Książęta highwayuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ROZDZIAŁ I. Droga nad Superiorem



Tonę w długach! – Antek uderzył otwartą ręką w kierownicę. – Karty, pożyczka, line of credit! Kiedy to się skończy?!

Patrzyłem na jego zmęczoną, wychudłą twarz. Ileż to już lat, odkąd się poznaliśmy?!

Słońce niedawno zaszło i na świat spłynął dziwny, różowy półmrok. Las z obu stron drogi zrobił się prawie czarny, a high way lśnił jak srebro. Już miałem coś odpowiedzieć, pocieszyć, podtrzymać na duchu, może bardziej siebie niż jego, gdy prawie dokładnie w tej samej chwili stało się coś strasznego: Antek krzyknął przeraźliwie, szarpnął spike[1] i jednocześnie stanął, dosłownie stanął na hamulcach! Truck zawył po człowieczemu i szedł pochylony całą siłą rozpędu, podczas gdy zablokowane hamulce paliły koła.

Potworna siła zmiotła mnie z fotela. Wgnieciony w deskę zobaczyłem, a raczej poczułem jakiś długi, niesamowity w swoim kształcie cień przesuwający się za oknem. To trailer[2] szedł w poprzek drogi, orząc kołami pobocze i miażdżąc rosnące tam krzaczyska. Jakimś dziwnym trafem truck sunął lewą stroną i trailer zamiatał jezdnię całą swoją czterdziestoośmiostopową długością. Wszystko to trwało małą chwilkę, może dziesięć czy piętnaście sekund. Gardło miałem tak zasznurowane, że nawet gdybym chciał, nie mógłbym wrzeszczeć.

Nagle truck skoczył. Nieoczekiwanie – bo co tu mogło być w ogóle „oczekiwane” – Antek puścił hamulec i nacisnął gaz. Droga szła lekko w dół. Cały czas pusta! Cud czy co? Truck popędził jak oszalały. Trailer zniknął, tak jak się pojawił. Schował się posłusznie za truckiem. Dopiero wtedy wrzasnąłem:

– Antek, hamuj!!!

Truck zaczął zwalniać.

Nasza znajomość trwała od niepamiętnych czasów.

Zaczęła się jeszcze w początkach lat sześćdziesiątych na warszawskim Czerniakowie. Antek Sobótka był najzwyklejszym warszawskim żulem! Napadł mnie w jakiś grudniowy wieczór 1963 roku.

– Kopsnij na flaszkę!

Zaczęliśmy się szamotać i okładać pięściami, ale Antek był silniejszy i zaprawiony w bojach. Akurat wtedy podjechała warszawa z gliniarzami. Rzuciliśmy się do ucieczki, każdy w swoją stronę. Potargany, bez czapki i paru guzików dobiegłem do przystanku przy Szwoleżerów. Teraz jechaliśmy razem do Kenory. Kto by pomyślał? Z Czerniakowa do Kenory!

Jeszcze przed małą chwilą patrzyłem na wijącą się drogę i wspomnienia opanowały mnie jak alkohol. Gdybym komukolwiek opowiedział o losach naszej znajomości – nie uwierzyłby. Tamta Warszawa miała jeszcze taki powojenny, popowstaniowy klimat. Wszystko było świeże i nowe. MDM, Pałac Kultury i Nauki, Trasa W-Z. A przy tym stały jeszcze ruiny Dzikiego Zachodu, Pragi i Powiśla. Antek był synem węglarza z Dolnej.

Z Toronto wyjechaliśmy dwa dni wcześniej, ale mieliśmy dostawy w Sudbury i w Sault, a teraz z prawie połową ładunku jechaliśmy na plac budowy osiedla pod Kenorą. Jechaliśmy razem, bo chociaż trasa nie była daleka, to musieliśmy rozładowywać trucka sami. Zawsze co dwie pary rąk, to nie jedna. Na pomoc nie mieliśmy co liczyć. Na tych zakazanych budowach każdy pilnował swojej roboty i na nasze prośby mówiono: It's not my job![3] Bywało, że i ja mówiłem wtedy to samo, ale odpowiadano mi zwykle z rubasznym śmiechem: F… yourself![4]

Ten węglarz – ojciec Antka – stosował ciekawą dietę. Codziennie zjadał bańkę zupy z chlebem i wypijał pół litra czystej. Codziennie, jak rok długi! Cały dzień na wozie, czarny od tego cholernego węgla. Załadować węgiel, dać koniom żreć, dowieźć, rozładować! Ileż to razy Antek przeklinał przy naszych rozładunkach, mówiąc: „K… mać, zupełnie jak mój stary! Tyle tylko, że nie końmi, a truckiem!”.

A trucking mieliśmy wyjątkowo ciężki, to trzeba przyznać. Wszystko przez mojego wspólnika! To on wynalazł ten kontrakt na dostawy szafek kuchennych i związał się z producentem. Mister Marcus, właściciel Canac Kitchens na John Street w North York, szedł wtedy jak burza. Budownictwo kupowało jego szafki na pniu i fabryka miała zamówienia na dwa lata nieustannej produkcji.

Były też i jasne strony tej naszej orki. Oglądaliśmy piękne Ontario i Quebec, i wielu ciężko pracujących ludzi – zwyczajnych, twardych robotników, ciągnących codzienne taczki życia i budujących ten kraj. Bez wielkich słów. Tak to właśnie widzieliśmy. Kraj powstawał od podstaw. Zdarzało się, że dowoziliśmy nasze kuchnie w tak dziewicze miejsca, że zachodziliśmy w głowę, po co tam w ogóle coś budują. A jednak!

Antek chodził do zawodówki na Podchorążych, ale rzucił ją po dwóch latach. Rozbijał się trochę po warszawskich ulicach i może by rzeczywiście „zgnił w kryminale” – jak mu nieraz przepowiadała zaharowana matka – gdyby nie wujek. Z Polski wyjechał tuż przed stanem wojennym. Śmiał się, że był ostatnim, któremu udało się wsiąść do ostatniego wagonu ostatniego pociągu odjeżdżającego do Frankfurtu. Był dwunasty grudnia 1981 roku. Ta nasza „zapoznawcza” bójka w grudniu sześćdziesiątego trzeciego roku była o całą epokę wcześniej!

Miałem w tamtym czasie wychowawcę, który nazywał się Krzysztof Kolczyński. Były bokser o małym, przetrąconym nosie i – jak wieść niosła – piorunującym uderzeniu. Pochodził, zdaje się, z tej samej starej bokserskiej rodziny, co słynny oświęcimiak, o którym nakręcono w późniejszych latach film.

Nigdy nie byłem zbyt silny czy odważny, ale Kolczyński musiał mieć jakiś powód, gdy zawołał mnie któregoś dnia do siebie i powiedział: – Wiesz co, Marcin, co byś tak powiedział, gdybym ci dał list do redaktora Miedzianowskiego z Polonii, żeby cię przyjął na treningi? Ja bym tu porozmawiał w internacie, żeby cię zwalniali dwa, trzy razy w tygodniu.

Byłem jak w malignie. Toż to było to, o czym takie chuchro jak ja nie mogło nawet marzyć! Kolczyński namawia mnie do boksu! Redaktor Miedzianowski był podówczas szefem sekcji bokserskiej w KKS Polonia na Foksal. Budynek stał prawie dokładnie naprzeciwko osławionej „Kameralnej”, a sala treningowa mieściła się na drugim piętrze.

Tam właśnie spotkałem Antka po raz drugi. Trenował nas Munio Małecki, potem Kazio Łukasiewicz, a każdemu z nas strasznie zależało, żeby wygrać turniej „Pierwszy Krok”. Za wygraną walkę płacili wtedy dwadzieścia złotych, a za przegraną dziesięć, ale przecież nie o pieniądze nam chodziło! To była ostatnia, naprawdę ostatnia rzecz.

Przede wszystkim było to zauroczenie sztuką walki. Krążyły wtedy najróżniejsze legendy o superżulach, „królach” Szmulek, Targówka i Siekierek. Chłopcy zaczytywali się zakazanym Złym i przekazywali sobie podartą, wyczytaną książkę. Zły miał z całą pewnością na nas jakiś wpływ, ale dużo większy miała bieda i szarość poPaździernikowej rzeczywistości. Chłopcy z poniszczonych wojną i komunizmem rodzin, żyjący w atmosferze bohaterskich wspomnień i entuzjazmu lat powojennych, sami próbowali swoich sił. Nie wystarczały im rodzicielskie opowiadania o Powstaniu, a potem o normach i ponadnormach stalinowskich murarzy. Chcieli sami! Łączyli się w stada jak wygłodniałe wilki i węszyli za łupem i sławą. W biedzie i szarości codziennego dnia panował drapieżny głód sukcesu, akceptacji i przygody.

Na Saskiej Kępie byli „Kaktusiarze”, na Woli „banda Cygana”, na Annopolu „Piraci”. Kto by ich wszystkich spamiętał? Robiono potem takie socjologiczne badania „młodocianych band przestępczych”, ale to już dużo później.

Antek Sobótka był najlepszym, najczystszym, najbardziej nieskażonym reprezentantem tej powojennej Warszawy. Był warszawiakiem i był z tego okropnie dumny. Pogardzał „napływową hołotą”. Wszystko, co niewarszawskie, to była dla niego „wiocha” i „słoma w butach”.

Truck stanął. Zapadła cisza, bo Antek wyłączył silnik. Leżał na kierownicy.

– Antek! Co się stało?!

Siedziałem cały czas na podłodze pod swoim fotelem. Trząsłem się jak galareta.

– Człowieku, dlaczegoś hamował? Przecież tam nic nie było!

Antek podniósł powoli głowę i cicho powiedział:

– Grażynę zobaczyłem. Cała biała, jakby nieżywa!

Wściekłość porwała mnie za gardło.

– Wariacie! Ty pokręcony pomyleńcu! Gdzie tu Grażyna?! Czy ty w ogóle wiesz, gdzie ty jesteś?! Won z trucka!

I uderzyłem go. Uderzyłem go jakoś w ramię czy w plecy. Nigdy mi się to nie zdarzało, chyba że w boksie, ale teraz poniosło mnie. W ogóle straciłem panowanie. I stała się rzecz niesłychana: Antek, ten dawny warszawski zabijaka, „król” Czerniakowa, bokser – nie oddał! Potulnie wysiadł z trucka i siadł na poboczu. Wyciągnął papierosa, żeby zapalić, ale go odłożył i zobaczyłem, że zakrył twarz dłońmi. Tak jak przedtem furia, tak teraz targnął mną ogromny żal! Podszedłem do niego.

– Antoś, przepraszam cię! Ja nie chciałem! Musimy odpocząć. Wszystko będzie dobrze! Wierz mi, Antoś!

Ale tak naprawdę nie wierzyłem nawet sam sobie.

Grażynę poznałem w jakiś zimowy wieczór właśnie na Foksal. Stała pod naszym klubem przytulona do ściany. Zimno było, jak tylko może być zimno w Warszawie. Wiatr szedł od Wisły i przemykał gdzieś między domami, wyziębiając ulice i place. Grażyna miała na sobie króciutki płaszczyk i małe szpilki. Wychodziłem właśnie z bramy, gdy mnie zagadnęła:

 

– Znasz Antka Sobótkę?

– No, pewnie. Razem trenujemy.

– A nie wiesz, czy już wyszedł?

– Ubiera się, zaraz będzie.

Wiedziałem, że to jego dziewczyna. Wspominał o niej. „Moja dziewczyna” – mówił.

Are you okay, guys?[5] – doszedł nas gruby głos. Przy naszym trucku stał wysoki facet w baseballowej czapce i w koszuli z poobrywanymi rękawami. Długie czarne włosy związane miał z tyłu kolorową tasiemką. Dżinsy i zniszczone kowbojskie buty. Indianin. Oglądał bok naszego trucka.

– Mieliście szczęście.

Jego truck, czarny peterbilt załadowany balami drzewa, stał w oddali na wzniesieniu, z którego właśnie zjechaliśmy, czy raczej: stoczyliśmy się.

– Szczerze mówiąc, nie widziałem jeszcze, żeby ktoś wyszedł z takiego jackknife'u[6]! Co się stało?

– Łoś nam wyskoczył – skłamałem.

Popatrzył na mnie tak prosto, że aż się zaczerwieniłem.

– Lodu pewnie nie widziałeś, hę? Całe to zbocze oblodziło. Pewnie z godzinę temu. Zauważyłeś, jak highway błyszczał?

Milczałem.

– No, ale mieliście szczęście. Wóz jest okay. Trailer nie doszedł do boku. Który z was prowadził?

– On.

Trucker podszedł wolno do siedzącego Antka. Przykucnął przy nim. Zrobił to bardzo naturalnie, tak jak to tylko Indianie potrafią.

Woman, eh?[7]

Zmartwiałem. Skąd on wiedział?

Antek siedział cicho, jakby nie słyszał albo nie rozumiał, a trucker wyjął z kieszeni na piersi mały woreczek, nasypał sobie coś na rękę i podał mu.

– Weź to i żuj. Tylko nie połykaj.

I Antek wziął.

– Jak jest lód – Indianin zwrócił się w moją stronę – to nigdy, pamiętaj, nigdy nie używaj samego spike'a. Trailer leci wtedy tam, gdzie go ciągnie pochyłość drogi. Patrzyłem na was z góry i widziałem, co się działo. Na taki lód nie ma mądrych, ale najlepiej nie dotykać wtedy hamulców. A jak już się zdarzy, że trailer się łamie i wydaje się, że nie ma ucieczki, to wtedy jest tylko jedno wyjście: spike i gaz do dechy! On to właśnie zrobił i dlatego żyjecie!

Antek ciągle jeszcze siedział, ale ruszał szczękami i tak jakby się budził, a Indianin mówił dalej:

– Do Terrace River macie jeszcze jakieś dwadzieścia parę mil[8], ale jak chcecie, to mogę wam tu kogoś przysłać.

– Nie – powiedziałem. – Będziemy okay, zaraz pojedziemy.

– On teraz nie może prowadzić – Indianin wskazał oczami Antka. – To, co żuje, postawi go na nogi, ale lepiej, żeby odpoczął. Jutro będzie w porządku. Ale, ale! A może zjechalibyście razem ze mną? Tu, parę mil w dół jeden z naszych ma sklep z pamiątkami i mały bar – możemy się tam zatrzymać. Dokąd jedziecie?

– Do Kenory.

– Ciężko macie?

– Nie, w połowie pusty, może piętnaście tysięcy funtów.

– To wam też nie pomogło! Poczekaj na mnie. By the way[9], jestem Matt.

Poszedł tym samym wolnym krokiem w górę, do swojego trucka. Z naszego miejsca widziałem, jak wspina się do kabiny, a potem wolno, trzymając się blisko pobocza, zjeżdża z tego diabelskiego wzniesienia. Pomimo szarówki całkiem wyraźnie widziałem teraz błyszczącą, lodową nawierzchnię.

Grażyna przychodziła od czasu do czasu na nasze treningi. Na początku trener Łukasiewicz nie pozwalał jej wchodzić na salę, dlatego że to – mówił – rozprasza chłopaków, ale potem ktoś mu powiedział, że to dziewczyna Antka Sobótki, i Łukasiewicz się zgodził. Grażyna zresztą była bardzo pomocna, bo opatrywała nasze łuki brwiowe i porozbijane nosy, a przy tym na sparringach dopingowała jak szalona. Zawsze trzymała stronę słabszego, a to znaczyło, że często cieszyłem się jej poparciem. Brałem bowiem po mordzie częściej niż inni.

Chyba nie nadawałem się za bardzo do boksu. Nos miałem przetrącony, oczy popodbijane, a uszy czerwone jak kawałki mięsa. Zdarzały mi się czasem lepsze spotkania, ale hołdowano wtedy zasadzie, że na sparringach kategorie wagowe się nie liczą, i faktycznie stawiano niekiedy wagę ciężką naprzeciwko muszej. Ja „chodziłem” wówczas – jak to się mówiło – w górnym limicie piórkowej, który wynosił pięćdziesiąt sześć kilogramów. Pamiętam, że gdy raz miałem trochę lepszy dzień i dołożyłem swojemu partnerowi, Grażyna od razu stanęła po jego stronie i dopingowała go z właściwym sobie entuzjazmem.

Turniej „Pierwszy Krok” zbliżał się wielkimi krokami. Mieliśmy jechać do Olsztyna i na tę okazję klub wystosował do mojego liceum oficjalne pismo z prośbą o zwolnienie na trzy dni. Pękałem z dumy! Koledzy w klasie podchodzili do tego różnie, bo szkoła była męska i panowały w niej trochę inne zwyczaje niż w koedukacyjnych. W każdym razie propozycji walk miałem do woli. Każdy chciał mnie „spróbować”.

Sklep był taki, jakich wiele przy drogach północnego Ontario – trading post: skóry, trochę futer, pamiątki, mała restauracja i dość duży parking. Antek był już całkowicie w formie, może nawet bardziej niż zwykle. Musiało mu pomóc to, co dostał od naszego Indianina. Nie mówił już o swoim widziadle, ani w ogóle o Grażynie, ale cały czas powtarzał: „Czaju bym się napił, czaju! Jak tylko dojedziemy, to zaraz robię czaj!”.

To picie czaju zostało mu jeszcze z czasów, gdy w sześćdziesiątym ósmym siedział prawie rok w kryminale. Moczarowcy dali mu tam okropny wycisk i Antek prawie nigdy o tym nie mówił. Kiedyś tylko po pijanemu zebrało mu się na wspominki. Powiedział wtedy: „Nigdy byś nie uwierzył, co te golendziniarskie świnie ze mną zrobiły!”. Ale potem przestraszył się jakoś i chociaż pijany, więcej do sprawy nie wrócił.

Z całego jedenastomiesięcznego siedzenia na Rakowieckiej, w Białołęce i gdzie tam jeszcze go trzymali, zostało mu to picie czaju. Wódki już teraz nie pił, a w każdym razie bardzo rzadko, ale za to czaj był jego gorzałą.

Z drżeniem serca poszedłem otworzyć trailer, żeby sprawdzić nasz ładunek. Po ostatniej dostawie w Sault pozapinaliśmy pasy i założyliśmy metalowe blokady, ale w czasie tak karkołomnego zjazdu wszystko mogło się rozpaść. Na szczęście szafki były prawie okay. Tylko jeden dwunastostopowy blat spadł na podłogę i leżał połamany. Niewielka strata w porównaniu z tym, co naprawdę mogło się stać.

Na placu stał podniszczony white western star z Manitoby, mack z Kolumbii Brytyjskiej i rozbebeszony eagle z otwartą maską i porozkładanymi narzędziami. Weszliśmy. Przy barze siedziało paru facetów i jeden z nich, potężny grubas z czarnymi od smaru łapami, perorował:

– Jak jest zimno, to mi zawsze pękają hemoroidy! Nie mogę pracować na zimnie. Tak mnie bolą, że ledwo co wyjąłem ten kompresor!

– Nigdy nie słyszałem, żeby hemoroidy pękały od zimna – odezwał się trucker w kompanijnej bluzie Rotherglen Bros. Transport.

– Moje pękają! Hi, guys! – zwrócił się do nas. – Co nowego?

– A, nic – odpowiedział za nas Matt i mrugnął do mnie. – Spotkaliśmy się z łosiem.

– Z łosiem, powiadasz? – podchwycił grubas.

– Wszystko w porządku, ale mieli dużo szczęścia.

– Wiem, jak to jest – odezwał się znowu ten z Rotherglen. – Dokładnie rok temu jechałem z Idaho i w Montanie wylazł mi na drogę jeleń. Rogaty son of a bitch[10] stanął na samym środku highwayu i jakby go wkopali. Trąbiłem hornem, dojechałem na jakieś dziesięć stóp od niego, a on nic! Pewnie nigdy nie widział trucka, albo co. Już mnie denerwował tym głupim staniem i pomyślałem, że go walnę delikatnie zderzakiem, tak żeby sobie chromu nie porysować, ale akurat żona wylazła ze sleepera, zobaczyła, co się dzieje i od razu na mnie: „Nawet mi się nie waż go dotknąć, bo do końca trasy będziesz spał przy kierownicy!”. Taka baba! Musiałem go wyminąć – a on ani się ruszył!

– A ja – zaczął grubas – miałem jeszcze lepszą historię, ale z bizonem!!! Parę lat temu jechałem z High Level do Edmonton i nagle tuż przed maską widzę bizona! Ciemno już było…

– Tam nie ma bizonów – przerwał mu ten z Rotherglen.

Grubasa jakby ktoś zdzielił kijem baseballowym.

– Co ty mówisz?!

– Mówię, że tam nie ma bizonów!

– Nie ma bizonów, nie ma bizonów! – grubas zaczął go przedrzeźniać. – A gdzie są? Może mi powiesz!

– Tam ich nie ma, i tyle! – powtórzył ten w kurtce. – Znam północną Albertę, bo jeździłem dla kompanii olejowej w McMurray.

Grubas stracił panowanie i ryknął:

– A wiesz co? Właśnie że są! Największe na świecie! Tam są takie bizony jak… jak… – szukał z wysiłkiem jakiegoś porównania. – Jak ten cały cholerny dom!!!

Zapadła chwila ciszy, a potem wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Grubas najgłośniej. Zrobiło się jakoś cieplej i serdeczniej.

– A może by tak po piwku? – zaproponował właściciel. – Pod te bizony!

– I pod te moje cholerne hemoroidy! – dorzucił z humorem grubas.

Usiedliśmy z Mattem przy jednym stoliku. Matt jadł zupę, a Antek poszedł porozmawiać z właścicielem o czaju. Doszedł już do siebie i widać było, że choć zmęczony, znowu jest w formie. Właśnie wrócił z ogromnym kubasem czarnego płynu. Siedzieliśmy w milczeniu.

Ta nasza znajomość z Antkiem to była po prostu znajomość, i to wszystko. Żadna przyjaźń. Znaliśmy się od dawna – to prawda – ale bywało, że nie widzieliśmy się parę lat i nagle, w najmniej oczekiwanym momencie, natykaliśmy się na siebie. Trochę to było dziwne – a parę razy nawet bardzo dziwne – ale tak było. On wiedział to i owo o mnie, a ja wiedziałem to i owo o nim, ale żeby jakieś zwierzenia czy wynurzenia – co to, to nie!

Mój romans z KKS Polonia i w ogóle z boksem zakończył się definitywnie w lutym 1968 roku, ale do tego czasu treningi były naszym łącznikiem. Spotykaliśmy się regularnie trzy razy w tygodniu, a potem wracaliśmy autobusem 144 albo 125. Antek wysiadał wcześniej, bo przesiadał się na tramwaj, a ja jechałem na Mokotów. Gdy przychodziła Grażyna i któryś z nas miał akurat pieniądze, szliśmy razem do Bliklego na pączki.

Żeby nie wiadomo jak na to patrzeć, byliśmy ulepieni z innej gliny. Czuliśmy to obaj. Zazdrościłem mu w pewnym sensie jego pochodzenia, środowiska, w którym się obracał. Chciałem być właśnie taki – niewyróżniający się swoim wychowaniem i przeszłością rodziny.

Ta przeszłość nie była w tamtych latach zbyt popularna i starałem się ją ukrywać, jak tylko mogłem. W szkole podstawowej bałem się lekcji śpiewu, bo wtedy gdy nauczycielka intonowała słynną pieśń O, cześć wam panowie, magnaci, klasa patrzyła na mnie i strugała mi marchewkę, jakbym to ja był winien, że „kraj nasz krwią bratnią zbryzgany”.

Dziś – kilkadziesiąt lat później – pewnie by mi to pochlebiało, ale gdy ma się kilkanaście lat, człowiek za żadną cenę nie chce się wyróżniać. Antek to czuł i jakkolwiek trochę mu, zdaje się, imponowałem, dobrze wiedział, jak mi dokuczyć. Mówił wtedy: „Ty nie bądź taki hrabia! Pieprzony książę!”. Zaklinałem się – co było najczystszą prawdą – że żadnym księciem nie jestem, ale Antek śmiał się wtedy złośliwie i darł się: „Książę! Książę!”. Rzucałem się na niego z pięściami i tłukliśmy się znowu, tak jakby nam było mało boksu.

Matt pytał nas o pracę, o szafki i trucki. Antek wypił czaj i jak zwykle ożywił się ponad miarę.

– Co to było, co mi dałeś do żucia? – pytał swoją dość surową angielszczyzną.

– Nie wiem, jak to się nazywa po angielsku – wyjaśnił Matt – ale my to nazywamy shoki. To taka trawa. Nie można jej za dużo brać, ale na zmęczenie jest super! Było tu paru, którzy żuli shoki cały dzień, ale szybko się wykończyli. To tak jak z rye – można popić, ale nie za dużo, bo potem głowa boli!

O tym, co Matt powiedział Antkowi na drodze, nie mówiliśmy. W ogóle ten temat się skończył, ale po jakiejś półgodzinie Indianin tak zaczął:

– Jesteście młodzi i jak mówicie, niedługo na drodze, ale widać, że dobrze sobie radzicie. Najlepszy przykład, że wyszliście cało z tego jackknife'u – niezależnie, jak to się w ogóle stało, żeście się w niego wpakowali. Dużo jeszcze przed wami. Posłuchajcie mojej rady: trucking jest jak ta shoki – może dać dużo radości, ale może też wykończyć. Sami wiecie, że to są długie, samotne godziny. Głowę i to, co się w niej kołacze, trzeba trzymać na krótkiej smyczy. Najlepiej za dużo nie myśleć i nie fantazjować. Przede wszystkim nie myśleć o kobietach, bo jak raz zaczniesz o seksie, to nie przestaniesz się skórować, aż wlecisz z truckiem do rowu! Wiem, co mówię. Jeżdżę już przeszło trzydzieści lat, a zaczynałem jako szesnastoletni szczeniak. Różne się głupoty robiło. Jak macie żony czy dziewczyny, to myślcie o nich tylko wtedy, gdy do nich dzwonicie, ale nie na highwayu, bo z tego niewyspania – a szczególnie wieczorową porą – zobaczycie je tak wyraźnie, jakby na wyciągnięcie ręki. Pamiętam wypadek, gdy wyciągali faceta spod trailera – całego we krwi – a on jeszcze mówił: „Jenny, darling, co ty tu robisz sama na highwayu?”. Zaraz potem przestał oddychać.

 

Zapadła cisza. Antek patrzył na Matta z rzadko u niego spotykanym szacunkiem. Zrobiło się naprawdę późno. A Matt – jakby był jasnowidzem – mówił dalej:

– W truckingu człowiek zawsze tańczy na krawędzi. Spłaty, reperacje, pożyczki – jednym słowem forsa, a raczej myślenie o niej, to drugi diabeł, który niszczy naszych chłopaków. Czasem wpadnie się w kłopoty po samą szyję. Don't worry![11] Nawet sobie tym głowy nie zawracaj. Jak masz czyste sumienie i jak pracujesz, wyjdziesz ze wszystkiego!

Wiele razy myślałem sobie później o tej naszej rozmowie. Ten wysoki Indianin spotkany nad Superiorem powiedział nam w prostych słowach to, co wielu psychologów ubiera w uczone słówka i za co bierze ciężką forsę.

Poszliśmy spać, a rankiem, gdy zapalałem trucka, Matt podszedł do nas tym swoim wolnym, kołyszącym się krokiem.

– Jak już będziecie wracać do domu, zadzwońcie tutaj – oderwał od paczki papierosów kawałek przykrywki i napisał na niej numer. – Umówimy się gdzieś na drodze i pogadamy. Mam dla was dobrą pracę. Jadę teraz do Goose Point, ale będę tu za trzy dni. Pod tym telefonem powiedzą wam, gdzie mnie spotkać. Good luck![12]

Grażyna nie była ładna, ale coś w sobie miała. Na to „coś” mówi się w Warszawie „cóś”. To była taka dziewczyna, o której mówiło się „fajna babka”. Do wszystkiego! Do tańca i do różańca. Życie dało już jej popalić. Twarda. O ile w czasie naszych treningowych walk trzymała – jak wspomniałem – z przegrywającymi, o tyle poza ringiem nie zawsze tak było. Któregoś razu popatrzyłem na nią trochę inaczej. To było wtedy, gdy w klubowej szatni złapano złodzieja. Obrabiał nasze ubrania z tych marnych drobnych, jakie mieliśmy w kieszeniach. Nikt nie wołał milicji. Paru chłopaków, a w tym Antek Sobótka, zamknęło się z nim w pustym boksie i dało mu łomot jak się patrzy. I wtedy Grażyna wcale nie stanęła po stronie bitego, ale darła się jeszcze: „Antek, w ryja go! W ryja!”.

To było właśnie to, co nas różniło. Mnie się zrobiło tego złodzieja żal. Nie mogłem ścierpieć, że bije go paru bokserów. W zamkniętym pomieszczeniu, bez szans na obronę. Grażyna, Antek i paru innych widzieli to inaczej, bo kiedy później – już po wszystkim

– powiedziałem im, że to nie było fair, śmiali się ze mnie, mówiąc, że lepiej dla niego, że dostał za swoje i będzie wiedział, czego się trzymać, niż gdyby gliniarze wzięli go do Mostowskich. „Ty, Marcin, to za miękki jesteś – dodawał Antek. – Wszystko dlatego, żeś taki hrabia!”.

Grażyna nie miała lekko. Jej stary był zawodowym podoficerem i okrutnikiem jakich mało. W czasie wojny, a raczej tuż po jej zakończeniu, wysłano go w Bieszczady do walk z UPA, gdzie w jakichś dramatycznych, nie do końca jasnych okolicznościach dostał się do niewoli. Banderowcy dali mu nieziemską szkołę, ale dziwnym trafem puścili wolno. Członek partii od zjednoczenia. Oskarżony o szpiegostwo i kolaborację, wylądował w stalinowskim więzieniu. Wyszedł po paru latach. Jako zawodowy wojskowy dostał szansę powrotu do armii, ale bez możliwości awansu. Dożywotni starszy sierżant – zastępca szefa kompanii zaopatrzeniowej w drugorzutowym pułku. Grażynę wychowywał „po wojskowemu” i co się biedaczka przez tego łotra napłakała, to tylko matka wiedziała. Matka nic jednak nie mogła zrobić, bo i ją mąż bił swoim sierżanckim pasem. Grażyna starała się ukrywać ślady tych pobić, ale ukryć nie mogła i Antek przysięgał, że starego zabije. Grażyna znała go aż nadto dobrze i bała się tych przysiąg panicznie.

Jechaliśmy przepięknym highwayem wzdłuż wybrzeży Superioru. Trans-Canada Highway prowadzi w północnym Ontario dwiema odnogami: jedenastką idącą przez Kapuskasing w dystrykcie Cochrane i siedemnastką biegnącą przez Sault i Wawa. Tuż przed Nipigon łączą się ze sobą i trwają w tym uścisku aż do Shabaqua Corners, żeby rozejść się znowu. Znałem obie, ale siedemnastka, którą teraz jechaliśmy, nie ma sobie równych. Gdy droga zbliża się ku jezioru, widać jego ogrom i dzikość. Superior to nie jezioro – to morze! Mówią, że wytwarza swoją własną pogodę i klimat. Postrzępione, skaliste brzegi, fale i las schodzący prawie do samej wody! Coś wspaniałego!

Ranek był świeży i mroźny. Śniegu ani na lekarstwo, ale drżałem na myśl, że możemy wpaść na jakieś oblodzenie czy nawet niewielki spłachetek lodu. Nie wiem, czy to sobie wykrakałem, czy tak już musiało być, ale gdzieś koło dziesiątej zaległa nagle przerażająca cisza. Dobrze wiedziałem, co to znaczy. Jedziesz, jedziesz, highway ci śpiewa i ten śpiew to jest najpiękniejsza truckerska melodia. Gdy ten highwayowy śpiew milknie, wiesz, że jedziesz po lodzie! Cisza to lód.

Zamarłem. W jednej sekundzie oblałem się potem, a język wysechł mi na wiór. Serce łomotało jak szalone, a wszystko, co było mną – Marcinem Baranieckim – zastygło w oczekiwaniu. Co będzie? Antek, który drzemał na prawym fotelu, zbudził się i pochylił do przodu. Truck szedł równo i cicho. Delikatnie zdjąłem nogę z gazu. Lód pokrył jezdnię kawałkami. Co jakiś czas truck wjeżdżał na suchą nawierzchnię i pojawiała się niebiańska ulga, ale potem robiło się cicho – i to była przerażająca tortura. Wszystko w nas drżało, myślę, że w równej mierze we mnie, jak i w Antku. Droga biegła prosto, ale wiedziałem z poprzedniej podróży, że bardzo blisko zaczyna się stromy spadek, siodło i następne wzgórze. Nasz mack miał trzynastkę over, która sprawdziła się w pracy chyba milion razy. I na nią właśnie liczyłem. Stara prawda o zimie, hamulcach i redukcjach mieszała mi się w głowie razem z kipiącą adrenaliną. Brakowało tego doświadczenia, oj brakowało!

Muszę tu zrobić jeszcze jedną dygresję z Antkowego życiorysu. Kiedy wspomniałem, że od „zgnicia w kryminale” – jak zwykła powtarzać jego matka – uratował go wujek, mówiłem najczystszą prawdę. Ten wujek to była historia, która miała nas dotknąć nawet tu, w Kanadzie.

W 1968 roku, gdy Antek siedział jeszcze za „marcowe wybryki”, umarł jego ojciec – stary węglarz Sobótka. Może go wykończyła jego dieta, a może po prostu przyszedł na niego czas, dość, że przy którejś kolejnej szufli z węglem zachwiał się, przycisnął czarną pięść zaciśniętą na stylisku do piersi i upadł. Leżał chwilę, ale znaleźli go ludzie, którzy wzięli go do domu i położyli, tak jak był – cały w węglowym pyle – na łóżku. Posłali po pogotowie i po księdza. Ksiądz przyszedł pierwszy. Sobótka umierał w milczeniu. Raz tylko wyrwało mu się spod czarnych, najeżonych wąsów: „Antoś, chodź tu!”. Ale Antka nie było, bo siedział zapuszkowany jak śledź w konserwie w białołęckim kryminale. Opowiadano mu potem o ostatnich chwilach ojca i Antek słuchał tego ze zmarszczonym czołem. Niewiele mówił, bo tak jak powiedziałem, długo nie mógł – po tych więziennych przeżyciach – do siebie dojść i nawet gdy się odzywał, robił to szeptem, żeby „kogoś nie rozdrażnić”.

Zostali sami z matką. Sami i nie sami, bo z zagranicznej odległości miał się nimi zaopiekować wujek – rodzony brat starego Sobótki. Ten brat spędził calusieńką wojnę w Warszawie i od samego początku brał czynny udział w walce. Podziemne struktury wytypowały go z biegiem czasu na egzekutora wyroków ferowanych przez polskie sądy doraźne. Wyroki na konfidentów, szpicli, donosicieli. Wujek był wtedy młodym chłopcem, może osiemnastoletnim, i taka „praca” nie mogła nie pozostawić głębokiego śladu w jego psychice. Trochę zdziwaczał. Samotnik, zawsze z bronią pod długim płaszczem. Niemcy wywąchali sprawę i gestapo deptało mu po piętach. Pod koniec wojny – już po upadku Powstania – gruchnęła w organizacji wieść, że wujek pracuje na dwa fronty! Bez wdawania się w szczegóły wydano wyrok skazujący. Nikt sobie nie zawracał głowy wątpliwościami. Takie to były czasy, że brat bratu nie wierzył, a śmierć czaiła się wszędzie. Wysłano dwóch, żeby wykonali wyrok, ale oni nie wrócili i dość prędko znaleziono ich ciała. Od tego czasu sprawa stała się „jasna”.

Po wujku ślad zaginął, ale w dziesięć lat później – już po śmierci Bieruta – doszła do Sobótków wiadomość, że wujek jest okay i że mieszka w Szwecji. Powoli, powoli wszystkie kawałki tej łamigłówki znalazły swoje miejsce. Wujek nie był żadnym konfidentem ani podwójnym egzekutorem. Dużo później został oficjalnie oczyszczony z wszelkich zarzutów. Plotka wzięła się stąd – i to był faktycznie jego „grzech” – że wysłany do wykonania wyroku na pewnym gestapowcu, nie dokończył roboty. Nie dlatego, że stchórzył, ale dlatego, że Niemcy zrobili na niego zasadzkę. Wyrwał się jakoś z kotła. Ranny przeleżał parę dni w piwnicy. Ci dwaj wysłani do likwidacji wujka zostali zabici przez rozwścieczonych szkopów, którzy nie mogli sobie darować, że wujek uciekł.