Wszyscy muszą zginąćTekst

Z serii: Liceum Freuda #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszyscy muszą zginąć
Wszyscy muszą zginąć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Wszyscy muszą zginąć
Wszyscy muszą zginąć
Audiobook
Czyta Lena Schimscheiner
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?”. Jezus mu odrzekł: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”.

(Mt 18, 21–22)

PROLOG

18 GRUDNIA 2020 ROKU

Za mniej więcej godzinę przyczynię się do śmierci wielu ludzi. Zginą głównie uczniowie i nauczyciele. W jednej chwili przestaną istnieć osoby mniej lub bardziej mi życzliwe, a także takie, które wcale mnie nie znają. Nikt nie wie, co ich czeka, ale to dobrze. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że śmierć sama w sobie jest doświadczeniem wygodnym i przyjemnym. Po utracie przytomności jedni dostrzegają tunel rozświetlony ciepłym jasnym światłem. Odczuwają spokój, bo wiedzą, że po drugiej stronie czeka na nich wyłącznie dobro. Inni z kolei spotykają zmarłych krewnych, którzy witają ich z otwartymi ramionami. Po upływie kilku sekund ciała umierających się wyłączają, a oni sami nie są świadomi tego, że odeszli. Nie ma już nic. Brak świadomości to brak bólu.

Śmierć nie boli. Boli jedynie długotrwałe umieranie. A na co komu świadomość umierania? Moje ofiary odejdą szybko, bezboleśnie. Nie zdążą nawet zareagować. Podaruję im wymarzoną śmierć.

Większość szkół zaczyna przerwę świąteczną dopiero w środę, dzień przed Wigilią. Uczniowie Liceum Ogólnokształcącego imienia Zygmunta Freuda będą mieli wolne już dziś. Zgodnie z planem dzień ma się rozpocząć od uroczystego apelu na sali gimnastycznej, podczas którego dyrektor odczyta z kartki mdłą przemowę i złoży wszystkim życzenia. Zgodnie z tradycją następnie zszedłby ze sceny i połamał się opłatkiem ze współpracownikami i niektórymi uczniami, ale w tym roku ten punkt programu zostanie pominięty.

Po apelu wszyscy rozejdą się do sal i usiądą przy uginających się pod ciężarem misek z sałatkami jarzynowymi i talerzy pełnych ciastek stołach. Podczas wigilii klasowych uczniowie najedzą się do syta, wymienią prezentami i oczywiście zamieszczą obszerną relację w mediach społecznościowych, zalewając Instagram dobrze przemyślanymi zdjęciami, uwieczniającymi wyćwiczone pozy i miny. Wszystko ma się odbyć tak jak zawsze. Żadnych zaskoczeń. Uczniowie oczekują, że koło południa będą już wolni, wrócą do domów i oddadzą się błogiemu nicnierobieniu.

Tylko że dziś nikt nie wróci do domu. Wszyscy muszą zginąć.

Budzę się wypoczęty. To dziwne, ale po raz pierwszy od dawna przespałem spokojnie całą noc. Nie czuję stresu, uporczywego bólu głowy ani nieustannego poczucia niepewności. Wreszcie wiem, co się wydarzy. Wypełnię swoją misję i zaprowadzę pokój na świecie. Nie zawiodę, bo zaszedłem zbyt daleko, by się teraz wycofywać. Poza tym wiem, jak wiele mam do stracenia. Przede mną ostatni akt epickiego, krwawego przedstawienia. To będzie coś niesamowitego.

Schodzę na dół i wypatruję matki. Siedzi na tarasie opatulona kocem i pali papierosa. Nic nowego. Codziennie wstaje przed wszystkimi, choć nie musi chodzić do pracy. Gdy mnie spostrzega, otwiera drzwi i zachrypniętym głosem przypomina, bym przygotował sobie śniadanie. Przecież i tak bym to zrobił. Mama od dwóch miesięcy traktuje mnie jak nieproszonego gościa. Dawniej byłem jej ukochanym synkiem i powodem do dumy. Każdego ranka mnie budziła, a czasem przynosiła nawet śniadanie do łóżka. Wrzesień wszystko zmienił. Myślałem, że pewne wydarzenia nas do siebie zbliżą. Myliłem się. Nasza rodzina już nigdy nie będzie taka jak kiedyś.

Spoglądam na zegarek. Dochodzi wpół do siódmej, a apel zaplanowano na ósmą. Muszę się pospieszyć. Zjadam dwie skromne kanapki z masłem i wędliną polaną odrobiną keczupu.

Mama wchodzi do kuchni i pyta, o której wrócę.

– Mógłbyś mnie po południu podwieźć do Arkadii. Chcę zrobić zakupy i powoli zacząć przygotowania…

– Wigilia dopiero w czwartek – zauważam. – Jeszcze zdążysz umyć okna dla Jezuska.

Mama marszczy czoło i unika mojego spojrzenia.

– To co mam robić? Po prostu siedzieć?

– Jakoś przez ostatnie cztery lata ci to nie przeszkadzało.

Na dźwięk tych słów mama na kilka sekund zastyga w bezruchu, po czym szybkim krokiem idzie do sypialni. Mam ją z głowy. Nie potrzebuję teraz żadnych rozpraszaczy.

Biorę kilkuminutowy prysznic, a potem się wycieram, niezbyt dokładnie, i suszę głowę. Wyjmuję z szafki flakonik perfum, które dostałem od matki dwa lata temu pod choinkę. Użyłem ich tylko raz, tego samego dnia, na próbę. Dziś będzie drugi. Sam nie wiem, czemu to robię. Zupełnie jakby podświadomość podpowiadała mi, że w tak istotnych chwilach człowiek powinien ładnie pachnieć.

Mama siedzi przy stole w jadalni i pyta, dlaczego nie biorę plecaka. Tłumaczę jej, że dziś nie będziemy mieli lekcji.

– Zrobiłam wczoraj sałatkę z jajkiem i ananasem. Myślałam, że zaniesiesz na wigilię klasową.

– Dzięki, ale jedzenia będzie pod dostatkiem.

Patrzę na nią po raz ostatni. Nasze spojrzenia się krzyżują. Ona o niczym nie wie. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że za kilka godzin z tych zimnych szarych oczu wyleją się strumienie łez. Dowie się, że jej syn prawdopodobnie zginął w krwawym zamachu. Nagle zacznie żałować wszystkich gorzkich słów wypowiedzianych pod moim adresem. Przed oczami przewiną jej się najpiękniejsze chwile z ostatnich lat. Znów stanę się jej ukochanym synkiem. A potem wrócę do domu z twarzą bladą od strachu. „Mamo, jestem… żyję”. Nikt nigdy się nie dowie, co zrobiłem.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

Żałuję, że nie mogę teraz spojrzeć na Krystiana, mojego brata. Od tygodnia szlaja się gdzieś ze swoimi kumplami i nie daje znaku życia. Zawsze był problematyczny, ale ostatnio przechodzi samego siebie. Dla takich jak on nie ma już ratunku. Mama już dawno odpuściła. Szkoda, że Krystiana nie będzie na sali gimnastycznej. Mógłbym go uchronić przed całkowitą destrukcją. Mój brat umiera powoli. To takie bolesne…

Przed wyjściem włączam w smartfonie tryb prywatny i loguję się na tajną skrzynkę. Po piątej Abaddon napisał mi, że furgonetka zatrzyma się na sąsiedniej ulicy punktualnie wpół do ósmej. Mam jeszcze pół godziny. Wystarczy, bym załatwił pewną ważną sprawę.

Zabieram kluczyki do samochodu Krystiana, który stoi nieużywany w garażu. Dwadzieścia kilka minut później odstawiam go na miejsce. Mama wychodzi przed dom i pyta, gdzie byłem.

– Podskoczyłem jednak do sklepu po parę rzeczy na wigilię.

– Przecież mówiłam, że zrobiłam sałatkę. – Na jej twarzy maluje się rozczarowanie.

– No dobra. Przynieś ją – odpowiadam. – Tylko szybko, bo muszę już iść.

Stawiam owiniętą folią szklaną miskę przy koszu na śmieci. Maszeruję szybkim krokiem, odczuwając coraz większy niepokój. Dłonie strasznie mi się pocą, a serce bije nierówno. Czy to nagły przypływ adrenaliny? A może wyrzuty sumienia? Nie, to musi być to pierwsze. Nie żałuję tego, co wkrótce zrobię. Przygotowywałem się do tego już od dłuższego czasu. Nie ma mowy o odwrocie.

„Nie ma mowy o odwrocie”, powtarzam w myślach.

Na początku długiego rzędu zaparkowanych przy ulicy samochodów stoi czarna furgonetka z logo nieistniejącej firmy budowlanej. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. O to chodzi. Gdy podchodzę bliżej, drzwi się rozsuwają.

– Wsiadaj. Szybko. Spóźniłeś się cztery minuty – pogania mnie ubrany w czarną bluzę z kapturem dwudziestokilkulatek, którego imienia nie znam. Wołają na niego Kruk. Wiem, że pełni wśród Oświeconych rolę specjalisty od brudnej roboty i wychodzi mu to znakomicie. Kilka razy ze sobą współpracowaliśmy i dobrze nam szło.

– Sorry – rzucam. – Musiałem załatwić coś ważnego.

– Co może być ważniejsze od tej misji? – Kruk kręci głową. – Nieważne, ruszajmy.

W furgonetce poza nami znajduje się jeszcze czterech Oświeconych plus kierowca. Wszyscy są ubrani tak samo.

– Przebierz się. – Ostronos wręcza mi czarną bluzę i maskę. – Szybciej! Nie mamy czasu.

W pośpiechu wkładam bluzę. W międzyczasie Kruk wyjmuje z plecaka dwa pokrowce: jeden z pistoletem, a drugi z nożem.

– Trzymaj. Przyda się na niedobitki.

Fascynują mnie pistolety. Większość ludzi uważa je za śmiercionośną broń. Dla mnie to narzędzie zwracające człowiekowi wolność.

– A granaty? – dopytuję. – Zajmiemy się nimi – odpowiada trzeci Oświecony, Wilk.

– A ja?

– Ty masz inne zadanie do wykonania – odzywa się Kruk. – Zlikwidujesz wszystkie kamery na korytarzach. Tylko tak, by nikt tego nie zauważył.

– To zły pomysł – protestuję. – Wiem, będę w masce, ale z tak bliska ktoś mógłby mnie poznać na nagraniu. Lepiej, by ktoś z was to zrobił.

Oświeceni spoglądają po sobie. W końcu ku mojej satysfakcji Kruk przydziela to zadanie Wilkowi. Chcę być w centrum akcji i rozdawać karty. Nie pozwolę wcisnąć sobie pobocznej roboty.

– Jeden wystarczy. – Ostronos wręcza mi granat. – Tylko ostrożnie, bo i nas wysadzisz.

– Wiem, jak go używać – mruczę. Co za kretyn!

Parkujemy nieopodal szkoły kilka minut przed ósmą. Plan jest prosty. Najpierw czekamy, aż wszyscy zbiorą się w sali gimnastycznej. Istnieje ryzyko, że drzwi na salę zablokują nam panie woźne, zainteresowane przemową Kowala. Musimy się ich jakoś pozbyć. Gdy uda nam się oczyścić teren, zajmiemy z Krukiem miejsca przy drzwiach. Ja przyczaję się przy tych bliżej kanciapy dla wuefistów, a Kruk przy wyjściu na drugim końcu sali. W międzyczasie Ostronos wejdzie bocznymi drzwiami na trybuny, a Wilk rozwali kamery. Gdy szkołę ogarnie chaos, wybiegniemy na zewnątrz i wskoczymy do odpalonej furgonetki. Odjedziemy, zanim na miejsce przybędzie policja.

 

W teorii wydaje się to takie proste… Niebawem się przekonamy, jak wyjdzie w praktyce.

Rozdzielamy się, by nie wzbudzać podejrzeń. Idę pierwszy i mijam dużą grupę stojących przed budynkiem uczniów. Na szczęście nie rozpoznaję wśród nich nikogo z mojej klasy. Jeszcze by mnie zatrzymali i zagadali. Na korytarzu nie widzę też Dawida Piekuty i jego bandy. Pewnie siedzą już w klasie i zapychają się paluszkami. Od pewnego czasu znowu mam kłopoty z Dawidem i wiem, że gdybym tylko pojawił się w zasięgu jego wzroku, zaraz by do mnie podszedł i zaczął wyzywać. Ten idiota nie ma pojęcia, że nic nie rani tak bardzo jak słowa.

Mam jednak nadzieję, że pojawi się na sali gimnastycznej. On też musi zginąć. Zasługuje na to.

Zaglądam do jednej z sal lekcyjnych. Kilka uczennic rozkłada na ławkach talerze. Jedna z nich sprawdza, czy na pewno wystarczy dla wszystkich. Kładę dłoń na przymocowanym do spodni pokrowcu. Mógłbym wyciągnąć pistolet i je powystrzelać, ale tego nie zrobię, bo czym byłoby kilka ofiar wobec kilkudziesięciu?

– A ty czego tu szukasz? – pyta jedna z dziewczyn. Kojarzę ją. To intrygantka, którą ratuje tylko to, że świetnie pływa i często reprezentuje szkołę w zawodach.

– Niczego – odpowiadam i się wycofuję. Niewykluczone, że to chamidło dziś przeżyje. No chyba że po ataku na uczestników apelu wrócę tu i ją też załatwię.

– Idź na miejsce – mówi Wilk, podchodząc do wiszącej pod sufitem kamerki. Rozgląda się dookoła i czeka, aż grupa uczennic zniknie za zakrętem. Wtedy wyjmuje z plecaka cienki pręt i niszczy nim urządzenie. – Ruchy, kurwa! Chcesz, żeby nas przyłapali?

Słyszę głos dyrektora Kowala. Wita się ze zgromadzonymi i dziękuje wszystkim za przybycie. Przy drzwiach stoją dwie woźne. Cholera. Spodziewałem się tego, ale miałem nadzieję, że nie napotkam żadnych przeszkód. Trudno, nie mam wyjścia. Będę musiał rozwiązać ten problem.

– A ty co tu robisz? – pyta kobieta. Na twarzy nie ma maseczki. – Nie powinieneś być na sali?

– Wolałbym postać tutaj – odpowiadam.

– Nie ma mowy – odzywa się druga. – Zmykaj na salę. Tylko wejdź od drugiej strony, żeby nie przeszkadzać dyrektorowi.

Nie mam wyjścia. Muszę to zrobić. Wyciągam z kieszeni pokrowiec, otwieram go i wysuwam ostry nóż. Kobieta nie ma szans nawet otworzyć ust. Popycham ją tak, by nie stała w drzwiach, po czym szybkim ruchem podcinam jej gardło. Potem odwracam się i to samo robię jej zastygłej w przerażeniu koleżance. Woźne padają na podłogę jak kłody, a z ich szyj tryska krew. Nie miały szans. Nie spodziewały się, że zginą z rąk zwyczajnego, nierzucającego się w oczy ucznia.

Staję w drzwiach i spoglądam na widownię. Pierwszy rząd zajmują znani mi nauczyciele, w tym matematyk Artur Zawada i wuefista Grzegorz Wrona, który cudem zachował posadę po tym, jak do uruchomionej przez jedną z nauczycielek Skrzynki Zwierzeń trafiły zażalenia pod jego adresem. Jest też moja wychowawczyni Dagmara Brudzińska, anglistka. Kobieta, która jest głucha na problemy uczniów, a gdy ktoś zwraca jej uwagę, ucisza go słynnym już powiedzeniem „szat joł małf”. Tuż za nią siedzi moja koleżanka z klasy Patrycja Miszczuk. Wiele razy próbowała się do mnie zbliżyć, ale mój cholerny introwertyzm nigdy nie pozwalał mi się przed nią otworzyć. To dobra dziewczyna i żałuję, że nie będę już miał okazji normalnie z nią porozmawiać.

Przenoszę wzrok na znajdujące się pod ścianą trybuny. Ostronos już tam jest i widzę, że przykłada dłoń do kieszeni spodni. Czeka. Mieliśmy to zrobić punktualnie kwadrans po ósmej. Zostały trzy minuty. Niby niewiele, a jednak wieczność. Jeśli ktoś teraz wyjdzie zza zakrętu i zauważy leżące na podłodze ciała, będę miał nie trzy minuty, tylko trzy sekundy na podjęcie decyzji. Albo wrzucę granat w tłum, czym zaskoczę moich towarzyszy i narażę operację na szwank, albo poczekam i zastrzelę świadków. Problem w tym, że wtedy wszyscy usłyszą huk i wpadną w panikę. Mógłbym też użyć noża, ale wtedy straciłbym kolejne cenne sekundy i zaryzykował, że za późno rzucę granat. Cholera, uspokój się, Błażej. Na razie nic się nie dzieje. Korytarz jest pusty.

Zegarek elektryczny pokazuje ósmą czternaście. Dyrektor Kowal zanudza zgromadzonych swoją przemową. Już za chwilę ich uwolnię. Jeszcze kilkadziesiąt sekund… trzydzieści… dwadzieścia… Wyjmuję granat i zaciskam go w spoconej dłoni. Zaraz go rzucę, a potem zamknę drzwi i spróbuję uciec jak najdalej.

Ostronos patrzy na mnie. Widzę też Kruka – unosi rękę na znak, że jest gotowy. Zaczynamy przedstawienie.

Mój granat przelatuje nad dyrektorem i wpada gdzieś między uczniów siedzących w pierwszych rzędach. Ostronos też już rzucił. Kruk także. Ludzie zaczynają krzyczeć. Trzaskam drzwiami, a potem biegnę w kierunku głównego korytarza. Nagle rozlega się potężny huk, a po nim kolejny i jeszcze jeden. Cały budynek się trzęsie, a z sufitu sypie się pył. Upadam na podłogę i ranię się w łokieć. Gdy się odwracam, widzę, że fala uderzeniowa dosłownie wyrwała drzwi z zawiasów i roztrzaskała je o przeciwległą ścianę. Ciała zamordowanych przeze mnie kobiet spotkał podobny los. Ze środka wydobywa się ciemny dym. Po kilku sekundach docierają do mnie nakładające się na siebie jęki. Ktoś musiał przeżyć.

Naciągam maskę na nos i przedzieram się przez kłęby dymu. Nagle słyszę strzały. Kruk i Ostronos dobijają ocalałych. Postanawiam więc rozprawić się z tymi, którzy zostali w salach lekcyjnych. Biegnę korytarzem i widzę tłoczących się przed salami uczniów. Wyciągam pistolet i strzelam na oślep. Chaos jeszcze się pogłębia. Dzieciaki piszczą i wpadają na siebie. Kilka osób wbiega do sali i zamyka drzwi. Przeładowuję magazynek, kopię w drzwi z całej siły i mierzę spluwą w kulących się przy ścianie pierwszoroczniaków.

– Proszę, nie strzelaj! – krzyczy jedna z uczennic. Jej sprzedaję kulkę jako pierwszej.

Po wyjściu z sali sprzątam jeszcze trzy dziewczyny, które biegną korytarzem, osłaniając głowy rękami. W pewnym momencie dopada mnie Ostronos. Jest cały czarny, jakby ktoś wrzucił go do basenu wypełnionego smołą.

– Uciekajmy, zanim przyjadą gliny!

– A co z resztą? – pytam. – Mamy ich oszczędzić?

– Chuj z nimi! Wystarczy. To był totalny rozpierdol.

Ostronos wbiega w chmurę dymu. Gonię go, przecierając szczypiące oczy. Nagle zderzam się z jakimś uczniem. Popycham go na ścianę i biegnę dalej. Gdy udaje mi się wydostać z dymu, widzę kilkudziesięciu uczniów próbujących wydostać się z budynku przez główne wejście. Wszyscy jęczą i rozpaczają. W takich chwilach w człowieku budzą się zwierzęce instynkty. Nikogo nie obchodzi los grupy. Najważniejsze staje się ocalenie siebie. Uczniowie szarpią się, krzyczą na siebie i próbują przedrzeć przez napierający na drzwi tłum. Ogarnęła ich kompletna panika. Wpadłem w pułapkę.

Postanawiam wyjść przez pomieszczenie dla woźnych. Wiem, że mają drugie drzwi, bo często wychodzą na papierosa. Denerwuję się, bo nigdzie nie widzę Kruka i pozostałych. Co się z nimi stało? Czy zdążyli już uciec i na mnie czekają? A może postanowili mnie poświęcić i odjechali? Czuję, że znalazłem się w potrzasku.

– To on! – słyszę znajomy głos. Oglądam się przez ramię i widzę biegnącego w moją stronę Dawida. – Łapcie go!

Do Dawida dołączają koledzy. Szybko kończę ich bohaterski zryw. Jednemu strzelam w głowę, drugiemu w brzuch, a trzeciemu w serce. Potem podchodzę do rannego Dawida. Chłopak, któremu przez tyle czasu próbowałem się przypodobać, pada przede mną na kolana i patrzy mi w oczy. Wiem, że mnie poznał. Mam ochotę zsunąć maskę z twarzy i uśmiechnąć się do niego na pożegnanie, ale przecież nie o to chodzi. Przykładam mu pistolet do głowy i skracam jego mękę. Niech spoczywa w pokoju.

Spoglądam na zegarek. Od eksplozji minęło już siedem minut. To bardzo dużo. Za dużo. Pomoc na pewno jest już w drodze. Na razie nie słyszę syren. Wciąż mam szansę uciec. Muszę się tylko stąd wydostać.

Na wszelki wypadek przeładowuję magazynek. To ostatnie naboje. Patrzę, czy nikt nie biegnie w moją stronę. Wtedy ona wyłania się z dymu i staje przede mną.

– Błażej?

Przełykam ślinę. Nic nie rozumiem…

– Kaja? Ale…

Co ona tu robi? Dlaczego przyszła? Przecież miała zostać w domu!

– Uciekaj – mówię roztrzęsiony. – Uciekaj stąd! Obiecałaś, że nie przyjdziesz!

Ona mnie jednak nie słucha. Podchodzi jeszcze bliżej i się odzywa, a jej słowa sprawiają, że do oczu napływają mi łzy.

Świat wiruje mi przed oczami. Nagle wszystko przestaje mieć sens. Słyszę jej głos i nie mam siły zrobić choćby kroku. Mówi do mnie, a ja płaczę coraz głośniej.

To nie ma sensu…

Co ja zrobiłem?

Mierzę w nią pistoletem i strzelam jej w obojczyk. Kaja głośno jęczy i upada na podłogę.

Nic nie ma sensu.

Przykładam sobie pistolet do głowy. Żegnaj świecie. Nie planowałem się z tobą rozstawać, ale nie mam wyjścia.

Biorę głęboki wdech i zamykam oczy. A potem naciskam spust.

CZĘŚĆ 1

KAJA

TERAZ

Budzę się, kiedy przeciąg zatrzaskuje drzwi. Ktoś inteligentny uznał, że otwarcie okien na oścież będzie dobrym pomysłem.

Nigdzie nie widzę mojego smartfona. Która jest godzina? Chcę wiedzieć, jak długo tu leżę. Pamiętam tylko łzy w oczach Błażeja i pistolet, który wycelował mi prosto w twarz. Gdy nacisnął spust, poczułam ból i upadłam na podłogę. Słyszałam krzyki i jęki, a potem syreny policyjne. A może to była karetka… albo wszystko naraz. Tego nie wiem, bo straciłam przytomność. Teraz leżę sama w sali szpitalnej i zastanawiam się, kiedy w końcu ktoś do mnie przyjdzie. Przeżyłam. Błażej mnie oszczędził. W ostatniej chwili skierował pistolet na moje ramię, teraz pokryte grubą warstwą bandaży. Prawie nie czuję bólu, gdy próbuję nim poruszyć. Podejrzewam, że nafaszerowali mnie proszkami. A może wciąż buzuje we mnie adrenalina?

Po chwili pielęgniarka w maseczce z trudem otwiera białe drzwi.

– Chcecie, żeby mnie przewiało? – Irytuję się, bo chcę stąd wyjść.

– Przepraszam. – Kobieta szybkim krokiem podchodzi do okna i je zamyka. – Miałam otworzyć tylko na chwilę i zupełnie o nim zapomniałam. Jak się czujesz?

– Która godzina? – pytam, a kobieta spogląda na lewy nadgarstek.

– Pięć po trzeciej. Trochę pospałaś.

– Co z rodzicami? – dopytuję. – Byli tu?

– Nic mi o tym nie wiadomo – wyjaśnia kobieta, poprawiając mi poduszkę. – Poza tym do szpitala nie można sobie ot tak wejść.

– Może pani zawołać lekarza?

Pielęgniarka kręci głową.

– Ależ ty jesteś narwana… Zaraz po niego pójdę.

Kilka minut później do sali wchodzi wychudzony mężczyzna z kruczoczarnymi włosami i poziomą zmarszczką przebiegającą przez całe czoło.

– Kaja Almond – odczytuje z kartki. – Jak się czujesz?

– Chciałabym porozmawiać z rodzicami – mówię.

– Jestem z nimi w kontakcie – zapewnia. – Nie mogli czekać tutaj, aż się obudzisz, ale przyjadą wieczorem, by cię odebrać. Nie ma sensu cię tu dłużej trzymać. Miałaś ogromne szczęście, wiesz? – Chwyta mnie lekko za rękę i ogląda opatrunek. – Kula tylko drasnęła cię w ramię. Mimo to zalecam noszenie opatrunku przynajmniej przez tydzień.

– Doktorze – odzywam się – czy mogę prosić o telefon? Chciałabym się skontaktować z przyjaciółką… Martwię się, że…

– Rozumiem… – Mężczyzna drapie się za uchem. – Pomyślałem sobie jednak, że byłoby lepiej, gdybyś najpierw porozmawiała z psychologiem.

– Nie potrzebuję psychologa – odpowiadam. – Wiem, co się stało w szkole.

– Wiedza to jedno, a jej przetrawienie to drugie – mruczy mężczyzna.

– Proszę…

Doktor wzrusza ramionami, wychodzi na korytarz i prosi pielęgniarkę, by przyniosła moje rzeczy. Tak, wiem, co się stało. Był zamach na liceum Freuda. Widziałam kłęby dymu, leżące na podłodze ciała, plamy krwi i napastników, którzy strzelali do niewinnych uczniów. Czegoś takiego nie da się zapomnieć. To cud, że żyję. Gdyby nie Błażej, być może podzieliłabym los innych. Mój przyjaciel postanowił mnie oszczędzić. A potem odebrał sobie życie.

Wczoraj Błażej długo namawiał mnie, bym nie przychodziła na wigilię swojej klasy. Nie rozumiałam, o co mu chodzi, ale przeczuwałam, że wie coś więcej. Widziałam niepokój w jego oczach, a to zawsze zwiastowało kłopoty. Czy mogłam coś zrobić? Donieść Dragielowej, że jej syn zachowuje się dziwnie? A może porozmawiać z Brudzińską, jego wychowawczynią? Nie, nie mogłam… W obu przypadkach Błażej długo by się na mnie gniewał. Wybrałam milczenie.

 

A teraz mam na rękach krew tych wszystkich osób. Jak wielu?

Chwilę później pielęgniarka wręcza lekarzowi tekturowe pudełko. Mężczyzna kładzie je obok mnie na łóżku.

– Jesteś dorosła i nie mogę zmusić cię do rozmowy z psychologiem. Mimo to obiecaj, że się zastanowisz.

– Już się zastanowiłam – mówię. – Dzięki za troskę.

Mężczyzna wzdycha i zostawia mnie samą. Odczekuję chwilę i otwieram pudełko. Znajduje się w nim wszystko, co miałam przy sobie dziś rano: portfel, klucze, telefon i opakowanie moich ulubionych miętowych dropsów. Odblokowuję ekran telefonu. Bateria jest naładowana w zaledwie trzynastu procentach. Powinno wystarczyć na przejrzenie najważniejszych portali i odczytanie wiadomości na Messengerze.

Nie spodziewałam się, że będzie ich aż tyle.

To dziwne… Odzywają do mnie nawet osoby, z którymi nie jestem zbyt blisko. Daleka kuzynka, która dotychczas nie kwapiła się, by składać mi życzenia urodzinowe, o których przypominał jej Facebook, pyta, czy wszystko ze mną w porządku. Siostra kolegi z obozu artystycznego składa mi wyrazy współczucia i pisze, że trzyma kciuki za mój szybki powrót do zdrowia. W gąszczu wiadomości znajduję też GIF z misiem przesyłającym całuski, który przesłała mi Kamila, koleżanka z klasy. Od tygodnia choruje na grypę. Choroba ocaliła ją przed śmiercią. Kamila pyta, jak się trzymam, a w następnej wiadomości wysyła kilkanaście płaczących emotek. Pisze z żalem o naszych zmarłych kolegach i koleżankach, a na koniec dodaje, że widziała nagranie. „To straszne. Szacunek za to, że zachowałaś zimną krew”.

Jakie nagranie?

Wpisuję w przeglądarce adres jednego z największych portali informacyjnych. Od razu widzę krzykliwe hasła na czerwonym tle. Zamach we Freudzie to temat numer jeden. „ATAK NA PRESTIŻOWE LICEUM”, „KRWAWA WIGILIA W WARSZAWSKIEJ SZKOLE”, „RZEŹ NA UCZNIACH FREUDA” – grzmią nagłówki. Media informują o osiemdziesięciu ośmiu ofiarach, choć pojawiają się głosy, że może ich być więcej. Wiadomo, że nie przeżył żaden uczestnik apelu na sali gimnastycznej. Eksplozja rozerwała niektóre ciała na strzępy, przez co służby mają problem z ich identyfikacją. Budynek liceum został zniszczony i nie wiadomo, czy uczniowie wrócą do niego po nowym roku. Spragnione sensacji tabloidy dotarły do ocalałych nastolatków i prześcigają się w dramatycznych relacjach. Nie brakuje wywiadów z roztrzęsionymi uczniami i nakręconych telefonami filmików, które licealiści publikują na swoich facebookowych profilach. Celebryci prześcigają się w kondolencjach dla rodzin ofiar, a na jednym z portali w obszernym felietonie publicysta zastanawia się, czy Polska stanie się drugą Ameryką, gdzie nikt nie może się czuć bezpiecznie. Tymczasem politycy partii opozycyjnej sugerują, że tragedii dałoby się uniknąć, gdyby rządzący nie szerzyli w społeczeństwie nienawiści i nie nastawiali ludzi przeciwko sobie.

„To się musiało w końcu wydarzyć – mówi znany polityk w nagraniu opublikowanym na Twitterze. – Dla nich liczy się tylko władza. Zrobią wszystko, by ją zachować. Dawniej śmiano się ze mnie, gdy mówiłem, że idą po trupach do celu. Nadal macie taki dobry humor?”

Wyłączam nagranie i zamykam oczy. Wspominam moje ostatnie spotkanie z Błażejem i zastanawiam się, dlaczego to wszystko zrobił. Co go skłoniło do takiego okrucieństwa? To przerażające, że ludzie, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o złe zamiary, są zdolni do takich potworności. Jak dobrze znamy naszych bliskich, przyjaciół czy znajomych? Co tak naprawdę wiemy o ludziach, których – jak sądzimy – znamy na wylot? Błażej był moim pierwszym przyjacielem. To z nim przeżyłam swój pierwszy pocałunek. Mieliśmy wtedy po dziewięć lat i oglądaliśmy telewizję w mieszkaniu moich dziadków. Mężczyzna i kobieta na ekranie długo i namiętnie całowali się w usta. W pewnym momencie Błażej zasugerował, że powinniśmy zrobić to samo. Nie rozumiałam po co. W ogóle mnie to nie interesowało. Dopiero gdy Błażej zbliżył się do mnie i wsunął mi język w usta, zrozumiałam, że całowanie może być przyjemne. Jako nastolatka wiele razy pragnęłam namiętnie pocałować Błażeja.

Już tego nie zrobię. Mój najlepszy przyjaciel nie żyje.

Telefon za chwilę mi się rozładuje. W pośpiechu przeglądam artykuły, w których nie brakuje zdjęć Błażeja. Pierwsze doniesienia mówią o pogrążonym w depresji nastolatku, który postanowił zemścić się na szkolnych oprawcach. Bzdura, Błażej nie posunąłby się do czegoś takiego tylko dlatego, że dokuczało mu paru osiłków. Problem musiał być bardziej złożony. Z innego tekstu dowiaduję się, że Błażej nie działał sam. Policja próbuje zidentyfikować pozostałych zamachowców. Ma w tym pomóc telefon Błażeja, którym obecnie zajmują się technicy. Zatrzymano kilku uczniów Freuda, których podejrzewa się o współudział w zamachu. Nie podano ich nazwisk. Na facebookowej grupie liceum roi się od wirtualnych świeczek i zdjęć ofiar. Wśród uczniów panują chaos i dezinformacja. Niektórzy wypytują o swoich kolegów i koleżanki, do których nie mogą się dodzwonić. Inni w długich wpisach oskarżają władze szkoły o ignorowanie zagrożenia. Coś w tym jest… Nie mieliśmy nawet ochrony, choć nie sądzę, by w tym przypadku na wiele się ona zdała. Kowal zamontował jedynie kamerki, które podobno zostały zniszczone przez zamachowców. Niewyraźne nagrania z telefonów uczniów to jedyne dowody.

Ktoś publikuje na Twitterze filmik, na którym widać mnie i Błażeja. Podobno materiał dostarczył uczeń. Nagranie zostało udostępnione przez dziesiątki innych osób. Wiem, że podłapią je największe portale, to tylko kwestia czasu.

Nagle telefon zaczyna wibrować. Dzwoni moja przyjaciółka Sylwia Demczuk, która została dziś rano w domu, bo wczoraj upiła się na imprezie ze znajomymi starszej siostry. Widziałam na pasku powiadomień, że wcześniej dobijała się do mnie ze dwadzieścia razy, ale byłam zbyt pochłonięta czytaniem newsów, by od razu się z nią skontaktować. Czuję się jak osoba, która zapadła w śpiączkę i ocknęła się w nowej rzeczywistości. Po tym dniu już nic nie będzie takie jak dawniej.

Błażej wszystko zmienił.

– Boże, Kaja! – słyszę w telefonie drżący głos Sylwii. – Jak się czujesz? Próbowałam się do ciebie dodzwonić, ale nie odbierałaś. Myślałam, że… – Urywa na moment.

– Nic mi nie jest – odpowiadam. – Zostałam tylko lekko draśnięta.

– To już wiem. Dzwoniłam do twoich rodziców i wszystko mi wyjaśnili. Kiedy cię wypisują?

– Chcą zatrzymać mnie na noc, ale to bez sensu. Wolę wrócić do domu. Jestem zmęczona. Poza tym nic mi nie jest.

– Tak bardzo chciałabym cię zobaczyć…

– Nie wiem, czy będę miała siłę. Chciałabym zasnąć i już się nie obudzić.

– Nawet tak nie mów. Zdajesz sobie sprawę, że dostałaś od losu drugą szansę?

Słysząc to, chichoczę pod nosem.

– Raczej od Błażeja – mruczę.

– Co mówisz?

– Nieważne. Zobaczymy się jutro?

Sylwia wzdycha.

– Okej… Wiesz, chyba jeszcze to wszystko do mnie nie dociera. Tyle osób zginęło… Kto nas teraz będzie uczył? Czuję, że dziś w nocy nie zasnę.

– Weź tabletki nasenne i się zdrzemnij.

Rozłączam się i głośno wzdycham. Wpatruję się w sufit i jeszcze raz analizuję w myślach wydarzenia sprzed kilku godzin. Policja na pewno będzie chciała mnie przesłuchać. Czekają, aż wyjdę ze szpitala, a potem zaczną nachodzić mnie w domu. Będą chcieli wiedzieć wszystko na temat Błażeja. Jaki był, co robił w wolnych chwilach, czy miał jakichś wrogów… Wszystko, co choć w najmniejszym stopniu pomoże im zrozumieć, dlaczego osiemnastolatek z dobrego domu, który uchodził za spokojnego i dobrego ucznia, stał się mordercą.

Dobre pytanie… Dlaczego? Tego nie wiem, ale zrobię wszystko, by poznać prawdę.

*

Dawno nie widziałam mamy tak poruszonej. Nie może opanować płaczu i co chwilę mocno się we mnie wtula. Ojciec jest bardziej powściągliwy. Siedzi za kierownicą, nie spuszczając wzroku z jezdni. Czasem tylko pociąga nosem.

– Nie wierzę… Po prostu nie wierzę, że Błażej mógł to zrobić. – Mama nie spuszcza ze mnie wzroku, czekając na wyjaśnienia. – Ale ciebie nie zabił…

– Mamo… – Odwracam głowę i zamykam oczy. Chyba nie jestem jeszcze gotowa na tę rozmowę.