Koniec i początekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koniec i początek
Koniec i początek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Koniec i początek
Koniec i początek
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk
38,90  28,40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Manula Kalicka, 2018

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Elisabeth Ansley/Trevillion Images;

Muzeum Powstania Warszawskiego

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8123-602-7

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie; więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem.

Księga Koheleta

Mamie,

która w styczniu 1945 przyszła pieszo z Nowego Mias­ta nad Pilicą do Warszawy w poszukiwaniu rodziców, pozostałych w ogarniętym powstaniem mieście.

Zginęli na Woli piątego sierpnia, rozstrzelani wraz ze wszystkimi mieszkańcami domu.

Prolog

12 KWIETNIA 1945

W obszernym holu paliła się tylko jedna i to słaba żarówka. Długi korytarz, zagracony do niemożliwości, przywodził na myśl labirynt, w którym łatwo się nadziać na wystającą komodę, wystawioną szafkę nocną czy zagracone tremo. Przesmyk między meblami był tak wąski i mroczny, że nocą szło się do toalety po omacku, z wyciągniętymi rękami badając niepewnie poszczególne kształty, które majaczyły w ciemności. Zawsze istniała możliwość, że na korytarzu właśnie pojawiło się coś nowego, jakaś paka, wiadro czy tobół, więc co rusz ktoś na coś wpadał, o coś się potykał i klął. Głośno lub ciszej.

Przedostawszy się przez hol, weszła w korytarzyk, ominęła zasadzki i całkiem już rozbudzona z ulgą wymacała klamkę do ubikacji. Kiedyś zdarzyło jej się zawędrować nocą do sąsiadującego z klozetem pokoju Kaśki i cóż, krzyki tej ostatniej, tudzież jej kochanka, Wojtka, postawiły na nogi cały dom. Nie życzyła sobie powtórki, chociaż mogło być ciekawie. Boże! Co to się wtedy działo! Na odgłos wrzasków Kaśki zbiegli się wszyscy lokatorzy mieszkania, nawet ten młody z gabinetu, który nigdy nie udzielał się towarzysko. Wojciech rzucał mięsem, Kacha darła się wniebogłosy, a Zośka spłonęła rumieńcem na widok gołych Kaśczynych cycków. Wandzie zaś udało się dojrzeć tę, no, męskość Wojtka, gdy wyskoczył z łóżka.

Wcale, wcale, westchnęła i otworzyła drzwi do ubikacji.

Żarówka, nie wiedzieć czemu, była mocniejsza, jeszcze przedpowstaniowa. Jacek lubił sobie tu poczytać i od kilku dni, gdy wreszcie włączyli prąd, wrócił, jak mówił, do miłego cywilizowanego przyzwyczajenia.

Jasne światło oślepiło Wandę, przymknęła więc nieco powieki i wtedy zobaczyła jakąś sylwetkę. Właściwie tylko zarys. Ktoś był w toalecie, chciała się wycofać, bąknęła nawet przepraszam, robiąc w tył zwrot. Jednak po sekundzie czy dwóch, gdy oczy przyzwyczaiły się nieco, otworzyła je szerzej i spojrzała.

Coś ją zaniepokoiło, coś było nie tak. Ta postać…

Zamiast wyjść, popatrzyła.

A potem podniosła krzyk. Tak głośny i przeraźliwy, że Kaśka mogłaby się od niej jeszcze wiele nauczyć.

Uciekaj, uciekaj

20 WRZEŚNIA 1944, WŁOCHY

Irenka Górecka przysiadła na omszałym głazie, w miejscu, gdzie kończyła się jedna parcela, a zaczynała następna. Przed nią rozciągał się bazar w podwarszawskich Włochach. Na rozległym placu handlowali wszyscy zgodnie i pospołu: Polacy, Niemcy, Ukraińcy. W oddali wciąż dymiła walcząca Warszawa, tu zaś życie wrzało z zadziwiającą intensywnością. Ba! Jak mogło się wydawać, ów handel przybrał gorączkowy charakter, wymuszony potrzebą chwili. Warszawiacy, którzy wydostali się z powstania, teraz wyprzedawali wszystko, co udało się im ocalić i wynieść z płonącego miasta. Byle przetrwać. Robiło się zimno, żywność osiągała paskarskie ceny, ludzie stali w tłoku, trzymając kurczowo w rękach rozmaite fanty, począwszy od blaszanych puszek, na futrach skończywszy. Krzyk, rwetes i przekleństwa. Gdzieś tam dalej ktoś grał na harmonii Na sopkach Mandżurii. Ktoś krzyczał, jakaś para kłóciła się zawzięcie. Jakieś dziecko płakało w głos, konie rżały, psy szczekały, gęsi gęgały. Niemcy też handlowali, a jakże, zbratani z tłumem. Podobnie jak sprzymierzeni z nimi Ukraincy z oddziałów Kamińskiego wyzbywali się zrabowanych przedmiotów, a kupowali przede wszystkim bimber. Irenka widziała ich w akcji, więc trochę nią zatrzęsło, gdy spoglądała na zacną z pozoru babuleńkę, która stała dwa kroki od jej siedziska i wymieniała z brudnym Ukraińcem pięciolitrowy bukłaczek pełen, jak się należało domyślać, właśnie bimbru – na dziewczęcy pierścionek z niewielkim rubinem.

Babcia mówiła przy tym z kresowym zaśpiewem do towarzyszącego jej wyrostka:

– Papatrzy, papatrzy Grzesiutek, jakie śliczniusie ślipko!

Irenka odwróciła wzrok.

Miała ochotę wstać i potrząsnąć staruszką, by ta się ocknęła, tylko była tak zmęczona, że nie miała siły się podnieść.

Dopiero co widziała, jak ronowcy czy własowcy, jeden czort, zrywali pierścionki, łańcuszki i krzyżyki pochwyconym kobietom, potem zaś gwałcili je albo strzelali w tył głowy. Czasem jedno i drugie. A później palili ciała, ułożone w wielkie stosy w bramach i na placach. Irenka kręciła się jak błędna po ogarniętej powstaniem Warszawie. Za dużo widziała, stanowczo za dużo, aż dziw, że jeszcze nie postradała zmysłów. A te trupy palone w bramie na Glogera pewnie będą jej się śniły do końca życia.

Miała szczęście. Wydostała się z piekła i dowlokła aż tutaj.

Kamień na skraju bazaru zwolnił się, akurat gdy do niego dochodziła. Staruszek w meloniku, wyglądający na życiowego rozbitka, kropka w kropkę jak ona, machnął ręką zapraszająco, wstał i wsparty na sękatym kijaszku, pokuśtykał do miejsca, gdzie kobieta w perkalikowym fartuszku sprzedawała gorące pyzy prosto z kociołka. Irka z ulgą opadła na ten graniczny kamień, niepewna, czy zdoła iść dalej.

Nie iść.

Żyć.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wcześniej

1 SIERPNIA 1944, WARSZAWA

Rankiem pierwszego sierpnia krzątała się w swoim mieszkaniu na Mokotowskiej, trochę posprzątała, nawet podłogę w kuchni umyła, mimo że wszyscy mówili, że to już, zaraz. Wiedziała, że Jerzyk i pozostali chłopcy mają się zebrać o szesnastej u Renaty na Hożej. Ona także miała tam przyjść. Ale coś, sama nie wiedziała co, kazało jej robić wszystko jak zwykle. Czuła dziwne wewnętrzne napięcie, na coś czekała. Palce ją mrowiły, z każdą minutą denerwowała się coraz bardziej i może właśnie dlatego starała się, by dzień przebiegał normalnie.

A jeśli znów odwołają?

Poszła do pracy. Było parno, ale bezsłonecznie, miała na sobie sukienkę w drobną niebieską kratkę i sandałki, dobrze, że nie na obcasach, na ramieniu torebkę. Kelnerowała do trzynastej w małej knajpce na rogu Polnej, a potem pojechała na Wolę do znajomej, Olesi, która miała tam działkę i obiecała sprzedać trochę kartofli. W końcu czerwonoarmiści byli już ponoć blisko, ale przecież to powstanie mogło trochę potrwać. Ludzie mówili na mieście, że Rosjanie tak od razu nie ruszą, będą stali i czekali. Na co, nie było dokładnie wiadomo. Pojechała, kartofle zawsze mogły się przydać, kiedy już się zacznie, a także wtedy, gdy znów wszystko odwołają.

No i tam, na Woli, utknęła. Ani w prawo, ani w lewo. Przyłączyła się do grupy budującej barykadę.

A potem…

Wolała o tym nie myśleć. Gdyby nie była tak nieludzko zmęczona, pewnie nie mogłaby spać nocami. Ach, żeby tak można zapomnieć, wyrzucić z pamięci. Ważne było jednak tylko dzisiaj. Jakieś jedzenie, nocleg raz tu, raz tam. Miała pieniądze. Mimo tych wszystkich powstańczych perturbacji złota dwudziestodolarówka, zaszyta w staniku, szczęśliwie przetrwała. Nie było takiej chwili w ciągu ostatniego miesiąca, w której ten twardy pieniądz mógł jej w czymś pomóc. Cały czas uciekała.

Nie dalej niż zeszłego ranka wydawało się, że jej tułaczka nareszcie dobiegła kresu. Opuściła przedpola Warszawy, gdzie wciąż toczyły się walki, dotarła do nieodległego Marynina i bladym świtem stanęła przed miłym, drewnianym domkiem otoczonym drewnianym parkanem, za którym kłębiły się krzaki bzu i karagany. Weszła na podwórko, czyste i schludne, jakby z innego świata, takiego bez wojny, głodu i śmierci. Pod oknami chałupki rosły prześliczne dalie, różnobarwne astry wymieszane z koprem włoskim i delikatne floksy. Czerwonawe płatki przekwitłych już kwiatów upstrzyły ziemię. W drzwiach przywitała ją dobroduszna gospodyni o twarzy okrągłej jak piłka, owalnych oczach i nosie zakończonym śmieszną kuleczką. Kobieta miała narzuconą na ramiona chustkę w duże czerwone kwiaty, które przypominały Irence plamy krwi. Aż się wzdrygnęła i zaraz zbeształa się w duchu. Coś z nią chyba nie tak, wszędzie widzi krew.

Gospodyni o perkatym nosie wydała się jej uosobieniem poczciwości.

– A to panna z powstania idzie? – zagadała od razu, pewnie ciekawa nowin.

Znużona Irka tylko kiwnęła głową i zapytała nieśmiało, bo jednak do żebraniny nie przywykła:

– Czy byłaby pani tak dobra i poratowała mnie jakimś posiłkiem? Mogę w zamian… – rozejrzała się wokół i ciągnęła rozpaczliwe: – …No, mogę odrobić w ogrodzie albo jak pani sobie życzy. Bardzo proszę…

– Ale co też panna mówi, śniadanie dam i tak… – obruszyła się kobiecina. Machnęła ręką, odstąpiła od wejścia i przepuściła Irenkę. Anioł po prostu.

I rzeczywiście, użaliła się nad nią, a potem zaraz zaczęła podgrzewać mleczną zupę, wypytując, co w Warszawie.

 

Wiadomości były towarem wymiennym, więc Irenka opowiadała, choć słowa przychodziły jej z trudem.

– Wie pani, ja już tak od samego początku powstania się włóczę. Do mieszkania w Śródmieściu nie mogłam wrócić. Na Woli byłam, lepiej nie mówić, po prostu piek­ło. Mordowali, bez litości, dom po domu. Wszystkich: starców, dzieci, kobiety w ciąży. Niemowlęta rozwalali o ściany. Tam nikt nie walczył. Ale jedno wiem… – Spojrzała na gospodynię i westchnęła: – Przegrywamy. A ruscy stoją i tylko się gapią. Czekają, aż nas wytłuką do cna. Do ostatniego…

– A bardzo tę Warszawę zmarnowali?

– Oj, bardzo… – Irenka zamilkła.

Opowiadanie szło z mozołem, bo jak tu ubrać w słowa wspomnienia, o których nawet myśleć nie chciała. Ale trudno. Siedziała przy stole, patrzyła na skrzętną gosposię i jej kilkunastoletnią córkę. Dziewczynka zjawiła się w kuchni, chyba obudzona rozmową, i przysiadła na taborecie otulona serdakiem włożonym na męską bawełnianą koszulę, w której widać sypiała. Miała ze czternaście lat i takie ładne jasnoniebieskie oczy, które wpatrywały się z ciekawością w Irenkę.

– Ukraińcy, jak już skończyli z ludźmi, to potem palili trupy w stosach. Na Woli i na Ochocie też. Widziałam te stosy, gdy dogasały. Ten straszny odór, widok… – Irenka przerwała.

Nikt jej już nie zachęcał do mówienia. Nie było okrzyków grozy, tylko błysk przerażenia w oczach dziewczynki. Zamilkła. Mieszkanki domu opuściły głowy i nawet na nią nie patrzyły, przetrawiając w myślach to, co przed chwilą usłyszały.

Teraz wszystkie trzy jadły mannę z mlekiem w całkowitym milczeniu i było dobrze, spokojnie. Domowo. Irce zrobiło się ciepło na sercu. Matka z córką, nieświadome tego, co się z nią dzieje, siorbały kaszę zupełnie bez apetytu. Poza strachem Irenka zobaczyła w ich oczach jakby… niedowierzanie. Przestała mówić, chociaż nagle, nieoczekiwanie, zapragnęła wyrzucić z siebie wszystko, pozbyć się tego, co tłukło się i w głowie, i w pamięci.

Ale dlaczego właśnie im? Czy to jej pomoże?

Stół był przykryty kordonkową serwetą, zapewne dziełem gospodyni, stał też na nim odpustowy wazonik z fajansu, a w nim bukiecik więdnących już dalii z opadającymi płatkami. Gospodyni dbała o wygląd ciasnej kuchenki, ale nastrój jakoś się popsuł, za dużo gadała, złudne ciepełko zniknęło z miłego domeczku. Matka i córka poruszały blaszanymi łyżkami, mechanicznie i niesporo, pogrążone w myślach. W przeciwieństwie do Irenki, która w mgnieniu oka uwinęła się ze swoją porcją i właśnie się zbierała, aby spytać o dokładkę. Konia z kopytami by zjadła. Na dnie garnka zostało jeszcze trochę zupy, jak zauważyła. Ot, parę łyżek.

Kobieta wstała, sięgnęła po talerze i czytając w jej myślach, powiedziała:

– Skoroś, dziewczyno, tyle przeszła, toś pewnie jeszcze głodna? Może chleba ukroję?

Irce oczy się zaśmiały.

– Oj, tak, bardzo pani uprzejma!

– A kto teraz komu pomoże, jak nie my sobie? Może być z cukrem? I mlekiem pokropię, co? Będzie jeszcze lepszy…

– Uwielbiam chleb z cukrem. Moja mama często mi takie śniadania robiła. – Irenka uśmiechnęła się, wędrując myślami do dzieciństwa, tych paru dobrych lat przed śmiercią rodziców, a gospodyni ukroiła solidną pajdę i zaczęła ją kropić mlekiem, gdy nagle na podwórku rozległo się przeraźliwe ujadanie psa, które znienacka przeszło w żałosny skowyt – i jeszcze jakiś dziwny hałas.

A potem w oknie kuchni mignął Ukrainiec.

Po miesiącu na Woli Irenka umiała ich rozpoznać lepiej niż rodzonego wuja. Zbielała ze strachu. Zerwała się z miejsca, krzyknęła, tak jakoś nie po swojemu, piskliwym głosem: – Ronowcy! – i złapała za serdaczek siedzącą za stołem dziewczynkę, Anielka jej było, po czym, nie zważając na oniemiałą matkę, która tylko jęknęła, wepchnęła dziewuszynę pod szafkę, gdzie stało wiadro z wylewkami przesłonięte haftowanym płócienkiem z niebieskim napisem: „Boże błogosław tej rodzinie”.

Zmartwiała z przerażenia Anielka nie protestowała. W wiadrze zachlupotało i plama brudnej wody rozlała się po skrzypiącej podłodze w kolorze musztardy, a Irka z gospodynią stanęły jak skamieniałe na środku kuchni, zasłaniając szafkę przed oczami Ukraińców, którzy już tupali w sieni, wpychali się do izby. Nim weszli, Irenka dostrzegła za drzwiami sporą wnękę, w której wisiały jakieś kapoty. Zwinnie i szybko przemknęła tam, rozgarnęła ubrania – i już jej nie było.

Gospodyni została na środku kuchni sama jak palec, a ona zawisła pod kapotą śmierdzącą naftaliną, wysmażonym tłuszczem i kiszoną kapustą. Ot, po prostu kuchnią.

Było ich dwóch. Widziała tylko wymięte czapki na brudnych łbach i plecy szerokie, mocne. Siedziała cicho jak trusia, starając się nie oddychać.

– Patefończik u was jest? – spytał prosto z mostu ten niższy.

Miał czarne włosy i zawadiackie wąsy.

Na twarzy gospodyni odmalowało się takie zdumienie, że mężczyzna tylko machnął ręką i razem ze swoim kompanem zaczął się kręcić po kuchni i przepatrywać kąty. Irka zagryzła wargi, niemal krztusząc się ze śmiechu. Patefończika mu się zachciało, a jej, głupiej, śmiać. To wszystko nerwy, pomyślała. Ściągnęli gospodyni z palca złotą obrączkę, zajrzeli w garnki. Młodszy, łysawy blondyn, sięgnął łyżką po mannę i wyjadł wszystko, aż łyżka zachrobotała o dno. Drugi wziął do ręki przygotowaną pajdę i pogryzając, ładował nieśpiesznie do torby chleb i cukier, który zgarnął z szafki. Irka bezgłośnie przełknęła ślinę. Bała się, żeby nie zaczęło jej burczeć w brzuchu. Kapoty cuchnęły, aż nos wykręcało, nogi wystawały i nagle przyszło jej do głowy, że mogłaby spróbować bez hałasu wsadzić stopy w gumowce stojące na plecionym chodniku pod wieszakiem. Wtedy miałaby pewność, że tamci jej nie wypatrzą. Wahała się. Na stole stały trzy puste talerze. Ona je zauważyła i zmartwiała, jednak żołnierzom, jak się zdawało, żadna klapka się nie otworzyła w głowie.

Wąsal z nieco azjatyckimi oczami wszedł do sąsiadującego z kuchnią pokoju. Irka widziała go teraz wyraźnie, jak na dłoni, przez szczelinę między jedną a drugą kapotą. Z cholewy wystawał mu kawał brudnej szmaty, a z tyłu, na plecach wojskowej kurtki, miał dużą, niezgrabną cerę.

Czarny, gruby ścieg przywodził na myśl stonogę.

– Wy tutaj sami? – zapytał, odwracając się do gospodyni, a wtedy ta wcielona poczciwość wycelowała palec w kapoty, za którymi Irka modliła się o cud, i rzekła:

– Nie.

Tym razem cudu nie było…

***

Na podwórku, gdzie ją wywleczono, było już kilka kobiet, pilnowanych przez żołnierzy. Gospodyni wraz z ukrytą w szafce córką została w domu.

Wszystkie stojące na podwórzu nie miały jeszcze trzydziestki i z przeraźliwym strachem w oczach patrzyły to na siebie, to znów na Ukraińców. Irenka czuła, czuła wyraźnie, że to już koniec. I tak przez miesiąc z górą szczęście jej dopisywało.

Nie miała za złe tamtej kobiecie, że ją wydała. Bądź co bądź, ratowała swoją córkę.

Ta półnaga dziewczynka… Irenka wolała o tym nawet nie myśleć.

Wąsacz, gdy ją dojrzał, po prostu chwycił za sukienkę tuż przy dekolcie, wyszarpnął z wnęki i płynnym ruchem wypchnął do sieni, a stamtąd kopniakiem z kolana wyekspediował na podwórze. Zachwiała się, nie mogąc złapać równowagi, lecz gdy już uchwyciła pion, nie zdążyła nawet dobrze się rozejrzeć, kiedy na podwórku pojawił się jeszcze jeden Ukrainiec. Pijany jak bela oficer. Machnął ręką i wrzasnął:

– Pajdziom!

Jego podkomendni, też podpici, zagonili czekające kobiety w stadko i poszturchując bronią, kazali im iść przed sobą.

Szły środkiem opustoszałej ulicy. Za parkanami złociły się marcinki i nawłocie, niebieszczyły astry. Czerwone kiście jarzębiny zwieszały się z rosnącego przy drodze drzewa, a domki stały cichutkie w tych rozkwieconych jesiennych ogródkach, jakby z nagła opustoszałe.

W oknach, szczelnie pozamykanych mimo pięknej pogody, nie mignęła ani jedna twarz.

Uliczka była rozjeżdżona przez wojskowe samochody, nierówna, pełna piaszczystych kolein. Źle się po niej szło, nie tylko stadku kobiet. Także oficer, prowadzący oddział, potykał się co krok, klnąc siarczyście. Irka szła tuż za nim i czuła odór nieprzetrawionego alkoholu. Kompletnie pijany, pomyślała, tak jak i jego podkomendni, zataczający się od prawej do lewej i abarot. Popatrzyła na idącą obok piękną brunetkę z długim warkoczem, który opadał na płaszczyk z szarej gabardyny. Chciała z nią nawiązać jakiś kontakt, choćby wzrokowy, ale dziewczyna ani spojrzała, nawet wówczas, gdy Irka potknęła się i złapała ją za łokieć. Brunetka szła zgarbiona, z rękami w kieszeniach i wzrokiem wbitym w ziemię. Wyglądała, jakby życie z niej uszło.

O ucieczce nie było co marzyć, mimo to Irka bacznie się rozglądała, szukając okazji, żeby czmychnąć. Kompletna pustka, żadnych ludzi, żadnych szans na przycupnięcie gdzieś w ukryciu. Skręcili w szerszą ulicę, ale furtki pozamykane na skoble nie dawały możliwości wskoczenia do czyjegoś ogrodu. No i tych Ukraińców z dziesięciu, a ich zaledwie siedem.

Teraz nie da rady, może później, pocieszała sama siebie, wciąż nie tracąc ducha.

Wkrótce, przy końcu ulicy, zobaczyła dom, znaczniejszy, okazalszy, pewnie należący do jakiegoś miejscowego bogacza. Oficer znów się potknął na nierównej drodze, poleciał z impetem w prawo, wprost na Irkę, która, chcąc nie chcąc, go podparła. Wyprostował się ze złością, przystanął i wskazując na budynek, krzyknął: – Wpieriod! – i przemaszerował chwiejnym krokiem przez bramę, usłużnie otwartą przez pierwszych żołnierzy, w kierunku położonej w głębi malowniczego ogrodu willi, porośniętej dzikim, czerwonym winem. Za nim całą gromadą weszli na posesję własowcy, zaganiając kobiety niby stado kur.

Irka przysunęła się do dowódcy. Wzięła głęboki oddech i, lekko się zacinając, powiedziała po rosyjsku:

– Ja tuda czerez oszybku…1.

Miała nadzieję, że zrozumie. Uśmiechnęła się przy tym miło. Ufna w swój talent aktorski, wdzięk i siłę perswazji, próbowała, jak mogła, odwrócić złe. Oficer nic nie powiedział, nawet na nią nie spojrzał, tylko coś mruknął i dalej wrzeszczał na swoich sołdatów, rozsyłając ich po podwórzu i domu. Po chwili na podjeździe, tuż koło gazonu, zobaczyła poganianych, poszturchiwanych bronią właścicieli. Ona, tleniona na złoty blond czterdziestolatka, on, dużo od niej starszy, o jakieś dwie dekady, prezentował się nobliwie i elegancko w pąsowej wytwornej bonżurce. On próbował coś mówić po niemiecku, ona dzielnie mu wtórowała. Oficer warknął parę słów i nie minęło pięć minut, a małżonkowie leżeli martwi, z przestrzelonymi głowami.

Irka zamknęła oczy. Miała dość. Gdy je znów otworzyła, zobaczyła wynurzającego się z domu czarnowąsego żołnierzyka, tego samego, który ją wygarnął z chałupki w Maryninie. Z dumą dzierżył przed sobą patefończik większy od niego samego i uśmiechał się od ucha do ucha. Był szczęśliwy.

Moje ty słoneczko, pomyślała, zgrzytając zębami. W tym momencie na schodach pojawił się i drugi żołnierz. Ciągnął za sobą wyrywającą się tęgą kobietę, pewnie kucharkę, sądząc po fartuchu zawiązanym w pasie. Pchnął ją w stronę grupki, w której stała Irenka, tak brutalnie, że biedaczka upadła jak długa. Irka chciała jej pomóc, zrobiła już krok do przodu z wyciągniętą ręką, gdy jeden z Ukraińców, wygłodzony blondyn ze szramą na policzku, rzucił się szczupakiem na kobietę i jednym ruchem rozerwał jej bluzkę, pod którą ukazały się wielkie białe piersi. Irka zmartwiała z przerażenia.

To był sygnał, impuls. Pozostali żołnierze jak na komendę zaczęli szarpać dziewczyny. Każdy łapał jedną, do niej ruszył grubas w niedopinającym się mundurze. Irka, niewiele myśląc, przyskoczyła do dowódcy i chwyciła go za rękę:

– Komandir! Oficjer!

Zatrzymał się, zatoczył i na tyle oprzytomniał, że objął ją ramieniem.

– Krasawica! – wymamrotał, po czym zaczął upadać jak wór kartofli, ciągnąc ją ku ziemi, a wtedy Irka, zdesperowana, podtrzymała go z wysiłkiem i prawie wciągnęła do domu. Tak po prostu.

Żołnierze, zajęci kobietami, nie zwrócili uwagi na jej manewr. Z tyłu, za plecami, słyszała krzyki, wrzaski, szlochania.

Gdy kopnęła nogą drzwi, żeby je zamknąć, wszystko nagle ucichło.

Wielki jasny hol porażał przedwojennością. Wypastowane podłogi, zapach wosku i czystości. Stała przy wejściu z uwieszonym na ramieniu, cuchnącym gorzałką mężczyzną, który nieudolnie próbował ją objąć, i nie bardzo wiedziała, co dalej.

Wiedziała jedno: sytuacja w każdej chwili może się zmienić. Na gorsze…

Niepewnie, ciągnąc mamroczącego coś oficera, skierowała się na prawo i otworzyła drzwi. Ukrainiec coś do niej gadał i beknął głośno. Trzymał rękę na jej pośladku. Gabinet. Kanapa, biblioteka pełna książek. Pociągnęła go w stronę kanapy i jakoś, jakoś na niej usadziła.

 

– Horiłku! Nam nada horiłki! Napijemy się! – zaszczebiotała i zobaczyła zainteresowanie w mętnych oczach oficera.

Miał posklejane brudem wąsiska i rozległe ślady po ospie na twarzy. Siwawy zarost. Lepiej nawet z diabłem, pomyślała, lecz nadal uśmiechała się przymilnie. Oficer rozparł się wygodnie, powieki mu opadały, nie wyglądał na gieroja, który wykrzesze jeszcze z siebie tyle sił, by się z tej otomany podnieść, nie wspominając już o czymś więcej.

Irenka rozejrzała się za tacą z koniakiem czy nalewkami. Gdzieś tu powinien być barek, w każdym szanującym się gabinecie musiał przecież być. I był, a jakże. Zobaczyła tuż za biurkiem półokrągły stoliczek z ratanową obudową i skierowała się w tamtą stronę. Spojrzała na Ukraińca. Wciąż mamrotał coś niezrozumiale, gapiąc się na nią tępo, bez cienia pożądania. Sięgnęła do półki pod blatem, wzięła pierwszą z brzegu butelkę i podeszła do kanapy. Oceniła sytuację. Mężczyzna miał przymknięte oczy; cud, prawdziwy cud. Postawiła butelczynę cichutko, sięgnęła po wełniany pled i nakryła bezwładne cielsko.

Mamuśka ze mnie jak cholera, pomyślała.

Zarzęził. Drgnęła, a potem znów zamarła, wstrzymując oddech.

Ocknął się i dalej mamrotał, a nawet usiłował się poderwać. Irka ciągle stała tuż obok, poza zasięgiem jego wzroku, nieporuszona, chociaż serce łomotało jej jak szalone, a w ustach zaschło. Po chwili jednak Ukrainiec opadł ciężko na poduszkę dekorującą kanapę.

I już, od razu, zachrapał, rzężąc pijacko. Rozejrzała się po gabinecie, powędrowała wzrokiem po grzbietach książek, raz po raz podnosząc do ust butelkę trunku, który okazał się likierem. Wypiła duży łyk. Dobry, chyba cointreau, pomyślała. Chętnie by się tym likierem zaopiekowała, nawet bardzo chętnie. Niestety, miała ważniejsze sprawy na głowie, więc jeszcze raz przyssała się do butelki i z żalem odstawiła ją na stolik.

Gdy zobaczą alkohol, najpierw go wyżłopią, kombinowała, a dopiero potem ruszą w pościg. Jeśli w ogóle…

Dziecinne, skwitowała te swoje dumania. Ale tonący brzytwy się chwyta.

Na palcach podeszła do drzwi; były uchylone, więc po cichutku je zamknęła. Bała się opuścić spokojny w miarę gabinet. Wyjrzała ostrożnie przez okno. Czarnowłosą dziewczynę, tę samą, która przedtem szła koło niej, żołnierze gwałcili na gazonie pełnym jesiennych kwiatów. Gruby, biały zad poruszał się rytmicznie, mężczyzna miał portki zsunięte do kolan, dwóch innych stało tuż obok. Popijali z baniaka bimber, śmiali się i rozprawiali o czymś z ożywieniem. Może komentowali wyczyny towarzysza, czekając na swoją kolej.

Jeden z nich, ot tak, postawił but na czarnym warkoczu dziewczyny.

Irence zrobiło się niedobrze.

Szybko odwróciła się od okna.

To ten likier, uznała, nie powinnam, jestem głodna. Ale nie czuła głodu. Wcale.

Spojrzała na oficera – chrapał miarowo. Trzeba się ruszyć. Wysunęła się jak najciszej przez boczne drzwi i znalazła w pustym salonie. Na palcach przemknęła do kolejnego pomieszczenia, które okazało się, tak jak przypuszczała, jadalnią. Pastelową, z długim stołem pośrodku. Za nią pewnie jest kuchnia, pomyślała. Tak też było, weszła do środka i zaczęła się rozglądać. Na stole leżał piękny kawałek schabu, niestety, surowego. Nóż, nieuprzątnięte obierki po kiszonych ogórkach, pusty słoik. W rondlu na kuchni coś wesoło pyrkotało. Wrzuciła nóż do konduktorki i podeszła bliżej. Zajrzała do garnka. Zupa. Ogórkowa. Głód wrócił. Sięgnęła po łyżkę i już chciała spróbować, gdy nagle usłyszała hałas. Bezwiednie upuściła łyżkę na posadzkę.

Łyżka brzęknęła głośno, a Irka wzdrygnęła się ze strachu i skoczyła jak oparzona. W rogu pomieszczenia były drzwi, pewnie prowadzące do ogrodu. Zanim je otworzyła, spojrzała szybko na tyły domu przez wąziutkie okienko. Ta ostrożność okazała się całkiem na miejscu.

Widok był iście piekielny: kucharka, w poszarpanej bluzce, z wielkimi, wiszącymi cyckami, usiłowała udusić gwałcącego ją żołnierza.

Oboje na wpół nadzy, zastygli w bezruchu, w klinczu. Irka dostrzegła nadbiegającego na odsiecz kolejnego Ukraińca, tego od patefończika. Wyszarpywał z kabury rewolwer.

Czym prędzej odskoczyła od okna, rzuciła się w głąb kuchni, w najdalszy kąt, żeby tylko nie widzieć, nie słyszeć, chciała zatkać uszy. Nie zdążyła. Usłyszała głuchy odgłos strzału. Skuliła się i wypadła na korytarz, na chwilę tracąc głowę.

Dom był cichy i spokojny, podczas gdy w rozświetlonym jesiennym słońcem ogrodzie szalały demony.

Czuła przejmujący chłód strachu, złe czyhało na zewnątrz, a linia odgradzająca jej złudny azyl od tego, co się tam działo, tak blisko przecież, była równie wątła jak pajęcza nić. Musiała, za wszelką cenę musiała się stąd wydostać. Czy tego chciała, czy nie. Czuła, że się dusi. Strach, bynajmniej nie w przenośni, chwytał ją za gardło.

Uchyliła kolejne drzwi, tym razem do holu.

W dalszym ciągu, jak się jej zdawało, w domu nie było nikogo, poza nią i śpiącym dowódcą. Wzięła się w garść, postanowiła nie tracić ani sekundy. Do tej pory los jej sprzyjał, byłoby dobrze tego nie zaprzepaścić. Skupiła się. Do wyboru miała dwie możliwości: albo gdzieś się tu ukryje, w takim wielkim domu musi być przecież mnóstwo zakamarków, albo spróbuje ucieczki.

Ucieczka. Ucieczka. Ucieczka.

Była na wpół oszalała ze strachu.

W końcu, do diabła, w tym oddziale nie ma ani jednego trzeźwego, trzeba wiać, póki jeszcze można. Dom nie był bezpieczny. To pułapka. Już niebawem tamci wedrą się do środka, zaczną szperać po kątach, aż w końcu zalegną, żeby odespać orgię i morze bimbru. Ale przedtem mogą ją… znaleźć.

Weszła do kolejnego pomieszczenia. Salon. Piękny.

Wydawało się, że dopiero dziś zawitała tu wojna.

Zza uchylonego okna usłyszała śpiewającego Kiepurę:

Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki…

Widać udało się uruchomić patefończik…

Chowając się za zasłoną, znów wyjrzała na zewnątrz, tym razem przez drzwi tarasowe. Nikogo. Uchyliła je i powoli, ostrożnie wysunęła głowę, lustrując wzrokiem teren. Ogród na tyłach posesji był naprawdę wielki, lecz, niestety, mało zadrzewiony. Styl tak jakby francuski. Westchnęła.

Nigdy nie lubiłam tych francuskich ogrodów. Angielskie, to rozumiem, pomyślała, wydymając usta. Posadziliby parę drzew i o ileż prostsza byłaby ucieczka.

Róże bukietowe i parkowe stały nieruchome w równych szpalerach. Spóźniony motyl, trzepocąc skrzydełkami, usiadł na białej pnącej róży, która oplatała balustradę. Irka westchnęła, poprawiła sprzączkę u sandałka i schylona przemknęła schodami w dół, a potem puściła się szaleńczym pędem szeroką aleją do pierwszych drzew na tyłach ogrodu. Właśnie do nich dobiegała, gdy ktoś zaczął strzelać.

Do niej.

Kule trzaskały jak pękający groch, a kiedy wpadła w cień jabłoni, kora odpryskiwała od drzew.

Dostała, poczuła ból w nodze. Ostry, przeszywający. Nie zatrzymała się ani na sekundę. To chyba był rykoszet. Rwący ból, nic to, uznała, jakoś przetrzymam. Muszę. Nie spojrzała za siebie. Po prostu biegła, byle szybciej, byle dalej, do końca posesji. Dobiegła. I stanęła.

Dalszą drogę zagradzał mur. Wysoki, ponury, gdzieniegdzie porośnięty czerwieniejącym już dzikim winem.

Wiedziała, że to koniec.

Ściana była nie do pokonania.

20 WRZEŚNIA 1944, NOWE WŁOCHY

Zosia Szafirówna siedziała przy stole w pokoiku na przygórku, który z Helenką wynajęły zaledwie dziesięć dni temu. Przez cały tydzień rozpaczliwie szukały jakiejś pracy, bez skutku. Kto da pracę w takim momencie? Cała okolica została zalana przez uciekinierów z Warszawy, jedyne dostępne zajęcie stanowił handel, ale one nie miały nic. Dosłownie nic. Zapłaciły za miesiąc mieszkania i portmonetka świeciła pustką.

Więc co dalej? Jeść przecież trzeba.

– Może znajdziemy darmowe obiady, wiesz, takie dla ubogich? – Zosia podrzuciła pomysł kręcącej się po izbie Heli.

Patrzyła, jak tamta zdejmuje ze sznurka suche już prążkowane fildekosowe pończochy z dużą cerą na pięcie, otwiera szafę, staje na palcach i układa je pieczołowicie na górnej, pustej półce. Potem odwróciła się z uśmiechem, poprawiła chusteczkę na głowie i powiedziała: