Powtórka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sceneria składała się głównie z suwnic i boksów. Było też kilka rozrzuconych pojemników, wszędzie walały się gumowe rury. Przez szyby wpadało niewiele światła – utrudniała to mozaika z grubego szkła.

I właśnie wtedy do wiatru, który przywiódł tu policjanta, dołączyło także słońce. Szelfowe chmury ustąpiły miejsca błękitowi i słoneczne promienie zaczęły wpadać przez okna, rozświetlając halę. Działo się to bardzo szybko, zupełnie jakby załączano kolejne szyny z punktowym oświetleniem.

Kiedy fala ciepłego światła dotarła do końca sali, Żółtko zobaczył najdziwniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek widział do tej pory.

Na końcu pomieszczenia, niczym na ołtarzu podświetlonym sakralnymi witrażami, zwisała z sufitu przedziwna konstrukcja. Jakby rzeźba, ale o zupełnie innej fakturze niż wszystko, co znajdowało się dookoła. Była podłużna, a u jej podnóża spoczywał mały kształt.

Zajęło sekundę, nim mózg policjanta rozpoznał te linie.

– O mój Boże – rzucił i ruszył przed siebie. Z każdym krokiem kształt stawał się wyraźniejszy. Podobnie jak zapach krwi rozsmarowanej po ziemi.

Przed Tomaszem Żółtką wisiała martwa dziewczyna o alabastrowej skórze. Skatowana, z zaklejonymi ustami i zdartą na plecach skórą. Sprawdził puls – ciało już stygło.

Za późno.

Skądś kojarzył jej twarz. Możliwe, że widział ją w Magazynie Kryminalnym 997. Nie znał wszystkich spraw z zaginionymi z Torunia, bo dopiero co zaczął tu służbę. Wiedział tylko, że dziewczyna kiedyś zniknęła.

Odnalazła się teraz. I właśnie teraz było już za późno.

Żółtko zauważył związane ręce – u prawej dłoni brakowało jednego palca. Tego samego, który leżał w plastikowym worku w radiowozie.

Dopiero teraz Żółtko zobaczył, że pod jej nogami leżało coś jeszcze. Brudne od krwi dziecko.

Uklęknął u stóp dziewczyny, mocząc kolana w brei.

Na posadce leżał wyziębiony, zakrwawiony noworodek z nieodciętą pępowiną, która zwisała z dróg rodnych matki.

Szybko podniósł dziecko, uważając na delikatną główkę. Było ciepłe i oblepione śluzem. Wyjął scyzoryk wielofunkcyjny i niepewnie przeciął pępowinę. Bryzgnęła z niej krew, którą zatamował zaciskiem scyzoryka.

Wtulił dziecko w siebie i uderzył je delikatnie w plecki.

– Proszę cię, żyj. Musisz żyć.

Chuchał na nie, by podnieść temperaturę i jeszcze mocniej otulał ramionami. Nie reagowało.

– No dalej, dalej!

Jednym ruchem rozpiął koszulę i położył je na swoim ciepłym ciele, otulając je ubraniem.

Tomasz nie miał dzieci, nie miał też młodszego rodzeństwa i nigdy nie miał styczności z noworodkami czy niemowlakami. Wszystko robił odruchowo.

Pierwszy raz w życiu poczuł, że trzyma na rękach życie, skonkretyzowane w tym małym, drobnym istnieniu. Małe rączki i nogi, mała głowa i ogólna bezbronność wypisane były na nim wielkimi literami. Wrażenie było tym intensywniejsze, że okoliczności tego spotkania były koszmarne i osobliwe jednocześnie.

Żółtko nie ustawał w masażu pleców i klatki piersiowej malca. Pamiętał z kursów, które musiał przechodzić co kilka miesięcy, jak wygląda reanimacja. Ale kto mógł przewidzieć, że będzie musiał walczyć o życie dziecka, które dopiero co się urodziło?

Niespodziewanie niemowlę zakaszlało i zaczęło głośno płakać.

Dopiero teraz zobaczył ślady krwi na posadzce. Gołym okiem widać było, że powstały wskutek szorowania ciałem o ziemię. Nieopodal dwa szczury patrzyły nieruchomo na policjanta i dziecko. Na dźwięk kroków zniknęły w dziurze.

– Żółtek, kurwa, gdzie ty się… – krzyknął z końca sali Nowak i zamarł z wrażenia.

– Dzwoń po karetkę, szybko! Mamy tu dziecko.

– Jakie dziecko?!

Żółtko spojrzał na wiszące nad nim ciało.

– Jedno żywe i jedno martwe. Ruchy! – ryk policjanta, wzmocniony echem, wręcz wyrzucił zdezorientowanego Nowaka z hali.

Tomasz pocałował dziecko w czoło i wyszeptał:

– Chyba jesteś żywy, chłopaku. Twoja mama miała mniej szczęścia.

Nieopodal na ziemi zauważył małe zdjęcie. Był na nim widok panoramy Torunia; fotografię zrobiono na moście drogowym.

*

Brodzki był staroświecki i jeśli nie musiał, to nie korzystał z telefonu komórkowego, o laptopie czy tablecie nawet nie wspominając. Jeszcze do wczoraj korzystał tylko ze służbowej komórki, która dzwoniła o każdej porze dnia i nocy. Obiecał sobie, że po odejściu na emeryturę odpocznie od wiecznie wibrującego telefonu, który odbierał coraz rzadziej.

Tak. Jako abonent, bardzo często był niedostępny. Również jako ojciec, sąsiad i w innych rolach społecznych.

Przejście na emeryturę miało to zmienić.

W mieszkaniu nie było wiele mebli. Kilka biedermeierowskich stolików, dwuskrzydłowa szafa, nocny stolik z lampką, która pamięta jeszcze lata osiemdziesiąte. Beżowe tapety, dwie rolety na dwóch szybach.

Kiedy w jego mieszkaniu zadzwonił telefon, dźwięk aparatu rozniósł się po pokojach starej kamienicy na osiedlu Bydgoskie Przedmieście, ale słuchawki nikt nie podniósł. Okna wychodziły na ulicę Konopnickiej, biegnącą w stronę parku, i widać było na niej także biegnącego, Brodzkiego. Planował krótki jogging i obiad u córki, która mieszkała na Osiedlu Sztuk Pięknych przy ulicy Broniewskiego.

Minął Żabkę, w której już od siódmej rano drzwi otwierały się i zamykały jak zapadki flippera. W południe lokalsi dalej nie próżnowali.

– Cześć, szefie – rzucił starszy, łysy koleś, chowając czarną szmatę pod kurtką. Brodzki nawet go nie zauważył. – Spierdalaj, szefie – powiedział pod nosem facet i otworzył specjala, po czym usiadł na parapecie zakratowanego okna. Kraty były tu na parterze w każdym oknie nie bez powodu.

– Widzieliście? Niby pies, a nie szczeka – rzucił Benio, młody chłystek w szaliku Elany Toruń.

– Podobno już się zawinął z bazy – zasugerował Chyży, niski, krępy nastolatek. – Bracki robi na Śródmieściu. Ledwo wstał dziś, takie pożegnanie Brodzkiemu wczoraj urządzali.

– Co ty pieprzysz, Chyży? Dziad nie ma blachy?

– Mur-beton. Tak mówią na mieście.

– No to wreszcie dojedziemy skurwysyna. Chodu!

Wskoczyli do starego opla kadeta, który zaraz po odpaleniu zgasł, a z tłumika poszły kłęby dymu.

– I co, leszczu, było kupować używany tłumik na Olx-ie?

– Pchnij Chyży i nie truj.

– Pchnąć, to mogę twoją starą. Biegniemy za nim. Rusz dupę!

I ruszyli żwawo.

*

Kilka minut później, około dwunastej trzydzieści, Brodzki mijał ławkę Schillera w parku na Bydgoskim Przedmieściu.

„Wiwat na cześć maszynerii mojego ciała” – myślał. „Wiwat na cześć całej wioski olimpijskiej w ciele takiego faceta, jak ja. Mam tu drużynę ramion, nóg. Mistrzów oddychania i ratowników medycznych. Nie, tych ostatnich nie ma…”. Zatrzymał się, sapiąc.

Dotychczas nie był sobie w stanie zwizualizować pracy swojego ciała, ale po tym symbolicznym wyjściu z aktywnego, zawodowego życia poczuł, jakby się szybko postarzał.

„Nie, nie chodzi o ciało” – myślał. „O głowę chodzi. Mam starą głowę i starą duszę”. I przysiadł, zdjęty wyraźną zadyszką. Kark i skronie pulsowały – organizm wołał o wodę i elektrolity.

– Spierdalaj dziadku z naszej ławki – rzucił Benio, nadbiegający od strony fontanny.

– O ile wiem, to ławka Schillera – odparł kpiarsko Brodzki, a chłopak spojrzał nań pytająco.

– Nie znam typa.

– A szkoda. Napisał Odę do radości. Znasz?

– Wiemy, że ty zaraz zaśpiewasz odę do smutku. Znasz?

– Znam. Twoja stara to skomponowała, jak cię zobaczyła po porodzie. Zawijaj sofiksy. Choć widzę, że nie rozumiesz. Chyba ci trzeba pomóc.

– Zwijaj sofiksy, dobre, kto tak mówi?

– Lata osiemdziesiąte, szczeniaku.

– Słyszałeś? – rzucił Benio zza Brodzkiego. Leon zorientował się, że ktoś się za nim skrada, ale było już za późno. „Cholera, znów za wolno” – zdążył pomyśleć i odwrócić się, nim dostał metalowym prętem w głowę od Chyżego i runął na chodnik.

– Z pałami się nie gada – rzucił niski chłopak i splunął.

– Nie za mocno jebłeś? Zoba, jak rypnął, aż zęba stracił – podsumował Benio i przygryzł frędzle niebiesko-żółtego szalika.

– Dobrze, że tylko zęba! – Chyży dołożył kopniaka w brzuch. – Psy tak samo do piachu idą, jak ludzie! – krzyczał ile sił w płucach. – I kto jest teraz mądry, kurwa! Z Schillerem pogadaj, Niemcem jakimś pewnie! To nasza dzielnia i nie podskakuj waflu, bo ci mordę spacyfikujemy, że się zawiniesz raz dwa. A ty poszedł stąd! – warknął na beżowego psa, który zatrzymał się w pobliżu, przysiadł i przechylił głowę. – Poszedł, powiedziałem! – cisnął w niego prętem. Pies zaskamlał i zniknął w krzakach.

Na to Brodzki wyprostowaną nogą kopnął Benia w krocze, a Chyżego w kolano. Benio chciał oddać, ale ten, odzyskawszy przytomność po ataku z zaskoczenia, zrobił unik i ciężki but z metalową zapiętką nie wylądował na jego przystojnej twarzy. Szybką kombinacją ruchów znokautował obu napastników. Benio dostał cios w szczękę, Chyży – w brzuch. Benio próbował jeszcze podnieść z ziemi kamień i już się zamachnął, kiedy za mankiet zaczął szarpać go pies z zakrwawionym pyskiem. Brodzki odwrócił się błyskawicznie i nadepnął rękę bandyty tak mocno, że kamulec z ręki leżącego zbira wypadł sam. Teraz obaj napastnicy leżeli na ziemi, a nad nimi górowała atletyczna sylwetka Leona Brodzkiego, umorusanego piachem i krwią sączącą się z zęba.

Pies usiadł przy nim na tylnych łapach, przekrzywił pysk i zamruczał przyjacielsko.

– Dzięki, piesku – zasapany Brodzki zaśmiał się i zaraz zakaszlał z grymasem bólu.

Brodzki wymacał uzębienie – stracił górną trójkę. Krew poplamiła mu szarą dresową bluzę i spodnie.

 

Od strony ulicy Rybaki polbrukowym chodnikiem sunął radiowóz, rodzice usuwali się na bok z wózkami.

W oddali słychać było szum fontanny. Brodzki, spojrzawszy w jej kierunku, zamarzył o zimnym prysznicu.

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, istniały znane starszym torunianom miejskie baseny na Jordankach i na Wodniku. Kąpali się w nich Halicki, bracia Brodzcy, i pół tego miasta. Kiedy jedna osoba kupowała w kasie bilet, pozostałe przechodziły na czworaka pod okienkiem.

Drzewa i krzewy rozświetlił policyjny kogut. Brodzki ledwo otworzył oczy i oślepiło go niebieskie światło.

– Wyłączcie te bulaje, na litość boską! – rzucił do postaci wysiadającej z radiowozu. Jego błękitne światła oślepiały Brodzkiego. Przykląkł na powrót, łapiąc się za brzuch.

– Szlag by cię trafił. Co z tobą? Dzień na emeryturze i od razu ogłuchłeś? – spytał kąśliwie Komediant, jak nazywali Halickiego policjanci. Miał sporą łysinę i hakowaty nos. – Jezu, co ci się stało w twarz? Tak szybko się postarzałeś?

– Pojawili się znikąd. Było ich z czterech.

– Czterech? Dałbym głowę, że widziałem jednego, a najwyżej dwóch.

– Jak to: widziałem? To czemu nie podjechaliście?

– No przecież podjechaliśmy…

– Tylko jakoś tak wolno! – wskazał na Benia i Chyżego, których z pomocą policjanta zakuli i zapakowali na tylną kanapę radiowozu.

– Uwaga na gło… – nie dokończył policjant, kiedy Chyży rąbnął mózgownicą o framugę auta, wpychany siłą do środka przez Brodzkiego. Uścisk detektywa był potwornie silny, chłopak od razu zrezygnował z próby szamotaniny, bo skończyłoby się to wyrwaniem ręki ze stawu.

– Chyba trzeba ci pomóc, co? – rzucił Leon swoim ulubionym powiedzeniem i wsadził chłopaka do auta.

– Toć to brat Nowaka. Chyży, nie wstyd ci? – spytał Halicki. Chłopak spuścił głowę.

Po zatrzaśnięciu drzwi Brodzki przykucnął.

– Na starość tracisz poczucie czasu. I poczucie humoru! – Halicki zaśmiał się, podając mu rękę. Brodzki wstał. Komendant był od niego niższy i tęższy, bardziej zaprawiony w siedzeniu za biurkiem.

Halicki był raptem pięć lat starszy od Brodzkiego, miał ich pięćdziesiąt cztery, ale wygląd różnił ich o dekadę. Jak Jeana-Michela Jarre’a i Lecha Wałęsę, który od francuskiego muzyka jest starszy o pięć lat, a wygląda, jak jego ojciec.

Komendant na ojca może nie wyglądał, ale blisko było mu do wujka.

Wyrażała to jego aparycja księgowego, który dokształca się na kursach wieczorowych. Miał hakowaty, duży nos, łysinkę i wąskie, nierówne usta bez wyrazu, nad którymi wyrastał drobny wąs w stylu Arsena Lupina albo francuskiego aktora komediowego z lat sześćdziesiątych. Nosił przewiewny, ale zdecydowanie za długi płaszcz, za szerokie spodnie i kajakowate buty, które nadawałyby się na pogrzeb w średnio zelektryfikowanej wsi.

Tak. Dbałość o detale nie była jego mocną stroną. Bliżej mu było wyglądem do referenta sądowego z Działdowa.

A jednak od ponad trzech dekad był komendantem, a od dwóch – mężem księgowej, Zosi.

Halicki bywał impulsywny, tak jak bywał opieszały. Gdyby ktoś spotkał go raz w życiu, odniósłby prawdopodobne mylne wrażenie na temat jego osoby.

Bywały tygodnie, kiedy przesiadywał w swoim gabinecie z nosem zwieszonym na kwintę i drapał się w najlepsze metalowym pajączkiem po głowie, by wyjść nagle koło południa i obwieścić grobowym głosem: „Jak mi się nie chce odpisywać temu idiocie na maila…”, mając na myśli prokuratora. Po czym człapał w swych przydużych butach za biurko i odpisywał, uderzając w kolejne litery w tempie niewidomego telegrafisty.

Przychodziły jednak w końcu takie dni, kiedy wpadał na komendę z rana i nawet nie zdążył zdjąć płaszcza, gdy już wydawał polecenia i znikał gdzieś w pędzie, by po chwili wrócić i obwieścić, że taka a taka sprawa została rozwiązana.

Te wahania związane były z żoną, panią Halicką. A dokładniej – z tym, czy miała czas, żeby męża dobrze nakarmić. Gdy brzusio był pełen, komendant chodził jak w zegarku. Kiedy Halicka pogrążała się w pracy, mąż był głodny. A jak Polak głodny – to zły.

Nie popierał sterników będących u władzy, ale tyle lat oddał służbie, że teraz nie chciał się wychylać, żeby doczekać emerytury i ewentualnej wysługi czy premii.

– Co za idiota biega w szaliku Elany po Bydgoskim Przedmieściu – zdziwił się Leon. – Prędzej czy później apatorowcy tak go dojadą, że się złoży, jak akordeon – zapukał w szybę auta, machając do zatrzymanych kibiców. – Pewnie Jacek padnie na kolana i uprosi, żeby wypuścić brata, co?

– Dokąd szłeś? – zagaił Halicki.

– Do córki szedłem.

– Dokąd szedłeś, kurwa.

– Bardzo dobrze, trzeba dbać o język polski. Co cię tu sprowadza? Jeśli chodzi o te strzelanki wczoraj, to waliliśmy z wiatrówek.

– W dupie z waszymi kapiszonami, Brodzki. I z samochodem, w którym dziwnym trafem śmierdziało wódą i cipą.

– No to z czym do mnie, Halicki, przychodzicie.

– Daruj sobie tę trzecioosobową formę, stare czasy minęły. – Komediant wyjął papierosa z miękkiej paczki i go odpalił. Nabrał w płuca dymu. – Trupa mamy.

– NN-a?

– Gorzej. Zaginiona nastolatka – powiedział Halicki, przygładzając wąsy pod wydatnym nosem. Brodzkiego zdziwiło przejęcie, z jakim komendant o tej sprawie powiedział.

– Rodzice nie zgłaszali zaginięcia, bo wyszła z domu wczoraj i nie minęło dwa-cztery? – ironizował Brodzki, dłubiąc w dziurze po zębie.

– Nie, to raczej nietypowa sprawa – podkreślił z tą samą emocją Halicki.

– Utopiła się?

– Co? – spytał komendant, zatrzymując dym w płucach.

– A nic. Śniło mi się dzisiaj coś. Więc? Przećpun?

– Nie. Nic z tych rzeczy – odparł komendant Halicki, wypuszczając z płuc tuman dymu. – Myślę, że chciałbyś to zobaczyć.

– Od kiedy to prywatne osoby jeżdżą na oględziny do kostnicy? – pytał Brodzki, stękając z bólu. „Od kiedy go tak interesują sprawy kryminalne? Czemu nie zajmie się tym prokuratura” – myślał Leon i rzekł: – Od wczoraj jestem emerytowanym policjantem. Mam nawet dyplom, pokazać ci?

– Nie pojedziemy do kostnicy – uciął Halicki i ścisnął mocniej filtr papierosa. Kiedy stał z opuszczonymi rękami, dłonie ledwo mu wystawały z przydługich rękawów płaszcza. – Ciało jest wciąż podwieszone na miejscu.

– Wisielec? – zawahał się Brodzki i przejechał palcami po oszronionych siwizną skroniach, ale natychmiast wrócił do drwiny w głosie. – Dziewczyna nie przeszła do następnej klasy, nie zadowoliła rodziców i z żalu wyciągnęła z trampek sznurówki. Moja ekspertyza za darmo, przez wzgląd na długą, piękną przyjaźń, Halicki. A teraz proszę cię, przyjacielu, odpierdol się, bo potrzebuję worka z lodem. – Brodzki ruszył w przeciwną stronę, trzymając się za szczękę.

– Była w ciąży.

– Nawet kurwom się zdarza zajść w ciążę – rzucił ironicznie Brodzki i dodał pod nosem. – Żony w domu, kurwy za płotem.

– To Laura Mostowicz.

– Ta Laura? – Brodzki zamknął oczy, a pod powiekami przemknęły mu zdjęcia i dokumenty z nieodległej przeszłości. – Laura Mostowicz, zaginiona kilka miesięcy temu nastolatka. Podobno błądziła gdzieś po Polsce. Sierota z domu dziecka, która w momencie ukończenia osiemnastu lat uciekła od zakonnic.

– I o której twierdziłeś, że przebywa zagranicą.

– Na to wskazywały ślady.

– Albo ich brak.

– O co ci, kurwa, chodzi, Halicki?

– O to, że znaleźliśmy ją i jest sztywna. Uciekła, z brzuchem, do szkoły nie wróciła – zauważył Halicki ze smutkiem.

– No. I już raczej nie wróci.

Stali tak chwilę w bezruchu, w pewnej odległości od siebie. Siedzący za kierownicą młody policjant sięgał właśnie po książkę, kiedy, zupełnym przypadkiem, zahaczył rękawem o przycisk i włączył pojedynczy sygnał syreny, której wycie rozniosło się po Bydgoskim.

– Kurwa mać! Wyłącz to gówno, Kosma – zrugał go komendant. Chyży i Benio na tylnej kanapie zlękli się. – I światła. I w ogóle, spierdalaj mi stąd.

– Ale panie komendancie…

– Powiedziałem spierdalaj. Odstaw ich na dołek, a potem jedź po pączki, pod Arkady, i przywieź za pół godziny na Sportową.

– Tak jest, szefie – odpowiedział i odjechał, o mało na wstecznym nie taranując przechodniów. Komediant ruszył powoli w stronę Brodzkiego, chowając ręce w przepastnych kieszeniach płaszcza.

Pies, który do tej chwili siedział, zaszczekał radośnie. Miał ranę na mordzie, ale merdał ogonem. Z umaszczenia przypominał border collie, krzyżówkę z kundlem zdradzały plamy na pysku. Miał stojące uszy i wesoły uśmiech. Brodzki nachylił się nie bez jęku bólu i przytulił kundla, przecierając mu pysk. Pies polizał go po twarzy i zaszczekał kilka razy radośnie.

– Swój pozna swego, co? – rzucił Komediant, choć jego twarz zdradzała, że myślami jest dalej, w starej, opuszczonej hali. Brodzki wciąż się nie odwracał. Drzewa zasadzone dwieście lat temu wzdłuż parkowej alejki szumiały starą melodię, pamiętającą odległe czasy fin de siècle i Friedricha Schillera. – Musisz nam pomóc, ten jeden raz.

– Miałem iść do córki na obiad.

– Sara poczeka. Laura nie. Martwe ciała dość szybko rozkładają się w ciepłym. – Komendant przetarł czoło dłonią z papierosem między palcami. Naprawdę zależało mu, żeby Brodzki się tym zajął.

– Powiedziałeś: ciało było podwieszone.

– Tak.

– A czy nie miało przypadkiem odciętego palca?

Halicki spojrzał na niego tak, jak patrzą na siebie starzy przyjaciele, którzy rozumieją się bez słów. Zauważył w oczach Brodzkiego ten znajomy błysk. Pojawiał się zawsze wtedy, kiedy Brodzki łapał trop.

– Wiedziałem, że spytasz – zakończył Halicki. – Dlatego po ciebie przyjechałem. Mamy chyba do czynienia z kopistą. Mnie też przypomina to tamtą sprawę.

*

– Ciało wisiało jak na ołtarzu – rzucił Żółtko. Patrzył w ziemię, zamyślony, podczas gdy Nowak rozglądał się na boki. Opierali się o radiowóz, wciąż na Sportowej. Taśma policyjna powiewająca na wietrze oddzielała tę część targowiska. Gapiów nie ubywało. Zbierali się w małe grupki i dyskutowali. – Ktoś musiał coś widzieć.

– To najohydniejsza rzecz, jaką w życiu oglądałem – powiedział pod nosem zniesmaczony Nowak.

– Osoba, nie rzecz – uciął jego partner w okularach.

– Jo, jo! Jak cię zobaczyłem tam, na ziemi, zdębiałem, bez kitu, co nie. Pamiętasz taką scenę w Obcym, jak…

– Nowak, na litość boską!

– Mówię tylko, że ktoś naoglądał się sztuki sakralnej. To światło z okna, to normalnie wpadało, jak w kościele – mędrkował Nowak. – Co nie, to dlatego wstawiano takie szyby w kościołach, żeby to…

– To się nazywało witraż, Nowak. Każdy, kto dotarł chociaż do piątej klasy podstawówki wie, co to witraż – poprawił go Żółtko i zamyślił się. – Jak na ołtarzu…

– Kto wie, Żółtek, może uratowałeś tego dzieciaka?

– Może. Zobaczymy. Taka praca – uciął i poprawił okulary.

– Już nie gadaj. Kiedy ten lekarz brał od ciebie noworodka, wyglądałeś jak ja podczas sprawdzania zwycięskiego kuponu totka. Dobrze, że mieli wolną karetkę noworodkową. Gdzie go zabrali?

– Na Oddział Intensywnej Terapii i Patologii Noworodka. Neonatologia w skrócie.

– Chyba, kurwa, patologia. Człowieku, to się w głowie nie mieści.

– Ciekawe, czy jej rodzice już wiedzą?

– Nie miała rodziny – westchnął Nowak. – Nowy jesteś, to nie wiesz, ale szukaliśmy jej jakiś czas. To Laura Mostowicz, od zakonnic. No i ją znalazłeś. Brawo ty. Niedługo będzie tu komendant Halicki. Ma obejrzeć zwłoki.

Do taśmy zbliżyła się kobieta o czerwonych policzkach, z nylonową siatką pełną starych zniczy w dłoni. Znana głównie patrolom straży miejskiej. Spotykana pod pobliską Biedronką lub Kauflandem.

– Jakie śliczne to dzieciątko było. Pogrobowiec! Niech w ogniu piekielnym się spali ten, co je tu zostawił – pomstowała.

– To cud, że żyje – dodał sprzedawca chleba z targowiska i wytarł w fartuch brudne od mąki ręce.

– Proszę się odsunąć. Pani wraca do siebie, i pan też, proszę! – Nowak wskazał gestem. Usłuchali, machając ze zrezygnowaniem rękami. Oparł się z powrotem. – Pogrobowiec?

– Tak się kiedyś mówiło, ale to bardziej jak ojciec nie żył – analizował Żółtko.

– No, sierota, jo?

– Niezupełnie. Jak ojciec umierał, zanim się urodziło dziecko, to było pogrobowcem. Mahomet na przykład, Izaak Newton. Ja.

– Łoł, jesteś pogrobowcem?

 

– Tak. A właściwie sierotą.

Nowak nie wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko chrząknął. Żółtko kontynuował:

– Lekarz z ambulansu powiedział ciekawą rzecz. Słyszałeś o czymś takim, jak poród trumienny?

– Ja pierdolę, ty naprawdę chcesz, żebym się porzygał. Zdecyduj się, Żółtek. Ubierasz się jak uczniak, zachowujesz się jak ministrant, a napierdalasz o pępowinach albo trupach. Ja cię bardzo proszę, nie psuj mi dnia, okej? – wyrecytował Nowak. – No mów.

– Nazywano tak poród dziecka po śmierci ciężarnej matki. – Wskutek nagromadzenia gazów gnilnych…

– Żółtek! – Nowak rąbnął go w ramię. – Ale zaraz, co to ma wspólnego z nią? Mówiłeś, że była jeszcze ciepła.

– I to właśnie jest zagadka. Poród post mortem. Zobacz, jakie to metaforyczne. Matka dała komuś życie, umierając, choć sama była dzieckiem. Z tego co mówisz, to bez rodziców.

– No, sierociniec u pingwinów.

– W ogóle, to gdzieś coś takiego widziałem. W szkole… albo na HBO – zastanawiał się głośno Żółtko, przypominając sobie jakieś mgliste rozmowy starszych policjantów, którzy opowiadali o obcinaczach palców i porwaniach. Tymi sprawami zajmował się pewien glina. Miejscowa legenda policji. As nad asy. Twardziel z twardą szczęką. Postrach wszystkich rzezimieszków – od Rybaków, przez Wiślaną, po Dębową Górę i Rubinkowo III, nazywane tu złośliwie „Czeczenią”. – Szkoda, że Leon Brodzki przeszedł na emeryturę. Tylko on mógłby rozwiązać tę zagadkę.

– Mógłby i nie mógłby jednocześnie – podłapał Nowak. – Słyszałem, że leży pijany w sztok w swojej chałupie.

– Zawsze chciałem poznać Brodzkiego.

– Krawężniki nie wąchają trupów. On tak. Mogłeś wczoraj przyjść, to byś się chociaż z nim napił. Mówię ci, człowieku, ile on pije. Jak cysterna. A ja z nim! – przechwalał się Nowak.

– Gdyby tyle pił, to by tylu zagadek nie rozwiązał, nie sądzisz? – bronił detektywa Żółtko.

– Po wczorajszej strzelance na poligonie Heniu odwiózł go do domu, na róg Konopy. Pewnie dalej się zachlewa. Ponoć policjantom na emeryturze odwala, mają koszmary. Kończą jako instruktorzy jazdy albo jak ten Szczepan, co jest ochroniarzem i książek pilnuje, co nie. – Nowak zaśmiał się. – To się napracuje facet. Kto kradnie książki?

– Doprawdy, Nowak? – spytał Leon Brodzki.

Brodzki stał ubrany w dżinsy i elegancką, sportową, granatową kurtkę. Jego szyja, naprężona jak cięciwa tatarskiego łuku, gotowa była rzucić się do gardła każdemu, kto się mu sprzeciwi. Takie wrażenie właśnie sprawiał, kiedy był jeszcze na służbie. Metodycznego, uroczego zabijaki.

Żółtko i Nowak stanęli na baczność. Halicki, żując pączka, zrównał się z Brodzkim i nakreślił palcami jakiś niezrozumiały gest w powietrzu. Dał znać, że chce coś powiedzieć, ale nie mógł skończyć żuć. Pokazywał palcem, że już, już zaczyna, po czym jeszcze raz brał pączka w obroty, jakby ten na złość przykleił mu się do podniebienia. W końcu cisnął nim o ziemię.

– Nie takie, jak kiedyś, co? – Brodzki się zaśmiał.

– Nowaka znasz. – Halicki przełknął ostatni kęs. – To aspirant Tomasz Żółtko. Panowie, to detektyw Leon Brodzki.

– Były detektyw.

– Dzień dobry, detektywie, zawsze chciałem pana poznać.

– Tylko nie spuść się w majtki – zgasił go Brodzki. – Ja tylko na gościnnych występach, komendant prosił. Kto znalazł trupa?

– Żółtko właśnie. – Komediant Halicki wskazał na policjanta. – Nie męcz dzieciaka.

Brodzki zmierzył go wzrokiem.

– Ty znalazłeś trupa?

– I noworodka – dodał poważnie Żółtko, choć przy męskim, szorstkim wyglądzie Brodzkiego przypominał raczej sztubaka ze szkoły policyjnej. Toteż zdjął okulary, udając, że je wyciera.

– Załóż to, bo będziesz ślepy jak kret. Wyglądasz jak uczniak bez względu na to, czy masz je na nosie, czy nie. To mówisz, uratowałeś dzieciaka…

– Pogrobowca – próbował zabłysnąć Nowak.

– Raczej grobowca – uciął Brodzki. – Dzieciak nie przeżyje do jutra. Od upadku na ziemię ma pewnie stłuczony mózg.

– Ratownik z „enki” mówił, że jest szansa.

– Znaczy, że mało jeździł na zdarzenia. Dzieciak zawsze umiera. Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepszym gliną będziesz, Żółtek.

– Żółtko, Tomasz.

Brodzki nawet tego nie usłyszał. Rozejrzał się po okolicy. Grupki ludzi przywarły do pobliskich ścian. Kobiety na balkonach wieżowca siedziały z rękami opartymi o balustrady. Brodzki przysłonił oczy dłonią, żeby lepiej je zobaczyć. Jedna z postaci patrzyła przez lornetkę, w której szybkach odbijały się promienie słońca, i detektyw miał wrażenie, że patrzy wprost na niego. Postać zniknęła po chwili w mieszkaniu.

– Nowak, spisz zeznania ludzi z wieżowca – rozkazał Halicki, spoglądając kątem oka na Brodzkiego.

– Ale to dwanaście pięter.

– Więc masz być dwanaście razy efektywny.

– I wejdź do mieszkania na dwunastym piętrze – dodał Brodzki. – Dowiedz się, kto tam mieszka. Jak się dobrze spiszesz, to twój brat spędzi tylko dwa-cztery na dołku.

– Jak to mój brat… Co znowu przeskrobał?

Brodzki uśmiechnął się do niego złowieszczo, odsłaniając dziurę po górnej trójce.

– O kurwa, przepraszam za niego… Narwany jest, kibicowanie to całe jego życie. Jeśli mógłbym…

– Spierdalaj w podskokach – uciął komendant.

Halicki zauważył błysk w oku Brodzkiego. A Brodzki zauważył, że Halicki to zauważył. Obaj chcieli to powiedzieć, ale obaj wiedzieli, że druga osoba to właśnie pomyślała. Uśmiechnęli się więc do siebie szorstko.

Tej trwającej sekundę wymianie spojrzeń przypatrywał się Żółtko. Były to dla niego zupełnie obce zagadnienia z zakresu komunikacji niewerbalnej, jak powiedzieliby specjaliści, lub po prostu życiowego, policyjnego doświadczenia, jak powiedzieliby ci… którzy je zebrali. Żółtko, jako świeżak na komendzie, nie należał do żadnej z tych grup, dlatego tylko zmarszczył czoło w zamyśleniu.

– Nowak, rób, co mówi Brodzki.

– Co to za zapach? – spytał Leon, gdy zostali we trzech. – Śmierdzi jakby…

– Trupem. Trupem śmierdzi – odparł Żółtko. Brodzki spojrzał na niego tak przenikliwie, że tego aż zakuło w brzuchu.

Doświadczony glina nie rozpatrywałby tej pojedynczej wymiany zdań przez pryzmat własnych emocji. Rzuciłby coś w rodzaju „pierdolę tę robotę”, złapał tę nić porozumienia, która cechuje ludzi o podobnym wieku lub doświadczeniu. Tę nić, wyłapywaną w ułamku sekundy przez ludzi wspólnie narzekających w szpitalnej poczekalni czy też pracowników planu filmowego, którzy doskonale wiedzą, co znaczy brak kawy przed zdjęciami o piątej rano.

Żółtko jednak nie miał takiego doświadczenia. Jego miejsce zastępowała kotłowanina myśli. Brodzkiemu starczył ułamek sekundy, by wyczuć to zawahanie.

– No to prowadź nas do trupa.

– I powiedz temu od pączków, jak mu tam… – zawiesił głos Halicki.

– Kosma.

– Żółtek, kurwa, skąd wy bierzecie te imiona i nazwiska? – wypalił Komediant. – Gdzie poczciwi Władysławowie i Włodzimierze. No więc, powiedz Kosmicie, żeby sprawdził zabezpieczenie miejsca. Ludzie się kręcą i zrywają co chwila taśmę. Pismaki zjechały, rzucę im jakieś mięso. Zacznijcie beze mnie.

Brodzki i Żółtko ruszyli do hali.

– Na miejscu była też ta fotografia. – Aspirant podał detektywowi zdjęcie, schowane do foliowego woreczka.

– Nieźle wyostrzone.

*

– No dalej, oddychaj – szeptała doktor Natalia Kaklińska do brudnego od krwi niemowlaka.

Sala operacyjna miała kolor mocnej zieleni sączącej się z małych kafelków na ścianach i podłodze. Okna wychodziły na bujny las, w środku którego mieścił się Wojewódzki Szpital Zespolony imienia Ludwika Rydygiera.

Trwała resuscytacja krążeniowo-oddechowa. Doktor Kaklińska, w błękitnym fartuchu, czepku i masce na twarzy, naprzemiennie masowała dziecku serce dwoma palcami w rękawiczkach ochronnych, i podawała tlen. Spod brudu na ciele chłopczyka przezierała blada skóra.

Pępowina, sztywna jak gumowy wąż, została odcięta i zaciśnięta na dziesiątym centymetrze plastikowymi klamrami. Nie pulsowała.

Lekarka nie ustawała w wysiłkach. Jedną ręką złapała dziecko za kostki i odwróciła do góry nogami, drugą mocno poczęła nacierać jego skórę, klepiąc po bladych pośladkach i plecach. Asystent trzymał kleszcze na pępowinie tak, by nie wbiły się drugim końcem w dziecko. Był bardziej blady od noworodka i z podziwem patrzył na metodyczny spokój, jaki zachowywał najlepszy anestezjolog na Bielanach.