Przeciwko bratu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przeciwko bratu
Przeciwko bratu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,98  44,78 
Przeciwko bratu
Audio
Przeciwko bratu
Audiobook
27,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Teraz

Stanisław

Wcześniej

Jerzy

Alicja

Stanisław

Profanum

Alicja 1989

Jerzy

Julian

Jerzy 1981

Stanisław

Profanum

Alicja

Jakub 1992

Jerzy

Henrik

Alicja

Jerzy

Stanisław

Jakub 2001

Jerzy

Alicja

Henrik

Jerzy

Profanum

Alicja

Stanisław

Julian

Jerzy

Teraz

Alicja

Julian

Stanisław

Jerzy

Henrik

Alicja

Jerzy

Julian

Stanisław

Alicja

Jerzy

Stanisław

Alicja

Jerzy

Alicja

Profanum

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Redakcja: Marta Banaszek

Korekta: Monika Łobodzińska-Pietrus, Aleksandra Dąbala

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: Patila / Shutterstock

Redaktor prowadzący: Bartłomiej Nawrocki

Copyright © by Marcin Dudziński, 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wydanie I

ISBN: 9788381432368


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Ta książka jest fikcją literacką.

Ewentualne podobieństwo postaci,

zdarzeń, okoliczności nie jest zamierzone

i może być jedynie przypadkowe.

„Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,

Ból dawny nowym leczy się cierpieniem”.

W. Shakespeare, Romeo i Julia, akt I, scena I (w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Teraz

Sobota, 8 listopada 2014

Kula jest przecież niewiele większa od kropli – pomyślała irracjonalnie Alicja Drylska, wyskakując z rozbitego samochodu. Widok, który ujrzała przed sobą, był mętny, zupełnie rozmazany. Nie różnił się niczym od ociekającej strugami wody szyby w drzwiach auta.

Pomyślała, że mimo zmroku wcale nie jest aż tak ciemno. Było szaro. Rzęsista ulewa, światła nielicznych neonów i lamp tworzyły w Częstochowie szczególnie ziemisty mariaż. Deszcz rozjaśniał każdą noc i zaciemniał każdy dzień. A ona tak bardzo pragnęła, żeby było odwrotnie. Akurat teraz potrzebowała pozostać niezauważona. Chciała, żeby właśnie w tej chwili zrobiło się zupełnie ciemno. Wszystko dookoła wciąż jednak pozostawało sine. Sine było niebo, sine ulice, posiniaczeni ludzie, poobijani przez fatalną aurę. Gama kolorów w mieście była bardzo uboga, rozmyta lejącym deszczem.

Alicja szukała ucieczki przed czymś innym niż szarość. Przed czymś o wiele bardziej namacalnym i o wiele groźniejszym. Wybiegając z samochodu przy ulicy Zana, uciekała przed śmiercią.

Od minuty i dwudziestu sześciu sekund wszystko w jej życiu działo się szybko. Gwałtowność wydarzeń doprowadziła do tego, że biegła środkiem ulicy ubrana jedynie w dresową tunikę i botki. Pomyślała, że nałoży na głowę kaptur, ale sekundę później stwierdziła, że przecież nie przed deszczem pragnie się teraz uchronić. Że przecież kaptur nie zatrzyma pędzącego naboju.

Alicja się bała. Bała się, tak jak boi się wrażliwe dziecko wepchnięte w wesołym miasteczku do tunelu strachu. Chciała krzyczeć, wrzeszczeć, wołać o pomoc. Ale wiedziała, że to nic nie da. Że jej krzyk nie przebije się przez szum lejącej się z nieba wody. Bo gdyby była na to szansa, to ktoś, ktokolwiek, usłyszałby wcześniej wytłumione strzały, huk pękającej opony i trzask giętej karoserii. Ale żaden z tych dźwięków nie zdołał przedrzeć się przez melodię deszczu. Ta ulewa, która tak mocno upodobała sobie Częstochowę, dudniła jednostajnie, złowieszczo, mrocznie. Od ponad miesiąca brzmiała niezmiennie tak samo.

Minutę i dwadzieścia sześć sekund wcześniej Alicja ujrzała Juliana. W swoim mieszkaniu na drugim piętrze niewielkiego bloku zobaczyła twarz, której nie znosiła i której się obawiała. A gdy dostrzegła całą sylwetkę mężczyzny i wycelowaną w siebie lufę pistoletu, rzuciła się do ucieczki. Wybiegła tak jak stała, tylko z telefonem schowanym w kieszeni tuniki. Chwilę wcześniej zdążyła postawić na kuchennym blacie zakupy. Przez oparcie krzesła przewiesiła jesienny płaszcz.

Wyskakując z mieszkania na korytarz, uchyliła się przed pierwszym pociskiem. Kula stłukła lustro w przedpokoju. Drugi strzał, oddany już na klatce schodowej, niemal sięgnął jej pleców. Ale Julian chybił o milimetry. Bała się, ale jednocześnie jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Sunąc schodami w dół, starała trzymać się jak najbliżej ściany. Miała przewagę jednego piętra nad napastnikiem. Wiedziała, że poruszając się przy murze, zniknie mu z pola widzenia.

 

Zanim pchnęła drzwi wyjściowe, zdążyła rozważyć dwa warianty dalszej ucieczki. Mogła skręcić w lewo, kierując się na podwórko, ale bała się, że tam, na placu zabaw, przy tej pogodzie, nikogo nie spotka. A teraz najbardziej chciała się na kogoś natknąć. Na kogokolwiek. Dlatego skierowała się w prawo, w stronę parkingu. Tam ktoś musiał być.

I rzeczywiście, nagle znikąd pojawił się samochód. Wjechał na chodnik i z piskiem opon zatrzymał się tuż przy niej, zagradzając jej drogę. Czarna skoda octavia, znam ten samochód – zdążyła pomyśleć. Drzwi od strony pasażera były otwarte. Zatrzymała się tuż przy nich. Były niczym zaproszenie. Ktoś chciał, żeby wsiadła do tego auta. Nagle ze środka wychylił się mężczyzna, złapał ją mocno za rękę i silnym ruchem wciągnął do środka.

Wtedy zrozumiała, czemu ten samochód wydał się jej znajomy.

Jerzy Walter, komendant miejski Policji, dodał gazu, trzymając ją wciąż mocno za przedramię. Drzwi auta zatrzasnęły się pod wpływem nagłego przyspieszenia. Była uwięziona. Ale trzydzieści dwie sekundy później odzyskała wolność, o ile wolnością można nazwać dalszą ucieczkę przed zabójcą.

Julian tym razem nie chybił. Jeden ze strzałów przebił oponę hatchbacka. Samochód gwałtownie skręcił. Jerzy Walter stracił zupełnie panowanie nad pojazdem. Szybkim ruchem kierownicy próbował kontrować, ale niczym sternik małego kutra podczas sztormu, bardziej walczył z samym sterem niż z całym pojazdem. Kiedy było już pewne, że uderzą w drzewo, Alicja zamknęła oczy. W przeciwieństwie do pozostałych częstochowian słyszała ten rozdzierający huk w momencie zderzenia.

Sekundę później podniosła powieki. Głowa Jerzego Waltera oparta była o szybę. Komendant majaczył. Jakaś mała cząstka jego świadomości wiedziała, po co tu jest, ale nie potrafiła jeszcze przekonać do swoich racji całej reszty. Mężczyzna wbił w Alicję mętny wzrok i nieskładnie sylabizował. Musiał uderzyć głową w drzwi.

Alicja błyskawicznie wyskoczyła z auta i pobiegła w stronę ulicy Pułaskiego. Tam, do cholery, muszą być jacyś ludzie! – pomyślała spanikowana.

Patrzyła, jak przy każdym kroku spod jej stóp wytryskują krople. Obserwowała je. Jej umysł rejestrował ruch niemal każdej z nich. Każda miała swoją indywidualność. Niepowtarzalną przejrzystość. W tym momencie deszcz padał na nią nie tylko z góry, ale i z dołu. Patrzyła na każdą z tych kropel z osobna, by nie widzieć szarości, którą wspólnie tworzyły.

Julian wystrzelił jeszcze dwukrotnie.

Gonił ją. Czuła to. Nie odwróciła się ani razu, ale była pewna, że się zbliża. Nie wiedziała, ile strzałów już oddał, nie była w stanie ich policzyć, bała się, że zaraz padnie kolejny.

Dobiegła do Pułaskiego i dwa kadry ułożyły się jej w kolejną pełną scenę. W sekwencję wydarzeń, którą bardzo chciała urzeczywistnić. Po drugiej stronie ulicy nadjeżdżał autobus, a jej brakowało tylko kilkudziesięciu metrów do przystanku. Żeby zdążyć, musiała przebiec przez cztery pasy jezdni i pas zieleni. Zbliżał się stary ikarus. Machnęła ręką, by mieć pewność, że kierowca dojrzy ją w tej ołowianej matni. Trawa na pasie dzielącym jezdnie była grząska i bardzo śliska. Pokonała ją dwoma susami, bojąc się, że będą to jej ostatnie kroki. Cudem jednak utrzymała równowagę. Przebiegła na drugą stronę. Ulica była pusta. Światła najbliższego samochodu były daleko, gdzieś przy skwerze Sokołów.

Autobus się zatrzymał. Kierowca otworzył tylko przednie drzwi.

Wskoczyła do środka. Ruszyli niemal od razu. Nikt nie wysiadał. A wątła sylwetka Juliana nie zdążyła wyodrębnić się z szarości na tyle wyraźnie, by kierowca go zauważył.

Opadła na fotel po prawej stronie. Zerknęła przed siebie. Spojrzenia jej i zdumionego kierowcy spotkały się w lusterku. Czuła, że patrzy na nią jak na szaloną. Była przemoczona do suchej nitki, zdyszana, makijaż spływał jej cieniutkimi strużkami po twarzy. Mokre, przylegające ściśle do głowy, ciemne włosy sprawiły, że wyglądała o wiele młodziej. Przypominała nastolatkę na gigancie.

Owszem, uciekała. By chronić siebie. Ale nie tylko.

Położyła prawą dłoń na brzuchu, tuż pod pępkiem. Delikatnie pogładziła kciukiem to miejsce. Uciekała, żeby chronić swoje dziecko, żeby doprowadzić do końca to, co zaczęła dzień wcześniej.

Jeśli jeszcze kiedyś będziesz się mścić, zaplanuj to o wiele lepiej, dziewczyno! – wrzasnęła w myślach i przez chwilę zdawało się jej, że ten krzyk był głośniejszy niż terkot ciężko pracującego silnika.

Rozdział 1

Stanisław

Czwartek, 23 października 2014

W archikatedrze Świętej Rodziny panował półmrok. To, co było widoczne, wysuwało się na pierwszy plan, a to, co pozostawało w cieniu, kryło się w nim od długiego czasu, lecz miało go niebawem opuścić.

Dokładnie pośrodku szerokiego przejścia po prawej stronie ław stało porysowane, niebieskie, blaszane wiadro. Nie było jedynym kiczowatym przedmiotem we wnętrzu katedry, ale jego obecność w tym akurat miejscu wydawała się zupełnie przypadkowa i niepotrzebna; jakby sprzątaczka zostawiła je przez nieuwagę. Jednak spełniało niezwykle ważną funkcję we wnętrzu monumentalnej budowli. Kto wie, czy w tych dniach nie najważniejszą.

Krople spadające z łukowego sklepienia dachu trafiały dokładnie w sam środek wiadra. Kapiąc w odstępach kilkunastu sekund, wypełniały jego wnętrze. Kropla za kroplą. Ich zetknięcie z taflą wody za każdym razem skutkowało dźwiękiem, który w wielkim i pustym gmachu nabierał kilkukrotnie większej siły.

Mocny, metaliczny pogłos odbijał się od murów w przeróżnych konfiguracjach, wypełniając całą świątynię.

Biskup pomocniczy Stanisław Walter siedział pośrodku trzeciego rzędu ław. Był jedyną osobą, która wsłuchiwała się w te dźwięki i jedyną, która w ogóle znajdowała się w katedrze.

Od jakiegoś czasu samotne przesiadywanie w tym właśnie miejscu stało się w jego życiu normą. Normą, do której jeszcze nie przywykł.

Do diabła, jakie radości tym razem mi przyniesiesz – pomyślał w duchu. Odliczył kolejne dziewiętnaście sekund od ostatniego plusku i lekko stuknął palcem wskazującym w kolano dokładnie w momencie, kiedy odgłos kolejnej spadającej kropli wypełnił wnętrze budowli.

− Jakie uciechy, do diabła… – wyszeptał niemal bezgłośnie, powtarzając swe myśli.

Siedząc o pierwszej w nocy w cywilnym ubraniu, przodem do ołtarza, mimo wszystko czuł się nieswojo.

Nie znalazł się tutaj przypadkiem ani nawet mimowolnie. Biskup Stanisław Walter rzadko zdawał się na zrządzenia losu. Każde działanie wpisywał w metodycznie wypracowany, większy plan. Z jednej strony dlatego, że musiał, a z drugiej – bo tego właśnie chciał.

Mimo to, patrząc na ambonę z tej perspektywy, czuł się dziwnie. Nie potrafił pozbyć się tego uczucia od miesięcy. Te minuty oczekiwania spędzone twarzą w twarz z przyglądającym mu się z krzyża i, jak mu się zawsze zdawało, przenikającym jego myśli Zbawicielem, były najpewniej jedynymi, w których czuł, że powinien spuścić głowę i odwrócić wzrok, by przypadkiem nie dojrzeć swojego odbicia.

Jednak biskup nigdy nie odwracał spojrzenia. Widział i chciał widzieć wszystko. W każdej sytuacji. Cokolwiek to było i jakiekolwiek by nie było, patrzył zawsze do końca, do momentu, aż poznał wszystko dogłębnie i zapamiętał w każdym szczególe.

Stuknął ponownie palcem w kolano i westchnął. Nie był do końca zadowolony z krótkiej rozmowy telefonicznej z kanclerzem kurii, Sławomirem Majem, którą odbył kilka godzin wcześniej. Chciał porozmawiać z nim osobiście. To na niego właśnie czekał.

Usłyszał kroki. Od strony głównego wejścia zbliżał się powoli ksiądz prałat. W mieszaninie odgłosów spadających kropel i stukotu butów swojego gościa biskup próbował odnaleźć jakiś rytm, ale pogłos był zbyt mocny, by dało się wykryć jakąkolwiek miarowość.

Kanclerz uklęknął, przeżegnał się, rozpiął mokry płaszcz i usiadł obok biskupa.

– Chrystus się rozgniewał i wylewa chyba wszystkie niebiańskie zapasy wody na ziemię. – Kanclerz Maj strzepnął krople z okrycia.

– Myślisz, że to na nas się rozgniewał, księże prałacie?

– Trzeba przyznać, że powody znalazłby bez trudu – odrzekł Maj.

– Pada jednak pewnie na wszystkich w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.

– Tak, pada na wszystkich bez wyjątku. Tak to zwykle bywa. Pada na wszystkich… – Walter zamyślił się i zawiesił głos.

Przeniósł wzrok wprost na twarz kanclerza i zapytał:

– Jakie nowiny, mój drogi?

– Pierwsza transza wpłynęła – odparł bez zwłoki Maj.

Kanclerz wyciągnął kartkę z wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał ją Walterowi.

– Tutaj mam dowód wpłaty.

Biskup spojrzał na dokument. Przelew z jednego z banków w Dolnej Saksonii nie pozostawiał wątpliwości.

– Doskonale – powiedział.

– Teraz nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać – ochoczo kontynuował Maj.

– Nam? – zapytał biskup tonem, który błyskawicznie przywołał kanclerza do porządku.

Maj spuścił wzrok. Walter wręcz przeciwnie – wpatrywał się w niego jeszcze intensywniej.

– Oczywiście… Ja… Oczywiście miałem na myśli jedynie księdza biskupa. – Kanclerz był wyraźnie zdeprymowany.

Stanisław Walter po raz kolejny sprawił, że Maj zaczął się zachowywać jak zbity pies. Ile to trwało tym razem? Dwie minuty? Trzy? Niewiele czasu potrzebował, by go znów zdominować. Mimo że głową częstochowskiej kurii był arcybiskup Jan Makowski, kanclerz dobrze wiedział, że nie ma w tej archidiecezji ważniejszej osoby niż biskup pomocniczy Stanisław Walter. To on pociągał tutaj za sznurki. Mistrzowsko sterował wszystkim z drugiego rzędu.

Po chwili ciszy i jednej spadającej kropli Walter zapytał:

– A ta kobieta jeszcze żyje?

– Żyje. Dziewięćdziesiąt trzy lata – odpowiedział Maj. Dokładnie wiedział, o kogo chodzi.

Biskup kiwnął głową.

– Coś się jej nie spieszy.

– Cóż poradzić…

– Poradzić… Zawsze można coś poradzić – powiedział jakby do siebie biskup, po czym dodał: – Świetnie. To wszystko.

Kanclerz nie potrzebował dodatkowego sygnału, by wiedzieć, że spotkanie się zakończyło i powinien się zbierać. Wstał, zapiął płaszcz, spojrzał w stronę Waltera.

– Księże biskupie – powiedział, oddając lekki pokłon.

– Księże prałacie – odparł od niechcenia Walter.

Kanclerz udał się w stronę wyjścia, ale po kilku krokach zawrócił, jakby go coś zastanowiło, podszedł do trzeciego rzędu ław i zapytał:

– Księże biskupie, proszę wybaczyć śmiałość – zaczął z wahaniem. – Męczy mnie ta kwestia. Dlaczego spotykamy się w tym miejscu, o tej porze? Rozumiem, że ksiądz biskup nie chciał rozmawiać przez telefon – kontynuował. – Ale są chyba okazje i miejsca w ciągu dnia… Dlaczego tutaj, tak późnym wieczorem? – dokończył niemal na jednym wdechu.

Stanisław Walter wstał niespiesznie, wyszedł na środek głównego przejścia i stanął tuż obok Maja. Nawet na chwilę nie odwrócił od niego wzroku.

– Bo tak chciałem. Bo tak mi wygodnie – odpowiedział bardzo spokojnie, a kąciki jego ust uniosły się lekko, tworząc ten rodzaj uśmiechu, który bardziej trwoży, niż uspokaja.

Kanclerz opuścił głowę, przyklęknął, przeżegnał się i bez słowa opuścił katedrę. Po chwili biskup znowu został sam.

Krople zdawały się spadać z nieco większą częstotliwością. Trzeba uszczelnić ten dach, dziecino – pomyślał Walter.

Rozejrzał się dookoła. Kiedy przez jaskrawe witraże nie wpadało do środka światło słoneczne, właściwie nie było w katedrze nic szczególnego. A jednak coś sprawiało, że biskup poczuł, jak narasta w nim energia. Krew już od kilku sekund płynęła w jego żyłach nieco szybciej.

Otarł kąciki ust i udał się w stronę zakrystii. Minął ołtarz, nawet na niego nie patrząc i nie pochylając głowy.

W korytarzu zakrystii paliło się światło. Tuż przy lawaterzu czekał na niego Julian.

– Witaj, dziecino – radośnie przywitał go Walter.

– Witam, księże biskupie. – Julian jak zwykle patrzył w podłogę.

– Gdzie ona jest?

– Tam – wskazał jedne z dwojga drzwi.

– Zaczynajmy więc – powiedział Walter, ocierając ponownie usta.

Kobieta, która znajdowała się w pomieszczeniu, dobrze wiedziała, co ją czeka. Godziła się na to. Nie była tutaj po raz pierwszy. Bała się. Ale przyszła kolejny raz. Wiedziała, że musi być posłuszna.

 

Część pierwsza

Wcześniej

Rozdział 2

Jerzy

Piątek, 24 października 2014

Pamiętał. Pamiętał zawsze. Na zawsze. Nie mógł i nie umiał o niej zapomnieć. Tych wspomnień nie dało się wymazać. Były jak stara farba i grzyb na ścianie jednocześnie. Nieusuwalne. Żeby się ich pozbyć, musiałby zburzyć ją całkowicie, robiąc sobie przy tym krzywdę. Każda ingerencja w tę część pamięci zabrałaby mu nieodzownie część siebie.

Siedział przy biurku i bezmyślnie patrzył w okno; wciąż lał deszcz. Wszedł w te wspomnienia jak w gęsty las tuż przed zachodem słońca. Wszedł i od razu nastał mrok, zostawiając wszystko w tym samym porządku, a jednak zmienione. Każde drzewo, które mijał, było jakąś jej cechą, jakimś wspólnym wspomnieniem, jakimś jej gestem, jakimś słowem. Każde doskonale pamiętał, mógł poustawiać je w czasie na właściwym miejscu dokładnie tak, jak drzewa stoją w lesie. W myślach podchodził do nich i mimo że doskonale wiedział, co jest wyryte na każdym pniu, czytał to po wielokroć. Pamiętał.

Pukanie do drzwi wyrwało go z zadumy. Sekretarka odczekała kilka stosownych sekund i nieśmiało zajrzała do gabinetu komendanta.

– Pięć minut – powiedział Jerzy stanowczo i niedbałym ruchem ręki pokazał, że jeszcze nie czas na jakichkolwiek gości.

Potrzebował kilku chwil, by odpędzić wspomnienia. Przywoływał je często i najczęściej przeklinał w myślach. Za każdym razem widział i rozumiał wszystko wyraźniej. Na przemian śmiał się i drwił z siebie, rozmyślając o tym, jak wypuścił z rąk coś, co było jego, coś, czego tak bardzo pragnął.

Ona była jego, chciała być jego, chciała należeć do niego.

Czuł się jak uczestnik rozmowy kwalifikacyjnej na wymarzone stanowisko. Bezbłędnie odpowiedział na wszystkie pytania, oczarował rekrutującego, dostał pozytywną odpowiedź, po czym odparł: „Dziękuję, ale jednak nie przyjmę tej oferty”. Był jak piłkarz, który spudłował do pustej bramki.

W życiu Jerzego zawsze było coś, co było w stanie ostatecznie go pokonać. Nie inny człowiek, nie zrządzanie losu. To coś tkwiło w nim samym. Jakaś cecha, jakaś pieprzona zadra, stygmat wypalony w mózgu, zastarzała substancja we krwi, gen autodestrukcji. Coś nieusuwalnego, co zawsze miało nim sterować, coś, co wyniósł z domu rodzinnego, czym nasiąknął za młodu. A przecież wiedział, doskonale wiedział.

Ona nie była taka jak jego matka.

Ona nie była taka jak jego matka.

Jego matka była kurwą.

Ona była inna.

Ona go kochała.

Ona nigdy nawet jej nie przypominała, nie miała w sobie choćby ułamka cech jego matki. Jego matki kurwy. Ona przyjęła go takim, jakim był, i dała siebie taką, jakiej pragnął.

Ona była zupełnie inna niż jego matka.

Przez ponad trzydzieści lat Jerzy powtarzał w myślach te właśnie słowa, wracając wspomnieniami do swojego największego życiowego błędu. Kiedyś robił to nieustannie; od pewnego czasu znów były częstym gościem w jego głowie.

Ocknął się na moment. Wstał i domknął uchylone okno. Deszcz w ciągu ostatnich kilkunastu minut przybrał na sile i zaczął zacinać pod takim kątem, że kilka kropel momentalnie spadło na parapet i stos niepotrzebnych już dokumentów. Jerzy pomyślał, że w taką pogodę świeżo odnowiona elewacja budynku Trójkąta, jak potocznie nazywana była Komenda Miejska Policji w Częstochowie, nie przyciągnie niczyjego wzroku. Wyjrzał przez okno; wszyscy pospiesznie mijali posterunek, uciekając przed narastającą ulewą. Trójramienny budynek chował się w deszczu jak każdy inny.

Jerzy właściwie niczego już sobie nie wyrzucał. Nie biczował się, nie karał, nie topił w wódce pretensji do samego siebie i całego świata. Żal i szukanie przyczyn zostawił za sobą. Wiedział już wszystko dokładnie. Stracił ją na własne życzenie, chciał i musiał ją stracić. Tak widocznie miało być.

Ale niespodziewanie ta sprawa nabrała dla niego nowego sensu. Wydarzenia ostatnich tygodni i informacje, które zebrał, sprawiły, że historia zatoczyła przedziwny krąg. I teraz znów musiał podjąć decyzję, co może i musi się stać.

Wyjął z kieszeni pomiętą kartkę, która otrzymał kilka tygodni wcześniej. Serce stanęło mu, kiedy wyciągnął ją z koperty i przeczytał. Pomyślał, że to żart. Wiadomość znał już na pamięć. Była krótka, ale jednoznaczna. Na kopercie nie było nadawcy. Kartkę, która była w środku, dokładnie sprawdził, jednak nie znalazł odcisków palców. Zachował ją tylko dla siebie. Ktoś dawał mu znać o czymś, co nie powinno się nigdy wydarzyć. Prosił go o pomoc w imieniu Aldony – dziewczyny, która nie umie się uwolnić. Tak brzmiało jedno ze zdań listu. Przez tydzień bił się z myślami. Nie mógł uwierzyć. Zmieniał decyzję niemal codziennie. W końcu postanowił, że musi coś z tym zrobić.

Sekretarka ponownie zajrzała do gabinetu. Jerzy nie kontrolował czasu. Mogło minąć pięć minut, ale podejrzewał, że dała mu dłuższą chwilę na zebranie myśli.

– Panie komendancie, naczelnik Marczuk czeka. Mam go zaprosić? – zapytała spokojnie.

– Oczywiście, pani Aniu, proszę go wpuścić – odpowiedział szybko.

Lubił ją, była taktowna i kompetentna, a przy tym dzielnie znosiła jego dziwactwa. Czasem ciekawiło go, co myśli, kiedy widzi go nieobecnego i zadumanego jak dziś, ale wiedział, że nigdy nie poruszy z nią tego tematu.

Marczuk, wchodząc, jak zwykle poprawił włosy. Komendant Walter znał go wiele lat, ale za każdym razem się zastanawiał, czy ten gość nie mógłby zrobić tego wcześniej. Ruch ręką zaczesujący włosy na bok i wyrównujący przedziałek zawsze wydawał mu się nieco nerwowy. Marek Marczuk robił tak za każdym razem, gdziekolwiek by nie był. Walter miał okazję obserwować ten gest zarówno na służbowych zebraniach, jak i podczas licznych prywatnych spotkań poza komendą. Notoryczne sprawdzenie stanu grzywki było znakiem firmowym naczelnika i nic się nie zmieniło od wielu lat, w trakcie których Jerzy konsekwentnie budował zaufanie do swojego przyjaciela.

Jerzy nie zdążył schować kartki i wciąż trzymał ją w dłoni, jak przyklejoną.

– Co czytasz? – zapytał Marczuk bez namysłu. Komendant przez chwilę poczuł się jak dziecko złapane na gorącym uczynku podczas podjadania jeszcze gorącego ciasta. Chciał ukryć nie tylko ten liścik, ale i samego siebie. Wiedział, że Marczuk zauważył jego zakłopotanie.

– Jurek, ja w sprawie tego podsłuchu. – Policjant zręcznie zmienił temat, zamykając za sobą drzwi.

– No jak tam? – spytał Jerzy, dając jednocześnie ręką znak, by naczelnik Wydziału Kryminalnego kontynuował. Po chwilowej konfuzji nie został już żaden ślad.

– Zerknij na ten dokument. Myślę, że tak może zostać. Ci z WTO nie powinni mieć dodatkowych pytań.

Jerzy przeczytał notatkę służbową naczelnika. Zgodnie z jej treścią anonimowy informator przekazał wiadomość o możliwości popełnienia przestępstwa. Marczuk wnioskował o podsłuch telefoniczny do Wydziału Techniki Operacyjnej.

– Masz rację, jest ok. Dziękuję.

– Robimy to więc?

– Tak, wysyłaj to w takiej formie – odpowiedział Jerzy bez zastanowienia.

I właśnie ten brak wahania kazał Marczukowi jeszcze raz się upewnić, czy komendant jest świadom konsekwencji swojej decyzji.

– Jurek, rozumiem, że jesteś tego pewny? Wiesz, że jak cała machina ruszy, nie będzie już odwrotu…

Walter uśmiechnął się i przejechał palcami po wąsach. Nie był pewien i wiedział, że nigdy nie będzie, ale czuł, że tym razem właśnie tak musi postąpić. Pomyślał, że bardzo chciałby umieć powiedzieć coś innego, ale po raz kolejny krótko potwierdził Marczukowi swoje postanowienie.

– Tak, jestem pewny.

To prawda, teraz nie będzie już odwrotu.

– Marek, jeszcze jedno – powiedział komendant, podając Marczukowi małą kartkę. – Dodaj jeszcze ten numer.

Naczelnik spojrzał na imię, nazwisko i numer telefonu zapisane na niechlujnie wyrwanym kawałku papieru.

– Rzeczywiście, to może się przydać – odparł.

– Też tak myślę. Zresztą szybko się przekonamy – zakończył Jerzy.

Teraz nie będzie już odwrotu. I właśnie to powinno zaprzątać jego myśli. Jednak tuż po tym, jak Marczuk wyszedł, Jerzy jeszcze raz spojrzał przez okno i ponownie zanurzył się we wspomnieniach.

Wszedł w nie tak, jak wchodzi się w las tuż przed zachodem słońca. Wszedł i od razu zapadł mrok. Wszystko było niedokończone. Mimo że tak dokładnie pamiętał każdy jej gest, mimo że kochał ją naprawdę, to miał również świadomość, że zamknął jej drogę, jeszcze zanim stracił ją na zawsze. Stracił ją dwukrotnie. Najpierw, bo tak zdecydował, potem, bo los zdecydował za niego. Stracił ją, ale pamiętał.

Ona nie była taka jak jego matka.

Ona nie była taka jak jego matka.

Teraz nie miał zamiaru stchórzyć tak jak wtedy.