Jej drugie życieTekst

Z serii: Irenka Górecka #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Manula Kalicka, 2019

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© CollaborationJS/Trevillion Images;

Juliusz Bogdan Deczkowski „Laudański”/MPW

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-780-4

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dzieciom naszych dzieci

Barnabie, Ninie, Ani, Basi i Frankowi

26 października 1944, Londyn

Atłas, miękki i połyskliwy, w kolorze głębokiej zieleni – właśnie tego szukała. Przyjęcie u hrabiny Waldstein wymagało stosownej oprawy, a Marii brakowało sukni na taką, dużą w końcu, okazję. W ostatnim czasie prowadziła życie zadziwiająco proste: biuro, wynajęte mieszkanko, czasem park.

Nuda, ale ta nuda w sumie bardzo jej się podobała. Niemniej miło będzie znów się zobaczyć, choćby nawet i w lustrze, w wieczorowej kreacji.

Suknia leżała idealnie, dopasowana niczym rękawiczka. Gdybym jeszcze mogła do niej włożyć szmaragdy z Głuchowa, rozmarzyła się Maria.

Uciekając w pośpiechu z dworu w styczniu czterdziestego roku, wrzuciła całą biżuterię do płóciennego woreczka i dała przyjacielowi na przechowanie. Wiedziała, że prałat Groll schowa klejnoty w jakimś bezpiecznym miejscu, i nie wątpiła, że przetrwają okupację. Ona i Leon musieli wiać, przekroczyli kilka granic, i to zielonych, choć tak naprawdę były białe, jako że przedzierali się przez nie zimą. Biżuteria, prawie cała, została w Polsce, a autoportret Rembrandta, najcenniejsza rzecz, jaką posiadała, czekał ukryty w górach, w Tatrach. Skalny skarb.

Miejmy nadzieję, że wytrzymał te kilka lat, myślała.

Już niedługo, naprawdę, bardzo niedługo przyjdziemy po ciebie, panie van Rijn, szepnęła do siebie w duchu.

Uśmiechnęła się i obróciła tak, że rozkloszowany dół sukni zawirował jak poruszona woda w stawie. W imponującym lustrze salonu modniarskiego o rozkosznej nazwie LULU, w którym eleganckie, acz niezbyt zasobne damy mogły nabyć używane, lecz wciąż zachwycające kreacje, zobaczyła siebie sprzed tych kilku wojennych lat – piękną, samolubną i światową.

– Biorę! – powiedziała już zdecydowana do panny sklepowej, stojącej nieopodal. I westchnęła.

Swoim profesjonalnym, aprobującym uśmiechem ekspedientka przypominała Marcelinę, jej przedwojenną pokojówkę.

Maria odgoniła precz niepotrzebne teraz wspomnienia i ostatni raz krytycznym okiem przyjrzała się sobie w zielonej sukni.

Tak. Nawet bez szmaragdów prezentowała się zachwycająco. Leon będzie rad. Lubi być ze mnie dumny, pomyślała i zniknęła za kotarą, by się rozebrać i na powrót przemienić z motyla w gąsienicę.

Niechętnie zsunęła lejące się atłasowe cudo i włożyła szary kostium, który nosiła do pracy. Był uszyty z materiału bardzo średniej jakości, kupiony na jakiejś wyprzedaży. Gdy wyszła w nim z przymierzalni, wsunąwszy na nos okulary w szylkretowych oprawkach, nikt by nie pomyślał, że ma przed sobą damę z najwyższych sfer. Buciki dość znoszone, niestety, torebka też niezbyt elegancka, ot, praktyczna, włosy upięte w prosty węzeł. W tym wydaniu można było ją wziąć za guwernantkę. I to bardzo surową.

Mimo braku pięknych przedmiotów i strojów, do których była przyzwyczajona, Marii, hrabinie Łęskiej, nadzwyczaj się podobało to nowe życie. Odpowiadało jej biuro nieopodal Strandu, na Duncannon Street, gdzie pracowała. Lubiła szefa, Januarego Horodyskiego, i lubiła być tym, kim była obecnie: tłumaczką akredytowaną i przysięgłą, zatrudnianą zarówno przez władze polskie, jak i angielskie. Wysoko ceniona przez kierownictwo, nie tylko dzięki swej znajomości rosyjskiego, angielskiego, niemieckiego i francuskiego, towarzyszyła zarówno urzędnikom, jak i generałom, czasem samym ministrom, nade wszystko jednak agentom wszelkiej maści, podczas rozmów w cztery oczy, przesłuchań i konferencji.

Była dobra w tym, co robiła, to ją interesowało, całkiem nieźle zarabiała i od roku jej życie w Londynie zaczęło nabierać znamion stabilizacji. Małe mieszkanko, dzielone z Leonem, i praca, naprawdę fascynująca – czyż można chcieć więcej? Maria miała nieodparte wrażenie, że dopiero tutaj odkryła siebie.

Wojna pozwoliła jej uwolnić się z wszelkich więzów i zobowiązań.

Może to dziwne, ale była szczęśliwa.

26 października 1944, Londyn

Wojna wciąż się kotłowała, dogorywając na wielu frontach Europy i nie tylko Europy, a profesor Leon Rosenblatt ot, postanowił chodzić do dentysty. Jesień w Londynie czterdziestego czwartego roku była piękna, przejrzysta i rozsłoneczniona. Nad ulicami zwieszały się gałęzie drzew ciężkie od czerwieniejących już liści, komponujących się ładnie z lekko pordzewiałą Queen’s Gate, przez którą profesor wszedł do Hyde Parku. Królewskie insygnia, widniejące na bramie, dodawały rangi temu miejscu. Gdy ją przekroczył, natychmiast ogarnęło go uczucie, że jest być może w mikroskopijnym, z pewnością jednak zupełnie innym świecie. Mimo wojennej ewakuacji pełno tu było niań z dziećmi, flirtujących par, wyfiokowanych staruszek i stetryczałych dżentelmenów. Mały raj.

Jak nie tak dawno temu przecież krakowskie Planty.

Dzieliło go jednak od nich nie tylko morze, ale i czas. Czas, który, jak Leon świetnie sobie z tego zdawał sprawę, przeminął bezpowrotnie, zmienił Planty teraz – i pewnie już na zawsze, tak jak i cały kraj. Ojczyznę.

Jerzy Zakrosymski, tak dla Anglików zwał się obecnie dentysta, został polecony Rosenblattowi przez Tony’ego Ashbourne’a, współpracownika z Instytutu Courtaulda.

Gabinet lekarski mieścił się na tyłach Hyde Parku, przy Green Street pięćdziesiąt jeden, w typowo angielskim domiszczu z czerwonej cegły i kamienia. Okazały budynek musiał zostać wzniesiony pod koniec dziewiętnastego wieku i zapewne, wnioskując z wystroju wnętrz, był pomyślany jako inwestycja, a nie rezydencja właściciela. Podczas pierwszej wizyty Zakroczymski opowiedział Leonowi obszernie, jak to od razu, gdy tylko z armią Sikorskiego wylądował na angielskim wybrzeżu, postanowił nie bawić się już w wojenkę, tylko przede wszystkim nostryfikować dyplom i zostać dentystą – tak jak przed wojną w rodzinnym Poznaniu. Prawie trzy lata zajęło mu dokształcanie się, a później załatwianie formalności i w końcu otworzył wymarzony gabinet – co prawda na spółkę z niejakim Bielawą, ongiś ważną figurą w spółkach naftowych Drohobycza i nie tylko, ale lepsze pięćdziesiąt procent w dobrym biznesie niż sto w złym.

Włodzimierz Bielawa też przybył do Londynu z generałem Sikorskim, ale miał na tyle komfortową sytuację, że zawsze wierzył wyłącznie bankom szwajcarskim i wszystko, cokolwiek zarobił w miłej ojczyźnie – a było tego sporo – przelewał na konta zagraniczne. Paskudny brak patriotyzmu nie został ukarany, wprost przeciwnie, Bielawie udało się przeżyć nieudolne dowództwo generała Dąba w kampanii wrześniowej, a potem dostać się do owych kont już w Londynie. Przedstawił ofertę współpracy poznanemu na barce ewakuacyjnej Zakroczymskiemu i odtąd dzielnie walczyli razem, obecnie z brytyjską biurokracją. W końcu załatwili wszystkie zezwolenia i tak oto zostali współwłaścicielami świetnie zlokalizowanego, a już niebawem też świetnie prosperującego gabinetu. Zwrot inwestycji stał się kwestią czasu – miejscowi Polacy wszak zęby leczyć musieli, a najprościej było u Zakroczymskiego, z którym bez trudu mogli się porozumieć.

Leon nie miał problemów językowych, ale polecenie Ashbourne’a zadziałało na zasadzie: obejrzyjmy i tego krajana, jak sobie radzi. To, że polecał go Anglik, oczywiście stanowiło dodatkowy walor. Komuś się udało – i to stosunkowo szybko. Po przeszło trzech latach pobytu na wyspie profesor miał serdecznie dość rodaków, którym się nie udało. Ich swary i kłótnie go mierziły, choć rozumiał, że sytuacja polityczna musi wszystkim działać na nerwy. Teraz nie było już żadnych wątpliwości, że zostali sprzedani. Ot tak, po prostu.

Granda, tak mówili wszyscy Polacy w kawiarniach i klubach, domach i urzędach, a przede wszystkim ci w garnizonach. Tyle lat walczyliśmy ramię w ramię z koalicjantami – nadal walczymy i giniemy na wszystkich frontach – a Angole bez cienia sentymentu rzucili nas na pożarcie Ruskim. Taka była powszechna opinia i Leon w całej rozciągłości z nią się zgadzał.

Rok temu wybuchło na krótko powstanie w warszawskim getcie; wiedział, że nie miało żadnych szans, ale stanowiło znak, symbol, było więc ważne. Teraz zaś wykrwawiła się Warszawa, samotna w boju.

Ale w londyńskim parku panował spokój, nie dostrzegało się żadnych śladów wojny. Dzieci biegały jak zawsze, bawiąc się w sobie tylko znane gry. Matki i bony siedziały na ławkach, czytając, szydełkując i obserwując podopiecznych znad książek i robótek. Starszy dżentelmen przeglądał „Timesa”, wyprostowany na ławce jak podczas musztry. Ani chybi emerytowany wojskowy, pomyślał Leon, przenosząc wzrok na kobietę w modnym płaszczu, która karmiła kaczki w stawie. Spokojny banał jesiennego dnia. Złudny, bo Londyn wciąż nękały bombardowania, raz słabsze, raz mocniejsze.

Leon już się przyzwyczaił i rzadko szedł do schronu, robił to tylko wtedy, gdy miał wrażenie, że bomby wybuchają tuż-tuż. Co rano wstawał i maszerował do swojego biura, gdzie rzetelnie pracował nad inwentaryzacją utraconych dzieł sztuki i notował wszelkie napływające na ich temat informacje, a potem spotykał się na mieście z angielskimi partnerami. Regularnie bywał też w bibliotece, by ze szczętem nie zgłupieć, a także na tak zwanym Straconie, czyli w siedzibie rządu przy Stratton Street, choć swoje wizyty w tym miejscu uważał za czas stracony, tak niewiele można już było tam zdziałać. Teraz zaś, późnym popołudniem, spokojnym spacerowym krokiem przeszedł przez kolejną bramę parku i znalazł się na Green Street. Domy stały tutaj równo jak pod linijkę, ład przestrzenny był perfekcyjny. Leon pożałował, że tak trudno doszukać się go w Polsce.

 

Nawet dalie, pomyślał, patrząc na kwiaty rosnące w równych rządkach za metalową balustradką, nawet one ustawiły się w równym szyku. A jakie przecudowne kolory, takie… Przez moment szukał właściwego słowa: nieoczywiste. Brąz lekko rozbielony, podobnie czerwień i żółć. Zaiste ulica jak z Conana Doyle’a czy Trollope’a: dziewiętnastowieczna. Sielankę zakłócały nieco worki z piaskiem, leżące tu i ówdzie przy posesjach, ale gdy się człowiek do nich przyzwyczaił, po prostu ich nie zauważał.

Miał wolne popołudnie i postanowił racjonalnie je wykorzystać na wizytę u dentysty, jako że coś niepokojącego działo się z jego górną czwórką. Pobolewała z każdym dniem coraz bardziej. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę, profesor nie lubił jęczenia, ale jęczeć wszak musiał, no bo, psiakrew, bolało.

Jerzy Zakroczymski przywitał profesora jak zwykle życzliwie. Dentysta był wysokim, chudym mężczyzną o wyraźnie semickich rysach.

W Polsce albo Francji spotkałby ich obu marny los. Tutaj Zakroczymski, ubrany w brązową tweedową marynarkę, widoczną spod lekarskiego fartucha, wyglądał nader nobliwie. Iście angielski wąsik, podobny do tego, jaki nosił generał Montgomery, a za nim generał Anders, dodawał mu miejscowego sznytu. Gdyby tylko zamiast dentystycznych kleszczy ekstrakcyjnych trzymał w ręku trzcinkę, tak charakterystyczną dla angielskich oficerów, byłby idealnym Brytolem. Tylko to nazwisko, Zakroczymski… Zatem lekko je przystosował do miejscowej wymowy, by tubylcy zanadto sobie nie łamali języka.

– Pan planujesz mnie rwać? – zaniepokoił się Rosenblatt.

– A Bóg broń, panie profesor, gdzieżby tam! – Zakroczymski odłożył kleszcze na szklany stoliczek i sięgnął po lusterko.

Leon śledził każdy jego ruch.

– Popatrzymy tylko. – Zajrzał pacjentowi do jamy ustnej, nie przestając mówić: – No to wypuścili naszych, co, panie Leon? W maliny ich wypuścili.

Rosenblatt zamruczał w odpowiedzi. Usta miał pełne śliny. Mógł tylko gapić się na dość imponujące zakola pochylonego nad nim lekarza.

– Wybiją ich co do nogi! – zawyrokował dentysta, wyjmując lusterko. – Widzę niewielki ubytek. Pan profesor przepłuka.

Przepłukał więc, szczęśliwy, że choć na chwilę może odpocząć od krępującego rozdziawienia, jak to określał Zakroczymski, jamy ustnej.

– Otworzyć, szerzej! – Doktor sięgnął najpierw po gruszkę, psiknął, żeby osuszyć ząb i dziąsło, a potem wziął do ręki linkę maszyny borującej. Błysnęło wiertło i Leon natychmiast się skulił.

– Jak już nas tam, w Polsce, wytłuką do imentu, to nie będzie do kogo wracać – dyszał mu w nos Zakroczymski. Prawą nogą naciskał pedał napędzający maszynę borującą. – I jak pan myślisz, komu to powstanie było na rękę? Wszystkim. A że szanse znikome, to i cóż, kto by się tymi młodymi przejmował. No, sam pan powiedz. Anglicy kupili sobie czas, podobnież Rosjanie.

Przerwał na moment, psiknął na dziąsło Leona kolejną porcję środka wymrażającego i kontynuował narrację w błogim przeświadczeniu, że może tak do woli. I bez końca…

– Ci Ruscy jeszcze zadowoleni, że kraj sam się oczyścił z tych, co i na nich by poszli jak w dym, a nasi, rzecz jasna, kontenci, chwilowo okazali siłę, a przy okazji zademonstrowali, że w kraju stoją za nimi rzesze zdesperowanych i bitnych obywateli. Są w centrum uwagi tutaj choć przez moment. A ci młodzi, Boże słodki… – Wzniósł oczy do nieba. – Poszli jak te baranki na rzeź, pewnie też w końcu zadowoleni, bo wreszcie mogli tym przeklętym Szkopom przywalić. Pan wypluje, panie Leon.

Ten posłusznie wypluł ślinę do umywalki i wypłukał usta, a potem skomentował:

– Taki happy end? Pan powiada, panie Jurku? Ale ci tutaj, z Rządu Narodowego, już nie będą mieli do kogo wracać, kim rządzić. Rosjanie rękami Niemców wymordowali najlepszych spośród nas, Polaków i Żydów. Cała jedna generacja idzie na stos.

– A czy to dla nas pierwszyzna, panie profesorze? Co było w roku sześćdziesiątym trzecim, mój dziad wtedy walczył w powstaniu, a w dwudziestym roku ojciec szedł na bolszewika. Dziada Ruskie rąk pozbawiły, odrąbali mu po prostu, za pomoc powstańcom, to przy następnej okazji mój ojciec niejednego bolszewika zatłukł w rewanżu. I przeżył. Proszę znów otworzyć szanownemu panu usta… – Zakroczymski powiedział to z niekłamaną przyjemnością, lubił sobie z profesorem co nieco poszucić1, jak mawiał. Trochę mu tej specyficznej żydowskiej polszczyzny tutaj brakowało. A obu im sprawiała frajdę.

Leon uśmiechnął się, westchnął lekko i wygodnie usadowiony w fotelu przymknął oczy, by się nieco odprężyć i nie słuchać Zakroczymskiego czy Zakrosymskiego.

Nie będzie inteligencji, pomyślał, nie będzie ziemiaństwa. Nie będzie też w końcu Żydów. Niewykształconymi masami łatwo się rządzi.

Jeśli przeżyję i wrócę do kraju, okaże się, że to zupełnie inne miejsce, uznał.

Trzeba się na to przygotować…

Raptem gadatliwy dentysta umilkł; Leon otworzył oczy i zauważył, że ten patrzy przestraszony przed siebie. A ściśle mówiąc – w otwarte drzwi do poczekalni. Zwalniające wiertło bormaszyny zawisło dwadzieścia centymetrów nad nosem Leona.

Zaniepokojony uniósł się w fotelu, po czym wolno odwrócił głowę. Zamarł na moment, dostrzegłszy wysoką sylwetkę mężczyzny stojącego w bezruchu. Mimo słabego oświetlenia widział tamtego wyraźnie.

Przybysz trzymał w obu dłoniach ciemny, obły przedmiot. Rewolwer, duży i bardzo czarny, miał lufę skierowaną prosto na nich. Facet z bronią ruszył niepewnie do przodu, zrobił trzy kroki i stanął na progu gabinetu. Wyglądał całkiem normalnie. Wysoki, chudy mężczyzna, trochę ryży, włos miał zjeżony. Na oko, jak skonstatował Leon, Anglik, o wyglądzie wygłodniałego charta. Rewolwer, niestety, robił wrażenie prawdziwego. Profesor powoli, by nie przestraszyć napastnika, uniósł się do pozycji siedzącej w fotelu. Intruz bez słowa rozglądał się po gabinecie, Zakroczymski też milczał skonsternowany, ale po kilku chwilach postanowił przerwać przedłużającą się ciszę.

– Wszystko oddamy, tylko… – bardziej wyszeptał, niż powiedział, chyba ze zdenerwowania, po polsku.

Mężczyzna spojrzał na niego w taki sposób, jakby nie bardzo rozumiał. Leon delikatnie odepchnął Zakroczymskiego, dając mu znak, żeby się przesunął, po czym, powoli wstając z fotela, powiedział to samo, co doktor, lecz po angielsku:

– Proszę nie strzelać, oddamy wszystkie pieniądze, co do pensa…

Bandzior wyraźnie się ożywił, machnął zawadiacko rewolwerem i warknął:

– Money! Quickly!

Zakroczymskiemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Żwawym krokiem podszedł do stojącego pod oknem biureczka, gdzie w dolnej szufladzie trzymał kasetkę z utargiem. Rosenblatt zaś obserwował napastnika, który omiatał wzrokiem całe pomieszczenie, jakby czegoś szukał.

Gdy wzrok rabusia spoczął na teczce stojącej na podłodze obok stolika z narzędziami, oczy mu zabłysły. Była to teczka Leona.

– Give it to me! – wychrypiał, wskazując ją rewol­werem.

Głos miał niski i przepalony, z ostrym akcentem. Chyba georgie2, pomyślał profesor, tego nie da się podrobić.

Posłusznie wysunął się z kąta, który tworzyły fotel oraz bormaszyna, i sięgnął po teczkę, by ją podać tamtemu. Kątem oka zauważył, że Zakroczymski z plikiem banknotów w ręce ruszył już w kierunku oprycha, a uwaga tego ostatniego skupiła się na grubym zwitku funtów. Zatem, niewiele myśląc, co mu się rzadko, ale niekiedy zdarzało, Leon wyprzedził dentystę, złapał za uchwyt teczki i znienacka, skośnym ruchem cisnął ją niczym bumerang w kierunku złodzieja, wykorzystując fakt, że tamten się zagapił. Teczka zatoczyła w powietrzu łuk i z impetem walnęła rabusia w nadgarstek. Rewolwer wyślizgnął mu się z dłoni i poleciał w górę. Leon rzucił się do przodu, by go złapać, niestety, potknął się o Zakroczymskiego i też poleciał. W stronę okna, w pięknym stylu mijając się z bronią. Rewolwer walnął o podłogę.

W tym momencie trzasnął zamek przy wejściu. Wszyscy znieruchomieli. W poczekalni pojawił się Bielawa. Bandzior nie czekał, aż przybyły zrozumie, co się dzieje, przepchnął się obok niego i rzucił do ucieczki, taranując ramieniem zamknięte drzwi. W ułamku sekundy zniknął za nimi – i tyle go widzieli.

Na placu boju pozostał zaplątany w firankę Leon, Zakroczymski z plikiem banknotów w ręce oraz Bielawa, który, patrząc ze zdumieniem za salwującym się ucieczką mężczyzną, jak sądził, przybyłym do dentysty, wycedził:

– Zawsze myślałem, że tylko weterynarzom uciekają pacjenci. A tu proszę…

1 Żartować, rusycyzm.

2 Gwara londyńska.

27 października 1944, Londyn

Siedzący naprzeciwko Anglik był uprzejmy, ale nie chciał pójść Leonowi na rękę. Nie pomagały tłumaczenia, że trzeba za wszelką cenę ratować polskie dzieła sztuki zagrabione przez Niemców, a on, Leon, ma absolutnie pewne informacje, gdzie się znajduje ołtarz mariacki, zatem należy go natychmiast szukać. Nie dość przekonujące okazało się również zapewnienie profesora, że w jednej sekundzie gotów jest polecieć do Niemiec, gdy tylko wojska alianckie wyzwolą owo miasto.

Anthony Blunt3, dyrektor Courtauld Institute of Art, sprawiał wrażenie głuchego na wszelkie argumenty, które właśnie do niego, historyka sztuki, przede wszystkim powinny trafić. Ze zrozumieniem kiwał głową, lecz nie był skłonny udzielić Leonowi wsparcia finansowego. Mało tego, nie obiecywał nawet rekomendacji do stosownych władz.

Za każdym razem grzecznie odpowiadał:

– Tak, oczywiście, ma pan całkowitą rację, profesorze Rosenblatt, ale jeszcze za wcześnie, by lecieć do Niemiec, a poza tym rada Instytutu chwilowo nie dysponuje stosownymi funduszami. Zresztą Polacy mogą być pewni, że żołnierze wojsk sprzymierzonych zabezpieczą wszelkie wskazane im uprzednio obiekty, natomiast obecność pana profesora bynajmniej nie jest konieczna.

Tym razem westchnął nieco melancholijnie na zakończenie i utkwił wzrok w nożyku do papieru wykonanym z kości słoniowej, jakby czerpał z niego natchnienie.

– Oczywiście gdy już zabezpieczą ołtarz, dadzą znać i wtedy…

Argumenty, że tylko on, Leon, który w trzydziestym dziewiątym roku razem z profesorem Estreicherem ów ołtarz demontował tudzież pakował, jest w stanie stwierdzić, czy wszystkie elementy są na miejscu, i odpowiednio zadbać o stare, delikatne drewno, nie działały. Jak grochem o ścianę. Zmęczony bezsensowną rozmową Rosenblatt pożegnał się i wyszedł na Portman Square. Instytut mieścił się we wspaniałej rezydencji, zaprojektowanej przez Roberta Adama w charakterystycznym dlań stylu, zdaniem profesora, całkowicie pozbawionym wdzięku, podobnie jak zajmujący się tu historią sztuki fachowcy sprawiali wrażenie urzędników, a nie pasjonatów.

Leonowi przemknęło przez myśl, że on i Blunt rozmawiają jak gęś z prosięciem. Jego wyobraźnia zaczęła pracować. Może to jakiś niemiecki agent? Zachowuje się tak, jakby chciał przeszkodzić Polakom w odzyskaniu ich własności. Skąd w nim tyle niechęci?

Z Tonym Ashbourne’em rozmawiało się całkiem inaczej, cóż, kiedy ten nie miał tu zbyt wiele do powiedzenia, a szkoda. Wszystkim rządził wyniosły i milczkowaty Blunt. Leon miał szczerze dość tych przepychanek, należało wymyślić coś innego, żeby nie musieć prosić o pomoc wątpliwych sojuszników, do których nie miał już zaufania. Zatem mówił ogólnikami, nie podał też miejsca ukrycia ołtarza, choć przecież je znał. Wolał zachować te detale dla siebie.

Do Northwick Terrace, gdzie mieściło się jego biuro, było zaledwie pół godziny piechotą, postanowił więc się przespacerować, by na spokojnie pomyśleć, co jeszcze można zrobić. Sytuacja wyglądała nieciekawie. A i to mało powiedziane.

Czuł się zmęczony. W tysiąc dziewięćset czterdziestym roku generał Sikorski, gdy ewakuowali się z Francji, zajmowanej właśnie przez Hitlera, powiedział: „Ja się zajmę ratowaniem Polski, pan zaś niech ratuje nasze zabytki”4. Wtedy, dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed zajęciem Paryża, udało się wysłać Krzywdę-Polkowskiego z arrasami do Kanady, mimo że w tej sprawie tylko nieliczni politycy szli Polakom na rękę i oferowali realną pomoc. Zabytki i dzieła sztuki na ogół traktowali z obojętnością godną barbarzyńców, za jakich zresztą Leon ich miał.

 

Teraz było podobnie. Anglicy nie interesowali się dokonaniami profesora, który pomimo to wraz z garstką oddanych współpracowników, w ciągu kilku lat pobytu w Londynie, w oparciu o wszelkie dostępne źródła, sporządził listę strat poniesionych przez polską kulturę. Wykazy, gdzie i co się znajdowało, dokąd prawdopodobnie powędrowały kradzione dzieła, a także kto je rabował. Biuro przy Northwick Terrace działało pełną parą, wiadomości dostarczano tu z całej Europy, a profesor był dumny z efektów roboty wykonanej z kilkoma starannie dobranymi współpracownikami. Teraz zbliżał się czas, kiedy wszystkie przygotowane przez nich dokumenty nareszcie mogły ułatwić szybkie odszukanie konkretnych zabytków w miejscach ich potencjalnego ukrycia, lecz oto nagle nastąpiła niezrozumiała dla Leona blokada. Anglicy przestali go finansować, Polacy natomiast, zajęci sytuacją polityczną, stracili i tak niewielkie zainteresowanie dziełami sztuki.

Co robić? Musiał przecież istnieć sposób, by dotrzeć do ołtarza i przypilnować, ażeby nie stała mu się w ostatniej chwili jakaś krzywda. Dla krakowianina i historyka sztuki nie było chyba ważniejszej sprawy, tak więc Leon, poważnie zafrasowany, wchodził na drugie piętro kamienicy, w której ulokowali biuro. Było niewielkie, zajmowało zaledwie trzy pokoje, a pracowały w nim cztery osoby. W pierwszym pomieszczeniu, holu przerobionym na coś pomiędzy recepcją a sekretariatem, rezydowała Nora Zającówna, całkiem sprytna osóbka, kochanka jednego z ministrów. Ale po godzinach, więc w sumie cóż.

Już podchodząc do drzwi, usłyszał jej donośny głos, gdy niemal krzyczała do telefonu:

– Maciuś! Maciuś! Przyjedź tu natychmiast!

Owym wzywanym tak natarczywie Maciusiem był właśnie minister, więc Leon skrzywił się z niesmakiem i nacisnął klamkę. Minister mógł się zadawać z panną Norą po godzinach, ale w biurze, w czasie pracy, stanowił element dezorganizujący. Rosenblatt miał zamiar ostro to powiedzieć sekretarce, kiedy się zorientował, że coś musiało się stać. Dziewczyna wyglądała na przestraszoną, wokół biurka leżały porozrzucane papiery, a na blacie panował nieopisany bałagan. Z przewróconego kosza na śmieci wysypały się kolorowe papierki po czekoladkach i podarte kartki.

Profesor zatrzymał się w progu i zlustrował wzrokiem recepcję, a potem spojrzał pytająco na Norę, unosząc brwi…

– Panie profesorze, okradli nas! – wykrzyknęła dramatycznym tonem, zrywając się z fotela i rzucając słuchawkę na widełki.

– O! Nas?! Ale przecież tu nic nie ma. Same papiery… – zdumiał się Leon, odkładając teczkę na krzesło.

Nora bezradnie rozłożyła ręce.

– Przed chwilą przyszłam i zastałam taki bałagan. Proszę spojrzeć, jakby wszystko przerył jakiś kret gigant. To złodzieje! – stwierdziła kategorycznie i oskarżycielskim gestem wskazała na wyrwane drzwiczki biurka, zwisające smętnie na jednym tylko zawiasie.

Istotnie, nie można było mieć wątpliwości. Papiery z szuflad zalały podłogę, zapewne wartkim przez moment, a obecnie zastygłym strumieniem. Ścieliły się gęsto, rozsypane wachlarzowatymi plamami na mięsistym bordowym dywanie. Tak, w biurze grasowali rabusie.

Leon pospieszył do swojego gabinetu, który, choć wydawało się to niemożliwe, wyglądał jeszcze gorzej niż recepcja. Wszystko, co wcześniej trzymał w szafkach i biurku, walało się teraz na podłodze. Sterty spiętrzonych pootwieranych segregatorów przypominały wysypisko śmieci. Na papierach widać było ślady obuwia, czarne plamy z wyraźnymi śladami protektorów na dokumentach świadczyły dobitnie, że ktoś tu przyszedł prosto z ogrodu i na dodatek miał stopy jak podolski złodziej…

Profesor patrzył zgnębiony na to pobojowisko, a po chwili namysłu rzekł do stojącej za nim Nory:

– Jakiś wielkolud, sądząc po numerze obuwia. I skąd on tyle ziemi naniósł? – Pokręcił głową zdumiony.

Nora, wyglądająca dość gamoniowato platynowa blondynka o ustach wymalowanych w serduszko i wyskubanych brewkach, w chwilach zdenerwowania miała fatalny nawyk pogryzania loczka, zwisającego kokieteryjnie przy uchu, teraz też przytrzymywała białą, pulchną rączką pasemko włosów, przyglądając się wyraźnym śladom ogromnych butów. Podniosła na Leona błękitne oczy i niepewnym głosem wyjaśniła:

– Tu naprzeciwko jest taki nieduży skwerek. Wieczorem padało. Więc może tam czekał przyczajony, aż wyjdziemy.

Była to całkiem sensowna teoria.

– Tak, to brzmi okay. Brawo, Noro, brawo. Ale czegóż, u licha, szukał w naszym biurze? Toż my ani pensa nie mamy, tylko same papierzyska. A gdzie reszta personelu? Jesteś sama?

Sekretarka skinęła głową.

– Myszka Edel jeszcze nie przyszła, a Janek Śmigasiewicz pojechał przecież do Manchesteru.

– Rzeczywiście! Zapomniałem, że ich dzisiaj nie ma. Zawiadomiłaś policję?

– Oj nie! Jeszcze nie. Dopiero weszłam. Zaraz dzwonię.

Nadal pogryzając nerwowo loczek, cofnęła się do telefonu, a Leon, lawirując między papierami, podszedł do biurka i zajrzał do szuflad. Trudno było się zorientować, czy coś zginęło. To, co najważniejsze, czyli katalog, miał w teczce. I wtedy sobie skojarzył: wczorajszy nieproszony gość u Zakroczymskiego.

Te dwa zdarzenia musiały być ze sobą jakoś powiązane. Tak czuł.

3 Agent sowiecki, zdemaskowany w latach 60. XX wieku. Jeden z tzw. piątki z Cambridge. Scena i sytuacja autentyczna, zapisana w pamiętniku profesora Estreichera, co ciekawe.

4 Autentyczna wypowiedź generała Sikorskiego.