Iskra bogów. Nie kochaj mnieTekst

Z serii: Iskra bogów
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Motto

Zasady boskich zawodów

Zapiski Hermesa. I

Zapiski Hermesa. II

Zapiski Hermesa. III

Zapiski Hermesa. IV

Zapiski Hermesa. V

Zapiski Hermesa. VI

Zapiski Hermesa. VII

Zapiski Hermesa. VIII

Zapiski Hermesa. IX

Zapiski Hermesa. X

Zapiski Hermesa. XI

Zapiski Hermesa. XII

Zapiski Hermesa. XIII

Zapiski Hermesa. XIV

Zapiski Hermesa. XV

Zapiski Hermesa. XVI

Zapiski Hermesa. XVII

Zapiski Hermesa. XVIII

Zapiski Hermesa. XIX

Zapiski Hermesa. XX

Glosariusz

Posłowie

Przypisy

Tytuł oryginału

Götterfunke. Liebe mich nicht

Copyright © 2017 Dressler Verlag GmbH, Poppenbütteler Chausee 53, 22397 Hamburg

All rights reserved

Copyright © 2019 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Zdjęcie na okładce

© iStockphoto/Renzo79

Tekst na s. 5 pochodzi z Altgriechisches Liebesgedicht nieznanego autora

© Aufbau Verlag GmbH & Co. KG, Berlin 1984, 2008

Cytaty na s. 126 – Ajschylos, Prometeusz skowany, tłum. Jan Kasprowicz, Lwów 1911, s. 10 (pierwszy fragment) i s. 41 (drugi fragment)

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-686-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Uderz we mnie ogniem i śnieżycą

A jeśli chcesz – błyskawicami,

Zrzuć mnie w otchłań lub w rozszalałe morze.

Znękanemu tęsknotą i ujarzmionemu przez Erosa

Zeus nie może zadać większej męki

Swoim piorunem.

Altgriechisches Liebesgedicht [Wiersze miłosne]

Autor nieznany

Zasady boskich zawodów

Poniższe zasady obowiązują po wsze czasy

Zeus w swej łaskawości zezwala Prometeuszowi, by w każdym stuleciu stanął do walki o swoją śmiertelność.

Miejsce próby wyznacza najważniejszy spośród bogów.

Atena, bogini mądrości, wskaże dziewczynę, o którą Prometeusz ma zabiegać, jakby naprawdę pragnął ją zdobyć.

Jeśli dziewczyna ta ulegnie mu przed upływem sześćdziesięciu dni, Prometeusz przegrywa i pozostaje nieśmiertelny.

Jeśli jednak odrzuci jego starania, Zeus zmieni go w śmiertelnika.

Prometeusz ma do wykorzystania trzy próby.

Wszyscy dają słowo, że będą trzymać się zasad, walczyć sprawiedliwie, a także, że nie skalają się kłamstwem lub oszustwem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zapiski Hermesa

I

Prometeusz sam nadał sobie to żałosne ludzkie imię. Cayden – prawdopodobnie miało oznaczać ducha walki, a to jedno trzeba było temu młodemu człowiekowi oddać: był waleczny.

Wszyscy bogowie olimpijscy zebrali się w Wielkiej Hali w Mytikas, by obejrzeć kolejną odsłonę zawodów. Prometeusz powołał się na swoje prawo, a Zeus mu je przyznał. Tak ustalono przed wiekami. I tym razem, jak zawsze, Prometeusz miał przegrać. Dał się Zeusowi wyprowadzić w pole. Wiedział o tym, a mimo to się nie poddawał.

Ojciec bogów pstryknięciem palców przywołał obraz. Pojawił się na białej ścianie pałacowego muru. Bogowie, którym nie wolno było opuścić Mytikas, mieli tu śledzić widowisko.

Od jutra moim zadaniem będzie informowanie bogów na bieżąco o wydarzeniach. Pstrykanie palcami nie wystarczy. Będę musiał biegać w tę i z powrotem, żeby się upewnić, że niczego ważnego nie przegapiłem. Zawody zawsze wiązały się dla mnie z wielkim stresem, ponieważ co wieczór bogowie oczekiwali ode mnie podsumowania wydarzeń w świecie ludzi.

Chwyciłem talerz pełen cząstek pomarańczy i truskawek i wygodnie ułożyłem się na szezlongu. Dzisiaj moje skrzydlate buty stały jeszcze obok łóżka. Najbliższe tygodnie będą bardzo męczące.

– Otwieram zawody! – mocnym głosem obwieścił mój ojciec Zeus i położył się obok swojej żony Hery.

.

Najbardziej na świecie nienawidziłam burzy, zwłaszcza kiedy wiatr dął w koronach drzew, jakby był dzikim zwierzęciem, które tylko czeka, żeby zerwać się ze smyczy i mnie pożreć. Szczerze mówiąc, nie tylko bałam się nawałnic – budziły we mnie śmiertelny strach. Głupio jest bać się błyskawic i grzmotów, ale nie miałam na to wpływu. Strach był moją drugą naturą. Bałam się burzy, latania, węży i innych stworzeń. Cierpiałam na liczne fobie o dziwnych, łacińskich nazwach. Strach przed burzami to astrafobia. I to właśnie ja siedziałam w samochodzie w sercu Gór Skalistych, kiedy niespodziewanie spadł rzęsisty deszcz i zapanowały egipskie ciemności. Chwilę wcześniej niebo było błękitne i pełne puchatych, białych chmurek, a w jednej chwili słońce zniknęło. Sceneria przypominała koniec świata rodem z filmu katastroficznego. Właśnie by unikać takich sytuacji, bardzo starannie sprawdzałam moją aplikację pogodową, która najwyraźniej nawaliła. Człowiek, który ją stworzył, powinien wylądować w więzieniu. Nawet Robyn, moja najlepsza przyjaciółka od pierwszego dnia w szkole podstawowej, która nie dawała się łatwo wyprowadzić z równowagi, mocniej objęła kierownicę palcami ozdobionymi starannym manicure, podczas gdy ja musiałam się powstrzymywać przed obgryzieniem do samej skóry moich wiecznie za krótkich paznokci. Ta obrzydliwa przypadłość wracała do mnie zawsze, kiedy się denerwowałam.

I znów to wycie. Tym razem o wiele bliżej. To nie był wiatr. Zamiast skupiać się na pogodzie, przed przekonaniem Robyn, by pojechała ze mną na obóz położony z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, powinnam bliżej przyjrzeć się faunie w Górach Skalistych. Deszcz, który uderzał o przednią szybę samochodu, brzmiał jak salwy z pistoletu maszynowego. Mimo ulewy, Robyn mknęła wąską, wijącą się przez las drogą, jakby brała udział w wyścigu. Kiedy była przestraszona, robiła się brawurowo odważna. Słowo „uwaga!” nie gościło wtedy często na jej ustach.

Przetarłam dłonią zaparowaną szybę. Woda, która na nią spadała, była lodowata. Moje spojrzenie powędrowało w stronę termometru. Jeśli dać mu wiarę, temperatura na zewnątrz spadła do zera. Musiał się zepsuć, choć przecież samochód był zupełnie nowy. To prezent od taty Robyn na jej siedemnaste urodziny, a ona uparła się, że pojedziemy nim same na letni obóz. W przeciwnym razie załatwiłby to szofer, a ja czułabym się o wiele pewniej. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nawigacja działa. Do wnętrza samochodu przez kratki wentylacyjne wdarło się zimno. Moje ramiona pokryła gęsia skórka, a Robyn rzuciła się do przełączników. Kiedy już prawie przekonałam samą siebie, że okropne wycie to tylko wytwór mojej wyobraźni, rozległo się ponownie. Tym razem jeszcze bliżej i jeszcze straszniej wzbiło się w purpurowe chmury rozdarte ogniem błyskawicy. Strach chwycił mnie w swoje szpony, płuca skurczyły się do rozmiarów zielonego groszku. Po błyskawicy rozległ się potężny grzmot. Łapałam powietrze niczym wyciągnięta z wody ryba. Na tle ciemności odznaczyła się sylwetka. Napotkałam wzrok młodego mężczyzny. Nie zważając na nawałnicę, stał bez ruchu na poboczu, z głową zwróconą w kierunku nieba. Chociaż był całkowicie przemoczony, deszcz zdawał się nie robić na nim wrażenia. Przeciwnie, chaos najwidoczniej sprawiał mu przyjemność. Miałam nadzieję, że to nie on wydał z siebie wycie. Wilkołaki są rzadziej spotykane niż wilki, prawda? Wiatr rozwiewał mu ubranie. Śnieżnobiałe włosy i jasna skóra wyraźnie odcinały się od ciemności. Nasz samochód przejechał obok niego jakby w zwolnionym tempie. Stał w skupieniu i pozwalał deszczowi płynąć po twarzy. Wyprostował głowę i otworzył oczy. Prześwidrowały mnie rubinową czerwienią. Jego spojrzenie mogło konkurować z błyskawicami – włoski na moich przedramionach stanęły dęba. Jeszcze nigdy nie widziałam ludzkiego albinosa. Jego wargi zacisnęły się w wąską kreskę. Oderwałam od niego spojrzenie, a rozpościerająca się za nami ciemność połknęła go tak zachłannie, że nie pozostał nawet zarys jego sylwetki.

 

– Widziałaś go? – zapytałam Robyn. – To chyba jakiś wariat.

Robyn nie odrywała wzroku od drogi.

– O kim mówisz?

– Na poboczu stał albinos. – Mój głos był nienaturalnie wysoki.

– Nikogo tam nie było! – Potrząsnęła głową ze złością. – Coś ci się wydawało. Nie strasz mnie! Mam dość problemów z tym deszczem. Weź się w garść.

„Nie trać głowy!” – wydałam sobie rozkaz. Nawet jeśli są tu wilki, to na pewno nie atakują ludzi. A przy takiej pogodzie nikt z własnej woli nie wychodzi na zewnątrz. Ten człowiek na pewno był tylko wytworem mojej wyobraźni. Inaczej nie dało się tego wyjaśnić. Moje nadwerężone nerwy spłatały mi psikusa. Milczałam, nie chcąc bardziej zdenerwować Robyn.

Znów rozległ się ogłuszający huk. To nie był piorun: w świetle samochodowych lamp zobaczyłam, jak na drogę upada drzewo. Robyn wcisnęła hamulec i krzyknęła moje imię. Jej „Jess!” dźwięczało mi w uszach, kiedy samochód zaczął się kołysać i zbliżać do giganta, który swoimi pokrzywionymi gałęziami zablokował nam drogę. Robyn zasłoniła twarz dłońmi i pozostawiła auto swojemu losowi. Chciałam chwycić za kierownicę, kiedy moje ciało zostało wypchnięte do przodu. Pas bezpieczeństwa wpił mi się w piersi. Jęknęłam z bólu. Wszystko wokół mnie kręciło się z zapierającą dech prędkością. Uderzyłam głową w coś twardego. Wydawało mi się, że rozpadła się na dwie części. Odłamki szkła spadły mi na twarz i nagie ramiona. Rozległ się metaliczny brzęk, który rozsadził moje ciało. Pas ustąpił pod naporem uderzenia. Próbowałam się czegoś chwycić, ale ręce trafiły w próżnię. Usłyszałam chrzęst łamanych kości nóg. „To musiało boleć” – pomyślałam, ale nic nie poczułam. Strach odbierał mi zdolność myślenia. Tanatofobia – lęk przed śmiercią. Moje niezliczone lęki. Czy to się stało? Czy już umarłam? Tak po prostu, bez ostrzeżenia? Żadnego jasnego światła, żadnego długiego tunelu. Wszystko we mnie protestowało. Zbyt wiele chciałam jeszcze zrobić. Było zbyt wiele osób, którymi musiałam się zająć. Potrzebowała mnie moja mała siostra Phoebe. Mama też nie umiała sama o siebie zadbać. A ja nawet nie pocałowałam jej na pożegnanie. A teraz najwidoczniej było na to za późno. Świat wokół mnie eksplodował. Leciałam w powietrzu, otoczona przez ciemność i ciszę. Nieskończoną ciszę. Unosiłam się. Wszystko było lekkie. Żeglowałam po niekończącym się oceanie. Było pięknie – spokojnie.

Obok mojego ucha rozległ się pomruk.

Zapiski Hermesa

II

Bogowie, to było dobre! Szkoda, że w decydującym momencie obraz zamigotał i zgasł. A zatem przegapiliśmy wypadek samochodowy! Moce Zeusa nie były już takie jak dawniej. Na pewno wiedział, że Apollo wszystko popsuje. Ludzie bali się wilków.

Współcześni ludzie nie radzili sobie z burzami i dzikimi zwierzętami, a już na pewno nie dwie dziewczyny, jadące samotnie samochodem przez las.

Niespełna pół godziny w ludzkim świecie i już dwie ofiary! Prometeusz zapewne już od dawna rozpacza nad tym, co bogowie zrobili jego dzieciom. Nad swoim pechem, że nie udało mu się stworzyć ich silniejszymi.

Prawdę mówiąc, Zeus przesadził z tą burzą. Czy naprawdę musiał przewracać drzewa?

I jeszcze ten szum. Kątem oka zerknąłem na Zeusa. On też wyglądał na zdumionego. Najwyraźniej miał wyrzuty sumienia. Jego skrucha nie potrwa jednak długo. Na świecie jest przecież mnóstwo młodych dziewcząt. Atena na pewno bez problemu znajdzie kandydatkę.

.

Moje wspomnienia pasowały do siebie tylko częściowo, niczym układanka z puzzli, w której brakowało kilku elementów. Dookoła auta krążyły cienie, potem uderzenie i nieprawdopodobny ból. Przesunęłam dłonią po rękach i dotknęłam nóg. Wszystko było na swoim miejscu, nawet ból zniknął. Ostrożnie podniosłam się i uklękłam, zanim moje drżące nogi pozwoliły mi wstać. Zrobiłam pierwszy krok i poczułam się tak, jakbym szła po deserze z galaretką. Otaczała mnie mgła, która utrudniała oddychanie. Zamachałam rękami. Biała para uniosła się i opadła, zdając się poddawać moim wskazówkom. Stałam w czymś w rodzaju łaźni parowej, brakowało tylko ciepła. Palcami przesunęłam po ciele. T-shirt i spodnie zniknęły. Nie byłam naga, ale nie miałam też na sobie ubrania. Światło spowijało mnie niczym lśniący materiał. Otaczało moje ciało jak druga skóra.

– Czy to naprawdę było konieczne? – Ciszę przeciął głos, który dźwięczał echem w mojej głowie. Pobrzmiewała w nim troska, ale mgła zasłaniała mi widok mówiącego. Chciałam do niego zawołać, jednak z gardła wydobyło się tylko rzężenie.

– To nie moja wina – bronił się drugi głos. – Ktoś inny pozwolił tu sobie na żart.

– To nie był żart! – parsknął pierwszy głos. Słyszałam go teraz wyraźniej, jego brzmienie dodawało mi otuchy. Mój strach zniknął. On mi pomoże. Gdziekolwiek jestem i cokolwiek się wydarzyło, on zadba o to, by wszystko znów było w porządku.

Coś włochatego otarło się o moją nogę. Kiedy spojrzałam w dół, zobaczyłam szare oczy wilka. Zwierzę było śnieżnobiałe, a w oczach do złudzenia przypominających ludzkie dostrzegłam dziwny wyraz. Prawdę mówiąc, powinnam się go bać, ale nie czułam strachu. Jego obecność przy mnie wydawała się właściwa. Uklękłam przy nim i otoczyłam jego szyję ramionami, zanurzając twarz w jedwabistym futrze. Poczułam w swoim ciele uspokajające wibracje bijące z ciała zwierzęcia.

Przed moim wewnętrznym okiem przesuwały się obrazy. Słyszałam zgrzyt metalu, widziałam, jak przewraca się drzewo, i czułam uderzenie. Podniosłam się z przerażeniem. Przeszywający ból zapłonął w moich skroniach. Wilk warknął ostrzegawczo i podparł mnie, kiedy się zachwiałam.

– Gdzieś tu musi być Robyn – wyjaśniłam mu i wczepiłam się dłonią w jego futro. – Czy możesz mnie do niej zaprowadzić?

Zwierzę przekrzywiło głowę i zlustrowało mnie spojrzeniem. Mgła wokół nas uniosła się i zafalowała. Przy moich stopach leżało ciało z dziwacznie powykrzywianymi członkami. Spojrzałam na nie z niedowierzaniem. Z ust wyrwał mi się jęk, a ten ruch odbił się jak w lustrze na twarzy nieżywej istoty. Zaczęłam się trząść i nie miałam nad tym kontroli. To byłam ja. Mimo odgiętej do tyłu głowy, mimo pokrywającego policzki brudu rozpoznałam swoją bladą twarz i rude włosy. Wiły się wokół twarzy niczym bluszcz. A potem zobaczyłam krew. Była wszędzie i nieprawdopodobnie szybko wsiąkała w pokrytą mchem ziemię. Bezwolnie przeciągnęłam dłonią po policzkach mojego wciąż żywego „ja” i przyjrzałam się krwi. Była czysta i półprzezroczysta. Cofnęłam się. Moje stopy nie dotykały ziemi. Unosiłam się. Kiedy jęknęłam, moje drugie „ja” skurczyło się, jakby także przeżywało szok. Musiałam stąd uciekać najdalej jak umiałam. A przecież nie można uciec ze snu. Trzeba się obudzić.

Jedną rękę położyłam na czole mojego zranionego ciała.

– Żyje – stwierdził zaskakująco pewnym tonem dziewczęcy głos, jak gdyby było to niemożliwe, że w tym zmarnowanym kawałku materii jeszcze tli się życie. Rysy twarzy mówiącej rozpływały się przed moimi oczami. – Ale już niedługo – dodała z żalem.

Moja siła lub cokolwiek, co trzymało mnie w pobliżu mojego ciała, opuściła mnie. Uklękłam na leśnym podłożu. Po policzkach spływały mi łzy. Chwyciłam własną, pozbawioną życia dłoń. Jeszcze była ciepła, ale zimno, które zdawało się pochodzić z ciała, zmieniało krew w moich żyłach w lodowatą wodę. Jeden z palców wciąż słabo się ruszał.

– Ulecz ją! – rozkazał męski głos za moimi plecami.

Wilk u mojego boku zamruczał z aprobatą. Nie opuszczał mnie. Jego gorący oddech rozgrzewał moje plecy.

– Jej przeznaczeniem jest śmierć. Dusza już opuściła ciało. Nie mogę jej pomóc – odpowiedział drugi mężczyzna.

Kim oni byli i dlaczego nie robili nic, żeby pomóc Robyn i mnie?

Nigdy jeszcze nie miałam tak dziwacznego snu. Moja dusza opuściła ciało? O czym ten człowiek mówił?

– Nie mamy dużo czasu. Pomóż im! – rozkazała dziewczyna.

Odgarnęłam mojemu ciału włosy z twarzy i starłam wymieszaną z brudem krew z policzka. Kiedy ponownie otworzyłam oczy, para zielonych źrenic obserwowała mnie z boku. Obok mnie siedział chłopak. Chociaż był blisko, nie mogłam dostrzec jego twarzy, a jedynie jej cień.

– Twój czas jeszcze nie nadszedł – wyjaśnił, a mnie zabrakło tchu. – Nie bój się. Jestem przy tobie.

Spojrzał na mnie. Mam na myśli nie moje poharatane ciało, ale jego uwolnioną część. Moją duszę?! Ciepłe palce przesunęły się po mojej migoczącej skórze, która pod tym dotykiem zaczęła łaskotać. Nie powinien tak na mnie patrzeć. Te oczy i jego smutek działały na mnie paraliżująco. Sama potrafiłam o siebie zadbać. Nie był mi do tego potrzebny żaden zielonooki chłopak. Próbowałam uwolnić się spod jego spojrzenia.

– Możesz mi zaufać. Wszystko będzie dobrze. – Jego spokój otulił mnie niczym ciepły koc. Nie miałam pojęcia, skąd bierze swój optymizm.

Powoli skinęłam głową, a on uśmiechnął się tak promiennie, że w policzkach pojawiły się dołeczki. Dziwne, że to zauważyłam, skoro nawet dobrze nie widziałam jego twarzy. To wszystko tylko sen, zawołałam do siebie z głębin świadomości. We śnie panują inne reguły, tu mogę sobie pozwolić na małą słabość i podziwiać dołeczki na twarzy chłopaka. A jednak jego uśmiech nie powinien tak na mnie działać, przecież byłam na to odporna.

– Obie wejdą na krótką listę – wyjaśniła dziewczyna.

Najwyraźniej podczas tej o wiele zbyt intensywnej wymiany spojrzeń przegapiłam połowę dyskusji. O czym ona mówiła?

– Pasują idealnie.

Zielonooki chłopak potrząsnął głową, jak gdyby nie rozumiał, o czym mowa. Więc było nas dwoje.

– Przykro mi – wyszeptał i delikatnie ułożył moje ciało na swoich kolanach. Nawet bezcielesna część mnie poczuła ból, który objął moje członki. Przenikał każdą komórkę. Moja głowa opadła do tyłu, a on ostrożnie oparł ją sobie na ramieniu. To dziwne uczucie, ale byłam zazdrosna o moje własne ciało. – Szzzz – wyszeptał chłopak w moje brudne włosy. – Wszystko będzie dobrze. Musisz chcieć wrócić. Wciąż jesteście połączone. Nie wolno ci się poddać. – Spojrzał na mnie i chwycił dłoń mojej duszy. Zamiast niewinnego łaskotania poczułam jego dotyk niczym uderzenie prądu.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem.

– Czyńcie swoją powinność! – rozkazał pozostałym, którzy musieli stać za jego plecami. Nie mogłam się odwrócić, jego zielone oczy trzymały mnie w szachu.

Rozległ się radosny śmiech.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Skoro Hades jej nie chce, równie dobrze może tu jeszcze zostać. Jedna w tę czy we w tę nie robi różnicy. Twoje potomstwo mnoży się przecież jak perz na łące!

Nieuprzejmy mówca obszedł moje ciało i położył mi palce na skroniach. Wypełniło mnie przyjemne ciepło. Wzbierało się w moim wnętrzu, aż poczułam, że moja krew płonie. Gorąco pulsowało w tętnicach. Wzdrygnęłam się, kiedy mnie puścił i się cofnął. Ramiona obrońcy mocniej otoczyły moje ciało. Mruczał coś w moje mokre włosy, i choć nie rozumiałam tych słów, działały na mnie uspokajająco. Minęła wieczność, zanim ból zaczął słabnąć. Moja dusza stawała się coraz bardziej przezroczysta. Rozpuszczałam się i nic nie mogłam z tym zrobić.

– Nie bój się. Wszystko będzie dobrze – słyszałam jego głos w mojej głowie. – Nie możesz się bać. Jestem z tobą.

Ostry korzenny zapach uderzył w moje nozdrza. Ukryłam twarz w T-shircie mojego wybawcy i usłyszałam cichy śmiech. Miałam nadzieję, że mnie nie puści. Ten sen zaczął się bardzo kiepsko, ale teraz miałam nadzieję, że jeszcze chwilę potrwa.

Zerwałam się z przestrachem. Z radia płynęła muzyka country. Robyn na pewno nie ustawiła tej stacji. Plecy mnie bolały, a mięśnie były jak po maratonie.

Robyn spała obok mnie. Jej niemal białe blond włosy, starannie splecione, spoczywały na ramieniu. Zamrugałam i poczułam ulgę. Dzięki Bogu! Koszmar się skończył. Samochód w nietkniętym stanie stał zaparkowany w jednej z wielu zatoczek wzdłuż pustej drogi. Deszcz przestał padać. Otworzyłam drzwi i odetchnęłam świeżym powietrzem. Wiatr się uspokoił. Opadłe liście i igliwie zachrzęściły pod moimi stopami, kiedy wysiadłam z samochodu. Coś zaszurało w podściółce. Przestraszyłam się. Z gęstwiny wyskoczył królik i pokicał w kierunku lasu. Nagle zrobiło mi się zimno, więc splotłam ramiona. Sen był taki realny. Nigdy nie zapomnę tych zielonych oczu. Coś zaszeleściło pod moimi palcami, ściągnęłam ze swetra wysuszony liść. Skąd on się wziął? Dziwne. Robyn miała świra na punkcie swojego samochodu. Niewyobrażalne, że coś, co nie zostało wykonane z plastiku w warunkach fabrycznych, znalazło się w jego wnętrzu. Zmięłam liść w palcach, wyłowiłam z tylnego siedzenia czarną bluzę z kapturem i zanurkowałam w nią. W głowie wciąż dźwięczały mi głosy. Spojrzałam na swoje nogi w czarnych dżinsach i poruszałam palcami u stóp. Wszystko było tak, jak powinno. Uspokojona, wsiadłam z powrotem do samochodu.

 

– Hej, obudź się, śpiochu! Musimy jechać. – Połaskotałam Robyn w policzek końcem jej warkocza.

Zaspana Robyn przetarła twarz, rozmazując jednocześnie czarną maskarę.

– Sorry, musiałam się zatrzymać. Nagle zrobiłam się bardzo senna.

– Dlaczego mnie nie obudziłaś? Zamieniłabym się z tobą za kierownicą.

– Przecież nie powierzyłabym ci mojego maleństwa. – Zastukała w deskę rozdzielczą. – Poza tym spałaś jak zabita.

– Miałam dziwny sen.

Robyn włączyła silnik.

– Mam nadzieję, że było w nim kilku przystojniaków.

– Raczej głosy.

– Głosy? – Robyn potrząsnęła głową. – Nikt nie śni o głosach.

Nie odpowiedziałam, bo próbowałam przebić spojrzeniem półmrok między drzewami. Nagle odniosłam wrażenie, że obserwuje nas ktoś ukryty w cieniu drzew. Słońce wyjrzało zza chmur i zobaczyłam czerwony błysk. Przypomniałam sobie o albinosie. Czy rzeczywiście stał na poboczu, czy to już mi się śniło? To nie czerwone oczy napędziły mi takiego stracha, ale ich wyraz – teraz także wywołał gęsią skórkę na moich plecach. Dziś nie był mój najlepszy dzień.

Robyn z piskiem opon skręciła na autostradę prowadzącą w stronę naszego obozu. Z ulgą usiadłam wygodnie. Potrzebowałam gorącego prysznica i zimnej coli, to na pewno przywróci mi równowagę.

Kręta leśna droga prowadziła do recepcji obozu. Nocne niebo lśniło setką odcieni granatu. Kilka kałuż przypominało o niedawnej ulewie. Rozejrzałam się z ciekawością. Wszędzie było pełno uczniów i dorosłych. Robyn zaparkowała zaraz obok recepcji, chociaż wielki szyld obwieszczał, że to miejsce dla niepełnosprawnych. Już dawno temu przestałam ją pouczać. Robyn bardzo rzadko przestrzegała zasad i zwykle nie było jej to do niczego potrzebne. Wsunęłam martensy, które zdjęłam na czas podróży, i wysiadłam. Świeże powietrze rozwiało moje niesforne rude włosy, które natychmiast zakręciły się pod wpływem wilgoci. Pachniało mchem i leśnymi grzybami. Ten zapach nasuwał mi wspomnienie wędrówek z tatą, mamą i Phoebe. Wydawało mi się, że od tamtego czasu minęła cała wieczność. To było wtedy, kiedy mój świat był jeszcze uporządkowany. Odsunęłam od siebie tę myśl tak szybko, jak mnie dopadła, i przeciągnęłam się.

Pomiędzy drzewami stały różnej wielkości drewniane domki. Wyglądały na tak zniszczone, jakby budowali je pierwsi osadnicy. Obóz istniał jednak od dobrych dziesięciu lat, a panujący w nim luksus był przeciwieństwem spartańskich warunków. Taki klimat vintage doceniały tylko rozpieszczone dzieci wielkiego miasta. Nie dałam rady namówić Robyn na nic innego. Pole kempingowe było dla niej niewyobrażalne. W wysokich oknach domków wisiały kolorowe zasłony. Z dwupiętrowego budynku z kamienia dobiegała muzyka. Powoli podążyłam za Robyn po mokrych, drewnianych stopniach w kierunku recepcji.

Za ladą siedziała pulchna kobieta, która uśmiechnęła się do nas na powitanie. W połowie z wyrzutem, w połowie ze współczuciem potrząsnęła swoją szarą trwałą.

– Już zaczynałam się o was martwić! – zawołała w naszym kierunku. – Jestem Rosie. Rosie Hale. – Wyciągnęła w naszą stronę formularze meldunkowe. – A wy musicie był Robyn Channing i Jessica Harper.

– Po prostu Jess – poprosiłam.

– Jak sobie życzysz, mała. Jessica to takie piękne imię. Oznacza: Bóg cię widzi. To się może przydać. Ale na pewno już o tym wiesz.

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Nie wiedziałam o tym.

– Jesteście ostatnie. Brakuje jeszcze tylko dzieciaków szefa. Miałyście problemy w czasie podróży?

– Musiałyśmy się zatrzymać. Nie dało się jechać w tym deszczu. Gdybyśmy wiedziały, że leje tu jak z cebra, wzięłybyśmy łódź – trochę przemądrzałym tonem wyjaśniła Robyn. – A poza tym wszystko w porządku.

Jej sarkazm nie zrobił na Rosie wrażenia.

– Przecież tylko trochę pokropiło – zdziwiła się, a ja usłyszałam coś jakby wymamrotane po cichu „mieszczuchy”.

Jeśli to oberwanie chmury było kapuśniaczkiem, wolałam nie wiedzieć, co Rosie rozumie pod pojęciem prawdziwego deszczu. Cierpliwie próbowała wytłumaczyć nam drogę do naszego domku. Kiedy zauważyła nasze miny, położyła na drewnianej ladzie mapkę i narysowała na niej linię.

– Nie spieszcie się, ale punktualnie o wpół do ósmej bądźcie w świetlicy. Robimy grilla i będziemy tańczyć. Poznacie się. – Zakołysała potężnymi biodrami, wywołując nasz chichot. – Życzę wam udanych wakacji. Ze wszystkimi pytaniami przychodźcie do mnie. Mój mąż Henry i ja zadbamy o to, żeby wszystko tu grało. Więc bez obaw. A następnym razem zaparkuj gdzie trzeba. – Mrugnęła do Robyn z uśmiechem, ale ton jej głosu był stanowczy. – Tu też mamy blokady kół.

– W którym domku mieszkają Cameron Shelby i Joshua Erskine? – zapytała Robyn, nie reagując na tę pogróżkę.

– Znacie tych miłych chłopców? – Rosie zatarła ręce. – Są tacy fajni. Już czuję kłopoty. Muszę pamiętać, żeby zamówić dodatkowe chusteczki...

Zmusiłam się do uśmiechu, a Robyn nerwowo odchrząknęła.

– Cameron Shelby to mój chłopak. Od ponad roku – pouczyła Rosie.

– To znaczy, że dobrze wybrałaś. Uważaj na niego – powiedziała Rosie i wskazała na domek położony w pobliżu naszego.

Robyn przewiesiła przez ramię swoją bardzo drogą torebkę i podreptała na zewnątrz. W marszowym tempie zmierzałyśmy do naszego domku. Robyn była nadąsana, a ja powstrzymałam się od komentarza. Maleńka uwaga Rosie wystarczyła, by ją rozwścieczyć. Tak jakby Cameron oglądał się za innymi dziewczynami. Ta wizja była absurdalna, o czym Robyn doskonale wiedziała. Ale już sama myśl wystarczyła, żeby zepsuć jej humor. Kiedy miała taki nastrój, wolałam się nie odzywać. Zwykle rozchmurzała się, kiedy ludzie dawali jej spokój.

Wtargałyśmy nasze walizki do domku i rozejrzałyśmy się. Wnętrze, mimo rustykalnego uroku, było bardzo luksusowe. Składało się z salonu z wygodnymi kanapami, na których leżały kolorowe poduszki. Na ścianie wisiał ogromny, płaski telewizor. W aneksie kuchennym stała lodówka z napojami i czekoladą. Poza tym były tu dwie łazienki i trzy sypialnie. Robyn zajęła największy pokój. Z jego okien pomiędzy drzewami widać było lśniące jezioro, które leżało na terenie obozu. Nie zgłosiłam sprzeciwu.

– Nie mam ochoty na imprezę. Jestem zmęczona. – Łóżko Robyn zaprotestowało głośnym skrzypieniem, kiedy opadłam na nie plecami. Udałam, że tego nie słyszę, i wgapiłam się w pokryty białym drewnem sufit. W przeciwieństwie do Robyn, która nie przepuszczała żadnej okazji, żeby pokazać swoje designerskie ciuchy na parkiecie, i regularnie zmuszała mnie do dotrzymywania jej towarzystwa, ja byłam raczej typem domatorki. Tym razem wiedziałam jednak, że nie uda mi się wywinąć.

– Nie bądź taka. Przecież przespałaś pół dnia. – Robyn wypisywała coś z pasją w swoim smartfonie, wstrzymała oddech i cicho zaklęła pod nosem. Zasięg pozostawiał wiele do życzenia, ale niczego innego nie spodziewałam się na takim odludziu.

– Możesz przecież iść porozmawiać z Cameronem. Nie mieszka daleko stąd.

Rzuciła we mnie poduszką.

– Muszę najpierw wypakować swoje buty i zdecydować, które z nich mogę zrujnować na tych leśnych drogach.

Uśmiechnęłam się z niedowierzaniem.

– Przecież nie wzięłaś samych obcasów? – Jej obrażone spojrzenie dało mi do myślenia. – Klapki? – dopytywałam.

Jej twarz rozjaśnił uśmiech.

– Mama wcisnęła mi jedną parę. Muszę je włożyć, chociaż moje nogi prezentują się w nich nieszczególnie.

Jęknęłam i wtuliłam twarz w poduszkę.

– Cameron widział już twoje nogi.

– Muszę mu więc koniecznie pokazać, że nie straciły nic na atrakcyjności.

– Wykończysz mnie.

– Dobrze byłoby ci w letniej sukience – pouczyła mnie Robyn. – Wpadam w depresję, bo w kółko nosisz czarne ubrania. Nikt nie umarł. Twój ojciec od was odszedł i to już dwa lata temu. Ile lat mają te dżinsy?

– Czarny wyszczupla – przypomniałam sobie jej ulubione powiedzenie, nie reagując na uwagę o moim ojcu. – A dżinsy mają dopiero pół roku. Nadal świetnie leżą. Lubię czerń. To mój komentarz do stanu świata. Wiesz przecież: wojny, głód, katastrofy.

Robyn zmarszczyła swój zadarty nos.

– Niczego w ten sposób nie zmienisz. Czerń sprawia, że jesteś jeszcze chudsza niż w rzeczywistości. Zastanawiam się, co się dzieje z tymi wszystkimi burgerami i czipsami, które w siebie pakujesz.

– Gdybyś kiedyś spróbowała burgera z frytkami i majonezem, znałabyś odpowiedź na to pytanie. – W rzeczywistości nosiłam czerń, bo nie gryzła się z moimi rudymi włosami.

– Prędzej nastąpi koniec świata. – Robyn rzuciła w moją stronę jasnozielony top. – Masz to dziś wieczorem włożyć, bez wymówek! Będzie pasować do twoich włosów, które poza tym musisz wyprostować. Inaczej nigdzie z tobą nie idę.

Jęknęłam głośno, ale Robyn zignorowała ten dźwięk.

– Pomożesz mi pościelić łóżko? – Działała mi na nerwy, ale jednocześnie uważałam ją za najbliższą sobie osobę, ją i Phoebe. W minionym roku kilkukrotnie zadałam sobie jednak pytanie, czy pasujemy do siebie tak, jak dawniej. To nie Robyn była winna tej zmianie. To ja się zmieniłam, a ściślej: moje życie. Ona pozostała bez zmian, podczas gdy ja patrzyłam już na świat innymi oczami.