Nie krzyczTekst

Z serii: Trylogia Hejterska #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nie krzycz
Nie krzycz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Nie krzycz
Nie krzycz
Audiobook
Czyta Konrad Biel, Mirella Rogoza-Biel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Największymi zwycięzcami są ci, którzy triumfują w milczeniu.

Kurwa! Jak można być takim spierdolonym diabliskiem?! – anonimowy komentarz przypadkowego internauty

PROLOG

– Pobudka, śmieciu!

Stawiam stopę na zimnej posadzce i patrzę z góry na ukrytą w mroku postać. W pomieszczeniu pali się tylko jedna żarówka. Nawet śmieć nie zasłużył na to, by przesiadywać godzinami w egipskich ciemnościach. Teraz siedzi skulony w kącie i drapie się po wychudzonym udzie, które wczoraj przyjęło kilkadziesiąt uderzeń pasem. Nie patrzy w moją stronę. Myśli, że kontakt wzrokowy może mnie sprowokować, jak psa. Nie rozumie, że na ostrożność jest już za późno. Miarka dawno się przebrała.

Powoli schodzę po schodach. W dłoni ściskam wąski stalowy pręt. Śmieć wzdryga się i wierzga nogami.

– Rozwiąż mnie – syczy, wywołując na mojej twarzy szeroki uśmiech.

– Wierz mi, że to zrobię. – Naciskam włącznik. W piwnicy palą się teraz trzy żarówki, w ich świetle widać wszystko wyraźnie. – Twoja kara minęła.

Śmieć mruży oczy i krzywi się, oślepiony blaskiem żarówek. Jęczy, gdy szarpię go mocniej za rękę i ciągnę na środek pomieszczenia.

– To boli!

– Ma boleć.

Zegarek na moim lewym nadgarstku wskazuje siódmą rano. To znaczy, że od dziesięciu godzin śmieć nic nie jadł. Musiała mu wystarczyć jedynie półlitrowa butelka wody mineralnej. W kuchni czeka na niego sycące śniadanie, ale on o tym nie wie. Niech jeszcze trochę pocierpi. Wczoraj sobie na to zapracował. Naprawdę sądził, że się go zlęknę, gdy po powrocie do domu zastanę zdemolowane mieszkanie? Myślał, że coś wskóra, podnosząc na mnie rękę? Nie może mi w żaden sposób zagrozić. Dziwne, że jeszcze tego nie pojął.

Kładę pręt na podłodze i wyciągam z kieszeni kluczyk. Otwieram kajdanki – najpierw na jego ręce, a później na biegnącej wzdłuż ściany rurze. Śmieć masuje się po przedramieniu, po czym unosi głowę i rzuca mi nienawistne spojrzenie.

– Zapierdolę cię – mówi cicho, ale stanowczo.

– Zamknij się! – Policzkuję go. Śmieć upada na podłogę, ale szybko wraca do poprzedniej pozycji. Na jego twarzy pojawia się szyderczy uśmiech. Zrobił to celowo. Chciał mnie sprowokować do okazania słabości. Myśli, że jeszcze nie wszystko stracone, że uda mu się mnie przechytrzyć. Nie czuje do mnie respektu. Wiem to. Dlatego muszę zrobić wszystko, by zmienił podejście, i to jak najszybciej. W przeciwnym razie może się poczuć zbyt pewnie i zacząć kombinować. Stać go na to, więc muszę uważać. Śmieć wykorzysta każde moje potknięcie czy zawahanie. Jest niebezpieczny nawet w kajdankach. Zastanawiam się, czy nie zakneblować mu ust. Im rzadziej słyszę jego głos, tym lepiej.

– Wstawaj – mówię, a śmieć posłusznie wykonuje moje polecenie. – Plecami do mnie.

– Proszę, nie – jęczy, odwracając się do mnie tyłem.

– Morda – warczę. – Pod ścianę.

– Nie…

– Słucham?

– Wystarczy. – Cały lekko drży.

– Kwestionujesz moje metody?

– Nie zniosę kolejnej kary.

Robi z siebie ofiarę. Pogrywa sobie ze mną, chcąc sprawdzić moją reakcję. Nie dam mu się podejść. Znosił już nie taki ból, nic mu nie będzie.

– Wyciągnij ręce i oprzyj dłonie o ścianę – rozkazuję mu.

– Błagam – jęczy.

– Rób, co mówię, albo pożałujesz.

Śmieć wykonuje polecenie i czeka na pierwszy cios. Podnoszę z podłogi pręt, biorę zamach i uderzam go w uda. Robię to stosunkowo lekko, bo wcześniej śmieć obrywał głównie skórzanym pasem. Muszę się najpierw przekonać, czy wytrzyma stalowy pręt.

Nie wytrzyma. Nogi uginają mu się w kolanach i klęka na podłogę, głośno sycząc. A to przecież dopiero rozgrzewka.

– Wstań – mówię.

– To boli, kurwa!

– Nie obchodzi mnie to. Wstawaj.

Śmieć masuje się po udzie, po czym podnosi się i staje tak jak wcześniej. Tym razem uderzam go już mocniej. Reakcja jest ta sama.

– Proszę!

– Trzeba było wczoraj tak nie broić.

– Już tego… nie zrobię – mówi drżącym głosem, oddychając szybko.

– Oczywiście, że nie. W przeciwnym razie kara będzie jeszcze surowsza. Wstawaj.

Na udach śmiecia odbił się poziomy czerwony pas. Tak bardzo pragnę się na nim wyżyć, ale muszę uważać, by nie przesadzić. W końcu w tym wszystkim nie chodzi o to, by cierpiał fizycznie. Pręt ma go tylko przestraszyć, uświadomić mu, że jeżeli będzie próbował działać wbrew mnie, to gorzko tego pożałuje. Wystarczy kilka uderzeń. Cholera, to musi być naprawdę bolesne…

– Boli. – Śmieć pociąga nosem. Biedactwo błaga o łaskę.

– Ostatni raz.

– Błagam, nie rób tego. – Upada na podłogę i zwija się w kłębek.

– Wstawaj – szepczę. – Nie każ mi się z tobą szarpać.

– Miej litość, do kurwy nędzy…

– Ależ mam – stwierdzam. – Wierz mi, że w przeciwnym razie nie byłoby już czego zbierać.

Śmieć niechętnie wstaje i czeka na kolejne uderzenie. Trzymam go w niepewności i uważnie obserwuję. Jest taki słaby, taki żałosny… Tak bardzo go nienawidzę. Nie zasługuje na to, by oddychać tym samym powietrzem co ja. Nie zasługuje na nic. Jest małą, wstrętną kreaturą, którą powinno się rozgnieść jak pijącego krew komara.

Zamykam oczy i uśmiecham się najszerzej, jak potrafię. Wyobrażam sobie, że znajduję się w przyjemnym miejscu, z dala od toksycznych ludzi i negatywnych emocji. Tylko ja, rajska plaża na wyspie pośrodku oceanu, kieliszek najdroższego wina i święty spokój.

A potem dociera do mnie, że nawet na końcu świata nie zaznam szczęścia, jeżeli nie będzie przy mnie śmiecia. Osoby, która w chory, patologiczny sposób stanowi sens mojego życia. Jesteśmy ze sobą złączeni. Gardzimy i brzydzimy się sobą, marzymy o tym, by się nawzajem pozabijać, ale gdy przychodzi co do czego, uświadamiamy sobie, że nienawiść napędza nas do działania. Śmieć to moje życie, a moim rajem jest zadawanie mu cierpienia. I vice versa, nie mam co do tego wątpliwości.

Otwieram oczy i z całej siły uderzam go prętem w uda. Śmieć wyje i pada na podłogę jak kłoda. Przez kilkanaście sekund leży nieruchomo. Czyżby stracił przytomność?

– Wstawaj. – Szturcham go lekko w ramię. – No już!

Śmieć nie reaguje. Zaczynam się niecierpliwić. A co, jeśli się nie obudzi? Przecież nie mogę wezwać karetki. Ratownicy od razu by się domyślili, o co chodzi.

Pochylam się nad nim i nasłuchuję jego oddechu. Nagle śmieć się podrywa i chwyta mnie za szyję. Przyciąga mnie do siebie i mocno zaciska palce. Walczę o oddech, nie odrywając od niego wzroku. Zaciska zęby, a furia w jego oczach, mówi jedno: chce mnie zabić.

Chwytam go za ręce i próbuję oderwać je od swojej szyi. Śmieć jest wyczerpany z głodu i zmęczenia, ale wciąż ma dużo siły i korzysta z niej, próbując wyeliminować swojego największego wroga.

– Odpuść – mówię z trudem.

– Nie – syczy przez zaciśnięte zęby. W jego oczach dostrzegam wściekłość.

– Wiesz, że jeśli tego nie zrobisz, będzie jeszcze gorzej – tłumaczę.

Śmieć odpuszcza dopiero po kilkunastu sekundach. Uderza głową o podłogę i bierze głęboki wdech. Leży na wznak z otwartymi oczami. Wpatruje się w sufit i próbuje uspokoić oddech. Poddał się.

Siedzę obok niego i wciągam powietrze haustami. Przez moment było naprawdę groźnie. Na szczęście wszystko poszło po mojej myśli. Śmieć nie przekroczy granicy. Mam go w garści. Zabawa trwa.

– Czas na śniadanie – oznajmiam kilka minut później, gdy oboje jesteśmy już spokojni. Śmieć masuje się po czerwonych udach i cicho pojękuje. – Później przyłożę ci do nich lód. Zgoda?

Nie odpowiada. Nie musi, to było pytanie retoryczne.

Kwadrans później siedzimy przy stole w kuchni. Śmieć z początku podejrzliwie przygląda się talerzowi z kanapkami i odmawia jedzenia.

– To tylko pieczywo i wędlina – mówię, nie kryjąc rozbawienia. – Zwykłe kanapki. Nie ma w nich trutki na szczury.

– Kto cię tam wie… – mruczy pod nosem śmieć. W końcu się przełamuje i zaczyna jeść, po czym opróżnia szklankę koktajlu witaminowego.

– Bardzo ładnie – odpowiadam z satysfakcją, popijając wodę z lodem i cytryną. – Muszę wyjść na cały dzień. Mam bardzo ważne spotkanie.

Śmieć nie reaguje. Zatapia wzrok w talerzu i powoli przeżuwa kęs kanapki.

– Słyszysz? – pytam. Wtedy śmieć podnosi głowę i patrzy mi w oczy.

– Tak. Co mam odpowiedzieć?

– Że nie zrobisz w tym czasie niczego głupiego.

Śmieć wzrusza ramionami, a kąciki jego ust delikatnie się unoszą. Bawi go to! Ani trochę nie żałuje wczorajszego rozpierdolu.

– Nie zrobię – odpowiada po chwili, bez przekonania w głosie.

– Wiem, że nie – stwierdzam.

Mija kolejny kwadrans. Śmieć opiera się łokciami o stół i ukrywa twarz w dłoniach.

– Kręci mi się w głowie – mówi.

– To dobrze – odpowiadam. – Wkrótce zaśniesz.

– Że co, kurwa? – Śmieć walczy z opadającymi powiekami.

– Do późnego wieczora nie kiwniesz palcem. W koktajlu był silny środek nasenny.

Na dźwięk tych słów śmieć gwałtownie podrywa się z krzesła.

– Ty pier…

– Siadaj – mówię stanowczo. – Nie marnuj sił. Musisz jeszcze dotrzeć do łóżka, nie będę cię wlec.

 

Śmieć zgrzyta zębami, a do jego oczu napływają łzy.

– Dlaczego? – pyta.

– Nie domyślasz się? Jak mam ci zaufać po wczorajszej akcji?

Nagle śmieć okrąża stół i podbiega do zlewu. Pochyla się i wpycha sobie dwa palce do gardła.

– Przestań! – Szarpię się z nim.

Śmieć odpycha mnie i wymiotuje.

– Myślisz, że to coś da? – Zachodzę go od tyłu i odciągam od zlewu. – Substancja zdążyła się już wchłonąć.

– Zajebię cię – warczy, po czym chwieje się i omal nie upada na podłogę.

– Musisz się położyć – stwierdzam. – Zaprowadzę cię.

Śmieć opiera się o blat i ciężko oddycha.

– Nie mam siły.

– Dasz radę. To tylko kilka kroków.

Powoli wychodzi z kuchni na korytarz i kieruje się do sypialni.

– A dokąd to? – pytam. – Coś ci się chyba pomyliło.

Śmieć obrzuca mnie pytającym spojrzeniem, po czym zaciska dłonie w pięści.

– Nie.

– A właśnie że tak. Wypad do piwnicy.

– Nie – odpowiada stanowczo, a potem zamyka oczy i przykłada dłoń do czoła. – Kurwa.

– Podaj mi rękę – mówię. Śmieć nie protestuje, bo wie, że sam nie ustoi na nogach.

Otwieram drzwi do piwnicy i pomagam mu zejść po schodach. Prowadzę go do kąta i podnoszę leżące na podłodze kajdanki.

– Zabiję… cię. Przysięgam.

– Właśnie dlatego muszę na ciebie uważać – wyjaśniam, przykuwając śmiecia do rury. – Słodkich snów, Agatko.

– Zabiję – słyszę za plecami. Zostawiam tylko jedną zapaloną żarówkę i wychodzę z piwnicy.

Biorę prysznic i prasuję eleganckie spodnie oraz koszulę. Przede mną bardzo ważny dzień. Spotkanie, od którego może zależeć moja przyszłość zawodowa, a później rozmowa z osobą, dzięki której moje życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Dzięki niej nie jestem już popychadłem, zabawką, workiem do bicia. Nie jestem już śmieciem.

Teraz jest nim moja żona. Kobieta, która zafundowała mi tyle upokorzeń, że straciłem już rachubę, leży teraz w piwnicy otumaniona środkami nasennymi. Całkowicie bezradna, przerażona i sfrustrowana do granic możliwości. Wścieka się, bo musi być mi posłuszna. Wie, że mam na nią haka i nie zawaham się go użyć, jeśli zrobi coś głupiego. Wczoraj puściły jej nerwy i postanowiła się zbuntować. Chciała mi zademonstrować swoją siłę. Przypomnieć, że wciąż jest tym samym potworem, który latami pozbawiał mnie godności i człowieczeństwa.

Tamtego potwora już nie ma. Pozostał tylko śmieć. Małe cuchnące ścierwo, które właśnie płaci za wszystkie swoje winy. Role się odwróciły, kochanie.

Wkrótce zaśniesz i może będziesz miała przyjemne sny. Ale kiedy się obudzisz, przekonasz się, że twój koszmar trwa nadal. I tylko ode mnie będzie zależało, czy się skończy.

WCZEŚNIEJ

CZĘŚĆ 1

Zrób coś wreszcie ze swoim życiem, sieroto!

ANITA

TERAZ

– Niech się pan zlituje! – Wpatruję się błagalnie we właściciela skromnej kawalerki, którą wynajmuję od dwóch lat. Dotychczas nie miałam z nim żadnych problemów. Józef Piotrowski na co dzień mieszka w Gdańsku. Widzieliśmy się nie więcej niż dwa razy. Mieszkanie odziedziczył po zmarłym wuju. Nie chciał go sprzedawać, bo kiedyś ma w nim zamieszkać jego dorastający syn, więc postanowił je wynająć. Zadzwoniłam do niego, gdy tylko zobaczyłam ofertę w internecie. Kawalerka za półtora tysiąca w samym centrum Warszawy? Taka szansa rzadko się zdarza.

Piotrowski dobiega do sześćdziesiątki i słabo się zna na realiach stolicy. Ostatnio chyba jednak odrobił lekcję, bo tydzień temu zadzwonił do mnie z informacją, że planuje podwyższyć mi czynsz o pięćset złotych. Pomyślałam, że to żart.

– Takie mamy czasy, pani Anito – odpowiedział ze spokojem w głosie. – Koronawirus szaleje, a jesienią ma nadejść kolejna fala. Moja firma ma problemy, a żonie obcięli pensję. Musimy jakoś utrzymać się na powierzchni. – Przerwał na moment, po czym dodał: – I tak jak na Warszawę płaciła pani mały czynsz. Mógłbym wziąć od pani jeszcze więcej, to w końcu samo centrum.

– Proszę tego nie robić – odpowiedziałam zaskoczona. – Skąd ja wezmę takie pieniądze? Sama właśnie straciłam pracę.

– Przykro mi – odparł. – Nie mam wyjścia.

Pod koniec rozmowy zaznaczył, że niebawem przyjedzie do Warszawy i może się ze mną spotkać. Miałam nadzieję, że uda mi się jakoś wybić mu z głowy pomysł podwyżki czynszu.

Teraz widzę, że nic z tego.

– Przecież może pani sobie znaleźć inne lokum. – Piotrowski drapie się po nosie. – W Warszawie jest tyle ofert… Na pewno któraś będzie odpowiednia.

– Problem w tym, że nie mogę – wyznaję. – Ceny mimo pandemii są wysokie, a większość właścicieli wymaga wpłacenia kaucji w wysokości miesięcznego czynszu. Nie stać mnie, by tak po prostu wyłożyć tyle pieniędzy.

– A mnie nie stać, by dalej wynajmować pani mieszkanie tak tanio – wyjaśnia z malującym się na twarzy zakłopotaniem. – Proszę nie mieć mi tego za złe, ale jeśli nie może pani przyjąć nowych warunków, będę zmuszony wypowiedzieć umowę i poszukać kogoś, kto zgodzi się płacić więcej.

– Panie Józefie…

– Mamy końcówkę czerwca, więc do sierpnia może pani tu spokojnie mieszkać – tłumaczy. – Tak w końcu wynika z naszej umowy.

– Marne pocieszenie – mruczę.

Mężczyzna rozgląda się po raz ostatni po pokoju i kładzie dłoń na klamce.

– Do widzenia.

– Tysiąc dziewięćset – rzucam, zanim wychodzi z mieszkania. – Zapożyczę się u przyjaciółki – zapewniam.

Piotrowski mierzy mnie surowym spojrzeniem i kręci głową.

– Dwa tysiące, pani Anito. Zdania nie zmienię. Jeśli uda się pani załatwić pieniądze, przygotuję nową umowę. Żegnam.

Siadam na kanapie i głośno wzdycham. Dlaczego zawsze mam w życiu pod górkę? Odkąd pamiętam, nigdy nie byłam w pełni usatysfakcjonowana swoją sytuacją. Mało tego, nie zdarzył mi się nawet jeden moment względnego zadowolenia. Zawsze czułam, że nie jest tak, jak bym chciała. Gdy sypało mi się życie prywatne, rozkwitałam zawodowo, a gdy w końcu mogłam powiedzieć, że odniosłam sukces, najbliższa mi osoba pociągnęła mnie ze sobą na samo dno.

Po przeprowadzce do Wrocławia i skończeniu studiów pięłam się po szczeblach kariery, aż wkrótce otworzyłam własną klinikę weterynaryjną. W tym czasie poświęcałam się wyłącznie pracy. Moje życie prywatne nie istniało, a Ewa i Darek, moi najlepsi przyjaciele z liceum, stali się tylko mglistym wspomnieniem. Kiedyś byliśmy nierozłączni. Powtarzaliśmy sobie, że „choć dystans za duży, choć czas nam nie służy, nie damy się burzy, bo przyjaźń to moc”. Dla nich byłam gotowa zostać w stolicy. Pragnęłam ich bliskości, nie wyobrażałam sobie, że nagle mogłoby ich zabraknąć w moim życiu. Zwłaszcza Darka. Bardzo go kochałam, ale nigdy nie miałam odwagi mu tego powiedzieć. Wierzyłam, że na mnie poczeka, że po studiach wrócę do Warszawy i zaczniemy nowy etap naszej znajomości.

A później odkryłam, że Ewa od dawna się z nim pieprzy.

Czułam się niepotrzebna, zbędna. W głębi duszy cieszyłam się, że wyjechałam z Warszawy. Nie mogłabym patrzeć na rozkwit ich związku. Stopniowo się od nich odcinałam, aż w końcu poszłam własną drogą. Nigdy jednak nie zapomniałam tego, jak mnie potraktowali. Czułam żal nawet wtedy, gdy poznałam Huberta, swojego przyszłego męża. Spędziłam u jego boku wiele szczęśliwych lat. Oboje pracowaliśmy w pocie czoła i nie myśleliśmy o powiększeniu rodziny. Nie miałam czasu na wychowywanie dzieci, a gdy wreszcie tego zapragnęłam, los po raz kolejny okrutnie ze mnie zadrwił. Przez błędy wspólnika Huberta firma wpadła w ogromne długi, które oznaczały właściwie jej koniec. W międzyczasie rozpadło się nasze małżeństwo, a jako że nie postaraliśmy się o rozdzielność majątkową, musiałam pomóc Hubertowi spłacać jego długi. Harowałam za trzech, ale i to nie wystarczało. Wreszcie postanowiłam sprzedać swój gabinet. Niemal wszystkie pieniądze poszły na uregulowanie długu. Po wszystkim Hubert nawet mi nie podziękował.

Po powrocie do Warszawy rozpoczęłam pracę jako asystentka w całodobowej klinice weterynaryjnej. Zatrudniła mnie ta sama firma, która wykupiła mój gabinet. Musiałam pogodzić się z klęską i zacząć wszystko od nowa. Żyłam z dnia na dzień i jakoś sobie radziłam. Nie narzekałam, zaakceptowałam swoją sytuację. W międzyczasie zbliżyłam się do Ewy, która też miała problemy małżeńskie. Wkrótce rozstała się z Darkiem. Stałam się jej najbliższą osobą. Nareszcie poczułam się chciana i wyjątkowa.

A gdy na początku roku Ewa poprosiła mnie o pomoc przy zakopaniu ciała tamtej kobiety, zrozumiałam, że jestem dla niej kimś więcej.

Członkiem rodziny.

Ewa Babel zrobiła rzeczy, o jakie nie podejrzewałabym jej w najśmielszych snach. Ona sama pewnie nie sądziła, że byłaby do tego zdolna. Psychoterapeutka nawiązała romans ze swoim pacjentem, który czerpał przyjemność z tego, że żona go poniżała. Następnie sama, by mu się przypodobać, dała się wciągnąć w perwersyjny układ, który zakończył się przypadkową śmiercią mężczyzny. Ewa przez długi czas zmagała się w pojedynkę z olbrzymim ciężarem i tajemnicą, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Wydawało jej się, że milczenie zapewni jej bezpieczeństwo. Myliła się. Ktoś znał jej sekret. Martyna, była pacjentka, wciągnęła moją przyjaciółkę w niebezpieczną grę. Ostatecznie sama zapłaciła za nią najwyższą cenę. Ewa pozbyła się swojego największego wroga, a potem wyjawiła mi całą prawdę. Czy może być piękniejszy dowód przyjaźni?

Choć od tamtych wydarzeń minęło już jakieś pół roku, obie wciąż nimi żyjemy. Nie ma dnia, by Ewa nie przeglądała dokładnie wszystkich lokalnych portali informacyjnych. Cały czas powtarza, że męczy ją niepokój.

– Pewnie to tylko mózg płata mi figle, ale mam wrażenie, że lada moment wydarzy się coś złego.

– Nie martw się – pocieszałam ją na początku. – Nikt nie powiąże cię z tą sprawą, bo niby dlaczego?

– Byłam jej terapeutką – stwierdziła. – Policja na pewno się ze mną skontaktuje, gdy tylko ktoś zgłosi zaginięcie Martyny.

– Niby kto miałby to zrobić? Sama mówiłaś, że nikogo nie miała.

– To prawda. – Ewa nerwowo podrapała się po ręce. – Ale muszę być przygotowana na każdą ewentualność.

– Musimy – poprawiłam ją. – Jesteśmy w tym razem.

Ewa uśmiechnęła się, po czym chwyciła moją dłoń.

– Wiem. I jestem ci za to bardzo wdzięczna.

Mijały kolejne miesiące i nikt nie interesował się losem Martyny. Nabrałam pewności, że tak już pozostanie. Jednak Ewa cały czas oglądała się za siebie.

– Nie możemy stracić czujności. Wystarczy chwila nieuwagi, by wszystko szlag trafił.

Patrzyłam, jak moja jedyna przyjaciółka popada w coraz większą paranoję, i bałam się, że w końcu sama podłoży się policji. Gdyby wzięli ją na przesłuchanie, od razu by się domyślili, że coś wie. Ewa nie była sobą. Nieustannie czułam od niej alkohol. Zawsze lubiła rum z colą, ale przez pewien czas piła go jak wodę. A do tego te blizny na rękach… Dwa miesiące temu odwiedziła mnie z obandażowanymi rękami. Kłamała mi w żywe oczy, że rozlała na siebie gorące mleko. Coś często jej się to ostatnio przytrafiało…

Przebieram się w dres i urządzam sobie kilkukilometrową przebieżkę ulubioną trasą. Muszę oczyścić umysł i zastanowić się, co zrobić ze swoim życiem. Z powodu pandemii straciłam i tak słabo płatną pracę. Od dwóch miesięcy żyję z oszczędności i nie mogę sobie niczego znaleźć. Ewa oferowała mi pożyczkę, ale odmówiłam. Uniosłam się honorem i teraz tego żałuję. Poprosiłam jednak przyjaciółkę, by w miarę możliwości popytała znajomych weterynarzy, czy nie szukają kogoś do pracy. Ewa obiecała pomóc, ale na obietnicach się skończyło. Jest teraz zbyt zajęta prowadzeniem konsultacji online, a na dodatek zbliżyła się do prezesa dużej sieci aptek. Od kilku tygodni słyszę tylko, że Jacek to, Jacek tamto. Ostatnio opublikował na Instagramie zdjęcie dwóch kieliszków wina w restauracji z hashtagiem #lovelydinner. Nie rozumiem, co facetowi po czterdziestce strzeliło do głowy, by zachowywać się jak nastolatek. Co prawda, nie oznaczył Ewy, której zależy na dyskrecji, ale i tak musiał się pochwalić nowym związkiem. Choć uważam, że to żenujące, postanowiłam przypodobać się zarówno jemu, jak i Ewie. Zacisnęłam zęby i napisałam najsłodszy komentarz, jaki udało mi się wymyślić:

wrzosowaa.panienkaa romantycznie!!! Dużo szczęścia i miłości :* :* :* :*

40 min.

Polubienia: 2

Odpowiedz

 

Nie podoba mi się to, że jakiś frajer odbiera mi przyjaciółkę. Myślałam, że tamte wydarzenia nas do siebie zbliżyły, że dzięki nim staniemy się nierozłączne. Potrzebuję Ewy. Już raz straciłam ją przez mężczyznę i nie pozwolę, by znowu mnie to spotkało.

– Cześć – słyszę jej głos w smartfonie. – Co słychać?

– Możemy się spotkać? – pytam.

– Dzisiaj?

– Tak. Jak najszybciej.

– Coś się stało?

– Wytłumaczę ci, kiedy się spotkamy.

Zapada krótka cisza, po której Ewa pyta, czy nie możemy zobaczyć się jutro.

– Jacek zaprosił mnie na kolację. Już potwierdziłam.

Znowu on.

– Mam problem – wyznaję. – Potrzebuję twojej pomocy.

– Kontaktowali się z tobą? – Ewa zmienia ton głosu na bardziej poważny.

– Kto? – Potrzebuję chwili, by zrozumieć, o czym mówi. – Zwariowałaś? Że niby policja?

– Sama wiesz…

– Nie wiem, Ewa – podnoszę głos. – Nie sądzisz, że przesadzasz?

– Wybacz. – Wzdycha. – Musiałam się upewnić.

– Już do końca życia będziesz widziała we wszystkim zagrożenie? Nie możesz po prostu udawać, że nic się nie stało?

– Chciałabym, Anita. Nawet nie wiesz jak bardzo. – Słyszę, że wypuszcza powietrze ustami. – No dobrze, podjadę za pół godziny. Ale nie będę miała wiele czasu.

– Dzięki.

Ewa przyjeżdża niemal punktualnie.

– Wyprowadzasz się? Jakoś tu czysto…

– Niewykluczone. – Moja odpowiedź ją zaskakuję. – Mam problem.

– To już mówiłaś przez telefon. Słucham.

– Właściciel mieszkania podwyższył mi czynsz i grozi, że jeśli nie zaakceptuję nowych warunków, będę się musiała wynieść. – Wzdycham głośno. – Jednak potrzebuję tej pożyczki, Ewa – wyznaję, kuląc się ze wstydu.

– To wszystko? – pyta moja przyjaciółka beznamiętnie. – Przecież wiesz, że ci pomogę. Nie musiałaś mnie tu ściągać.

– Dziękuję. – Przytulam ją mocno. – Przyjaźń to moc.

– Przyjaźń to moc – odpowiada Ewa.

Jeszcze tego samego dnia na moje konto wpływa przelew, dzięki któremu przynajmniej przez pół roku będę miała spokój. To jednak nie rozwiązuje mojego problemu. Praktycznie nie mam już oszczędności i jeśli zaraz czegoś nie znajdę, będę musiała poprosić Ewę o kolejną zapomogę. Wolałabym tego nie robić.

Znalazłam się pod ścianą, ale z większymi dramatami sobie radziłam. Jestem przecież Anitą Wrzos – dziewczyną, którą wie, co to znaczy upadać, a tym bardziej jak się podnosić. Na pewno coś wymyślę.

Tylko jeszcze nie wiem co.