Utraceni

Tekst
Z serii: Echo #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CZTERY LATA PÓŹNIEJ

ROZDZIAŁ 1

– Stary, pogięło cię?! – Michał Bołżynow odskoczył i zatrzymał się na okalających ring linach. – Jeśli chcesz tak nawalać, to wracaj na zawodostwo.

Ignacy Sznyder ciężko oddychał i nie przestawał zaciskać pięści. Przez chwilę mierzył przyjaciela i sparingpartnera wściekłym spojrzeniem, po czym rozluźnił się i zdjął rękawice.

– Sorry – powiedział, ciskając nimi o deski. – Znowu miałem ten sen.

– Z Tymonem? – spytał dla pewności Michał. Ignacy skinął głową. – Musisz coś z tym zrobić. Nie wiem, zapisz się wreszcie do dobrego psychologa albo hipnotyzera. Tak, ten drugi to dobry pomysł. – Mężczyzna zdjął rękawice i powoli podszedł do przyjaciela. – Gośka wspominała kiedyś, że jej znajoma, podobno straszna żmija, poszła do takiego magika. Opowiadała potem wszystkim, że latała po kosmosie i czuła się tak szczęśliwa, że po zakończeniu seansu jeszcze przez godzinę była w euforii i uśmiechała się do przypadkowych ludzi na ulicy.

Ignacy prychnął, po czym zszedł z ringu.

– Dzięki, ale nie mam problemu z okazywaniem innym życzliwości.

– Nie o to mi chodzi. – Michał poszedł za przyjacielem. – Skoro ktoś taki mógł zrobić z zołzy najmilszą osobę na świecie, to może pomoże ci wreszcie z tymi koszmarami.

Ignacy odwrócił się do przyjaciela i zmarszczył brwi.

– Jeszcze nie rozumiesz? Mnie nic nie pomoże. Przecież wiesz, że próbowałem prawie wszystkiego.

– No właśnie, prawie. Mówię ci, to może być strzał w dziesiątkę.

Michał znał Ignacego od dziewięciu lat. Po raz pierwszy spotkali się na eliminacjach do mistrzostw Polski w submission fightingu, czyli sportu przypominającego zapasy, w którym zabronione są wszelkie uderzenia. Ignacy łatwo pokonał Michała i zdobył kwalifikację. Mistrzostwa zakończył z brązowym medalem. Wkrótce wystartował w mistrzostwach Europy, ale z mniejszym powodzeniem. Mniej utalentowany Michał zrezygnował zaś z profesjonalnej kariery i postanowił znaleźć sobie – jak mawiali jego rodzice – normalną pracę.

Ignacy pokręcił głową.

– Nie pozwolę się zaczarować jakiemuś szamanowi. Odpuść. – Zgarnął z krzesła ręcznik i przetarł nim twarz.

Michał skrzyżował ręce i się wyprostował.

– Jak chcesz, ale w takim razie zapomnij o wspólnych treningach.

– Słucham? – Ignacy uniósł kąciki ust.

– Słyszałeś. Z roku na rok jest coraz gorzej. Mam tego dość. Do rocznicy został jeszcze miesiąc, a tobie już odpieprza. Nie jestem twoim workiem treningowym, żebyś sobie na mnie używał. Albo w końcu się ogarniesz, albo szukaj sobie innego partnera.

– Miki…

– Wal się. – Mężczyzna okrążył Ignacego i szybkim krokiem ruszył do szatni. W pewnym momencie przystanął. – Cholera, Igi, minęły już prawie cztery lata. Tak się nie da żyć.

Łzy napłynęły Ignacemu do oczu.

– Masz rację. Nie da.

Michał regularnie umawiał się z Igim na sparingi, dzięki czemu szybko zrozumiał, że prawdziwą pasją jego przyjaciela były walki MMA. Wysoki na sto osiemdziesiąt sześć centymetrów i ważący ponad osiemdziesiąt kilogramów Igi idealnie nadawał się na zawodnika, co postanowił wykorzystać. W 2015 roku dołączył do federacji Mighty Fight League. Trenował w pocie czoła, by nabrać jak najwięcej masy mięśniowej. Rok później został mistrzem federacji w wadze półciężkiej. Kariera Igiego rozwijała się w zawrotnym tempie. Michał z podziwem patrzył nie tylko na kolejne osiągnięcia przyjaciela, lecz także na to, że Igi ani na moment nie zachłysnął się sukcesem. Choć z dnia na dzień otoczyli go doradcy, a starzy znajomi przypomnieli sobie o jego istnieniu, zawsze znajdował czas dla Michała. Wkrótce okazało się, że to właśnie Miki jako jedyny miał wyciągnąć do niego pomocną dłoń, gdy sprawy się skomplikowały…

Igi odczekał kilka minut, po czym wszedł do szatni.

– Sorry – powiedział do przebierającego się Mikiego. – Masz rację, ostatnio nie jestem w formie i muszę coś z tym zrobić. Coś wymyślę.

– Myślenie zostaw mnie – odparł Michał. Pamiętał, jak ponad trzy lata temu borykający się z traumą Igi uzależnił się od alkoholu i leków uspokajających. W pewnym momencie zaczął wierzyć, że już nigdy nie będzie umiał funkcjonować w całkowitej trzeźwości. Gdyby nie wsparcie Mikiego, który poprzysiągł sobie, że nie pozwoli przyjacielowi stoczyć się na samo dno, Igi nie znalazłby w sobie wystarczająco dużo siły, by zmierzyć się z najtrudniejszym przeciwnikiem. I ostatecznie go pokonać.

– To się już nigdy nie powtórzy – zarzekał się Igi. – Przecież wiesz. To dla mnie trudny czas. Brakuje mi zleceń i zaczynam korzystać z oszczędności…

– Serio jest aż tak źle?

Igi wzruszył ramionami.

– Statystyki mówią, że w ostatnich miesiącach ludzie rzadziej znikali bez śladu. W sumie to dobra wiadomość, prawda? Szkoda tylko, że ja na tym tracę i mam za dużo czasu na rozmyślanie. Zbliżająca się rocznica nie pomaga…

Michał zapiął kurtkę i przewiesił przez ramię niebieską torbę.

– Spadam. Gośka chciała dziś jeszcze podjechać do Ikei.

– Jasne.

– Słuchaj… Rób swoje, a zobaczysz, że jeszcze wszystko się zmieni na twoją korzyść. A gdybyś naprawdę stał krucho z kasą, to dawaj znać. Może uda mi się coś pożyczyć.

– Dzięki, stary – Igi poklepał Michała po ramieniu – ale jeśli macie w końcu wdrożyć w życie plan „Dziecko”, to lepiej, żebym nie uszczuplał wam skarbonki.

– Szczerze mówiąc, nie za bardzo jest co uszczuplać – odparł ze śmiechem Miki. – Muszę lecieć. Przyszły czwartek?

– Jeszcze nie wiem. Jak coś, odezwę się.

Igi westchnął głośno, po czym rozebrał się do naga i wszedł pod prysznic. Kilka minut później stał przed lustrem i suszył szarawe włosy. Zaczął siwieć krótko przed trzydziestką, zupełnie jak jego ojciec.

– Kurwa – przeklął pod nosem, wracając myślami do tego, jak się zachował. Wyrzucał sobie, że po raz kolejny nie był w stanie opanować negatywnych emocji. Dawniej z sukcesami walczył na ringu, a od blisko czterech lat nie potrafił sobie poradzić z najtrudniejszymi rywalami: niepewnością i tęsknotą za bratem, który nie dawał znaku życia.

Igi przyglądał się swojemu odbiciu. Choć miał dopiero trzydzieści trzy lata, wyglądał jak zmęczony życiem czterdziestolatek. Miał podkrążone oczy i pogłębione zmarszczki na czole. Spod niewyrównanego zarostu na prawym policzku wyłaniała się zaś szrama, będąca pamiątką po pijackiej walce, którą Igi stoczył w jednym z pubów pod koniec 2017 roku. Był już wtedy po dziesięciu kieliszkach wódki i zirytował się, gdy siedzący nieopodal i równie pijany mężczyzna nazwał go menelem. Wyśmiewał też jego zgarbiony, źle zrośnięty po złamaniu nos.

– Żebyś zaraz nie miał takiego samego – warknął Igi, po czym chwiejnym krokiem ruszył w stronę mężczyzny. Wtedy tamten wyciągnął z kieszeni scyzoryk.

Igi przejechał palcem po nosie, który boleśnie odczuł jego karierę w MMA. Odsunął się od lustra i zbadał wzrokiem swoje wiotczejące ciało. Ważył dziewięćdziesiąt siedem kilogramów i Miki powtarzał, że jeśli nie przestanie pochłaniać tyle śmieciowego jedzenia, to do lata spokojnie przekroczy setkę. Z tego powodu przyjaciel przez pewien czas usilnie namawiał go na powrót do profesjonalnego sportu.

– Nie jesteś jeszcze taki stary. Pół roku harówki i będziesz mógł myśleć o zgłoszeniu się do zawodów niższej rangi. A potem czeka cię droga prosto na szczyt. Zresztą wiesz najlepiej, jak to wygląda.

– Zapomnij. Nie wrócę do MMA.

– Przecież któraś federacja na pewno podpisze z tobą umowę. Poznają okoliczności sprawy.

– Nawet jeśli, to nie wiem, czy chcę znów wchodzić w to bagno. Nie po tym wszystkim, co się stało.

W lipcu 2017 roku podczas rutynowych badań we krwi Igiego wykryto śladowe ilości metadonu – opioidowego leku przeciwbólowego, który figurował na liście substancji niedozwolonych. Mężczyzna nigdy świadomie nie zażył dopingu. Był przekonany, że wrobił go ówczesny trener, z którym miał konflikt i rozważał zakończenie współpracy. Igiemu groziła dwuletnia dyskwalifikacja. Mężczyzna zamierzał walczyć o dobre imię i rozważał zatrudnienie najlepszych prawników, którzy przekonaliby komisję antydopingową, że Igi musiał zażyć środek przypadkiem, gdy cierpiał z powodu kontuzji barku. Miał recepty od lekarzy na dozwolone środki przeciwbólowe. Nie wiedział jedynie, jak udowodnić, że były trener dolał mu metadonu do napoju.

Na szczęście badania drugiej próbki nie wykazały obecności zakazanej substancji we krwi. Igi został oczyszczony z zarzutów, ale nie wrócił już do profesjonalnego sportu. Trzy miesiące przed wybuchem afery dopingowej zaginął jego młodszy o siedem lat brat Tymon. Igi był wtedy w Berlinie, gdzie miał się zmierzyć z utytułowanym niemieckim zawodnikiem. Gdy zadzwoniła do niego zaniepokojona matka, zrezygnował z walki i od razu wrócił do Polski. Wiedział, że za wycofanie się nie otrzyma żadnego wynagrodzenia, ale w tamtej chwili nie myślał o pieniądzach. Tymon był najbliższą mu osobą na świecie, jego oczkiem w głowie. Igi chronił go przed ojcem alkoholikiem. Przez kilkanaście spędzonych pod jednym dachem z tym potworem lat przyjął tysiące uderzeń. Cierpiał, by oszczędzić bólu drobniejszemu i wrażliwszemu Tymonowi

Być może gdyby nie trudne dzieciństwo, Igi nigdy nie zdecydowałby się na trenowanie sztuk walki. Przez pewien czas, gdy stawał na ringu przed przeciwnikiem, wyobrażał sobie, że mierzy się z ojcem. Zadawanie ciosów sprawiało mu przyjemność. Przekuwał nienawiść i pragnienie zemsty w sportowe sukcesy. Wreszcie uwolnił się od mrocznych myśli i zrozumiał, że dźwiganie bagażu doświadczeń nie ma najmniejszego sensu. W pewnym momencie pod jego ciężarem ugną mu się kolana i upadnie na ziemię, niezdolny do dalszej drogi.

 

Igi miał plan na przyszłość. Chciał zarobić pieniądze, dużo pieniędzy, a potem kupić w Warszawie mieszkanie, do którego mógłby ściągnąć Tymona. Chłopak wciąż mieszkał w rodzinnym Zgierzu pod Łodzią i nie mógł się stamtąd wyrwać. Igi miał wyrzuty sumienia przez to, że go opuścił. Wyjechał w świat za karierą, a pogubiony Tymon został z tym psychopatą i całkowicie podporządkowaną mu matką. Ponad wszystko pragnął wynagrodzić bratu rozłąkę. Wiedział, że musi trenować jeszcze ciężej, by to osiągnąć.

A potem spadły na niego dwa nokautujące ciosy. Igi nigdy już się nie podniósł po dramatycznym 2017 roku.

Mężczyzna włożył szare dżinsy i szeroki czarny T-shirt. Zawsze nosił to samo, bez względu na okoliczności. Któregoś razu Miki zagroził, że przyjaciel nie zostanie ojcem chrzestnym jego dziecka, jeśli nie kupi sobie garnituru.

– Myślę, że raz będę mógł zrobić wyjątek – odrzekł znużony ciągłymi przytykami Ignacy.

Przed wyjściem z szatni mężczyzna włożył puchową kurtkę i czarną czapkę z daszkiem, na której widniała flaga Polski. Nie rozstawał się z nią, odkąd dostał ją w prezencie od Tymona przed mistrzostwami Europy. Chciał mieć ją na sobie, gdy pewnego dnia brat stanie w jego drzwiach i przeprosi za to, że zniknął bez uprzedzenia. Igi nie wyobrażał sobie, że miałby już nigdy nie zobaczyć Tymona. Nie rozumiał, jak można tak po prostu wyjść z domu pod pretekstem spotkania z kolegami na piwo i nie dotrzeć na miejsce. Tymon miał do pokonania zaledwie kilometr. Szedł chodnikiem w centrum miasta. Uchwyciła go nawet kamera banku, który minął po drodze. Później ślad się urwał. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Był człowiek, nie ma człowieka.

Gdy wracał do domu z treningu, Igi pomyślał o propozycji Michała. Hipnoterapia wydała mu się z początku niedorzecznym pomysłem. Później wspomniał swoje słowa sprzed kilku lat: „To jakieś pierdolone czary”.

Nikt nie potrafił wytłumaczyć, w jaki sposób Tymon rozpłynął się w powietrzu. A jeśli magia faktycznie istniała? Igi wyjął z kieszeni smartfon i wysłał do przyjaciela wiadomość o treści: „Poproś Gosię, żeby podesłała mi namiary na tego hipnotyzera”. Po chwili otrzymał odpowiedź: „Widzę, że poszedłeś po rozum do głowy. To dobrze”.

Igi zahaczył o paczkomat i odebrał bibułki, które zamówił w internetowym sklepie konopnym. Nie wyobrażał sobie sobotniego wieczoru bez porządnego skręta. Przed blokiem, w którym mieszkał, zadzwonił jeszcze do Becky – mieszkającej od dziewięciu lat w Polsce Amerykanki, z którą regularnie spotykał się na seks. Becky ledwo wiązała koniec z końcem, dlatego Igi zawsze dawał jej sto albo dwieście złotych, w zależności od tego, jak stał z pieniędzmi.

– You know I’m not doing this for money – przekonywała kobieta, która od czasu do czasu fantazjowała na temat szczęśliwego związku z Ignacym. W głębi duszy wiedziała jednak, że stworzenie z nim głębszej relacji graniczyło z cudem.

– Whatever. Bierz i nie marudź.

Tego wieczora Igi zamierzał dać jej stówkę. Przygotowywał skręta, czekając na przyjście Becky. Zaczął palić marihuanę, gdy tęsknota za bratem i stres z aferą dopingową doprowadziły go do myśli samobójczych.

– Mogę ci to załatwić – zaproponował Michał. – Zawsze trochę cię rozluźni.

– Nie wiedziałem, że jarasz.

– Od razu „jarasz”. Raz na jakiś czas sobie zapalę, nic więcej. Ale mam kumpla, który pali codziennie. Bez problemu załatwi ci towar.

Igi poszedł w ślady znajomego Michała. Nie było dnia, by nie zapalił i nie wprowadził się w stan odprężenia, który pozwalał mu choć na krótko nie zadręczać się problemami. Miki szybko nabrał podejrzeń.

– Coraz częściej zgłaszasz się do mnie po kolejną dostawę – zauważył. – Nie zapędzasz się?

– Daj spokój. Sam przecież mnie do tego zachęcałeś.

– Stary, nie sądziłem, że będziesz jarał dzień w dzień! Dość tego. Nie zamierzam patrzeć, jak się staczasz. Spójrz na siebie. Czuć od ciebie wódę na kilometr. Jarasz, chlejesz… Co jeszcze? Bierzesz coś w żyłę?

Igi parsknął śmiechem.

– Przesadzasz.

– Tak sądzisz? Ostrzegam cię. To się źle skończy. Jeszcze przyznasz mi rację…

Z pomocą Mikiego Igi uporał się z uzależnieniami. Tęsknił jednak za trawką, którą uważał za mniej szkodliwą niż alkohol i leki. Wolał jednak nie podpadać przyjacielowi, dlatego postanowił zmienić dostawcę. Daleko nie musiał szukać – Leszek Goluch, informatyk, z którym współpracował, był jeszcze bardziej uzależniony od niego. Czasem, zwłaszcza latem, zostawali w biurze po godzinach i palili, robiąc z jego gabinetu haszkomorę.

W lutym 2018 roku, niecały rok po zaginięciu Tymona, Igi wydał resztki swoich oszczędności na uruchomienie Agencji Poszukiwań Osób Zaginionych „ECHO”. Zdobył licencję detektywa i wynajął nieduże biuro w kamienicy na warszawskiej Woli. Nie wyobrażał sobie, że mógłby robić w życiu coś innego. Chciał pomagać ludziom, którzy przeżywali takie piekło jak on. Pragnął sprowadzać do domu zaginionych i dawać radość ich bliskim. Nie potrafił znaleźć swojego brata, szukał więc innych. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby nie podołać nowej roli.

– Nie wiem, stary, czy na twoim miejscu odważyłbym się na taki krok, ale jeżeli czujesz, że to jest właśnie to, co chcesz robić, to mogę cię jedynie dopingować – powiedział Michał.

Igi zatrudniał na stałe sekretarkę, pracownicę linii wsparcia i psycholożkę. Poza tym współpracował z byłą dziennikarką śledczą, kancelarią prawniczą i Leszkiem, który dzięki swoim wysokim umiejętnościom otrzymał pseudonim Master. Agencja po trudnych pierwszych miesiącach osiągała coraz lepsze pozycjonowanie w wyszukiwarkach internetowych, co przekładało się na ruch na stronie internetowej. Jednak dopiero kiedy do zespołu dołączyła Sandra, o „ECHU” zrobiło się głośno. Igi nie krył zdziwienia, gdy pewnego dnia znalazł w skrzynce mailowej wiadomość z niechlujnie przygotowanym CV. Sandra Milton dołączyła do niego duże zdjęcie, które przypominało bardziej selfie niż fotografię biznesową. Kobieta z nietęgą miną i rozczochranymi brązowymi włosami pozowała na tle regału, uginającego się pod chaotycznie poukładanymi książkami i bibelotami. Miała na sobie pognieciony beżowy T-shirt, a na szyi nosiła wisiorek. Igi zwrócił jednak szczególną uwagę na brak makijażu. Nie lubił nieumalowanych kobiet, czego Becky nie omieszkała mu wypomnieć.

Mało brakowało, a drogi Ignacego i Sandry nigdy by się nie skrzyżowały. Zniechęcony zdjęciem i brzydkim szablonem detektyw miał już usunąć mail, nie zapoznawszy się nawet z treścią CV. Rzucił jednak okiem na sekcję „Doświadczenie zawodowe”. Przez resztę dnia oglądał odcinki programu Demaskacja, w których pojawiały się reportaże Sandry. Czytał artykuły o ujawnionych przez nią aferach. O większości z nich słyszał z mediów. Najbardziej jednak poruszyły go wzmianki o rodzinnej tragedii Sandry. Igi znalazł artykuł z końcówki 2016 roku. „Włamanie do domu znanej dziennikarki z tragicznym finałem”. Wkrótce wyszukał kilkanaście innych tekstów. O dramacie Miltonów pisały wszystkie portale. Dziwne, że o tym nie słyszał.

Ignacy skontaktował się z kandydatką następnego dnia i zaprosił ją do biura.

– Sandra Milton? – spytał niepewnie na widok stojącej w drzwiach kobiety z krótkimi blond włosami. Miała nie więcej niż sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i musiała ważyć mniej niż pięćdziesiąt kilogramów. Ciemna koszula wisiała na niej jak worek, a zapadnięta twarz i wysuszona cera sprawiały, że wyglądała na ciężko chorą.

– To ja – odpowiedziała cicho, niepewnie spoglądając w górę. – Mogę wejść?

Igi miał tendencję do oceniania ludzi na podstawie ich wyglądu, dlatego na pierwszy rzut oka wziął Sandrę za lesbijkę. Kobieta niepewnie weszła do środka, po czym rozejrzała się po wnętrzu.

– Szukasz specjalisty od PR-u, a ja jestem byłą dziennikarką śledczą. – Bez pytania przeszła na „ty”. – Dlaczego mimo to mnie zaprosiłeś?

– A dlaczego nie? – Igi zamknął drzwi i podszedł do Sandry. – Skoro wysłałaś swoje CV, to najwyraźniej uważasz, że masz potrzebne kompetencje.

– Nie dostałeś innych zgłoszeń – stwierdziła kobieta.

Igi uniósł kąciki ust.

– Nie. Jesteś jedyna. To co, porozmawiamy? Masz ochotę na kawę?

– Nie znoszę kawy.

– To może herbatę?

– Nie, dzięki.

Nie sądził, że kiedykolwiek weźmie udział w rozmowie kwalifikacyjnej, podczas której rekruter będzie mówił znacznie więcej niż kandydatka. Sandra sprawiała wrażenie przygaszonej i zrezygnowanej. Odpowiadała półsłówkami, bo wyszła z założenia, że Ignacy sprawdził ją w internecie. Zachowywała się tak, jakby w ogóle nie była zainteresowana współpracą z agencją. Podała też zaskakujący powód, dla którego wysłała swoje CV:

– Pewnie czytałeś o mojej rodzinie, więc wiesz… – Chrząknęła. – Będę szczera: chcę znaleźć siostrę. Muszę ją odszukać, a praca w takim miejscu na pewno mi nie zaszkodzi. Najwyższy czas, żebym wzięła sprawy w swoje ręce. Policja nie kiwnęła palcem w sprawie napadu. Mam wrażenie, że zależało im, by pewne kwestie pozostały niewyjaśnione.

Ignacy pochylił w jej stronę. Sandra nareszcie zaczęła mówić.

– To ciekawe…

– Czytałam o tobie, zanim wysłałam CV – kontynuowała. – Wiem, dlaczego założyłeś agencję. Nie uważasz, że jesteśmy do siebie podobni? Szukasz osoby od PR-u, a ja myślę, że się w tym sprawdzę. Mam kontakty w branży i mogłabym zapewnić agencji rozgłos. Poza tym uderzałabym do mediów i namawiała dziennikarzy do nagłaśniania niektórych spraw.

Igi zmrużył oczy.

– A co z twoją pracą? W CV napisałaś, że kilka tygodni temu zakończyłaś współpracę z N7…

Sandra zacisnęła wargi w cienką poziomą linię.

– Nie chcę o tym mówić – odparła po chwili. – Już tam nie pracuję i nie planuję wracać.

– Dobra, nie wnikam… Po prostu wiedz, że nie mogę ci zaoferować nawet ćwiartki tego, co pewnie zarabiałaś w telewizji.

Sandra uniosła brwi.

– Myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy? Nie chodzi mi o pieniądze.

Igi domyślał się, że Sandra jako córka zmarłego biznesmena i do niedawna rozchwytywana dziennikarka z pewnością nie musiała się martwić o sprawy finansowe.

– Rozumiem, że jesteś zdecydowana?

– Gdybym nie była, nie marnowałabym twojego i swojego czasu.

– Jasne. No dobrze. – Mężczyzna wstał i wyciągnął rękę ku Sandrze. – Witam na pokładzie.

Sandra nie uśmiechnęła się nawet na sekundę. Z nieprzeniknioną miną odwzajemniła uścisk.

– Dzięki – mruknęła.

Igi przyjął ją nie bez obaw. Szybko miał się jednak przekonać, że nawiązanie współpracy z Sandrą było najlepszym, co mogło się przytrafić jego agencji.

Pięć minut po skręceniu jointa Igi usłyszał dźwięk domofonu. Wiedział, że to nie Becky. Nie mogła tak szybko przyjechać.

– Cze… – powiedziała dwie minuty później Sandra. Miała na sobie czarną bluzę z kapturem, skórzany plecak, szerokie spodnie i białe adidasy.

– A co ty tu robisz? – spytał zdziwiony Igi. – Umawialiśmy się?

– Nie. Ale mam sprawę.

– Teraz? – Igi podrapał się po głowie. – To nie może poczekać? Spodziewam się kogoś…

– Wolałabym nie. Musimy działać szybko, zanim ktoś sprzątnie nam to sprzed nosa. To co, wpuścisz mnie?