaca. Przestępca, tak jak przedsiębiorca czy konsument, stara się zrealizować swoje preferencje, wykorzystując w tym celu dostępne środki. Co zatem zrobić, aby zmniejszyć przestępczość? Ekonomiczna recepta jest prosta: zwiększyć kary lub prawdopodobieństwo ukarania przestępców, czyli podnieść koszty popełniania przestępstw. Innym przykładem jest zainicjowana przez Beckera ekonomiczna teoria rodziny. Decyzje o wejściu w związek małżeński lub liczbie posiadanych dzieci, traktowanych jako dobra trwałego użytku (do tej kategorii ekonomiści zaliczają na przykład samochód i sprzęt AGD), są wyjaśniane ich opłacalnością. Jeśli ktoś zakłada rodzinę, to po prostu oznacza, że bardziej mu się opłaca dzielić z drugą osobą obowiązki dotyczące wychowania dzieci. Całkiem podobnie wiele par na przykład kalkuluje, że łatwiej im będzie kupić mieszkanie, jeśli razem wezmą kredyt hipoteczny (Becker, 1990). Szerzej temat ten podejmiemy w rozdziale Kto powinien sprzątać w domu, czyli imperializm ekonomiczny. Tutaj zauważmy jedynie, że w ujęciu Beckera tym, co charakterystyczne dla ekonomii, przestaje być jej przedmiot, czyli codzienne życie gospodarcze ludzi, a staje się nim specyficzne ekonomiczne podejście, polegające na dążeniu do ekonomizowania działań. Podejście to można zastosować do każdego działania, pytając, co się komuś bardziej opłaca, jakie środki może wykorzystać, co traci, dokonując tego, a nie innego wyboru. Czy jednak istotą ekonomii rzeczywiście jest wyłącznie postawa polegająca na ekonomizowaniu działań?

 

Ekonomia nauką o wzajemnie korzystnej wymianie

Przekonanie Robbinsa, że ekonomia jest nauką o racjonalnych wyborach, z którego to przekonania Becker wyprowadził tak radykalne wnioski, mimo swej popularności wśród ekonomistów spotkało się także z krytyką. Zarzuca się mu między innymi, że prowadzi do kontrowersyjnej, sprzecznej z liberalną tradycją wizji społeczeństwa i rynku. Nie tylko bowiem indywidualne wybory powinny być racjonalne, powinny być takie również wybory dokonane przez grupę ludzi. Za udowodnienie, że istnieje konflikt między racjonalnością indywidualną i społeczną, amerykański ekonomista Kenneth Arrow otrzymał w 1972 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Konflikt ten daje się przezwyciężyć, gdy myślimy o społeczeństwie w podobny sposób jak o pojedynczej osobie. Ludzie mają preferencje indywidualne, a społeczeństwo jako całość posiada preferencje społeczne; ludzie podejmują racjonalne decyzje, a społeczeństwo poprzez swoich przedstawicieli też realizuje najbardziej preferowane wybory, na które je stać. Postrzeganie racjonalności społecznej na wzór racjonalności indywidualnej prowadzi jednak do wniosku, że o wyborach społecznych decyduje jakiś podmiot, który wie, co jest dobre dla obywateli, i ma odpowiednie narzędzia, aby swój wybór zrealizować. Angielski ekonomista Robert Sugden (2019) twierdzi wręcz, że ekonomiści neoklasyczni, formułując zalecenia w zakresie polityki gospodarczej, robią to tak, jak gdyby doradzali jakiemuś „dobroczynnemu despocie”. Do tej kwestii powrócimy w rozdziale, w którym poszukamy odpowiedzi na pytanie, czy państwo ma prawo „szturchać” obywateli.

Podkreślanie, że domeną ekonomii są racjonalne wybory, nasuwa również osobliwą wizję wymiany rynkowej. Jest ona traktowana jako narzędzie realizacji preferencji. Jeśli chcę jeździć nowym samochodem, mogę go kupić za cenę, za jaką inna osoba jest chętna go sprzedać, i tak osiągnięty zostanie stan optymalnego spełnienia naszych preferencji. W ten sposób także zasoby potrzebne do wyprodukowania określonych dóbr trafią tam, gdzie mogą być najbardziej przydatne. Przy znanych preferencjach konsumentów i producentów wyliczenie ceny, za jaką towary znajdą swoich nabywców, staje się problemem czysto matematycznym, który rozwiązują ekonomiści. Część ekonomistów uważa jednak, że tym, co najważniejsze w wymianie rynkowej, nie jest fakt, iż prowadzi ona do osiągnięcia końcowego stanu optymalnej alokacji rzadkich zasobów. Tym, co najistotniejsze, jest to, że rynek stanowi instytucję umożliwiającą udział w procesie wzajemnie korzystnej wymiany. Ludzie, którzy na co dzień się nie znają, którzy mają odmienne poglądy polityczne, systemy wartości, żyją w różnych miejscach świata i mówią różnymi językami, poprzez wymianę rynkową są w stanie osiągać wzajemne korzyści. Człowiek głęboko religijny może w księgarni kupić Biblię wyprodukowaną przez ateistę i każdy z nich będzie z tej wymiany zadowolony. Zgodnie z tradycją liberalną, którą Sugden wiąże z poglądami Davida Hume’a, Adama Smitha, Johna Stuarta Milla, Friedricha Augusta von Hayeka oraz Jamesa Buchanana, społeczeństwo jest wspólnotą ludzi odnoszących wzajemne korzyści (community of advantage), a rynek to instytucja umożliwiająca udział we wzajemnie korzystnej wymianie. Sam proces wymiany rynkowej, w której ludzie odpowiedzialnie uczestniczą, jest zatem szczególnie interesujący dla ekonomistów, a nie warunki osiągania stanu końcowego, gdy wymiana została już dokonana.

Ekonomia jest tym, czym zajmują się ekonomiści

Skoro nie ma zgody co do tego, czym jest ekonomia, to może rację ma amerykański ekonomista Jacob Viner, który miał stwierdzić, że ekonomia jest po prostu tym, czym zajmują się ekonomiści. Na czym więc koncentrują się w swoich badaniach współcześni ekonomiści? Można się o tym przekonać, analizując udział publikacji z poszczególnych dziedzin ekonomii we wszystkich pracach, które ukazały się w czołowych czasopismach ekonomicznych. Badania obejmujące ponad 130 tysięcy artykułów opublikowanych w 80 czasopismach ekonomicznych w latach 1980–2015 dowodzą, że najbardziej popularne wśród ekonomistów są badania z zakresu mikroekonomii. Koncentrują się one wokół działalności gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, a także funkcjonowania poszczególnych rynków dóbr i usług oraz czynników produkcji (ziemi, pracy, kapitału). Na drugim miejscu uplasowała się niejednorodna kategoria „pozostałe badania”, w skład której wchodzą prace z zakresu historii ekonomii, ekonomii środowiskowej, ekonomii eksperymentalnej, prawa i ekonomii, a także ekonomii politycznej i ekonomii miasta. Dopiero trzecie miejsce pod względem popularności zajmują badania na temat czynników determinujących dochód narodowy, określane mianem makroekonomii. Na dalszych pozycjach znajdują się prace dotyczące ekonometrii, finansów publicznych, ekonomii pracy, ekonomii międzynarodowej, teorii organizacji przemysłowej, ekonomii rozwoju (Angrist et al., 2017).

Istotne zróżnicowanie widać nie tylko w obszarach badawczych preferowanych przez ekonomistów, lecz również w metodach przez nich stosowanych. Według danych przekrojowych opartych na przeglądzie publikacji naukowych z lat 1950–2000 eksperymenty w ekonomii stanowią 6% ogółu badań, podobnie jak czysto teoretyczne badania oparte na analizach tekstów. Dominują zaś analizy danych zastanych (45%) oraz badania sondażowe (39%) (Sagan, 2016, s. 112). Więcej o metodzie ekonomii oraz wykorzystaniu podejścia eksperymentalnego powiemy w rozdziałach trzeciej części książki. W tym miejscu zauważmy jedynie, że specjalizacja w zakresie prowadzonych badań oraz stosowanie specyficznie ekonomicznego podejścia świadczą o dojrzałości metodologicznej i profesjonalizowaniu się tej dyscypliny. Spory wokół przedmiotu ekonomii uświadamiają nam natomiast, że w centrum zainteresowania tej nauki stoi człowiek i jego pragnienie, by wieść lepsze życie.