Przeciwko bratu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przeciwko bratu
Przeciwko bratu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,98  44,78 
Przeciwko bratu
Audio
Przeciwko bratu
Audiobook
27,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Alicja 1989

Sobota, 20 maja 1989

Jest rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty. Jest maj. Dzień był słoneczny, teraz jednak już zmierzcha i panuje półmrok. Powietrze jest nadal przyjemne, choć już rześkie. Aura daje znaki nie tylko trwającej wiosny, ale i zbliżającego się wczesnego lata.

Jest rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty i w Polsce poza nadejściem lata czuć już nadejście zmian. Zmian gwałtownych i trwałych. Zmian, które odmienią kraj, miasta, wsie i ludzi. Częstochowa czuje, że te zmiany nadchodzą. Częstochowa czeka na nie. Częstochowa czeka spokojnie i wytrwale. W Częstochowie jednak ciągle dzieje się niewiele.

Jest rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty i sześcioletnia Alicja Drylska siedzi na tylnej, niezwykle szerokiej wówczas dla niej kanapie dacii 1310. Raz po raz wychyla się do przodu, wciskając głowę między przednie fotele, chcąc przyjrzeć się dokładnie, co też dziwnego z drążkiem zmiany biegów wyczynia jej ojciec. Kilkanaście minut wcześniej Paweł Drylski wkłada do odtwarzacza kasetę magnetofonową, mówiąc, że teraz posłuchają zespołu, o którym niedługo będzie głośno w całej Polsce. Alicja przysłuchuje się, jak ojciec mówi do mamy, że cudem udało mu się załatwić to nagranie od kolegi. Nie rozumie słów o fladze, godle i wychowaniu, ale melodia wpada jej w ucho i Alicja słucha w milczeniu.

Siedząca z tyłu obok córki Zuzanna Drylska, podaje jej kanapkę zapakowaną w biały papier śniadaniowy. Alicja wraca na swoje miejsce, lekko uderzając plecami o oparcie kanapy i spogląda na swojego trzyletniego brata Jakuba, który niezdarnie gramoli się na kolana mamy. Ta wycieczka była dla niego męcząca, ma jednak jeszcze siłę i nie śpi.

Alicja w tym momencie nie wie jeszcze, że nie zdoła zjeść kanapki do końca, a to, co stanie się za kilka minut, wywróci jej młode życie do góry nogami i odciśnie na nim swe piętno. Nie tylko piosenka gwałtownie się urwie.

Alicja spędzi kolejne lata życia u babci, ale wtedy jeszcze tego nie wie. Gdy odpakowuje kanapkę z serem, zastanawia się, czemu jest taka głodna. Zjadła tego dnia przecież ogromny obiad, dwa kawałki szarlotki na deser, a przed wyjazdem z Krakowa jeszcze trochę pasztetu domowej roboty i oczywiście kolejny kawałek szarlotki. Wypieki babci Jadzi smakowały jej bardziej niż ciasta mamy czy łakocie przygotowywane przez częstochowską babcię Zosię. Alicja ma tylko jednego dziadka. Dziadek Olek uwielbia patrzeć, jak mała Ala pałaszuje babciną szarlotkę. Jest szczęśliwy i dumny z syna, który nie dość, że z powodzeniem skończył trudne studia medyczne i znalazł dobrą pracę, to jeszcze zbudował tak przykładną rodzinę. Dziadek Olek jest dumny z syna Pawła, ale obecnie całą swą miłość przelewa na wnuki.

Alicja ma dwie babcie, lecz wydarzenia, które za chwilę nastąpią, sprawią, że ta krakowska zmieni się bardzo szybko i nigdy już nie będzie tą samą babcią Jadzią, która jeszcze niecałe trzy godziny temu serwowała jej ciasto na talerzyku w kwiatki. Okaże się, że układ nerwowy babci Jadzi nie wytrzyma próby, z którą za chwilę skonfrontuje ją los. Babcia Jadzia od tego momentu będzie już tylko smutna i chora. I jeśli Alicja miałaby to wówczas nazwać własnymi słowami, powiedziałaby, że babcia zrobiła się dziwna. Kobieta w istocie zatrzyma się i zamknie już do końca swojego życia właśnie w tej sobocie. Już zawsze będzie mówić do swojego syna Pawła, synowej Zuzanny i wnuka Jakuba. I widzieć ich tam, gdzie nie widzi ich nikt. A zanim dziewczynka przekroczy dziesiąty rok życia, nie będzie na świecie już ani babci Jadzi, ani dziadka Olka, który nie będzie potrafił pogodzić się z bolesnym końcem życia swojej długoletniej miłości i po roku dołączy do niej w Królestwie Niebieskim. A pomoże mu w tym dający o sobie nagle znać nowotwór. Alicji zostanie tylko babcia Zosia, bo częstochowskiego dziadka nigdy nawet nie zdążyła poznać.

Ale kiedy dziewczynka wgryza się po raz kolejny w babciną kanapkę, te fakty jeszcze nie nastąpiły. Uśmiecha się do mamy i patrzy na wzorki malutkich różyczek na jej lekkiej kremowej sukience i myśli, że bardzo śmieszy ją, że mama ma takie czerwone paznokcie u stóp. Choć w sumie to sama chciałaby takie mieć.

Alicja bardzo lubi te wycieczki do Krakowa, do babci, którą przecież widuje tak rzadko, dużo rzadziej niż babcię Zosię.

Są już coraz bliżej domu i Paweł Drylski skręca w prawo z drogi krajowej numer jeden w aleję Pokoju. Tutaj wieczorami nigdy nie było zbyt bezpiecznie. Mimo że w Częstochowie mieszka dopiero od trzech lat, to zna opowieści Zuzanny o tej okolicy, więc na wysokości skweru Junaków podświadomie dodaje gazu. Stąd już i tak mają bardzo blisko do swego domu, położonego z dala od patologii starego Rakowa. Paweł zjeżdża z wiaduktu nad torami kolejowymi i niedaleko przed sobą widzi skrzyżowanie z ulicą Gilową, gdzie zamierza skręcić w lewo. Są jakieś pięćset metrów od domu. Jest już zupełnie ciemno, nie działa żadna z przydrożnych lamp na tym odcinku alei Pokoju.

Jakieś piętnaście sekund przed uderzeniem Paweł dostrzega zarys czegoś ciemnego na drodze. Taki szary prostokąt przypominający samochód jadący w ich kierunku. Wtedy jeszcze bagatelizuje ten fakt, traktując go jak zwidy, wynikające ze zmęczenia tygodniem pracy i intensywną sobotą. Ale już dziesięć sekund później ciemny kształt zamieni się w wyraźnie widoczny samochód, w jadącą bez świateł i z ogromną prędkością nysę 521-C. Paweł od tego momentu nie spuszcza z niej oka. Nysa gwałtownie skręca i niespodziewanie zmienia kierunek ruchu, przekraczając podwójną linię ciągłą zjeżdża na przeciwległy pas ruchu. Nie wiedzieć czemu, kieruje się na czołowe zderzenie z dacią.

Paweł, jak obliczyli później policyjni technicy, ma jedynie zero koma dziewięć dziesiątych sekundy na reakcję. Próbując uniknąć czołowego zderzenia, szarpie z całej siły kierownicę w prawą stronę. To wszystko, co może w tej sytuacji zrobić. Lekki skręt dacii w prawo powoduje, że największe siły zderzenia z nysą skupiają się na lewej stronie samochodu. Na tej stronie, po której siedzą Paweł i Zuzanna. Mały Kuba w momencie uderzenia zainteresowany jest bardziej tym, co robi jego siostra; zastanawia się, czemu kręci korbką. Alicja akurat otwiera szybę. Paweł przed wypadkiem wie, że w tym samochodzie jest jedyną osobą, która w pełni zdaje sobie sprawę, co się za chwilę stanie. Ale nie zdąży nawet wydać z siebie głosu. Usłyszy jedynie śmiech Kuby i pomyśli przed śmiercią, że jeżeli to ostatni dźwięk, jaki słyszy w życiu, to jest to bardzo dobry dźwięk.

W ułamku sekundy po uderzeniu szyja Pawła nienaturalnie wygina się do tyłu. Potem szybko wraca, pchając głowę w stronę klatki piersiowej. W tym samym momencie wtłaczana przez silnik do wewnątrz kierownica wbija się w jego pierś. Paweł ginie na miejscu.

Gdyby te zdarzenia nie dotyczyły jego samego, mógłby fachowo i ze szczegółami stwierdzić, że złamany kręgosłup, przerwany rdzeń kręgowy, zgniecenie klatki piersiowej, ucisk naczyń krwionośnych i odcięcie dopływu krwi do mózgu spowodują natychmiastową śmierć. Jako młody chirurg urazowy wiedziałby również, że obrażenia wewnętrzne, jakich doznaje w tym samym czasie Zuzanna, a przede wszystkim szkło, które przecina jej tętnicę szyjną, skutkuje jej zgonem.

Paweł Drylski nie zdąży więc już nawiązać do tradycji częstochowskich nauk medycznych i nie zostanie drugim Władysławem Biegańskim. A kiedy wspólnie z Zuzanną zdecydowali, że po studiach przyjmie pracę właśnie w Częstochowie i to z tego miasta uczynią swoje miejsce do życia, śmiali się, że będzie właśnie Biegańskim tutejszej urazówki. Decydowali również wówczas, że Zuzanna przez pierwsze lata zajmie się dziećmi i domem, a swą prawniczą praktykę rozpocznie po prostu kilka lat później.

Jak się okaże, pijany kierowca nysy i kilku rozpraszających go kolegów zrujnują te plany już niemal na samym ich początku. Goryczy tej sytuacji nie złagodzi ani śmierć prowadzącego auto, który również zginie na miejscu, ani ciężkie obrażenia pozostałych trzech mężczyzn podróżujących bladoszarym samochodem dostawczym.

Alicja zdoła odsunąć szybę do końca, co, jak się momentalnie okaże, będzie miało zbawienne skutki. Chociaż z drugiej strony może właśnie wręcz przeciwnie. Uderzenie sprawi, że Alicja złamie rękę w nadgarstku i zrani się w przedramię. Blizny po tych zdarzeniach będą widoczne długo, ale znikną, zanim dziewczyna osiągnie pełnoletność. Uderzając głową w przedni fotel pasażera, Alicja dozna silnego wstrząśnienia mózgu, wybije jeden ząb i straci przytomność.

Otwarta szyba pozwoli małemu Jakubowi wyjść z tego wypadku niemal bez szwanku. Siła odśrodkowa wyrzuci trzylatka, który niczym pocisk wyleci na zewnątrz, zaliczając jedynie liczne siniaki i otarcia podczas kontaktu z asfaltem. Minie dłuższa chwila, zanim zdezorientowany, przestraszony, ale przytomny Kuba zacznie płakać. Jego płacz będzie mocny i głośny. Jego płacz przetnie ciszę, która nastąpi, gdy tylko przelatująca nad dacią nysa grzmotnie o szosę, przewróci się na lewą stronę i sunąc ze zgrzytem po asfalcie, uderzy w barierkę. Spowoduje to dotkliwe obrażenia głowy i twarzy pasażerów furgonetki. Dwóch z nich nie pozna się w lustrze, kiedy kilka dni później po raz pierwszy spojrzą w nie na szpitalnym łóżku.

Wypadek z odległości stu metrów widzi mężczyzna. Mężczyzna wraca właśnie z odwiedzin u znajomego. Często zagląda na Limanowskiego. Zapuszcza się w rejony, które Paweł i Zuzanna zawsze omijali szerokim łukiem. Jednak on bywa tam często. Szczególnie lubi odwiedzać te strony w sobotę, kiedy jego koledzy piją razem w barze, wymieniając smutne spostrzeżenia na temat swych nic niewartych i brzydkich wybranek. On nie ma żadnej kobiety i jest całkiem sam, ale bardzo chętnie słucha opowieści kolegów. To karmi jego nienawiść i pozwala zapomnieć o tych kilku kobietach, na których kiedyś mu zależało. To pozwala mu złagodzić bolesne poczucie odrzucenia i zapomnieć o narastającej, przytłaczającej samotności, o podświadomej tęsknocie za rodziną i dziećmi.

 

Tego wieczoru idzie wzdłuż alei Pokoju po przeciwnej stronie niż tory tramwajowe. Chodnik jest dość wąski, ale mężczyzna umie utrzymać się w jego obrębie. Tego dnia nieco oszukiwał i co drugi kieliszek wylewał pod stół. A kiedy koledzy byli już mocno wstawieni, przestał pić w ogóle.

Widzi więc dokładnie, kto jest sprawcą tego wypadku. Kiedy wszystko cichnie i nie słychać jeszcze płaczu Kuby, mężczyzna nie zwalnia kroku. Idzie szybko, miarowo. Rozgląda się dookoła, ale nie dostrzega nikogo. Wygląda na to, że jest jedynym świadkiem zdarzenia. Jest tak ciemno, że nie może być tego jednak pewien. Właściwie nigdy nie będzie, a przestanie o tym myśleć dopiero po kilku latach. Mężczyzna znajduje się na wysokości dacii w momencie, w którym Jakub rozpoczyna swój lament. Mimo że obrzydza go widok zakrwawionej Zuzanny, którą dostrzega kątem oka, mężczyzna podchodzi do Jakuba. Bierze go na ręce. Ostrożnie. Na tyle delikatnie, że chłopiec przestaje płakać. Powodem tego może wcale nie być sposób, w jaki trzyma go mężczyzna, a zdziwienie Jakuba. W okolicy znowu zapada zupełna cisza. Kuba pierwszy raz w życiu patrzy w oczy tego mężczyzny. Boi się, ale nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Prawie się nie rusza.

Mężczyzna jeszcze raz rozgląda się i ponieważ dalej jest sam, a z żadnego z aut nie dobiegają znaki życia, rusza przed siebie. I kiedy skręca w prawo w ulicę Gilową, mówi cicho do malca:

– Zabiorę cię do siebie, mały chłopczyku i będzie ci dobrze, zobaczysz – mówi na tyle cicho, że słyszy go tylko trzyletni Jakub Drylski.

Ale echo tych słów przyswaja Częstochowa i zapisuje na swych kartach, by w przyszłości uczynić z nich jeszcze użytek.

Rozdział 7

Jerzy

Piątek, 24 października 2014

Dochodziła północ i Jerzy powoli kończył przesłuchiwanie nagrań. Przez dwa tygodnie zebrał materiały, które mogłyby dać podstawę do aresztowania i skazania bez żadnych wątpliwości. Podsłuch na tylnej ściance oprawy obrazu przedstawiającego panoramę Częstochowy założył podczas niby przypadkowej wizyty w kurii. Stanisław wyszedł wówczas na chwilę do gabinetu sekretarza. Jerzemu wystarczyło dwadzieścia sekund. Z tego pięć sekund pochłonęły ostatnie wątpliwości. Stanisław niczego nie zauważył, ale dłuższą chwilę patrzył na brata nieufnie. Komendant wiedział, że sam fakt jego wizyty jest dla biskupa podejrzany. Ich spotkanie trwało jedynie kilka minut, a rozmowa, którą wówczas odbyli, nie wymagała niespodziewanej wizyty.

– Z Grottem wszystko uzgodnione? – spytał Jerzy.

– Tak – odpowiedział brat, skanując go swym przenikliwym spojrzeniem.

– Rozumiem, że masz wszystko pod kontrolą? – dopytał retorycznie, uciekając wzrokiem w stronę okna.

– Tak.

Atmosfera spotkania gęstniała z każdą chwilą i Jerzy czym prędzej wyszedł, zostawiając Stanisława ze stosem domysłów.

O tym podsłuchu wiedział jednak tylko on. I tylko on był świadomy, co się z tym wiąże. Słowa, które później padały w gabinecie jego brata, nie tylko zbiegły się z jego przypuszczeniami, ale nawet je przerosły.

Jerzy wyłączył komputer i spojrzał na figurki żużlowców stojące na biurku. Było ich kilkanaście, a każda wiązała się z innym ważnym dla niego rokiem. Stali tam zawodnicy z lat odległych i tych bardzo współczesnych. Wziął do ręki pierwszą z lewej i uśmiechnął się do siebie.

Ten, który zrobił wiele dobrego – pomyślał i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Jerzy miał osiem lat, kiedy starszy o pięć lat Staszek zabrał go na stadion przy ulicy Olsztyńskiej. Wymknęli się wówczas z domu, zabierając ze sobą przyjaciela z podwórka. Wtedy Eryk był dla nich jak trzeci brat. Wspólnie kolekcjonowali wspomnienia i blizny na kolanach.

– Zobaczycie, ten chłopak zrobi dla Włókniarza jeszcze wiele dobrego – mówił Staszek o osiemnastoletnim Marku Cieślaku. – Mówię wam, widziałem, jak jeździ na treningach. Obserwujcie go, zobaczycie, że on nie ma w sobie strachu!

Jerzy wówczas jeszcze nie słyszał o młodym żużlowcu, ale wiedział za to, że na żużel chodzi się, by patrzeć na popisy Stanisława Rurarza. Jego jazdą zachwycał się wtedy każdy kibic. Tylko że Rurarz był już wtedy u schyłku kariery, a Cieślak miał w przyszłości decydować o sile częstochowskich Lwów. Staszek wiedział więcej od Jurka i nie mylił się co do Cieślaka. Staszek wówczas rzadko się mylił. W zasadzie nigdy nie zachowywał się niewłaściwie. Potrafił ochronić młodszego brata przed każdym złem. Pocieszał go, kiedy rok później mały Jurek płakał z powodu spadku ukochanego klubu do drugiej ligi.

– Spadli tylko po to, żeby znowu awansować. Daję im rok, dwa i znowu będą w pierwszej lidze. Zobaczysz, mały! – mówił wtedy Staszek i miał rację. Po dwóch latach świętowali powrót Włókniarza do pierwszej ligi.

Był z nim, kiedy dwunastoletni Jurek nie mógł się uporać z informacją o tragicznej śmierci Marka Czernego na torze w Rzeszowie.

– Mały, nic na to nie poradzimy. Taka była decyzja Pana. Możemy tylko pogodzić się z jego wolą – uspokajał łkającego brata.

Stanisław odnalazł wtedy już własną ochronę. Znalazł ją w modlitwie. Jurek obserwował, jak niewidzialna moc wypełnia jego brata i każe mu kroczyć przez życie bez wstydu i z przebaczeniem. Ta siła była dla Stanisława tym, czym dla Jurka były ręce brata zakrywające mu uszy, by ten nie słyszał tego, co dzieje się w pokoju obok. Była dla Stanisława tym, czym dla Jurka były wypowiadane przez starszego brata słowa pocieszenia. Ta siła dawała Stanisławowi poczucie, że nie jest sam.

I co się, kurwa, stało, że ty, bracie, przestałeś robić tyle dobrego, do cholery! – ta myśl ponownie dała o sobie znać. Pulsowała mocno i Jerzy czuł, że ból głowy niemal rozsadza mu czaszkę.

Stanisław zachowywał się właściwie bez zarzutu wiele lat. Jerzy pamiętał, że było tak bardzo długo. Aż nadszedł czas, kiedy Stanisław kompletnie się zmienił. Tak jakby te wszystkie głosy z przeszłości przedarły się przez palce, którymi zakrywał uszy i dotarły przewodem słuchowym do błony bębenkowej. Wszystkie naraz. Jakby jego brat Staszek nie znalazł w sobie dość siły, by po raz kolejny się temu przeciwstawić.

Jerzy był gliną prawie trzydzieści lat i miał przeczucie. Miał nosa. I choć wiedział, że się nie myli, musiał zyskać stuprocentową pewność.

Informacje zdobyte na podstawie podsłuchu w gabinecie Stanisława zostawił dla siebie. Mimo że wahał się kilkakrotnie, nie podzielił się tymi faktami z Marczukiem. Jerzy nie miał nikogo, komu mógłby bardziej zaufać niż naczelnikowi. Ale ta sprawa była zbyt duża. Te fakty były zbyt mocne, zbyt bolesne, by tak po prostu o nich opowiedzieć. Nie dotyczyły sprawy związanej z dworkiem i działką po Józefie Sobińskim. Tę sprawę Jerzy dobrze znał. Znał ją też Marczuk. Nawet oni nie mogli i nie zamierzali odrzucić szansy na kilka nowych radiowozów i remont paru pomieszczeń na Trójkącie. Zresztą ta sprawa i tak nie ujrzy światła dziennego, tego był pewien. W tym mieście takie rzeczy nie wypływają na powierzchnię, dbał o to osobiście.

Jeśli podejrzenia Jerzego jednak się sprawdzą, wszyscy dowiedzą się, jakie głosy słyszy w głowie Stanisław, poznają żądze, które nim zawładnęły.

Jerzy nie odezwał się słowem do Marczuka, kiedy naczelnik kryminalnego spytał, dlaczego komendant chce objąć numer telefonu brata podsłuchem telekomunikacyjnym. Doskonale wiedział, że te powody pozna niedługo każdy. Nie tylko Marczuk, ale też wszyscy z miejskiej i wojewódzkiej. Wkrótce ten podsłuch będzie już oficjalnym źródłem dowodowym.

– Widocznie taka jest decyzja Pana. Możemy tylko pogodzić się z jego wolą – szepnął do siebie komendant Jerzy Walter. – Przykro mi, Staszek. Bardzo mi przykro.

Czuł się jak w obustronnym szachu. Wiedział, ile w swym życiu zawdzięcza bratu. Z drugiej strony nie umiał pozostać obojętny na zło, którego dokonywał Stanisław. Nie umiał uciec od swej policyjnej natury i przyzwyczajeń.

Odłożył figurkę Marka Cieślaka na miejsce i skierował się w stronę łóżka. Zanim zasnął, jeszcze raz przywołał w myślach treść jednej z wiadomości, która kilka tygodni wcześniej dała początek temu wszystkiemu…

Pamiętał każde słowo i każde z nich bolało go tak samo. Podczas tej nocy, jak i podczas wielu kolejnych, nie mógł zasnąć. Mimo że przecież w pokoju obok światło było zgaszone i było cicho.

Rozdział 8

Julian

Sobota, 25 października 2014

Deszcz nie przestawał padać ani na chwilę. Zdawał się po zachodzie słońca przybierać coraz bardziej basową nutę, która stała się tłem dla wszystkich pozostałych odgłosów miasta. To zza tej drażniącej osnowy raz po raz, głośniej bądź ciszej, przedostawały się do uszu mieszkańców inne dźwięki. Tylko że odgłosy kościelnych dzwonów, ruchu ulicznego czy tramwajów wydających swój charakterystyczny stukot na łączeniu szyn były dwukrotnie cichsze niż zwykle. Dwukrotnie odleglejsze niż zwykle. Dwukrotnie mniej istotne. A poza tymi dźwiękami nie było w Częstochowie właściwie już żadnych innych dźwięków. Nie było tupotu tysięcy butów w Alejach. Nie było płaczu dziecka, któremu inne dziecko zajęło huśtawkę albo zabrało ulubione wiaderko. Nie było żywiołowych rozmów przyjaciół idących bez większego celu przez miasto. Te wszystkie odgłosy pozostały w zamknięciu. We wnętrzach mieszkań, domów i pubów. Nikt nawet się nie kwapił, by uchylić okno i przemycić nieco tych brzmień do reszty miasta. Zaszyci w cichych i suchych wnętrzach mieszkańcy nie chcieli już nawet słyszeć zewnętrznego szumu.

Taki stan bardzo odpowiadał Julianowi. Mógł niezauważony obserwować teren kościoła pod wezwaniem Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Od ponad dwóch godzin przemieszczał się w trójkącie pomiędzy ulicami Jana Pawła II, Dąbrowskiego i Chłopickiego. W sobotę wieczorem w kościele nie było żadnej mszy świętej, a większość wiernych w taką pogodę wolała pomodlić się w swoim domu, niż udać się do Domu Bożego.

Julian nie zwracał uwagi na lejącą się z nieba wodę. Biskup kupił mu nieprzemakalne ubranie. Odpowiednie do aury i zadania, jakie miał wykonać. Turystyczne spodnie z kieszeniami na bokach, ziemiste buty, kurtka w szarobrązowe moro sprawiały, że wyglądał jak myśliwy, którym tego dnia był. Julian czekał na swoją zwierzynę.

Biskup nie pytał, jaki sposób wybierze. Nie obchodziło go to, bo przecież oficjalnie nie wiedział, co robi Julian.

„Znajdź Maleńkowa. Pozbądź się go” – biskup nakazał tylko tyle. Reszta należała już do Juliana.

Wierny sługa Stanisława Waltera udał się do parafii księdza Ryszarda i zaczął cierpliwie czekać na dogodny moment.

Ksiądz Ryszard nie jest dobry. Ksiądz Ryszard zapomniał. Jest niewdzięczny. Musi być ukarany. Julian musi go ukarać. Ale nie teraz. Jeszcze nie teraz. Julian nie zrobi tego teraz. Zresztą i tak zajmie się nim biskup. Dzisiaj Julian musi pozbyć się Maleńkowa. Bo Maleńkow jest teraz problemem. Julian pomoże biskupowi. Każda z tych fraz pojawiała się w jego głowie w prześwitach czarnej pustki. Pojedyncze zdania wybrzmiewały po kolei, wychodząc z czerni i chowając się w niej ponownie. Julian myślał krótkimi, urywanymi zdaniami. Mówił tylko sylabami. Julian dobrze zapamiętywał. Kodował. Realizował. Nigdy nie wychodził poza ramy swoich zadań. Jego umysł był tak zaprogramowany, by zawsze być wiernym sługą. Teraz był wiernym sługą Kościoła i Stanisława. Chciał mu pomóc w sprawie, w której tak mocno zawinił ksiądz Ryszard.

Niedobry ksiądz Ryszard. On jest winny. Jest winny.

Proboszcz Ryszard Kozera był dłużnikiem Stanisława Waltera. To właśnie biskup zapewnił mu tak rozległą i bogatą parafię. Ksiądz Ryszard walczył o jak największy teren w tej majętnej części miasta. Zawsze mu się wydawało, że jego obszar jest zbyt mały, a proboszcz z parafii przy ulicy Zajączka zabiera mu zbyt duży kawałek tortu. I właśnie Walter doprowadził do zmiany, dzięki której parafia Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa objęła swym zasięgiem wszystkie znaczące posesje przy ulicach Kilińskiego, Dąbrowskiego i ich najważniejszych przecznicach.

W tym obszarze znalazł się również opuszczony dworek Sobińskich. O cudownym zrządzeniu losu, jakim było odkrycie przedwojennego testamentu w niszczejących murach dworku, księdza Ryszarda poinformowała jedna z parafianek. On z kolei przekazał tę wiadomość ojcu Karolowi Nowackiemu, swojemu staremu przyjacielowi z seminarium, który obecnie świadczył posługę misyjną na dalekiej Syberii. Powiedział mu o tym w jednej z rozmów telefonicznych, które odbywali raz czy dwa w miesiącu. Wspomniał o tym jak o ciekawostce, nie przypuszczając, że nada tym samym dalszy bieg historii sprzed lat i doprowadzi do odnalezienia spadkobiercy przedwojennych właścicieli. Nie miał pojęcia, że nieświadomie wyda w ten sposób na niego wyrok i ześle na siebie gniew wpływowego biskupa.

 

Julian ukrył się za jednym z zaparkowanych aut i bacznie obserwował otoczenie kościoła. Mógł tak stać niezauważony przez wiele godzin. W Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych w sobotę nie było nikogo, a do okien najbliższego bloku było więcej niż pięćdziesiąt metrów i w tej ciemności bez noktowizora nie dało się go dostrzec.

Brama terenu kościelnego była otwarta. Wąskie okna znajdujące się na tyłach kościoła zdradzały, że wnętrze świątyni skryte jest w półcieniu światła świec i nielicznych palących się żarówek. Budynek plebanii był niemal niewidoczny w tej szarudze. Można go było dostrzec jedynie dzięki światłu zapalonemu na pierwszym piętrze. Właśnie tam godzinę wcześniej Julian pierwszy raz zobaczył Maleńkowa, który pojawił się w oknie na kilka sekund i zniknął.

Julian nie był jeszcze wtedy do końca pewien, czy to właśnie ten człowiek jest jego dzisiejszym celem. Nigdy przedtem go nie widział, a prawniczka nie opisała go zbyt szczegółowo. Kojarzył twarze większości osób, które o tej porze mogłyby kręcić się po plebanii. Swoje przypuszczenia potwierdził kilka minut później, kiedy Maleńkow wraz z jedną z sióstr przeszedł z plebanii do kościoła. Julian bezszelestnie przybliżył się wówczas do bramy i wychwycił kilka słów wypowiadanych przez tego człowieka do zakonnicy. Mężczyzna musiał mówić podniesionym głosem, żeby przekrzyczeć hałas rzęsistego deszczu. Każde z tych słów dotarło wtedy również do uszu Juliana. Usłyszał również specyficzny wschodni akcent tego mężczyzny. Narzekał na pogodę, a Julian pomyślał, że deszcz jest jego sprzymierzeńcem i ułatwi mu zadanie.

Maleńkow wyjdzie. Maleńkow będzie wracał. Zaraz. Wtedy Julian to zrobi. Julian wymierzy mu karę. Maleńkowa nie powinno tu być. Julian się go pozbędzie. Pomoże biskupowi.

Chłopak włożył prawą rękę do kieszeni, sprawdzając, czy jest tam nóż. Wiedział, że go tam znajdzie, ale lubił go dotykać. Każdy kontakt z tą rękojeścią powodował u niego przyjemny dreszcz. Chwycił ją mocniej i zaczął myśleć nad tym, co zrobi za kilka chwil. Wiedział, że Maleńkow będzie miał do przejścia jakieś dwadzieścia metrów. Zamierzał do niego doskoczyć. Chciał, żeby trwało to bardzo krótko. Przecież nikt nie mógł zauważyć, co się dzieje. Jeśli Maleńkow wyjdzie sam, Julian chciał od razu wypełnić swą misję. Jeśli nie będzie sam – poczekać i zrobić to w nocy, kiedy wszyscy zasną.

Cztery minuty później w drzwiach pojawił się Maleńkow. Okrążył łukiem filar po lewej stronie i prędko skierował się w stronę plebanii. Szedł bardzo szybko, niemal podbiegał. Julian błyskawicznie znalazł się przy bramie wjazdowej i stanął za drzewem rosnącym tuż za nią. W tym miejscu był prawie niewidoczny, chociaż i tak jego sylwetka w tym stroju i z nałożonym kapturem przypominała bardziej cień niż faktyczną postać.

Przed atakiem sprawdził jeszcze tylko dwie rzeczy. Czy nikt niespodziewany nie wychodzi akurat z plebanii oraz czy dostatecznie mocno ściska swój nóż. Wszystko się zgadzało. Rzucił się biegiem na mijającego go w odległości paru metrów Maleńkowa.

Jego ruchy były płynne, był niczym zwierzę w swym naturalnym środowisku. To jest twój moment, dziecino. To jest twoja chwila. W takich momentach w jego głowie zawsze grał Rok 1812 Czajkowskiego. Każdy krok stawiał w rytm uderzeń bębnów w tym utworze. Bum, bum, bum. Dotarł do Maleńkowa właśnie wtedy, kiedy w jego głowie rozbrzmiał wystrzał armatni. Julian cały był tą muzyką. Cały był uwerturą. W uniesieniu chciał, by jego akt był niezapomniany. Niepowtarzalny. Dlatego w trakcie ostatniego kroku uniósł wysoko rękę trzymającą nóż. Bum! Wyglądał jak baletmistrz. Jak tancerz w maskaradzie. Mimo że nie zatrzymał się ani na chwilę, mogło się wydawać, że w ostatnim momencie przed zadaniem ciosu zastygł w bezruchu w pozycji niemal idealnej. Akurat wtedy, kiedy w uwerturze, którą słyszał w głowie, nastał niemal niemożliwy do wychwycenia ślad ciszy. Maleńkow w ostatniej milisekundzie przed uderzeniem odwrócił się. Tak jakby wyczuł, że tuż za nim rozgrywa się ekstatyczny akt. Tak jakby usłyszał, że tuż za nim gra muzyka. Ten nagły ruch pozwolił mu uniknąć śmiertelnego ciosu. Julian, zamiast wbić nóż w szyję ofiary, zgruchotać jej drogi oddechowe i przeciąć tętnicę, trafił nim w bark tuż za obojczykiem.

Maleńkow zawył z bólu i przewrócił się, pociągając za sobą zdezorientowanego napastnika. Po upadku przeturlał się przez prawe zranione ramię i wylądował na plecach. Julian szybko przygniótł swą ofiarę do ziemi, chcąc zadać ponowny cios. Nie spodziewał się, że Maleńkow w ogóle będzie się bronił. A tym bardziej nie przypuszczał, że zaskoczony mężczyzna będzie tak silny i tylko lewą ręką powstrzyma kolejny zamach Juliana. Był silniejszy, niż na to wyglądał. Julian dalej słyszał rytm uwertury i miał wrażenie, że jego rywal również porusza się w takt muzyki, która rozbrzmiewała w jego głowie. Maleńkow odpychał go nawet prawą, okaleczoną ręką. Żaden z nich nie zdobywał przewagi i na kilka sekund zastygli w bezruchu, wkładając całą swoją energię w przepchnięcie noża.

Byli już u kresu sił, kiedy usłyszeli donośny krzyk, który przedarł się przez szum padającego deszczu. Przedarł się przez odgłosy bębnów grających w głowie Juliana.

– Pomocy! Morderca! Pomocy! – wołała przerażona siostra, która właśnie wyszła z kościoła.

Julian w ułamku sekundy ocenił sytuację. Poluzował nacisk i odskoczył od Maleńkowa. Jego ofiara dyszała ciężko, ale żyła.

Jesteś szatanem, demonem zła, Maleńkow.

Julian zerwał się do ucieczki i po chwili zniknął między blokami. Lejący deszcz sprawił, że przestał być widoczny już wtedy, gdy minął bramę kościoła.

Biegł szybko, ile tylko miał sił w nogach. Dopiero gdy przekroczył ulicę Jana Pawła II, schował nóż. Do tej pory miał go cały czas w ręce. Nikt tego jednak nie widział. W jego głowie przestała grać muzyka. Żaden jego krok nie był już uderzeniem bębna. Nie słychać było wybuchów armatnich ani dźwięków orkiestry dętej.

Julian zawiódł. Julian zepsuł wszystko. Będzie musiał to naprawić. Spróbuje jeszcze raz. Pozbędzie się Maleńkowa. Ale teraz musi się ukarać.

Biegł ulicą Dąbrowskiego. Minął budynek sądu okręgowego, kancelarie prawne; zostawił za sobą szyldy z nazwiskami prokuratorów i adwokatów. Potem skręcił w lewo w Jasnogórską, a następnie przy teatrze w prawo, w Kilińskiego. Minął stację pogotowia ratunkowego i nawet nie pomyślał wówczas o Maleńkowie. Pobiegł Alejami Najświętszej Marii Panny aż do ulicy Piłsudskiego. Do tej pory spotkał jedynie pięć osób, jednak żadna z nich nie widziała jego twarzy. Był nierozpoznawalny niczym cień. Z Piłsudskiego skręcił w Katedralną i u jej szczytu po prawej stronie jego oczom ukazały się strzeliste wieże bazyliki Świętej Rodziny.

Ale Julian pobiegł ulicą Ogrodową i niezauważalnie przemknął do zabytkowego browaru. Pracownik ochrony był zbyt zajęty rozwiązywaniem krzyżówek, by go zauważyć. W pustym browarze minął zrujnowane budynki, wieżę ciśnień i skierował się w stronę słodowni. Tam za jednym z omszałych murów się zatrzymał. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Był nieuchwytny dla oczu i kamer. Tutaj nikt go nie dosięgnie.