Powtórka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brodzki zamknął oczy.

Lubił kobiety, jak każdy, ale – jak mało kto – kochał tylko jedną. Mógł być z wieloma, na chwilę, albo na całe lato, jak z Martą, ale na dłużej tylko z Dagmarą. Tą, której ciepłe dłonie rozpuszczały każdą lodową bryłę, rosnącą w jego zimnym, policyjnym sercu.

Tylko z nią, byłą żoną, chciał być najbardziej, i właśnie z nią najbardziej być nie mógł.

Matka jego córki, Sary, pracowała teraz jako dziennikarka w rodzinnym, nadmorskim Darłowie. Leon przechodził na policyjną emeryturę w rodzinnym, nadwiślańskim Toruniu.

Oprócz Dagmary, jedynej, która znała go bardziej niż on sam, była kiedyś jeszcze Janka. Wielki romans sprzed lat, platoniczna miłość detektywa policji i naj­ekskluzywniejszej prostytutki w mieście. Dramaturgiczny komponent tragicznej historii, bez szans na happy end. Miłość wilka i zaklętej w sokoła. Dziś prowadziła normalne życie, była żoną, matką i przewodniczącą rady rodziców w jednej ze szkół. Jej przeszłość została zatrzaśnięta w sejfie poprzedniego milenium, razem z innym uczesaniem i kształtem nosa.

Brodzki poruszał intensywnie oczami, ale powiek nie uniósł. Marta gładziła go po głowie, chciała, żeby spojrzał na nią. Nie spojrzał już do końca.

Nie lubiła tego. Bała się, że nie należy wtedy do niej, tylko oddala się gdzieś, do środka.

To właśnie robił. Bo Marty bardzo pożądał. Ale jej nie kochał.

*

Było chwilę przed południem, 2 września, kiedy Marta ubierała się w oknie, łapiąc słońce, które naraz zaczęło świecić z większą mocą. Jej młode, smukłe ciało prężyło się jak kot i Brodzki bardzo tej sprężystości Marcie zazdrościł.

– Zadzwoń do córki, Leo.

– Od wczoraj, dzięki Bogu, nie mam telefonu. Zdałem go na komendzie.

– To jak ktoś może cię łapać?

– Nie może. To ja łapię ludzi. Z Sarą umówiłem się za godzinę na obiad.

– Więc jakoś się z tobą skontaktuję odnośnie kolejnej nocy… – mówiła, zakładając błękitną bluzkę. Po przełożeniu jej przez głowę, jednym ruchem wyciągnęła spod materiału burzę swoich loków. Nie mogła sięgnąć suwaka.

– Pomogę ci.

– Nie trzeba – rzuciła, biorąc widelec ze stołu. Wsadziła jego końcówkę w zamek i podciągnęła go do góry. Brodzki patrzył na to z podziwem, leżąc z ręką założoną za głowę. – I nie myśl o mnie cały dzień, bo dziś jestem, a jutro może mnie nie być.

– Dzięki, że wpadłaś.

– Mam nadzieję, że nie wpadłam, tatuśku. Ale następnym razem się przygotuj – odparła, zakładając dżinsową kurtkę. – Czy, gdy jeszcze byłeś policjantem, na akcje też ruszałeś z niezabezpieczoną bronią?

– Nie zapomniałaś o czymś?

Marta niechętnie wyjęła z kieszeni klucze i cisnęła nimi w mężczyznę.

– Jesteś całkiem przystojny, kiedy się wyśpisz. Jak na emeryta – posłała mu całusa z charakterystyczną dla młodych ludzi pewnością siebie.

I wyszła.

Brodzki spojrzał w łazienkowe lustro.

„Chyba jestem przystojny” – pomyślał, przejeżdżając dłonią po poprzetykanej subtelną siwizną szczecinie. „Ale już niedługo bracie, niedługo się to skończy. Każda noc z tak piękną kobietą może być ostatnia. Nikt nigdy nie obiecuje powtórki. A czas płynie”.

Większość fuksjowej szminki została na pościeli, ale jego kąciki ust także zachowały coś dla siebie.

– Nie patrz na mnie. Po prostu, kurwa, nie patrz tak na mnie – chlusnął zimnym strumieniem w twarz. – Dziadku.

Woda w zlewie zrobiła się czerwona.

*

Był piątek, 2 września 2016 roku, kiedy około południa w Toruńskim Centrum Zarządzania Kryzysowego na ulicy Legionów odebrano nietypowe zgłoszenie. Telefonował starszy mężczyzna, krzyczał do słuchawki roztrzęsiony.

– Spokojnie. Proszę powiedzieć, gdzie pan jest.

– Ze Sportowej dzwonię, mówiłem przecież! Między cmentarzem a targiem, garaże widzę.

– Który to cmentarz? Czy chodzi o Cmentarz Świętego Jerzego?

– No tu na Sportowej, tu z tyłu, przy garażach.

– Już wysyłamy patrol. Co się stało?

Bogdan Kowal twierdził, że kiedy podszedł do automatu, w którym można kupić znicze, w podajniku znalazł ludzki palec. Dyspozytor poinstruował mężczyznę i przekazał zgłoszenie dyżurnemu komendy Toruń Śródmieście, a ten dał zdarzenie na radio. Wiedział, że wśród policjantów na rewirze nie ma człowieka, który lubował się w tych sprawach.

– Brodzki jest od wczoraj na emeryturze – rzucił ­Filip, starszawy dyspozytor, gdy zszedł na papierosa. Był łysy, miał szczecinę na swej owalnej, zmęczonej twarzy i wysoko postawiony kołnierz welwetowego golfu.

– A dokładniej, na dywanie swojego mieszkania – poprawił kolegę Piotrek, krótko obcięty strażak o wyrazistym głosie i takiej też szczęce.

Znali Brodzkiego. Bo ci ze służb, spod 997, 998 i 999 znali się w każdym mieście. Codziennie przecież spotykali się przy roztrzaskanych autach albo w zaczadzonych mieszkaniach. A Leona Brodzkiego ciężko było nie znać lub o nim nie słyszeć.

– Obstawiamy, że to żart, z tym paluchem? – spytał zadziornie strażak.

– Po to mamy wojewódzkie centra, żeby takie telefony selekcjonować, Piotras – odparł Filip, wypuszczając dym papierosowy w kierunku pobliskiej stacji benzynowej. – Przyznaj, odciążamy was i niebieskich.

Strażak skinął głową i zaciągnął się.

Centrum Zarządzania mieściło się w tym samym budynku, co remiza straży pożarnej. Mówiła o tym tablica na trawniku przed budynkiem – wciąż widniał namalowany na niej stary automat telefoniczny na karty.

Strażacy często otwierali bramę oddzielającą ich od małej stacji i dotankowywali tam pojazdy. Lub kupowali papierosy. Tak, strażacy lubili palić.

Gdy remiza i centrum czuwały nocą, Filip spędzał czas w dyspozytorni na czytaniu dobrych kryminałów. Piotr grywał w ping-ponga albo rozkładał leżak przed budynkiem i wylegiwał się na podjeździe, licząc gwiazdy. Nie on jeden robił tak w mieście Mikołaja Kopernika.

– Najbardziej mnie wkurwia, że ludzie wystukują 112 i pytają, gdzie jest najbliższy fryzjer. To się w głowie nie mieści – wyliczał Filip. – Wiesz, że w zeszłym roku jeden gnojek dzwonił tu ponad trzy i pół tysiąca razy?

– Skąd?

– Z Chełmży.

– No tak – Obaj się zaśmiali, kaszląc przy tym. – Chemża! Miasto buraków…

– Ja jestem z Chełmży. – Filip spojrzał na niego chłodno. Piotr zdębiał. – Żartowałem.

I zaśmiali się serdecznie.

– Niech Bóg ma w opiece właściciela tego palca. Oby żył.

Obaj podążyli myślami do nieznanej im, poszkodowanej osoby. Chociaż nie przyznawali się do tego, zawsze modlili się, by z wypadku, pożaru czy wybuchu wszyscy wyszli cało. A przynajmniej w jednym kawałku.

*

Laura była bardzo ładną dziewczyną, przynajmniej jak na swoje osiemnaście i coś tam lat. Duże, brązowe oczy, kruczoczarne włosy, zadziorny podbródek i subtelnie podkreślające urodę kości policzkowe w każdej innej sytuacji uznane byłyby za kanon piękna. W tej scenerii natomiast, pokryte krwią i oblepiającym rany kurzem, zyskiwały innego rodzaju powab. Urok scen ostatecznych.

Wisiała ze skrępowanymi u kostek nogami, ledwo dotykając palcami ziemi. Miała na sobie rozdartą sukienkę w tulipany.

Ciężar jej ciała podtrzymywały metalowe łańcuchy obwiązane wokół dłoni, zakończone srebrnym hakiem. Z daleka mogłaby wyglądać, jak ozdoba świąteczna. Ale jeśli spojrzeć z bliska, to rubin pokrywającej ciało krwi komponował się ze srebrem metalu tak, że z bliska mogłaby być wziętą za figurkę przypominającą kształtem człowieka. Niestety, nie było tu nikogo, kto mógłby rozstrzygnąć te artystyczne dylematy.

Była tylko Laura. Kwestią czasu pozostało, jak długo stan ten potrwa. Bo co do finału – nie pozostawiał on najmniejszych wątpliwości.

Od wielu miesięcy żyła, odrzucając pomoc ludzi, którzy uważali się za osoby jej bliskie.

„Gdzie byliście, kiedy naprawdę was potrzebowałam?” – pomyślała. „Gdzie byliście przez te wszystkie lata, kiedy moja samotna dusza i wystraszone serce szukały miłości i ciepła?”.

Życie przyzwyczaiło ją najpierw do płaczu, a później do suchych łez, bo przez krótką młodość zdążyła wypłakać już wszystkie. Kiedy wreszcie pojawiła się nadzieja – uwierzyła.

I wierzyła jeszcze do niedawna, że tym razem może być inaczej. Nie sądziła, że określenie „zakochać się na śmierć” może być tak dosłowne.

Jak bardzo musiała się mylić…

Plecy ze startą do tkanek skórą paliły żywym ogniem. Betonowa podłoga pełna smug krwi dawała niejaki obraz niedawnych zdarzeń. Posiniałe nadgarstki wyglądały jak dłonie manekina – metal wrzynał się w tętnice, które pulsowały rozpaczliwie, lecz coraz wolniej. Nawet nie czuła rany w miejscu, w którym odcięto jej wskazujący palec.

Spróbowała się podciągnąć – ciało nie drgnęło nawet o centymetr. W tej pozycji mięśnie bardzo szybko wiotczeją. Potem przychodzi czas na resztę.

Rozpierający ból przeszył jej brzuch. Odruchowo krzyknęła, a krzyk przeszedł w przeciągły jęk bólu, ukryty pod grubą warstwą taśmy izolacyjnej zaklejającej usta. Nozdrza łapczywie wciągały powietrze. Oddech nie pozwalał się uspokoić. Zapłakała bezsilnie. Nie pierwszy raz. Oczy otaczały czerwone obwódki i czopy zastygłej ropy oraz ślady wysuszonych łez.

Resztkami sił napięła te mięśnie, które reagowały na sygnały z neuroprzekaźników i wydała krótkie westchnięcie. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to opuszczone miejsce poniosło echem tę smutną melodię, znaną z filmów grozy. To, co w głowie Laury było krzykiem, w przestrzeni opuszczonej garbarni dało się usłyszeć jak stłumiony świst. Krótkie mruknięcie, dyszenie, nieistotne zakłócenie w absolutnej ciszy.

 

Szczury przemykające przez kałuże przystanęły w zadumie. Mieszkały tu od zawsze. W tym pofabrycznym, tonącym w rdzy pomieszczeniu otoczonym szybami z mozaiki czarnego szkła i czarnego marmuru. Żeliwne suwnice zastygały od lat w samotności, podobne torom na nieużywanej bocznicy. Metalowe boksy, pojemniki, kilometry gumowych rur i ssaków określonego przeznaczenia.

„Chyba jestem martwa” – pomyślała po raz drugi, bo czuła, że śmierć zbliża się nieubłaganie.

Lubiła bransoletki. Miała ich całą kolekcję. Komponowały się idealnie z niebieskim tatuażem przedstawiającym niebieskiego węża zjadającego własny ogon, który wił się wokół jej lewego nadgarstka.

Teraz niebieskie kształty na kremowej skórze dopełniała struga krwi. Trzy kolory: Czerwony.

„Chyba… jestem… martwa” – wyszeptała w myślach i przysięgłaby, że słyszała teraz, jak słowa te poniosły się echem po całym budynku. Jakby jakąś potężną falą dźwięku, zwiastującą rzeczy ostateczne.

Wiadomo jednak, że natura nie znosi próżni i zawsze znajdzie wyjście z każdej sytuacji. Ponieważ naturą natury jest cykliczność i szukanie dróg ujścia dla żywiołów i prądów.

Wiedział o tym także człowiek stojący w ciszy za Laurą. Gdy zrobił kilka kroków, dziewczyna wzdrygnęła się.

Czuła jego obecność, ale opadała z sił, dlatego nawet już się nie bała.

Bała się o kogoś innego.

– Chyba nie chcesz skazać na śmierć innego człowieka? – spytał szeptem. – Ludzkie życie podlega cykliczności, od narodzin do śmierci. Jest nieskończoną spiralą życia tych, co byli przed nami, by potem i nasze życie powtarzane było przez tych, co następują po nas. Jest powtórką. To jak będzie, Lauro? Dasz mi to, czego chcę, czy sam mam to wziąć?

*

– Rozumiem, przyjąłem – rzucił przez radio aspirant Żółtko i skinął na sierżanta Nowaka, z którym kończyli papierkową robotę na rogu Jana Pawła i Kraszewskiego. Do miejsca kolejnego zgłoszenia było bardzo blisko.

Żółtko wyglądał na szkolnego kujona. W mundurze prezentował się jak marynarz, ale całe dostojeństwo znikało, kiedy spojrzało się na jego smukłą twarz. Miał wystające kości policzkowe i brunatną grzywkę, opadającą na wysokie czoło. Reszty portretu dopełniały małe uszy, takie same usta i duże, niebieskie oczy, przyozdobione okularami w grubej oprawie. Na komendę trafił wczoraj – dopiero dziś komendant dał mu zielone światło, by wyruszył w miasto. Nie zdążył poznać Brodzkiego, na imprezę pożegnalną detektywa nie przyszedł, bo nie czuł się zaproszony. Minęli się o jeden dzień. Pochodził spod Nakła nad Notecią. Jego ojciec zmarł, zanim on przyszedł na świat. Matka odeszła trzy lata później. Glejak. Wychował go dziadek, kolejarz z AK-owską przeszłością oraz babcia, emerytowana pielęgniarka. Dawali mu dużo swobody, za którą odwdzięczył się uczciwością i sumiennością. Obie te cechy biły teraz z jego bladej, inteligentnej twarzy.

Jego przeciwieństwem był dobrze zbudowany sierżant Jacek Nowak – w mundurze i włosach „na jeża” wyglądał na napakowanego. Miał szeroko osadzone oczy i orli nos. Zwłaszcza nos wywoływał u Żółtki dysonans poznawczy, gdy patrzył na Nowaka, bo już pierwsze wrażenie mówiło, że kolega o orlim nosie w szkole raczej „orłem” nie był. Ot, błąd fizjonomii. Znali się dopiero jeden dzień, ale od razu widać było, że Nowak hołduje kultowi kultury fizycznej – lubował się w crossficie i biegach przez błoto i kamienie. Miał młodszego brata, Chyżego, którego ciągle musiał temperować i bronić przed matką. Pochodził z Bydgoskiego Przedmieścia, gdzie do dziś miał posłuch wśród swoich ziomków – mimo że stał teraz po drugiej stronie barykady.

Żółtko czuł, że wypowiadanie słów nie było mocną stroną nowego partnera z patrolu. Nowak był bowiem władcą blankietów, a jego supermocą – zawyżone kwoty mandatów. Do ich wpisywania nie trzeba było być orłem z matematyki.

Zbieg ulic nieopodal hotelu Merkury znów był miejscem stłuczki. Powód ten sam: wciskanie się „na trzeciego”, mało intuicyjne rozjazdy ze zdartą farbą znaków poziomych i, w efekcie, kolizja z tramwajem. Torowisko zablokowane było przez prawie godzinę, więc ludzie przesiadali się do autobusów, które pędziły na złamanie karku z Okrężnej aż na Rubinkowo III. Daewoo matiz wbiło się w tramwaj, jadąc od strony mostu, a nadjeżdżająca panda, chcąc uniknąć zderzenia, ścięła chodnik i rąbnęła prosto w rzeźbę tulipana, stojącą na pasie zieleni. Kierująca fiatem kobieta nawet nie miała pojęcia, że zniszczyła dzieło sztuki, stworzone w 1972 roku, przy okazji obchodów pięćsetnych urodzin Mikołaja Kopernika. Rzeźba przez lata walała się na zapleczu Miejskiego Zarządu Dróg, póki młody student nie naprawił jej i nie postawił w poprzednim miejscu. Kto wie, czy laminat nie przetrwałby kolejnych czterdziestu czterech lat, gdyby nie Krystyna J. i łyse opony w jej fiacie. Tak oto technologia wyparła sztukę, a płatki tulipana opadły raz na zawsze.

– Kiedy wreszcie przebudują to cholerne skrzyżowanie? – denerwował się Nowak. – Mieli budować tę Trasę Staromostową, rozkopali Uniwersam, poburzyli domy na Chełmionce, a drogi jak nie było, tak nie ma.

– Taka praca – uciął Żółtko.

– Mało wiesz o tym mieście. Nawet najlepszy kierowca wyłoży się na tym skrzyżowaniu i prędzej czy później ktoś komuś znowu wjedzie w kufer – zauważył z przekąsem Nowak, kiedy wypisywał raport.

Tak, jak działo się to w tym miejscu codzienie od kilku lat.

Zabiły dzwony i Nowak odruchowo spojrzał w stronę ratusza – mieszkał tu dostatecznie długo, by nabrać takiego nawyku. Widząc to, Żółtko również spojrzał w tym samym kierunku, ale dojrzał jedynie budynki z czerwonej cegły.

Policyjna kia ruszyła z miejsca i o mały włos nie rąbnął w nią niskopodłogowy autobus linii piętnaście, mknący w stronę ulicy Odrodzenia. Wóz przemknął tuż przed zderzakiem, pozostawiając za sobą jedynie świst powietrza. Samochodem aż zarzuciło. Kierowca lawety assistance wciągającej auto z poprzedniej stłuczki żachnął się i niemal zadławił śliną ze śmiechu.

– Barany z MZK! – warknął sierżant Nowak i ruszył z piskiem.

„Zimny, paskudny typ” – pomyślał o nowym partnerze Żółtko, poprawiając okulary w grubej oprawie. Wyglądał w nich jak Harry Potter.

Dopiero co zaczął jeździć z Nowakiem, a już miał go dość. Tak, jak miał dość wypisywania durnych mandatów równie durnym kierowcom. Ambicje miał znacznie większe, niż egzekwowanie prawa o ruchu drogowym. Jednocześnie był tych ambicji jedynym dysponentem. Cały świat bowiem, z komendantem na czele, miał ambicje aspiranta Żółtki głęboko w dupie i nic nie zwiastowało, by sytuacja ta miała ulec zmianie.

Toteż Żółtko westchnął tylko, co nie uszło uwadze przysadzistego Nowaka, ale ten nic na to nie odpowiedział.

Przydzielono ich sobie jak dwie skarpetki z różnych par. Byli kompletnie odmienni, ale jakoś musieli się dopasować. I nie rzucać sobie kłód pod nogi.

*

Auto po chwili było na miejscu.

Pojechali skrótem przez Gałczyńskiego, tyłami dawnego Uniwersamu, który teraz straszył wielką wyrwą w ziemi. Kilka razy przyszorowali podwoziem, bo Nowak auta nie oszczędzał, a droga była wyjątkowo dziurawa, niczym budżet średniej wielkości gminy w lubuskiem.

Po lewej, między drzewami wystawały z ziemi niskie budy warsztatu kamieniarskiego, obok którego chłopak w czapce i rozciągniętej bluzie z czterema paskami popijał tanie piwo.

– Zobacz, Żółtek – Nowak wskazał na delikwenta spożywającego pod chmurką – jak to fajnie być kamieniarzem. I ta perspektywa nagrobków w tle, poezja.

Za drzewami ciągnął się płot cmentarza. W takiej scenerii sączenie taniego alkoholu nabierało wymiaru metafizycznego zmagania.

– Czemu tu jest taki syf? – Żółtko wskazał na rozciągające się doły w ziemi i tony śmieci rozrzucone po okolicznych krzakach.

– Mieli tu budować wielką galerię handlową. Rude dziady z Irlandii. Ale przyszedł kryzys, co nie, i się zawinęli. Zobaczymy. Mówi się, że ten, kto zbuduje tu nowe centrum handlowe, położy też dwupasmówkę.

– I gdzie będzie biegła?

– Dokładnie tam, gdzie przed chwilą był wypadek.

– Autostrada przez osiedle mieszkalne, straszne.

– Taki mają pomysł, to tak robią, bratku – podsumował Nowak.

Już z daleka zobaczyli na Sportowej spore zbiegowisko. Prym wiodły kobiety – z rynku, z cmentarza, z bloków. Był piątek, zwykły dzień handlowy. Przy wjeździe na targowisko co chwila nawracały dostawcze auta, trąbiąc na blokujących przejazd gapiów. Pełno było ludzi z celofanowymi torbami na kółkach, złomiarze z pordzewiałymi wannami na wózkach, emeryci z włoszczyzną wystającą z materiałowej siatki o kolistych uchwytach.

Radiowóz zaparkował przy wyjściu z cmentarza, obok dawnych hal remontowych. Żółtko wyszedł spokojnie z auta, a gdy się odwracał, wpadł na „Kobietę w Czerni”, wracającą z grobów.

– Tu zawsze pachniało trupem. Ty też pachniesz trupem – rzuciła i zniknęła między drzewami. Policjant nie odpowiedział.

Podeszli z Nowakiem do ludzi.

– Aspirant Żółtko, dzień dobry. Kto z państwa dzwonił?

Na jego słowa, jak za zaklęciem, z tłumu wyłonił się starszy mężczyzna z krwawym zawiniątkiem w ręku.

– Bogdan Kowal, nu, ja dzwoniłem.

– Poproszę dowód osobisty – rzucił Żółtko i wyjął służbowy kajet. Zapisując godzinę przybycia na kartce prawą ręką, odruchowo wyciągnął lewą w stronę Kowala. Ale rozmówca dowodu nie wyciągał. Żółtko spojrzał na niego. – Poproszę dowód, panie Kowal.

A Kowal, zamiast dokumentu, dał aspirantowi krwawe zawiniątko.

– Co to jest?

– To znalazłem. Tu to było, w zniczomacie.

Aspirant chciał odsłonić płótno. Wokół policjantów stało, na oko, dwadzieścioro gapiów, jeden patrzył drugiemu przez ramię i czuć było w tym zgromadzeniu pewne nabożne skupienie. To zbiegowisko było zupełnie inne od innych mu podobnych, choćby tych, które tworzą się w miejscach samochodowych stłuczek. W ciszy stali obok siebie mieszkańcy okolicznych wieżowców, pracownicy targowiska, ludzie, którzy ściągnęli z cmentarza. Kilku młodziaków zaglądało do wnętrza radiowozu, zostawiając tłuste plamy na jego szybach. Tłum gapiów pęczniał. Z dwudziestu osób zrobiło się trzydzieści, a nawet i sto, jeśli liczyć tych przyglądających się zajściu z okien punktowców.

– Proszę się odsunąć, tak? Dzieciaki, odsuńcie się od radiowozu.

Żółtko wyjął ze schowka w samochodzie gumowe rękawiczki, podszedł do Kowala i delikatnie odsłonił materiał. Szybko pobrudził palce krwią. Była jeszcze ciepła. Jego oczom ukazał się kawałek ludzkiego ciała.

– Co to, kurwa, jest – wypalił Nowak i zorientował się, że przeklął na głos, co nie uszło uwadze gapiów. Starsi z nich odruchowo pokiwali głową z niesmakiem.

– Nowak, język – zganił go Żółtko.

– Chyba palec, kurwa, co nie? – wyszeptał partnerowi na ucho.

Jesteśmy przyzwyczajeni do informacji o śmierci, o wypadkach i zgonach. Podawane nawet w dużych ilościach zjawiska, przez woal nazw i terminów, tracą na sile. Natomiast każde rzeczywiste zetknięcie z chorobą, śmiercią, z aktem naruszenia świętości ludzkiego ciała, wywołuje wrażenie upiorne. Jak zaburzenie odwiecznego porządku, w którym człowiek, przyobleczony w skórę i włosy, stanowi pewien jednolity, nierozerwalny obiekt, będąc nim od narodzin do śmierci.

Dlatego widok ludzkiego, odciętego palca napawał policjanta trwogą. Spojrzał po ludziach. Wszyscy w skupieniu czekali, aż coś powie, ale Żółtko początkowo nie powiedział nic. Jakby wielka gula stanęła w jego gardle.

– A my wiemy, co to jest panie policjancie… – rzucił dziecięcy głos z tłumu, tym tonem dziecka, któremu zdawało się, że odkryło tajemnicę Świętego Mikołaja, za którego przebiera się co roku wujek Roman.

– Tak?

– To paluszek Bema! – krzyknął dumnie młodziak.

– Mietek, stul mordę, to nie jest śmieszne – zrugał go pijacki, ochrypły głos. – Pan wybaczy, młode to to i głupie.

Mimo atmosfery napięcia, kilka osób zaśmiało się pod nosem. Bo żart był całkiem przedni.

Wszyscy oprócz Żółtki znali doskonale jedyny w okolicy sklep całodobowy. Ten, w którym spóźnieni goście kupują późnym wieczorem wino wytrawne do piętnastu złotych i rafaello, i ten, do którego posyła się dzieciaki po sól. Osiedlowy pawilon, otoczony niegdyś dającą orzechy leszczyną, teraz różowym szyldem obwieszczał swoją nazwę: Paluszek. Przy ulicy generała Bema.

– Daj do wora – Żółtko dał znak Nowakowi ruchem głowy, by ten przejął zawiniątko i zabezpieczył je. – I powiadom komendanta, niech wezwie pianistę od paluchów.

– Dużo roboty to Daktyl z tymi odciskami nie będzie miał, co nie? – zaszydził Nowak i z obrzydzeniem przejął pakunek.

 

– Proszę pokazać, gdzie pan to znalazł.

– W zniczomacie. Wrzuciłem dwie piątki, na mały zniczyk, żeby żonie zapalić. Wkładam rękę… – zawiesił głos Kowal. – Straszne przeżycie, nu.

Mundurowy przyjrzał się automatowi z napisem WKŁADY I ZNICZE. Podajnik stojący tuż przy wejściu na cmentarz był cały we krwi.

– Wkładam rękę, a tam palec – mamrotał Kowal.

– Może to palec Boży! – rzuciła starsza kobieta bez zębów, przytakując samej sobie. Jej twarz miała zapadnięte do wewnątrz policzki i żuchwę poruszającą się na boki, niczym pas transmisyjny.

– Aż mnie zmroziło na ten widok. Krew, proszę pana i to to, odrąbane. Myślałem, że dla żartu ktoś tu coś włożył, wie pan, nu świński ogon na przykład. Tu często się walają odpadki z rynku. No, ale ślepy nie jestem i widzę, co mam w ręku. Wystarczy spojrzeć i porównać, że ludzki palec. Ohyda.

Nowak nadszedł od auta. Zobaczył z bliska otwór w automacie.

– O fuck… Jo, Żółtek, co to za szajs?

Bema pamięci żałobny rapsod – odpowiedziała „Kobieta w Czerni”, nadchodząc niespodziewanie od strony cmentarza.

Była drobnej postury. Miała na głowie ręcznie uszytą woalkę żałobną, przez którą trudno był dojrzeć jej twarz. Jej szerokie biodra kołysały się na kaczkowatych nogach, na które opadała czarna, wyszywana równie czarnymi różami spódnica.

– To znowu pani.

– Tu zawsze czaiła się śmierć – rzuciła na wiatr.

– Czy pani wie coś na temat tego zdarzenia? Widziała pani coś podejrzanego? – pytał, rozglądając się Żółtko. Coś nie pasowało mu w atmosferze tego miejsca.

Kobieta roześmiała się, ale policjant nie był pewien, na ile śmiech ten był serdeczny, a na ile złowieszczy. Dylemat wynikał z wieku i wyglądu kobiety, która, przybrana w żałobny strój, sprawiała bardzo ponure wrażenie.

– My, ludzie z okolic cmentarzy, wiele już widzieliśmy podejrzanych rzeczy. Tak jak wy, panie policjancie – spojrzała przenikliwie wzrokiem, który wiele razy oglądał kir. Mówiąc, zaciągała po kresowemu, zmieniając niektóre samogłoski w literę „e”. – Tu nawet dzieci bawiły się w cmentarz. Między numerem osiemnaście a dwadzieścia rośnie wielka lipa, pod którą pochowano wiele kotów i psów. Miejscowi chłopcy oglądali miesiącami te procesje, pan wyobrazi sobie, siedzieli przebierając nogami na ławce, żuli słonecznik, i patrzeli, jak się ludzi chowie, a potem sami zakopewali, żywcem. Raz sukę w ciąży. Szczeniaki jakiemś cudem wydostali się spod ziemi. To przez ten zapach, cmentarny, mówię panu. Niektórzy mówią, że to bakterie z trupów są w powietrzu. Tutaj nawet w każdym bloku jest posadzka z lastryko, a to przecież wygląda, jak płyta nagrobna. Dziewczynki bawiły się w hotel dla trupków. Lubiły malować kredą, w roku szkolnym można było podkraść z klasy, ale w wakacje to już gorzej. Na cmentarzu pełno zniczy starech, dużo i w kształtach różnech są. I one były albo szklane albo kredowe, a temi dawało się pisać. Skakały po tech nagrobnych płytach, dni całe, znosiły tech zniczy, nekrologi pisały na ziemi, dla zabawy, no dla mnie akurat nieśmieszne takie harce.

– Rozumiem, ale czemu mi pani to mówi? – niecierpliwił się Żółtko. W oddali słychać było policyjne syreny.

– Jeszcze nie skończyłam, młody człowieku – zamyśliła się, patrząc w niebo. Od południa nadciągały chmury szelfowe, wzmagał się wiatr. Światła policyjnego koguta odbijały się jakby wyraźniej po okolicznych ścianach – nawet nie wiadomo, kiedy zrobiło się ciemniej. – Najgorszy był zapach. Fetor skóry i mięsa. Tu, koło tych warsztatów, garbowano skóry. Całemi dniemi czuć było smród skór zwierzęcych. Jeszcze śmierdzi, nie czuje pan? Pan pójdzie i sprawdzi. O, tam było wejście – wskazała palcem i Żółtko odruchowo spojrzał we wskazywanym kierunku.

– Tam za bramą? – spytał, ale kobiety już nie było. Zniknęła równie nagle, jak się pojawiła.

– Do kogo mówiłeś? – spytał podejrzliwie Nowak.

– Jakaś miejscowa kobieta. Baba Jaga.

– Jaka kobieta? Stałeś jak wryty i gadałeś w powietrze, nikogo tu nie było. Wszyscy zdrowi?

– Co?… – patrzyli chwilę na siebie w napięciu. W końcu Nowak wybuchnął śmiechem.

– Żartowałem przecież, Żółtek. Teraz to naprawdę masz minę, jakbyś zobaczył ducha. Widziałem tę babę, uprawia grobing. Taka, co ma akcję znicz przez cały rok, a nie dwa dni jak my – szturchnął partnera w ramię i zaśmiał się pod nosem. – To się mentów zeszło.

– Poczekaj tu, pójdę coś sprawdzić.

– Żółtek, nie zostawiaj mnie z nimi, nie lubię gadać z ludźmi.

– To wlep im jakiś mandat. O, tam jedzie jakaś nyska bez świateł, proszę bardzo. Ja idę, coś mi tu nie pasuje.

Ruszył ścieżką w stronę targowiska i wszedł bramą od Sportowej. Stragany już się zwijały. Napięte jeszcze przed chwilą konstrukcje z brezentu zmieniały się w zwój pocerowanych szmat i sterty obdrapanych skrzynek. Jak co dzień o tej porze. Sprzedawcy krzątali się i tylko wprawne oko policjanta mogło bez trudu rozpoznać wśród sylwetek, kto jest elementem, kto prawym obywatelem, a kto się szwenda bez celu.

Po garbarni nie było śladu. Mimo to Żółtko pchany przed siebie tą przemożną siłą, która zawsze kazała mu jechać za podejrzanym autem lub zatrzymać podejrzaną osobę, podszedł do baraków.

Obejrzał wybite szyby. Szczur przebiegł mu pod nogami i zniknął pod stertą brezentów.

– Żółtek, są technicy! – krzyknął do niego Nowak. Żółtko spojrzał w stronę ulicy Sportowej. Na parking wjeżdżał właśnie policyjny wóz techników, a Nowak machał do niego, żeby wrócił.

Ale Żółtko nie zareagował, bo coś przykuło jego uwagę.

Niedomknięte drzwi opustoszałych pomieszczeń wydają często dźwięki na granicy świstu i buczenia, podobne tym, które towarzyszą cugowi dobiegającemu z komina. Czasem kierunek wiatru jest przeciwny – czuć wtedy chłodne powietrze, które wydostaje się lękliwie na zewnątrz. I właśnie ten detal, ten nieuchwytny podmuch policjant poczuł na twarzy.

Na zamknięciu stalowych drzwi brakowało kłódki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie rysy po jej niedawnym odłupywaniu. Przejechał po nich palcem i poczuł opiłki metalu. Miał wracać na zdarzenie, miał przy sobie notes z zapisaną godziną przyjazdu. Nie mówiąc już o działaniu w pojedynkę, braku wsparcia czy przekazaniu informacji partnerowi.

Tak, aspirant Żółtko był nieposłusznym policjantem. I dlatego te metalowe drzwi otworzył. Chwycił za kaburę, odpiął zabezpieczenie. Ruszył.

Kroki stawiał powoli. Gruba podeszwa butów chru­pała w ten charakterystyczny sposób, jaki słychać, gdy idziemy po twardej, brudnej od piasku powierzchni.

„Lastryko” – pomyślał.

Szedł w kierunku świstu powietrza. To ono prowadziło go przez ciemne pomieszczenia. Czy był to trupi odór z cmentarza? Wspomnienie garbarni i dziecięcych zabaw okolicznych mieszkańców? Wyobraźnia bardzo często płata figle w takich momentach, a trzeba wiedzieć, że policjanci jeżdżący radiowozami po mieście niewiele mają wspólnego z bohaterami filmów akcji. Wszystko dzieje się wolniej i w mniej sensacyjny sposób niż na ekranie. Policjanci nie byli wprawieni w tego typu akcjach, gdzie musieliby zdawać się na swój policyjny nos. Nie – Toruń nigdy nie aspirował do bycia drugim miasteczkiem Twin Peaks.

Aspirant Tomasz Żółtko, z ojca Kazimierza i matki Janiny, bo tak brzmią jego pełne personalia, robił jednak dokładnie inaczej niż jego koledzy. Niektórzy mówili, że bywał melancholijny i z tego powodu wielu rzeczy nie kończył, chociaż je zaczynał. Ale wierzył w intuicję i nadświadomość, która kazała mu czasem iść w określonym kierunku.

Również teraz podążał z jej rytmem. Prowadziło go powietrze, albowiem natura zwykła mieć pamięć tego, co przeszłe i moc zwiastowania tego, co nadejdzie. Opuszczone pomieszczenie mówiło, skąd to powietrze płynie i po kilku sekundach Żółtko dotarł do właściwego miejsca.

Nie od razu zobaczył to, co zobaczył. Trzeba mieć jasność, że ludzkie oko przyzwyczajone jest do odczytywania określonych kształtów, obiektów, odległości, a dzieje się to w połączeniu z widocznością, stanem umysłu patrzącego i dioptriami, które pomagają lub utrudniają mu zorientować się w przestrzeni. To dlatego, kiedy wizytujemy piwnice czy strychy, kształty wynurzają się z przestrzeni w swoim rytmie. Dlatego Żółtko dopiero po chwili zrozumiał, co widzi.