Między dobrobytem a szczęściemTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Wstęp

CZĘŚĆ PIERWSZA. O FILOZOFII I EKONOMII

1.1. Kupcy i filozofowie

1.2. Czego dotyczy ekonomia? Spór o przedmiot ekonomii

1.3. Dlaczego ekonomiści nie mogą przewidzieć kryzysów gospodarczych?

CZĘŚĆ DRUGA. O EKONOMII I ETYCE

2.1. Dlaczego ekonomia jest nauką moralną?

2.2. Czy ważniejsza jest wielkość bochenka czy sposób jego podziału?

2.3. Czy bogacąc się, będziemy szczęśliwsi?

2.4. Czy powinniśmy otworzyć granice dla imigrantów zarobkowych?

2.5. Czy państwo ma prawo „szturchać” obywateli?

CZĘŚĆ TRZECIA. O METODZIE EKONOMII

3.1. Jak myślą ekonomiści, czyli o metodzie ekonomii w ogólności

3.2. Modele, czyli opowieści ekonomistów

3.3. Dlaczego przystojni mężczyźni okazują się zwykle niezbyt mądrzy, czyli o niuansach przyczynowości w ekonomii

3.4. Trzy staje i pół tuzina łokci produktu krajowego brutto, czyli o średniowiecznych miarach we współczesnej ekonomii

3.5. Czy ekonomia jest nauką eksperymentalną?

CZĘŚĆ CZWARTA. EKONOMIA A INNE DZIEDZINY WIEDZY

4.1. Kto powinien sprzątać w domu, czyli imperializm ekonomiczny

4.2. Czy protestanci zarabiają więcej? O związkach ekonomii z socjologią i demografią

4.3. O (nie)racjonalności w ekonomii, czyli o związkach z psychologią poznawczą i teorią ewolucji

Zamiast zakończenia

Bibliografia

Źródła internetowe

Przypisy

© Copyright by Marcin Gorazda, Tomasz Kwarciński

& Copernicus Center Press, 2020

Recenzja wydawnicza

dr hab. Łukasz Hardt, prof. UW

Adiustacja i korekta

Mirosław Ruszkiewicz

Projekt okładki i stron tytułowych

Michał Duława

Ilustracje

Katarzyna Kwarcińska

Skład

MELES-DESIGN

Publikacja dofinansowana przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie

ISBN 978-83-7886-534-6

Wydanie I

Kraków 2020

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel. (+48) 12 448 14 12, 500 839 467

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Jak każda poważna dyscyplina, ekonomia wymaga refleksji nad swoimi celami, strukturą, metodologią, skutkami, do których prowadzi, oraz wkładem, który wnosi w ludzkie życie.

Daniel M. Hausman

Wstęp

„Trzeba rozdać pieniądze ubogim, to najlepszy sposób walki z biedą”. Co takiego? To przecież jakiś absurd! Prawdopodobnie dla większości z nas pomysł, by tak po prostu wyjść na ulicę i wręczyć gotówkę na przykład bezdomnym, jest nie do przyjęcia. Tak wiele razy słyszeliśmy, że ludziom potrzebującym należy dawać wędkę, a nie rybę. Trzeba nauczyć ich, w jaki sposób samodzielnie mogą zarobić pieniądze, a nie wyręczać, wciskając do ręki gotówkę. Czy nasze intuicje na pewno są trafne? W 2009 roku w Londynie grupa badaczy przeprowadziła intrygujący eksperyment społeczny. Trzynastu bezdomnym dano po 3000 funtów bez wskazywania im konkretnego celu, na który mają je wydać. Musieli jedynie odpowiedzieć na pytanie: „Co twoim zdaniem jest dla ciebie dobre?”. Po upływie roku jedenastu z nich miało już gdzie mieszkać, niektórzy podjęli edukację, nauczyli się gotować, starali się pokonać uzależnienia. Redaktorzy „The Economist” (2010) stwierdzili wręcz, że „najbardziej efektywnym sposobem wydatkowania pieniędzy na rzecz bezdomnych może być wręczenie im gotówki”. Czy można zastosować tę strategię walki z biedą na szerszą skalę, na przykład w całym kraju? Czy działania takie miałyby szansę powodzenia nie tylko w Londynie, ale również w Warszawie, Nowej Hucie lub Ptaszkowej? Trzeba sobie uczciwie powiedzieć – nie wiadomo. Z pewnością jeden lub nawet kilka udanych eksperymentów to za mało, aby pozytywnie odpowiedzieć na to pytanie. A co, jeśli różni ekonomiści na podstawie swoich badań dojdą do przeciwstawnych wniosków? Co, jeśli jedni stwierdzą, że należy rozdać pieniądze ubogim, a drudzy będą dowodzić, że w żadnym razie nie wolno tego robić? W jaki sposób zdecydować, kto właściwie ma rację?

Dzięki badaniom, eksperymentom i analizom ekonomicznym niejednokrotnie jesteśmy w stanie podać w wątpliwość nasze, czasem bardzo mocno ugruntowane, intuicje (jak ta, że nigdy nie należy dawać pieniędzy ubogim). Ekonomiści jak wszyscy naukowcy zadają odważne pytania, stawiają śmiałe hipotezy, a następnie starają się konfrontować je z rzeczywistością. Wnioski, do których dochodzą, są jednak tak dobre, jak dobre są stosowane przez nich metody badawcze i sposoby rozumowania. Na tych właśnie aspektach pracy ekonomistów, czyli wykorzystywanych przez nich metodach i rozumowaniach, koncentrują swoją uwagę filozofowie ekonomii. W szczególności badają charakter ekonomicznych rozumowań, przyjmowane świadomie lub przemycane przy okazji założenia budowanych przez ekonomistów teorii i modeli. Zastanawiają się nad stopniem pewności wniosków, do których dochodzą, oraz nad zakresem stosowalności proponowanych przez nich rozwiązań. O tym wszystkim właśnie staramy się pisać w naszej książce. Między dobrobytem a szczęściem. Eseje z filozofii ekonomii ma być intrygującym wprowadzeniem w świat filozoficznych dyskusji, czasem wręcz sporów nad ekonomią. Tytuł zdradza podstawowe przeświadczenia, które podzielamy, a mianowicie, że rozwój badań ekonomicznych ma ostatecznie na celu przyczynienie się do dobrobytu ludzi i społeczności, że istotnym aspektem tego dobrobytu jest jakoś rozumiane przez ludzi szczęście. Wreszcie, że do osiągnięcia tego celu przyczynić się może spojrzenie na działania ekonomistów nieco z dystansu, tak jak mają w zwyczaju to robić filozofowie. To przeświadczenie jest kolejnym, które chyba idzie w poprzek powszechnym intuicjom. Ekonomiści jawią się bowiem często jako kwestorzy, których głównym zadaniem jest obcinanie wydatków i tonowanie fantastycznych pomysłów społecznych polityków, na które rzekomo nigdy nie wystarcza pieniędzy. My jednak wierzymy, że niezależnie od ich różnic światopoglądowych oraz stosowanych metod wszyscy oni, lub prawie wszyscy, od Karola Marksa do Miltona Friedmana, mieli przed sobą cel, jakim był jakoś rozumiany przez nich dobrobyt ludzi. Tym też chyba różni się ekonomia od innych nauk, zwłaszcza nauk ścisłych. Heliocentryczna koncepcja Kopernika nazywana jest rewolucją naukową i niewątpliwie zawładnęła duszami ludzi oraz przebudowała fundamentalnie nasze wyobrażenie świata. Jej wpływ na codzienne życie przeciętnego mieszkańca Ziemi wydaje się jednak cokolwiek umiarkowany. Decyzje zaś polityczno-ekonomiczne, a jeszcze bardziej ich brak, określają nasze codzienne sprawy. Czy stać nas będzie na wakacje w tym roku? Czy dostaniemy kredyt na mieszkanie? Czy nie stracimy pracy? Przypudrowane rządową propagandą, trudno zidentyfikować te czynniki, które faktycznie zadecydowały o tym, że żyje nam się lepiej lub gorzej. Mamy nadzieję, że nasze eseje, choć nie dają wprost odpowiedzi na te pytania, pomogą krytycznie podejść do wypowiedzi publicznych polityków i ekonomistów i ujawnią nieco mechanizmów tej podziemnej rzeki, która niezauważalnie kształtuje nasze życie materialne.

Ekonomia i filozofia w przykładach

Zaczynamy od przedstawienia, w jaki sposób splatały się drogi filozofii i ekonomii. Czy handel ciekawił starożytnych mędrców i filozofów? Czym właściwie zajmują się ekonomiści? Dlaczego nie przewidzieli kryzysu, który zdewastował światową gospodarkę w początkach XXI wieku? Na te pytania próbujemy odpowiedzieć w pierwszej części książki zatytułowanej O filozofii i ekonomii.

 

Jednym z kluczowych założeń, które wciąż budzi kontrowersje wśród części ekonomistów, jest przekonanie, że teorie ekonomiczne nie tylko opisują i wyjaśniają rzeczywistość, lecz u ich podstaw leżą również określone założenia etyczne, sądy wartościujące. Ekonomista, który bada zależność długu publicznego oraz wzrostu gospodarczego, zakłada z jakichś powodów, że ten drugi jest dobry, zakłada, że bogatsi ludzie będą szczęśliwsi, bo wykorzystując swoje bogactwo, będą mogli pełniej realizować swoje pragnienia, a wszak o to nam w życiu chodzi. Przyglądamy się temu w części O ekonomii i etyce. Zastanawiamy się w szczególności nad tym, co to znaczy, że ekonomia jest nauką moralną. Czy powinniśmy opodatkować roboty? Jak dużo musielibyśmy zarabiać, aby osiągnąć szczęście? Czy wpuszczenie imigrantów zarobkowych stanowi nasz moralny obowiązek? Wreszcie, w jakim zakresie państwo ma prawo traktować ludzi jak dzieci, nakłaniając ich, by działali na rzecz swego własnego dobra?

Specyfiką ekonomicznego podejścia do analizy rzeczywistości gospodarczej jest myślenie za pomocą modeli. Część trzecia książki, zatytułowana O metodzie ekonomii, skupia się między innymi na tej kwestii. Dlaczego modele ekonomiczne przypominają baśnie dla dzieci? Jak bardzo współczesne miary ekonomiczne różnią się od średniowiecznych sposobów pomiaru zjawisk? Dlaczego przystojni mężczyźni okazują się zwykle niezbyt mądrzy? Czy biedę można zwalczyć eksperymentalnie?

W ostatniej, czwartej części książki, Ekonomia a inne dziedziny wiedzy, zastanawiamy się nad tym, co nowego wnosi do ekonomii uwzględnianie dorobku innych nauk, a także jakie znaczenie ma fakt, że ekonomiści proponują alternatywne wyjaśnienia zjawisk, które do tej pory leżały w gestii innych nauk społecznych. Czy rodzina to mała fabryka? Dlaczego plemię Tribblesów musi wyginąć? Czy jeśli przystąpimy do Kościoła Episkopalnego, to staniemy się przez to bogatsi? To tylko wybrane pytania, na które odpowiadamy, analizując te zagadnienia. Każdy problem staramy się ilustrować przykładami, tak aby stały się one jak najbardziej przystępne dla czytelnika.

Książka została pomyślana jako spójna całość, dlatego poszczególne rozdziały zawierają odwołania do siebie nawzajem i czytane w kolejności sugerowanej spisem treści układają się w opowieść o powstaniu, rozwoju i kontrowersjach związanych z nauką, której zadaniem jest uczynienie ludzi zamożnymi i szczęśliwymi. Podtytuł Eseje z filozofii ekonomii sugeruje jednak również inny sposób lektury. Mimo odwołań do poszczególnych części książki każdy z rozdziałów stanowi odrębną całość, dlatego też czytelnik może się z nimi zapoznać w kolejności, która najbardziej mu odpowiada. Forma krótkich esejów pozwala ponadto na odwołanie się do szerszego wachlarza źródeł. Nie są to wyłącznie naukowe monografie i teksty, lecz także materiały publicystyczne.

Książka, którą prezentujemy, jest wyjątkowa pod jeszcze jednym względem. Znajdą w niej Państwo nie tylko wykresy, tabele lub diagramy, które zwykle towarzyszą tekstom naukowym. W rzeczy samej dla płynności wypowiedzi staraliśmy się zminimalizować korzystanie z tego typu pomocy graficznych. W zamian zamieściliśmy ilustracje, których zamierzona wieloznaczność ma stanowić jeszcze jeden bodziec do zastanowienia się nad ekonomią, jej celami i ograniczeniami.

„Chomiki nie biegają za ogonem,

bo go w kołowrotku nie widzą”,

czyli podziękowania

Rozpoczynając pracę nad książką, postanowiliśmy robocze wersje tekstów pokazać komuś, kto nie jest specjalistą w zakresie ekonomii i filozofii, a jednocześnie ciekawią go zagadnienia, które podejmujemy. Taką osobą okazała się Małgorzata Woźniak, której uwagi były bardzo pomocne i przyczyniły się do lepszego sformułowania wielu fragmentów tekstu. W tym miejscu chcemy więc wyrazić naszą ogromną wdzięczność za wielką pracę, którą wykonała, i sugestie, które były tego owocem. Sugestie te i komentarze były niejednokrotnie dość oryginalne w swojej treści, jak cytat w podtytule powyżej. Czasami czytając je, żałowaliśmy, że konwencja książki nie pozwala na umieszczenie tych komentarzy w przypisach lub na marginesach. Marzyłoby nam się kiedyś takie kolekcjonerskie wydanie. Uczciwie jednak trzeba przyznać, że mogłoby ono okazać się dość samobójczym pomysłem. Czytelnik, który zacząłby lekturę od komentarzy, musiałby rychło dojść do wniosku, że sam tekst musi być cokolwiek niestrawny. Były one dla nas istotną lekcją pokory. Szczerze mówiąc, nie zawsze podążaliśmy za tymi wskazówkami, więc wszelkie niedoskonałości tekstu obciążają wyłącznie nas. Mamy jednak nadzieję, że ewentualne minusy nie przysłonią ewentualnych plusów i książka, którą prezentujemy, będzie dla Państwa inspirująca.

Chcielibyśmy także podziękować naszym koleżankom i kolegom z Polskiej Sieci Filozofii Ekonomii, których badania stały się w znacznej mierze inspiracją do napisania poszczególnych esejów.

Część pierwsza

O filozofii i ekonomii


1.1. Kupcy i filozofowie

Wielka ucieczka

Ktokolwiek czyta aktualnie te słowa, jest zapewne mieszkańcem jednego z krajów Unii Europejskiej lub OECD i być może nie jest do końca świadom, w jak przyjaznym czasie i miejscu przyszło mu żyć. Przez wiele tysiącleci istnienia swojego gatunku ludzkość balansowała na granicy nędzy i śmierci – przynajmniej patrząc na to w naszych, współczesnych kategoriach. Około 200 lat temu rozpoczął się wyzwoleńczy marsz ku lepszemu bytowi i pomimo licznych konfliktów zbrojnych przetaczających się przez świat w tym okresie, w tym dwóch wojen światowych, pomimo Holokaustu, Wielkiego Głodu na Ukrainie oraz „wielkiego skoku naprzód” w Chinach, jak na razie marsz ten nieustannie trwa. Wiedzą o tym zarówno ekonomiści, jak i socjologowie oraz psychologowie społeczni, zarówno ci o poglądach konserwatywno-liberalnych, jak Deirdre McCloskey (2016) czy Steven Pinker (2015), jak i ci lewicujący, jak Angus Deaton (2013). Jedni nazywają marsz „wielkim polepszeniem”, a inni „wielką ucieczką”, zgodnie twierdząc, że owa ucieczka (polepszenie) nastąpiła w trzech kluczowych dla ludzkiego bytu wymiarach: bogactwa, zdrowia i bezpieczeństwa. Spójrzmy na kilka liczb. Przed rokiem 1800 przeciętna dzienna konsumpcja mieszkańca naszej planety wynosiła 3 USD liczone według ich realnej siły nabywczej. Jest to poziom, który dzisiaj występuje w najuboższych krajach na świecie, takich jak Afganistan lub Haiti. Współcześnie przeciętna konsumpcja jest ponaddziesięciokrotnie wyższa i wynosi 33 USD, co odpowiada poziomowi życia w Brazylii. W najlepiej rozwiniętych krajach, takich jak Francja, Japonia czy Finlandia, konsumpcja ta przekracza 100 USD dziennie. Polska mieści się gdzieś pomiędzy tymi kwotami ze wskaźnikiem 77% średniej unijnej (w 2018 roku). Przed rokiem 1800 świat pozostawał w permanentnej stagnacji gospodarczej, jeśli porównamy go z dzisiejszymi wzrostami. W najlepszych wówczas okresach rozwoju gospodarczego, w najlepszych miejscach na świecie poziom konsumpcji mógł sięgnąć 6–8 USD dziennie. Niewielkie 2% wzrostu gospodarczego rocznie oznacza, że co 35 lat podwajamy nasze bogactwo. Ową konsumpcję lub globalną produkcję można różnie liczyć i różnie uśredniać, sprowadzając do porównywalnych danych, jednak wyniki tych kalkulacji prawie zawsze pokazują tę samą prawidłowość: stagnację przez setki lat i gwałtowny wzrost rozpoczynający się w XIX wieku. Widać tę prawidłowość także w odniesieniu do ziem polskich, co prezentują dwa poniższe wykresy.


Wzrost produktu krajowego brutto na głowę mieszkańca Polski w ciągu tysiąclecia


Rozwój i załamania: wzrost produktu krajowego brutto na głowę mieszkańca Polski w latach 1850–2000

Źródło: W.M. Orłowski, Rozwój i załamania: gospodarka polska w ostatnim tysiącleciu, http://www.nobe.pl/gospodarka-pol-1000.htm.

Z tego drugiego wykresu wyczytać możemy ośmiokrotny wzrost PKB per capita w latach 1850–2000. Widać to także na, niełatwych do zgromadzenia i porównania, danych dotyczących wynagrodzeń robotników na ziemiach polskich. Realna płaca w latach 1921–1938 wzrosła 2,6 razy, w latach 1960–1990 – 2,5 razy, a w latach 2001–2016 około 1,5 razy (Leszczyńska, 2018). Nawet przy wzięciu poprawek na wielki kryzys oraz zapaść wojenną śmiało możemy powiedzieć, że dzisiejszy pracownik najemny jest wielokrotnie bogatszy niż ten z początku okresu niepodległości. Jest też zdecydowanie zdrowszy i ma szansę żyć dłużej. W 1920 roku przeciętna długość życia kobiet wynosiła około 50 lat, a mężczyzn – 48. W roku 2015 wynosi odpowiednio prawie 82 oraz 74. Dane te wyglądają porażająco, jeśli cofniemy się jeszcze o pół wieku. W Wielkim Księstwie Poznańskim w latach 1850–1852 średnia długość życia kobiet i mężczyzn wynosiła zaledwie 28 i 27 lat. Oczywiście na średnią miała decydujący wpływ gigantyczna śmiertelność wśród dzieci. W 1870 roku w Galicji co czwarty noworodek nie dożywał pierwszego roku życia (Kubiczek, 1994). Dzisiaj, nawet w najuboższych krajach na świecie średnia oczekiwana długość życia przekracza 45 lat (Deaton, 2013, s. 29).

Współcześnie przeciętny mieszkaniec Ziemi żyje w otoczeniu, które jest zdecydowanie bardziej bezpieczne niż 200 lat temu, włączając w to ryzyko konfliktu zbrojnego oraz śmierci związanej z przestępczością. W relacji do liczby ludności doświadczamy o wiele mniej wojen i agresji. I mowa tu o całym świecie, a nie tylko o krajach rozwiniętych. Obszerne dane na ten temat podaje Steven Pinker (2015). Wystarczy jednak porównać podstawowe statystyki, także z ziem polskich. W roku 1880 w Poznaniu mieszkało 65 tysięcy mieszkańców, a w latach 1877–1879 odnotowano tam 175 przypadków śmierci z przyczyn nienaturalnych (zabójstwa, samobójstwa oraz nieszczęśliwe wypadki, które w tamtym okresie często ukrywały niewyjaśnione zabójstwa). Daje to około 9 przypadków na 10 tysięcy mieszkańców rocznie. W roku 2017 na terenie całego województwa wielkopolskiego (3 mln 466 tys. mieszkańców) odnotowano 32 takie wypadki śmiertelne, co daje około 0,1 wypadku na 10 tysięcy mieszkańców rocznie. Ryzyko śmierci spowodowanej wypadkami lub zabójstwami w ciągu 150 lat spadło niemal stukrotnie! (Urząd Statystyczny w Poznaniu, 2008; Główny Urząd Statystyczny, 2019).

Czemu należy przypisać ten wzrost zamożności, bezpieczeństwa i długości życia? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa i trochę przypomina spór o to, co było pierwsze – jajko czy kura. To, że sukces ów jest pozytywnie skorelowany z wieloma czynnikami społeczno-gospodarczymi, wiemy, ponieważ w tym samym okresie rośnie wymiana handlowa, produkcja przemysłowa, liczba ludności, edukacja, rozwija się nauka, nowe idee i nowe technologie. Ale, o czym jeszcze będzie mowa w dalszych esejach, korelacja nie przesądza o przyczynowości. Nie wiemy, co było pierwsze – technologia czy idea? W pewnym uproszczeniu można sformułować dwie hipotezy. Jedną, którą nie zawahamy się nazwać marksistowską i wedle której „byt kształtuje świadomość”, co oznaczać będzie, iż wpierw mamy przemiany o charakterze technologiczno-gospodarczym, a do nich dopiero dostosowują się przemiany ideologiczne. Pomimo nawiązania do Karola Marksa bardzo wielu myślicieli w żaden sposób nieprzyznających się do marksizmu podziela ten pogląd do dziś. Na drugim końcu jednak znajduje się hipoteza ideologiczna, wedle której uprzednio musiało dojść do przewartościowania systemu przekonań społecznych, systemu wartości, a zmiana ta była warunkiem koniecznym do przemian gospodarczo-technologicznych. Kiedy Max Weber pisze o etyce protestanckiej jako będącej rzekomo źródłem sukcesu gospodarczego wybranych landów niemieckich w XIX wieku, to właśnie taką hipotezę wspiera (Weber, 2011). Podobnie postępują niektórzy socjologowie, uznając, że podstawowym warunkiem rozwoju przedsiębiorczości jest kapitał społeczny wyrażający się między innymi w poziomie wzajemnego zaufania. Obie hipotezy, marksistowska i ideologiczna, nie wykluczają sprzężenia zwrotnego, ale niewątpliwie inaczej rozkładają akcenty. Najbardziej wyrazistym przedstawicielem hipotezy ideologicznej jest wspomniana już amerykańska ekonomistka Deirdre McCloskey. Twierdzi ona, że owo „wielkie polepszenie” zostało zapoczątkowane poprzez wykształcenie się zespołu uprzednio niedocenianych cnót burżuazyjnych, wpierw w XVII wieku w Holandii, a następnie w XVIII wieku w Anglii. Najprościej rzecz ujmując, w obu tych krajach, burżuazyjnych i żyjących z zamorskiego handlu, bogactwo stało się symptomem pożądanej przedsiębiorczości i zaradności, za nim jednak poszły także przekonania o naturalnej godności i równości wszystkich ludzi. Holenderscy i brytyjscy kupcy stali się wzorcem do naśladowania, a ich idee zaczęły rozprzestrzeniać się po całej Europie, później Ameryce Północnej i reszcie świata, przynosząc w konsekwencji radykalny wzrost dobrobytu. Zdaniem McCloskey to „wielkie polepszenie” było „testowane przez handel”. Tylko ci kupcy, którzy osiągnęli faktyczny sukces finansowy, mieli rzeczywisty wpływ na ideologiczne przemiany w państwach, w których żyli. Wymiana handlowa i nowe burżuazyjne idee szły krok w krok. Ale nie bez przeszkód. Od wieków bowiem na drodze do „wielkiego polepszenia” stały „urzędasy” (clerisy), dla których podstawą funkcjonowania ludzkich społeczności jest zwarta i silna organizacja państwowa, a swoboda handlowa, indywidualna godność, wolność i równość stanowią zagrożenie. Do owych urzędasów zaliczamy jednak nie tyle płatnych funkcjonariuszy państwa, ile raczej ich ideologicznych popleczników, w tym eseju nieco przewrotnie nazywanych filozofami, którzy z przekonaniem hołdują takim poglądom.

 

Od czasów starożytnych co najmniej wielcy władcy tego świata kochali wielkie teorie i wielkich filozofów i chętnie ich wspierali, z dużą wzajemnością. Wśród tych drugich bowiem ekonomika, czyli sztuka zarządzania gospodarstwem, i chrematystyka, czyli sztuka bogacenia się, nie cieszyły się wielkim poważaniem i długo przebijały się przez szklany sufit silnie idealistycznych, czy nawet teologicznych, koncepcji państwa, prawa i społeczeństwa[1]. Trudno w to uwierzyć z dzisiejszej perspektywy, w której wprost mówi się o szczególnej roli ekonomistów w kreowaniu polityki publicznej czy imperializmie ekonomii, wkraczającej ze swoimi metodami do innych nauk społecznych, ale owa dominacja ekonomii to historia, która zaczęła się dopiero w drugiej połowie ubiegłego stulecia. Gdy wielki brytyjski ekonomista John Maynard Keynes po I wojnie światowej przestrzegał przed nakładaniem kontrybucji na pokonane Niemcy, wieszcząc kryzys gospodarczy i społeczny, nikt go specjalnie nie słuchał. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Szczególna pozycja społeczna ekonomistów (choć z nią też bywa różnie) niekoniecznie przekłada się na pozycję społeczną kupców (czyli mówiąc współcześnie – przedsiębiorców). Można rzec, że społeczeństwo darzy dorobkiewiczów mocno mieszanymi uczuciami: delikatnej zawiści w odniesieniu do zwykle ponadprzeciętnego dochodu, gniewu w odniesieniu do narastającego rozwarstwienia majątkowego wynikłego (przynajmniej częściowo) z unikania opodatkowania, szacunku dla rozmachu ideowego i inwestycyjnego co poniektórych, ale też pogardy dla ostentacyjnej konsumpcji (również co poniektórych). W tej pogardzie, podszytej także pejoratywnymi ocenami moralnymi (pewnie nieraz uzasadnionymi), prym wiodą tak zwani humaniści, filozofowie, ludzie nauki[2]. Oba światy: biznesu i nauki, kupców i filozofów, darzą się wieloletnią, historycznie ugruntowaną niechęcią, choć oba się przenikają. Oba stosują, dla rozwiązywania stawianych przed nimi problemów, podobne metody (teoretyczne modele i ich empiryczne testowanie), doświadczając porażek i sukcesów. Zaryzykujemy jednak niepopularną hipotezę, że kupcy radzą sobie z tym rozwiązywaniem problemów nieco lepiej. Zatem najpierw trochę o metodach, a potem o historycznych zaszłościach.

Czy idee naukowe umierają za nas?

Karla Poppera, jednego z najważniejszych filozofów nauki, uważa się za twórcę naturalistycznej koncepcji wiedzy (Popper, 2002b). We współczesnym jej wariancie i w pewnym uproszczeniu można powiedzieć tak: nauka jest elementem kultury i jako taka jest produktem silnie adaptacyjnym w kategoriach ewolucyjnych. Jako gatunek bowiem podlegamy nie tylko ewolucji biologicznej, ale ewoluują także określone wzorce naszych zachowań indywidualnych i zbiorowych. Jedne z nich okazują się adaptacyjne (czyli lepiej przystosowane do danego środowiska), a inne nie. Te pierwsze się rozprzestrzeniają, a te drugie „wymierają”. Nauka jest przykładem zmiennej kulturowej, która się z sukcesem rozprzestrzeniła. Popper zauważył jednak, że w świecie intersubiektywnych idei, które ludzie tworzą i którymi się wymieniają, również trwa ewolucyjna konkurencja. Zanim określona naukowa idea zostanie zaaplikowana, podlega ona próbie naukowego dyskursu co do jej naukowości, możliwości jej uprawdopodobnienia określonym testem empirycznym, spójności z dotychczasową wiedzą, wewnętrznej integralności itp. Niektóre spośród idei naukowych (a może nawet większość) odpadają już na tym etapie i nigdy nie dostają swojej szansy na praktyczne zastosowanie. I może dobrze, bo znaczna część z nich w praktyce doprowadziłaby zapewne do opłakanych rezultatów. Nasze idee umierają za nas. Dzięki nauce nie musimy ich testować na sobie, narażając się na ryzyko utraty życia, zdrowia czy mienia. W naukowym dyskursie zabijamy nietrafną ideę[3]. Ta wizja nauki okazuje się jednak nieco zbyt optymistyczna. Trochę tak jak z ewolucją biologiczną: konstruuje chaotycznie z czego popadnie, produkując przy tym mnóstwo fałszywie adaptacyjnych rozwiązań, które mogą trwać latami, jeśli tylko presja środowiskowa jest w danym okresie słaba. To środowisko, głupcze! [4] Kluczem więc do tego, czy mechanizm selekcji idei działa sprawnie, jest owa środowiskowa presja. W świecie idei mechanizm selekcji możemy poniekąd sami wykreować, na przykład poprzez określone bodźce finansowe, które sprawią, że pewne idee będą finansowane, a inne nie, albo też poprzez „sankcję rozproszoną” kreowaną przez środowisko naukowe, które będzie eliminować zbyt wywrotowe koncepcje. Jak zatem radzi sobie środowisko z selekcją idei naukowych? Najogólniej mówiąc: średnio.

Na przestrzeni dziejów ta środowiskowa presja bardziej podporządkowana była zapotrzebowaniu dworów i ich gustom niż trafności czy użyteczności idei naukowych, zwłaszcza dla szerszych grup społecznych. Samo w sobie nie dewaluuje to osiągnięć na zamówienie. Mikołaj Kopernik, poza opracowaniem teorii heliocentrycznej, pozostawił po sobie mało znane dzieło, pisane na zamówienie biskupa warmińskiego, Traktat o biciu monety, z bardzo praktycznymi wnioskami dotyczącymi reformy monetarnej w Prusach Królewskich. W stosunkowo komfortowej sytuacji pozostawali prekursorzy współczesnej nauki, greccy filozofowie. Będąc członkami greckiej arystokracji i właścicielami obszernych gospodarstw obrabianych głównie przez niewolników, mogli sobie pozwolić na zajmowanie się czymkolwiek. Presja na selekcję ich koncepcji była tym samym słaba, co w obszarze nauk o społeczeństwie zaowocowało dość egzotycznymi koncepcjami, na nieszczęście do dzisiaj stanowiącymi inspirację dla niektórych. Przełom dokonał się wraz z powstaniem współczesnej koncepcji uniwersytetu, który niezależnie od tego, czy finansowany przez studentów, czy też przez lokalnych władców, miał z założenia być względnie egalitarny i zapewniać swobodę myśli naukowej. Jak ta koncepcja działa dziś? Nie najgorzej, ale...

W 2013 roku brytyjski tygodnik „The Economist” opublikował raport pod znamiennym tytułem How Science Goes Wrong. Autorzy zwrócili uwagę, że współczesne mass media prowadzą do tworzenie przeciwskutecznej presji selekcyjnej na badania naukowe. Upraszczając, wybór obszaru badań jak i szczegółowych zagadnień, którymi zajmują się naukowcy, jest bardziej podporządkowany estetyce oczekiwań publicznych niż ich użyteczności lub trafności. Naukowcy jak celebryci poszukują uznania i podążającego za nim finansowania. Znajdują je w popularnych nowinkach, a nie w żmudnych replikacjach badań już przeprowadzonych i ich ewentualnej krytyce. Nadprodukcja nowych (czy też nowinkowatych) idei, połączona z brakiem ich krytyki opartej na rzetelnych testach empirycznych, prowadzi do nadprodukcji idei nietrafnych, błędnych (false positives) i zbyt pospiesznego odrzucania idei trafnych (false negatives). Osobliwie problem dotyczy nauk społecznych, w tym także psychologii i ekonomii. Wbrew optymizmowi Poppera zatem fałszywe idee nie chcą umierać, a prawdziwe znikają w zalewie nieweryfikowanych badań.

Przedsiębiorstwa umierają, bankrutując

A jak się do tego mają kupcy? Zakładając firmę, również mają swoją teorię co do strategii jej funkcjonowania: co ma produkować lub sprzedawać, jak ma być zorganizowana, aby tak zwane koszty transakcyjne były jak najmniejsze, kogo ma zatrudniać i ile mu płacić, kto i za jaką cenę będzie nabywał jej produkty. Pomijając rzadko przeprowadzane badania marketingowe lub pilotażowe, każda firma jest swoistym eksperymentem. Nawet jeśli ma jakąś modelową ideę, która może być poddana uprzedniej dyskusji, to wcześniej czy później i tak będzie musiała być przetestowana na rynku. Jeśli dana „teoria firmy” szwankuje, zamiast spodziewanych zysków pojawia się niespodziewana strata, co w konsekwencji wymusza adaptację strategii do zastanego środowiska. Gdy adaptacja nie jest trafna lub odpowiednio szybka, teoria umiera wraz z firmą poprzez jej bankructwo. We współczesnym świecie codziennie powstają i giną tysiące mikroteorii firm. Ich test jest radykalny. Kluczem do przetrwania jest wielość owych mikroteorii, czy też raczej efemerycznych hipotez pełniących rolę genetycznych mutacji (czyli innowacyjność), ale także szybkość adaptacji. Ten mechanizm działa całkiem nieźle od kilku tysięcy lat, czyli od kiedy jesteśmy w stanie stwierdzić istnienie w społecznościach ludzkich zorganizowanego handlu. Być może w wersji szczątkowej działał nawet dłużej, będąc odpowiedzialnym za wzmocnienie rozległej współpracy w gatunku homo sapiens i umożliwienie mu przetrwania okresów kolejnych zlodowaceń. Jego radykalna ekspansja przypada jednak na okres nowożytny i została zapoczątkowana w XVII wieku w Holandii i XVIII wieku w Anglii. Tam bowiem wykształciło się przyjazne mu środowisko. Według McCloskey ten mechanizm jest także odpowiedzialny za wspomniane już radykalne wzbogacenie się ludzi na całym świecie, zdecydowaną poprawę ich komfortu życia, i to pomimo tego, że w tym okresie (od XVIII wieku) populacja zwiększyła się dziesięciokrotnie. Jego ewolucyjna i bezwzględna natura tłumaczy, dlaczego „wielkie polepszenie” jest „testowane poprzez handel”.