Biografia Leopolda Tyrmanda Moja śmierć będzie taka, jak moje życieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


PRZEDMOWA

Kiedy Dorota Grupińska, właścicielka wydawnictwa MG, w którym wydawane są wszystkie książki mojego taty, zaproponowała napisanie nowej jego biografii, przyjąłem to z entuzjazmem. A gdy powiedziała mi, że zamierza zlecić tę pracę młodemu badaczowi, którego miałem już okazję poznać i z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić – mój entuzjazm wzrósł jeszcze bardziej.

Pierwszy raz usłyszałem o Marcelu Woźniaku w 2010 roku. Było to niedługo po mojej pierwszej wizycie w Polsce, w kwietniu tego roku. Skontaktował się ze mną przez Facebooka i przedstawił jako wielki fan pracy mojego ojca. Odkąd dołączyłem do tego rewolucyjnego social media, takie informacje trafiały do mnie dość często. Marcel napisał, że studiuje w Toruniu i przygotowuje właśnie akademicką analizę Złego, którego nazwał „najlepszą książką, jaką kiedykolwiek czytał”. W ciągu kolejnych kilku lat utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt, Marcel podsyłał mi informacje o odradzaniu się popularności mojego ojca – festiwale, sztuki, Zły w postaci komiksu. W końcu poznaliśmy się też w świecie rzeczywistym. W maju 2015, po tym jak przeczytał moją książkę wydaną pod koniec 2013 roku, zaproponował mi spotkanie. Tak się złożyło, że akurat byłem w Polsce, więc umówiliśmy się. Marcel zasugerował – jakże trafnie – Kameralną, ale padło na Sheraton, obok którego niedawno, w lutym 2013, otworzono pasaż nazwany imieniem Leopolda Tyrmanda. Miejsce było więc jak najbardziej właściwie.

Od razu uderzyło mnie jego uwielbienie dla historii, historii Polski, historii literatury, a w szczególności historii mojego ojca. Najwyraźniej pisarstwo Leopolda Tyrmanda bardzo na niego wpłynęło. Miał wiele pytań – o wiele więcej niż ja odpowiedzi. A niektóre z moich odpowiedzi nie były wcale satysfakcjonujące. Opowiedział mi wtedy, jak bardzo chciałby odwiedzić Instytut Hoovera, gdzie złożono dla potomności archiwa mego ojca. Było też jasne, że w poprzednich latach, wciąż w ramach swoich akademickich poszukiwań, spędził mnóstwo czasu na badaniach nad życiem i twórczością mojego taty. Rozmawialiśmy też o pomyśle na nową biografię Tyrmanda. Niedługo potem on i Dorota Malinowska-Grupińska zgłosili się do mnie z propozycją zrealizowania tego pomysłu.

Poprzednie biografie mojego ojca nie były szczególnie zadowalające. Praca najczęściej wymieniana jako biograficzna – Zły Tyrmand Mariusza Urbanka – skupiała się na życiu Leopolda w Warszawie lat 50., kiedy to stał się playboyem i niezdolnym do współpracy z komunistycznymi władzami enfant terrible. Ton narracji – po tym, co wnoszę z tych fragmentów życia mojego ojca – zawsze wydawał mi się nieco zmitologizowany. Tak, jakby punkt widzenia jakiejkolwiek osoby, która go znała – zarówno bliskiego, jak i dalekiego znajomego – był w tej historii równie kluczowy i znaczący. W latach 90. dwoje młodych dziennikarzy, Katarzyna Sernicka i Maciej Gawęcki, napisało biografię pod tytułem Amerykański brzeg Leopolda Tyrmanda, będącą opisem trzeciej części jego życia, od momentu kiedy pojawił się w Stanach Zjednoczonych. A wydawnictwo MG wydało książkę Tyrmandowie: Romans amerykański opisującą miłość moich rodziców.

Ale nikt dotąd, zanim Marcel się tego nie podjął, nie miał śmiałości ani wizji, by dokonać pełnego oglądu życia mojego ojca dla celów biograficznych. Aby właściwie zrealizować ten plan, należało jedne źródła zweryfikować, inne odkryć na nowo – i to w różnych częściach świata. Należało opisać pierwszą część życia mojego ojca w Warszawie i historię rodziny. Odtworzyć krótki epizod w Paryżu przed wojną i w Wilnie podczas wojny. Opisać tułaczkę po Niemczech i Skandynawii, pracę na morzu... wszystkie miejsca, które przemierzał podczas wojny. Następnie, jego lata w Warszawie, zanim rozsławił się Złym, i wyjazd do Stanów Zjednoczonych, a także – co ważne, a często nieobecne, kiedy się o nim pisze – jego lata w Nowym Jorku, a potem w Rockford, gdzie równie zaciekle walczył o swoje ideały, jak kiedyś w Polsce.

Opis ostatnich lat jego życia najczęściej przedstawiano następująco: „Tyrmand zwrócił się gwałtownie w prawą stronę i stał się konserwatystą”. Stale się kłócę z tymi, którzy tak twierdzą. Jego idee były w zasadzie stałe przez całe życie – można je podsumować jednym słowem: WOLNOŚĆ, ale zmieniły się etykiety, które nadał elicie intelektualnej, akademickiej oraz medialnej. Zawsze był klasycznym liberałem, wzorującym się na Edmundzie Burke’u, który skłaniał się ku konserwatywnej prawicy w Stanach Zjednoczonych, bo tam działali zawsze – aż do dziś – myśliciele klasyczno-liberalni i oświeceni. Walczył przeciwko siłom komunizmu, socjalizmu, faszyzmu, marksizmu i totalitaryzmu we wszystkich odsłonach – które niezawodnie łączą się wokół „kolektywizmu” – każdego dnia życia. Walczył swoim piórem i swoją mową. Aby zrozumieć jego życie, należy także poznać środowiska, do których trafiał. Marcel potraktował temat całościowo.

Podczas poszukiwań dotarł do źródeł i odkrył materiał, dzięki któremu mógł stworzyć dzieło oparte na faktach – niechybnie zginęłyby one z kart historii, gdyby nie podjął tego wysiłku. Nawet splot wydarzeń, które doprowadziły Leopolda do „amerykańskiego brzegu”, nie był pewny (czy Tyrmand przyleciał z Izraela, po odwiedzinach u matki, czy przypłynął z Genui niczym Krzysztof Kolumb?). Marcel odnalazł tak wiele: zdjęcia i wspomnienia z Wilna, listy więźniów obozu, cenne dokumenty i korespondencję, rozmawiał z osobami, które wcześniej nie były do tego skore lub których w ogóle nie brano pod uwagę – jak znajomi miłośnicy jazzu z USA. To właśnie dzięki tej energii i pasji uwierzyłem w jego potencjał jako biografa. Jedyne, czego chciał, to odkryć prawdę. Ci, którzy pisali o Tyrmandzie przed nim, woleli raczej snuć własną wizję. Wyczerpująca, pełna nieznanych dotąd szczegółów książka Marcela jest po prostu wzorowa.

Efektem tych wszystkich starań jest – w co wierzę – ostateczne świadectwo literackie życia i pracy Leopolda Tyrmanda. Z dumą się pod nim podpisuję. Doceniam też detektywistyczną wręcz pracę, której wynikom mogę ufać, i dzięki której ja sam, ale też moja rodzina, możemy dowiedzieć się więcej na temat mojego ojca.

Więc dziękuję Ci, Marcelu, za pokazanie nam – mojej rodzinie i całemu światu – wielu rzeczy, których wcześniej nie wiedzieliśmy i nie mogliśmy wiedzieć.

Matthew Tyrmand, sierpień 2016, Nowy Jork

When Dorota Grupińska, the founder of the MG publishing house that publishes all of my father’s books in Poland, approached me about having a new biography undertaken I was enthused about the project. When she told me that she was going to have a young writer and scholar who I had met and with whom I had become friendly do the job I became VERY enthused about the project.

I first had contact with Marcel Wozniak in 2010. It was only a few months after my initial visit to Poland in April of that year. He reached out to me via Facebook to introduce himself and express how big a fan he was of my father’s work. This was a reasonably frequent occurrence since I had joined the social media revolution a few years prior. Marcel told me that he was studying in Torun and doing some academic analysis of “Zly” which he described “as the best book I had ever read.” We kept up sporadic contact over the next couple of years via messenger and he sent me things he saw around Poland related to my father’s resurgence in popularity (festivals, plays, a “Zly” graphic novel/comic). In May 2015, after reading a book I had co-written at the end of 2013, he reached out and asked if we could meet. It so happened that I would be in Poland the following week and we met at the Sheraton. Marcel had originally and fittingly suggested Kameralna but the Sheraton, where the Leopold Tyrmand Passage had been recently dedicated (Feb 2013), was also fitting.

When we met I was struck by his reverence for history in general, Polish history, literary history, and on a granular level- the history of my father. It was obvious my father’s writing had a great effect on him. He had many questions. Many more questions than I had answers. And some of my answers could not have been satisfactory. He expressed to me his desire to visit the Hoover Institution where my father’s archives were held for posterity. And it was clear that he had spent much time the previous years, still engaged in scholarly pursuits, into research and thinking about my father’s life and literary impact. We discussed the idea of a new biography. It was not soon after that he and Dorota Grupińska approached me and suggested formalizing the idea.

The previous biographies of my father had been not so satisfying. The work most often cited in Poland as biographical was Urbanek’s “Zly Tyrmand” which focused on my father’s life in Warsaw in the 50’s as he evolved into a playboy and a non-collaborating enfant terrible. The narrative, best I can tell from the mosaic of my father’s history I could put together, always seemed a bit mythologized. As if one person’s account, primary or secondary, became a validated part of the historical fact pattern. In the 1990’s two young journalists, Katarzyna Sernicka and Maciej Gawecki, wrote a biography entitled “Tyrmand in America” which was about the last third of his life from when he arrived in the United States. There was also a volume (published by the same publishing house MG as this volume) about my father and mother’s love story (Tyrmandowie: Romans Amerykański).

But up until now no one had had the temerity or vision to go out and do a full survey of my father’s life for a biography until Marcel posed the schematic. To be done right the research would have to be categorically culled from many sources all over the world. The episodes that required coverage included the first part of my father’s life in Warsaw and family history, his short stint in Paris before the war, his time in Vilnius during the first part of the war, the time spent in Frankfurt and Copenhagen and wherever else he traveled during the war, his years in Warsaw before he achieved fame for Zly and after, his departure for the United States, and importantly (and often unaddressed in Polish historiography) his years in New York and then Rockford engaged in the battle of ideas as he had fought in Poland.

 

In recent years the description of this last part of his life is simply described as “Tyrmand made a sharp move to the right and became a conservative.” I argue this point repeatedly with those who put it out there. His ideas were largely consistent his entire life (summed up in one word: FREEDOM) but what changed was the labeling by the intellectual, academic, and media elite. He was always a classical liberal in the Edmund Burke mold who naturally gravitated to the conservative right in the US as that was (and still is) where the classical liberal and enlightenment oriented thinkers reside. He fought against the forces of communism, socialism, fascism, Marxism, and totalitarianism in all of its stripes (which coalesce around “collectivism” without fail) every day of his life using his pen and his mouth. To understand his life it is important to see each of these milieus he found himself in over the course of his life. Marcel set out to do this comprehensively.

During the course of Marcel’s investigation looking for primary source material which he could use to craft a full and accurate fact pattern he discovered things that would have been lost to history if he had not undertaken this effort. Even the chain of events that had him landing on the shores of the new world had been up for debate (did he fly from Israel after visiting his mother or sail on a ship from Genoa like Christopher Columbus?). It was always gratifying to wake up to photos from Vilnius where my father had stayed, or old notes, photos, and letters that Marcel had found. His energy and passion for this project was enough for me to trust in his integrity as a biographer. He was motivated by finding and relaying the truth. Others before him were more interested in crafting “their” narrative about his life. He had many conversations with people in my father’s life that were up until now reticent to talk or had never been sought out (such as fellow jazz aficionados in the United States that Marcel spoke with). Marcel’s comprehensive work on the details that make up a life is exemplary.

The output of all these efforts will serve, I believe, as the definitive literary authority of my father’s life and work and I am proud to endorse this biography. I am also most appreciative of all the investigative work that has gone into this volume as it has enabled my family and me to learn more about my father’s life than we knew before and with research that can be trusted.

So thank you Marcel for showing us, my family and the world, many things we did not (and could not) know before.

Matthew Tyrmand, August 2016, New York City


Na poprzedniej stronie: // Archiwum rodzinne Mary Ellen Tyrmand

W pozostałych rolach:

Osoby, które bezpośrednio lub pośrednio stykały się z Tyrmandem w pociągach podmiejskich, tramwajach, autobusach, trolejbusach, barach mlecznych, knajpach, nocnych lokalach, na dansingach, w restauracjach, zakładach zbiorowego żywienia, bufetach stacyjnych, kawiarniach, na ulicach Warszawy, Paryża, Wilna, Frankfurtu, Oslo, Kopenhagi, Tel Awiwu, Nowego Jorku, Rockford, na placach, skwerach, mostach, dworcach kolejowych, przystankach tramwajowych, targowiskach, bazarach, przed kinami, stadionami sportowymi, aptekami, ślizgawkami, w sklepach, domach towarowych, warsztatach samochodowych, garażach i resztkach ruin, w wyobraźni, i wszędzie indziej:

Mary Ellen Tyrmand

Matthew Tyrmand

Rebecca Tyrmand

Barbara Hoff

Stefan Kisielewski

Jerzy Przeździecki

prof. Zdzisław Najder

Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz

Zofia Hertz

Franciszek Walicki

Zbigniew Herbert

Leszek Zawisza

Leopold Łabędź

Sławomir Mrożek

Witold Gombrowicz

Ludwik Jerzy Kern

Piter von Diggele

Bohdan Tomaszewski

Kazimierz Koźniewski

Maryla Oliwenstein

Jakub Lewit

Krystyna

Rysia

i wielu, wielu innych

OD AUTORA

Powiedział kiedyś, zaraz po wojnie:

„Ja będę żył długo. Tak jestem zaprogramowany.”

Bo w jego żydowskiej rodzinie mężczyźni bywali długowieczni, już od XVIII wieku. Wujek Ignacy, mistrz brydża, zmarł w 2014 roku, mając ponad sto lat.

Doświadczenie Holokaustu w rodzinie z jednej strony, a przeżycie wojennej gehenny z drugiej tylko utwierdziły go w przekonaniu, że teraz całe życie przed nim, że nie można się bać ani chować głowy w piasek. Postanowił odrodzić się razem z Warszawą. A potem napisać pean na jej cześć.

Ukrywał swoje pochodzenie, ale w czasach, kiedy ludzi skazywano na zagładę ze względu na kształt nosa. Nie wyrzekł się nigdy żadnej z kultur, w których wyrastał. Sam natomiast chciał wybrać, co z nich weźmie ze sobą w podróż przez życie. A była to podróż wśród chmur i błyskawic.

Od najmłodszych lat nasiąkał muzyką, głównie za sprawą sąsiada Wacka, który – tak jak on – mieszkał na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Trębackiej. Po latach zagrał na fujarce dźwięki Swanee River, a melodia ta stała się muzycznym sygnałem Jazz Jamboree, którego nazwę zresztą... wymyślił. Mimo że tak naprawdę na żadnym instrumencie grać nie umiał.

Miał talent do języków i nadzwyczajną pamięć. Podczas wakacji na Węgrzech po dwóch tygodniach czytał już miejscowe gazety. Miał także słuch – w Polsce śpiewał, podobno całkiem ładnie, jak na imieninach Romana Waschko, ale w Ameryce przestał. Nie wymawiał litery „r”, co nie przeszkadzało być mu zawsze najgłośniejszą osobą na sali.

Był pełen sprzeczności. Nadwrażliwy i przeczulony na swoim punkcie, a jednocześnie pewny siebie, jak nikt inny. Pierwszą żonę, Małgorzatę, traktował z góry i nie dał jej żyć. – Cielątko – mówił o niej. Dla ludzi bliskich potrafił w środku nocy jechać autem przez całą Polskę. – Tyrmand był dobry na chorobę, nie do życia – wspomina Barbara Hoff, druga małżonka. Gdy jednak ktoś go zawiódł – nazwisko skreślał z listy przyjaciół. Jego autorytetem był Kisiel, a oczkiem w głowie – trójka dzieci przyjaciela. Ale kiedy Stefan – inspirowany zapewne Witkacym – wyrysował mu na masce auta napis DUPA, Leopold nie odezwał się do niego przez kolejny rok. O ludziach niesolidnych czy spóźnialskich mówił: „rozlaźli”. Największą obelgą, którą mógł kogoś obdarzyć, było określenie „mało dojrzały człowiek”. Nie lubiła tego jego trzecia żona, młodsza o połowę Mary Ellen.

– Niski – to pierwsze, co przyszło jej na myśl, gdy się spotkali. Ślubu udzielał im pijany urzędnik. Jej rodzice nie zjawili się – w końcu uciekła z domu dla polskiego, podstarzałego emigranta. A mimo to kochała go od początku, podczas gdy on do kochania żony dojrzał z czasem. Przypomniała o tym sobie i czytelnikom, kiedy 25 lat po jego śmierci w starej, japońskiej komodzie znalazła ich przykurzone listy.


Fiszka // Archiwum Hoovera, Uniwersytet Stanford

Ubarwiał, rozpalając tym ludzkie wyobraźnie. Konfabulował, tworząc ze swojego życia opowieści, których chciało się słuchać. Czynił samego siebie bohaterem większości tekstów prozatorskich, które pisał. Nawet Złego, będącego w latach 50. największym bestsellerem od czasów Trylogii Sienkiewicza. Przez wiele lat zastanawiano się, ile z jego opowieści jest prawdą. Czy, jak bohater Filipa, faktycznie pracował jako kelner w czasie wojny? Czy, jak w opowiadaniach, pływał na statku? Czy rzeczywiście siedział w obozie w Norwegii? Czy aresztowało go NKWD? Czy był w komunizmie prześladowany, czy może protestował tylko w imię pragnienia wygody, możliwości słuchania jazzu i noszenia kolorowych skarpetek? Czy opisał w Dzienniku 1954 siebie? A jeśli tak, ile było tych dzienników?

Choć mówił, że nie pisze do szuflady, to właśnie w jego szpargałach odnaleźć można odpowiedzi na te pytania, istną kronikę życia. Wiele z nieprawdopodobnych anegdot okazuje się prawdą. Jak choćby ta, że udawał podczas wojny Francuza, a do USA przypłynął, niczym Krzysztof Kolumb. – Bzdura, wziął samolot – powtarzali nawet bliscy. Nieprawda.

Inne szuflady odsłaniają jednak ciemniejsze strony życia pisarza: podsłuch w jego domu, donosy najbliższych przyjaciół, pogrom rodziny podczas wojny. Depresję.

Oraz dojmującą samotność i niezrozumienie, trapiące go od najmłodszych lat aż do śmierci. Poczucie sprawiedliwości rodem z westernów i chęć znalezienia odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzieć nie można.

W Polsce zbanowany przez cenzurę i zaszufladkowany, jako autor dwóch książek – krążył po literackiej orbicie niczym barwny ptak, który dawno temu wyfrunął z klatki. Za wielką wodą przez ostatnie lata wojował z amerykańskim liberalizmem, tkwiły w nim dziecięce marzenia o walce dobra ze złem, rodem z Dzikiego Zachodu. A on zawsze był w nich szeryfem. Dobrym, Złym i... niskim. Garym Cooperem.

Zmienił to jego syn, kolejny z Tyrmandów. Matthew, bo o nim mowa, od pierwszej wizyty w Warszawie czuje się tu jak w domu. Kiedyś na Dworcu Centralnym zobaczył chłopaka czytającego Złego. – Hej, tę książkę napisał mój ojciec! – wykrzyknął zdziwiony. Ale bardziej zaskoczony był czytelnik. – Chyba żartujesz?! Jesteś synem Tyrmanda? Tego Tyrmanda?

A potem się zaczęło. Szukanie śladów, zbieranie wydań, wznowienie książek, napisanie własnej. Dziś wciąż poszukuje prawdy o sobie, szukając prawdy o swoim niezwykłym ojcu. Często podkreśla, jak bardzo jest do niego podobny. Bardzo chce w to wierzyć, ale jest w tej wierze coś na rzeczy. Ta książka być może przybliży go do prawdy. Jego, ale także Rebekkę, jego siostrę bliźniaczkę.

Drogi czytelniku, przed Tobą opowieść o Leopoldzie Tyrmandzie.

Opowieść o jego życiu oraz o jego śmierci, z którą było inaczej, niż mówiono, a która według przepowiedni miała być taka, jak jego życie: zapisana.

Autor